środa, 11 listopada 2015

Od Lisbeth c.d. Phester’a - Tam, gdzie wschodzi słońce…

Dziewczyna delikatnie zmrużyła oczy, zupełnie jakby chciała uchronić je przed promieniami wschodzącego słońca. Choć, tym razem to nie ono kuło ją w oczy. Lis zawsze wykonywała tę czynność, gdy nie była czegoś pewna, lub chciała przejrzeć ludzi na wylot… albo i nie-ludzi, tak jak w tym wypadku. Mrużyła oczy i taksowała obcych szybkim spojrzeniem, od góry do dołu, jakby dzięki temu miała dowiedzieć się o nich absolutnie wszystkiego. Nie żeby ta czynność faktycznie jej coś dawała, ale niektórych nawyków po prostu ciężko jest się pozbyć. Nawet jeśli miało się na to dobre sto lat i dostanie się jeszcze wiele kolejnych wieków.
Zastanowiła się chwilkę nad odpowiedzią, ale niezbyt długo, by grupa nie musiała specjalnie na nią czekać. Z jednej strony właściwie w ogóle ich nie znała. Ale tak naprawdę to od wielu dekad nie znała na tym świecie już nikogo. Wszystko skończyło się dobre pięćdziesiąt lat temu, kiedy starszy brat postanowił opuścić ten świat. Choć już wtedy był wiekowy (a przynajmniej jak na czasy średniowiecza…) i bardzo rzadko się z nim widywała. Właściwie to wszystkich przyjaciół, jeśli kiedykolwiek mogła nazwać tak pozostałych Łowców straciła ponad wiek temu. Z drugiej strony było w tej bandzie coś wyjątkowego, czego nie spotykała u innych istot. Co to było? Nie miała pojęcia, a przynajmniej jeszcze nie. Ale przecież mogła się tego dowiedzieć, wystarczyło jeden gest, jedno słowo.
„Na wschód, co?”- pomyślała i uśmiechnęła się odrobinę, choć przez chustę, zasłaniającą jej pół twarzy nie można było tego dostrzec.- „Zapowiada się ciekawie. Czemu nie?”
W odpowiedzi wzruszyła odrobinę ramionami, po czym skinęła głową.
-Dobrze.- dodała krótko, na wypadek gdyby jej wcześniejsze gesty nie były dość jasne.
Pozostali członkowie grupy też najwyraźniej nie mieli zamiaru rezygnować z podróży na wschód. Każde z nich ruszyło więc z powrotem przed siebie. Prowadzili swoje wierzchowce przez las, depcząc tym samym własną ścieżkę wśród drzew, krzaków, czy też innych gęstych zarośli. Jedno było pewne, ta droga na pewno nie nadawała się na podróż. A już na pewno nie na dłuższą wyprawę, która wymagała przeprowadzania koni. Lisbeth szła tędy zaledwie wcześniejszej nocy, wiedziała więc doskonale, że przez dobre pół godziny szlak będzie robić się coraz gęstszy, węższy i trudniejszy do przejścia. Wiedziała jednak, że po tych kilkudziesięciu minutach męki, trafią na otwartą przestrzeń. I choć nie był to całkowicie odsłonięty teren to nadawał się do jazdy konnej. Ona nie miała wierzchowca, ale nie potrzebowała żadnego transportu. Na własnych nogach też da radę, a na początku wędrówki będzie to nawet znacznym ułatwieniem.
Nie musiała się pakować, bo nigdy nic ze sobą nie miała. A przynajmniej nie były to drobiazgi na tyle duże, by nie zmieściły się do kieszeni płaszcza. Najważniejsza była chusta, noże i kapelusz. Jeśli miała wszystko przy sobie, mogła wyruszyć w każdej chwili. Choć jakby się tak nad tym zastanowić to brakowało jeszcze jednej rzeczy… tym jednak mogła pomartwić się później.
-No i wszystko pięknie!- zauważyła jedna dziewczyna, kiedy kompania znów ruszyła w drogę. Ta sama, która wcześniej ochrzciła Lis „badziewiem”, choć kobieta nie czuła żadnej urazy. Raczej rozbawienie, nawet jeśli tego nie okazywała.
Gotka ruszyła za pozostałymi, trzymając się trochę z tyłu. Obserwowała każdego z nieznajomych, próbując dowiedzieć się chociaż tego z kim ma do czynienia. O dziwo, pierwsza rzuciła jej się w oczy niska, jeżeli nawet nie najniższa dziewczyna z grupy. Wyglądała jak… zwykła, ludzka kobieta, choć było w niej również coś nie-ludzkiego. Salander zbyt dużo czasu poświeciła na tropieniu i rozpoznawaniu wszelkich istot, by nie wiedzieć, że owa długowłosa nieznajoma może wcale nie być człowiekiem. Elegancka, koronkowa odzież sprawiała, że wyglądała bardzo poważnie, choć Lisbeth nigdy nie oceniała ludzi po wyglądzie. Zaraz obok niej swego konia prowadziła białowłosa dziewczynka. Szpiczaste uszy wyraźnie mówiły Gotce, że ma do czynienia z Elfką, do tego nie trzeba być żadnym ekspertem. Zaraz przed nią szła pewna dwójka, która wpadła na nią, gdy zmuszała się do wstawania. Brązowowłosą zdążyła już poznać i kilka zdań z nią zamienić. Co do jej „rasy” to… kobieta miała elfią urodę, która była naprawdę łatwo rozpoznawalna. Nie była jednak Elfką, tego Lisbeth była pewna. A zatem byli tutaj tacy mieszańcy jak ona? Dobrze wiedzieć. To nawet miła odmiana choć raz w życiu spotkać kogoś, kto nie jest pełnej krwi. Mężczyzna, który wędrował i kłócić się z krótkowłosą kobietą miał zasłoniętą twarz zielonym kapturem, więc ciężko było cokolwiek dostrzec. Choć Gotka nie wyczuła w nim niczego obcego… najprawdopodobniej był zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, którym niegdyś była i ona.
Dziewczyna skrzywiła się odrobinę. Poczuła ukłucie zazdrości, które opuściło ją tak szybko, jak się w niej zrodziło.
Wśród nich była jeszcze jedna postać, choć przyznam, że rozszyfrowanie go stanowiło dla byłej Łowczyni niełatwą zagadkę. A przecież w swoim fachu nauczyła się rozpoznawać każdego, nawet najdziwniejsze mieszanki… choć ten tutaj stanowił naprawdę wielkie wyzwanie. Może to przez jego tajemniczą aurę, która przez cały czas otaczała mężczyznę?
„No i przez to, że nie widać nawet milimetra jego twarzy.”- pomyślała.
No dobra, rozumiała, że nie każdy musi pokazywać całą twarz, zwłaszcza, że sama należała do wielbicieli chustek i kapturów. Ale na co komu taka wielka maska?! Z ptasim dziobem?! W dodatku mężczyźnie towarzyszyły dwa kruki, które albo latały gdzieś w pobliżu, albo przysiadywały na jego ramieniu.
„Wyglądają jak trzyosobowe stado.”- uznała ironicznie.
Najdziwniejsze było to, że im dłużej zdawała sobie sprawę z tego, iż jest wśród nich ktoś tak skryty i tajemniczy… w dodatku przez tą maskę nie potrafiła określić jego rasy, tym bardziej chciała mu ją zabrać. W końcu, po tych kilkudziesięciu minutach marszu i przepychania się przez gęstwinę roślin, udało im się wydostać z tej plątaniny gałęzi. I choć dalej znajdowali się w lesie, to te tereny nadawały się do jazdy konnej. Dlatego też kompanii (co poniektórzy nawet z ulgą) dosiedli swych wierzchowców. Właściwie to jedyna Lis nie miała swego rumaka, choć od początku uznała, że poradzi sobie bez transportu.
-Nie masz konia?- zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. Lisbeth odwróciła się i ujrzała młodą, białowłosą Elfkę. Dziewczyna trzymała wodze swego wierzchowca w jednej dłoni, drugą głaskała go po szyi.- Jak chcesz, to możemy pojechać razem, jakoś się zmieścimy.
Gotka uśmiechnęła się z wdzięcznością, choć przez chustkę nie było tego widać.
-Jak ci na imię?
-Mild.
-A więc Mild, dziękuję za propozycję. Ale chyba jakoś dam radę.- Elfka najwyraźniej nie była przekonana, gdyż przyjrzała się nieznajomej, unosząc lekko jedną brew.
-Będziemy jechać przez jakiś czas.- ten głos już nie należał do białowłosej. Był to głos mężczyzny, a Lis już wcześniej go słyszała. Za nią stał ten sam tajemniczy „ktoś”, dosiadający już swego konia.
-Pobiegnę obok.- zauważyła, jakby była to rzecz zupełnie normalna. Właściwie to nadludzka szybkość była jedyną zaletą, jaką otrzymała po swej „mutacji” dekady temu, choć nigdy jeszcze nie musiała biec za końmi.
-Zobaczymy.- ton w jakim to wypowiedział był spokojny, zimny i zdawałoby się nawet, że zupełnie obojętny. Może to było skrzywienie zawodowe, lub fakt, że Lisbeth rzadko kiedy rozmawiała z kimkolwiek, ale wyczuła w nim coś na kształt wyzwania. Choć równie dobrze to mogło być tylko złudzenie.
Kiedy kompania ruszyła, Gotka pobiegła za nimi. Właściwie to na początku, kiedy wierzchowce ruszyły stępa nie musiała się wysilać. Kłus tez nie stanowił żadnego problemu, bo choć musiała już biec, to nie bardzo szybko. Właściwie to przez większość czasu kompania poruszała się żwawym kłusem. Tylko jeden koń ruszył galopem… Gdy Lis zerknęła na wałacha, dostrzegła, że jego jeźdźcem jest nikt inny, jak zamaskowany mężczyzna. Nie miała pojęcia po co wybiegł na przód, choć odniosła dziwne wrażenie, że jest poddawana próbie. Cóż, skoro tak, to nie miała najmniejszego zamiaru się cofnąć.
Ruszyła przed siebie, zostawiając kłusujące towarzystwo. Po jakimś czasie dogoniła galopującego wałacha tak, że teraz biegła z nim na równi. Przez chwile przyszła jej do głowy myśl, by wyprzedzić wierzchowca… nie, wtedy pokazałaby na co ją stać. Poza tym za szybko by się zmęczyła. W końcu jednak i tak musiała przyspieszyć, gdyż zamaskowany mężczyzna pogonił swego konia. To jeszcze nie był cwał, ale daleko było temu do galopu… Mimo to biegła. Nie zatrzymała się, nie myślała nawet o zwolnieniu, choć wszystkie mięśnie bolały ją jak nigdy. Zerknęła w bok i posłała obcemu pełne nienawiści spojrzenie, ale ten nawet nie myślał by się zatrzymać. Dziewczyna wymieniła w myśli kilka przekleństw, które najlepiej pasowały do sytuacji i zwolniła biegu. Zdyszana dotruchtała do nieznajomego, który zatrzymał konia, najwyraźniej czekając na pozostałych.
-A mówiłaś, że dasz radę.- zauważył, znów tym zimnym i opanowanym głosem, który nie wyrażał żadnych emocji.
Lisbeth zaklęła najciszej jak było to możliwe i spiorunowała mężczyznę spojrzeniem, mroźniejszym niż najbardziej sroga zima.
-Zrobiłeś. To. Specjalnie.- wycedziła przez usta. Niestety, przez to, że dalej dyszała i próbowała złapać oddech, dało to mało groźny efekt.
-Zupełnie nie wiem o czym mówisz.- nieznajomy dalej utrzymywał przy swoim. Najgorsze było jednak to, że przez opanowany ton głosu ciężko było się z nim spierać.
„Jasne, bujać to my, nie nas.”
Dziewczyna zacisnęła pięść, choć zaraz zrobiła chyba najmniej oczekiwaną i, możliwe że najmniej odpowiednią rzecz. Zaczęła się śmiać, choć sama do końca nie wiedziała dlaczego. Zaraz jednak się opanowała. Usłyszała za sobą stukot kopyt, co świadczyło, że pozostali już do nich dotarli. Lisbeth wycelowała palcem wskazującym w mężczyznę z maską i, jakby nigdy nic odparła, dysząc jeszcze trochę ze zmęczenia:
-Świat jest stuknięty.- i tyle. Nic więcej. Tego typu zakończenia rozmów były jak najbardziej w jej stylu, zwłaszcza, gdy nie wiedziała co powiedzieć.
Jeszcze zmachana po, zaskakującym krótkim biegu (co jest dowodem, że „moc” jaką otrzymała, jeśli można tak ją nazwać, owszem daje jej szybkość, jednak zabiera wytrzymałość… aczkolwiek bieg za galopującym koniem bywa męczący) podeszła do karego konia, którego dosiadała młoda, białowłosa Elfka. Kaszląc i z trudem łapiąc oddech, spojrzała się w górę i zapytała:
-Czy ta propozycja podwózki… dalej jest aktualna?

Mild? Phester? A może ktoś inny...?

14 komentarzy:

  1. Ja bym mogła, oddam najwyżej Lis swojego konia - Vista niezbyt przepada za jechaniem konno ;) Poza tym mam pomysł :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Najprościej by było gdyby Mild odstawiła Lis swojego konia i się komuś dosiadła, np. Vis

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaraz zaczniemy urządzać jakieś skomplikowane wymiany wierzchowców xD
    A wszystko przez to, bo Lis chciała pobiegać O.o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niech po prostu usiądzie tak jak jej Mild proponowała XD Nie będzie miała nic przeciwko

      Usuń
  4. Mild jest najmniejsza to się z Lis zniszczą na jednej kulbace :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No w sumie racja :D Ale CD i tak jest mój!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście x3 CD pozostawiamy w Twoich łapkach, Vis ;)

      Usuń
    2. Znowu będziesz Haltowi coś wypominać? XD

      Usuń
  6. Hmmm, zastanawiam się, czy tym razem to nie przez niego Ktoś spadnie z konia, yhyhyhyhyhhy :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Właśnie, Nyan chcę Ci tylko przypomnieć, że to przez niego Lis nie ma wierzchowca ;p

    OdpowiedzUsuń
  8. I przez tego łachudre Vis potknęła się o Lis :P

    OdpowiedzUsuń