Pomysł
Atlanta, by poszukać w miasteczku koni zdecydowanie przypadł Słowikowi
do gustu. Prawdę powiedziawszy myśl o wierzchowcu wywołała na twarzy
rudzielca jeszcze szerszy niż dotychczas uśmiech. Sekretem nie było, że
Dirhael uwielbiał zwierzęta. One także w przedziwny sposób ciągnęły do
niego. Tajemnicza siła pchała Włóczykija w stronę czworonogów, a one
zdawały się zwracać nań szczególną uwagę. Ta sama bezimienna magia
oddziaływała w obie strony w przypadku każdego innego chowańca, który z
własnej woli oddał się pod ludzkie władanie. Co więcej, dzikie
zwierzęta, niezależnie od tego czy były bezpieczne czy nie, także
wykazywały się zgoła większą chęcią do kontaktów z osobą Włóczykija niż
miało to miejsce w przypadku innej osoby. Elf doskonale pamiętał pewną
okropnie mroźną, zimową noc, gdy przy ognisku zastała go wataha wilków.
Bestie były przemarznięte, lecz obawiały się ognia na tyle, by nie móc
podejść do niego na odpowiednią do ogrzania się odległość. Wtedy
właśnie, z niewielką pomocą dobrych chęci udało mu się zachęcić watahę
do zostania z nim, a resztę nocy spędził pośród miękkich, wilczych futer
i zadowolonych popiskiwań. I niejako był z siebie dumny.
Obecnie jednak nikt nie wymagał od niego ponownego zaklinania watahy. Tym razem musiał jedynie znaleźć konia, a to było stanowczo mniej chwalebne zadanie, którego nie dane mu będzie wspominać aż tak długo. Mimo to dobry nastrój Słowika zdawał się być zupełnie nieporuszony takim stanem rzeczy. Każdy kolejny dzień stanowił dla Włóczykija zagadkę. Naturalnym było, że nie codziennie można było spodziewać się nadejścia dnia obfitującego w przygody czy heroizm i tak stan rzeczy jak najbardziej elfowi odpowiadał. Różnorodność jego dni stanowiła istotną równowagę, dzięki której Dirhael nie mógł narzekać ani na nudę, ani na nadmiar mocnych wrażeń. Tym bardziej, że przecież nie tak dawno był świadkiem i równocześnie jednym z uczestników bijatyki, a później spotkał dziwną kobietę z księgarni.
Obecnie jednak nikt nie wymagał od niego ponownego zaklinania watahy. Tym razem musiał jedynie znaleźć konia, a to było stanowczo mniej chwalebne zadanie, którego nie dane mu będzie wspominać aż tak długo. Mimo to dobry nastrój Słowika zdawał się być zupełnie nieporuszony takim stanem rzeczy. Każdy kolejny dzień stanowił dla Włóczykija zagadkę. Naturalnym było, że nie codziennie można było spodziewać się nadejścia dnia obfitującego w przygody czy heroizm i tak stan rzeczy jak najbardziej elfowi odpowiadał. Różnorodność jego dni stanowiła istotną równowagę, dzięki której Dirhael nie mógł narzekać ani na nudę, ani na nadmiar mocnych wrażeń. Tym bardziej, że przecież nie tak dawno był świadkiem i równocześnie jednym z uczestników bijatyki, a później spotkał dziwną kobietę z księgarni.
~
Skup się nieco... ~ upomniał go Alt, gdy całą uwagę Słowika
przyciągnęła sprzedająca zioła starsza pani. ~ Szukamy konia, a nie
zielska.
- Tak, tak... - mruknął Rovidan, wzdychając przy tym cicho. - Pamiętam.
Włóczykij przykazał sobie znaleźć stajnię i wrócił do rozglądania się dookoła w poszukiwaniu. To miasteczko już zawsze będzie kojarzyć mi się z szukaniem wszystkiego.
~
Nie narzekaj. Zawsze mogło być gorzej. ~ odpowiedział mu rozbawiony
głos Atlanta. Dirhael parsknął tylko, choć sam nie potrafił opanować
ponownie cisnącego się mu na usta uśmiechu.
- Pewnie mogło być. - zgodził się po chwili.
Zaledwie
po kwadransie Dirhael znalazł wreszcie odpowiedni, podobny stodole
budynek. Dotarł do drzwi stajni i pchnął je. Jego oczom ukazały się
cztery
częściowo zapełnionych boksów. Cała stajnia była bardzo jasna i
starannie wyczyszczona, więc tym milej było Słowikowi oglądać jej
wnętrze.Otoczyła go dobrze mu znana woń koni (w żadnym wypadku nie
kojarzona przez niego z przykrym zapachem) i siana. Chwilę później w
stronę Włóczykija zmierzał wyjątkowo przyjaźnie wyglądający mężczyzna
przy tuszy. Przystanąwszy przy rudzielcu, okazał się być od niego nieco
niższy, ale, jak na dobrego gospodarza przystało, i tak wyciągnął w jego
stronę dłoń, którą Słowik uścisnął.
- Co cię do mnie sprowadza, elfie? - spytał zaskakująco dudniącym barytonem, potrząsając uwięzioną w jego dłoni słowiczą ręką.
-
A cóż może mnie sprowadzić do tak wspaniałej stajni? - zaczął Dirhael -
Chciałbym pożyczyć na jeden dzień szybkiego wierzchowca. Zapłacę tyle,
ile będzie konieczne.
- W okolicy nie ma miasta oddalonego o dzień
drogi, a już na pewno nie ma niczego na tyle blisko, by zajechać tam i
wrócić jeszcze tego samego dnia. - gospodarz wypuścił dłoń Włóczykija i
skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. Dirhael nie dziwił się tak
gwałtownemu oziębieniu dialogu. W końcu poprosił o coś pozornie
niemożliwego do wykonania. Naturalnym więc było, że człowiek nie chciał
dać się oszukać i okraść. Słowik jednak ani myślał zrobić tak paskudną
rzecz. Wydobył z kieszeni odpowiednio wysoką kwotę i wręczył ją
właścicielowi, uśmiechając się przy tym niewinnie.
- Zaiste jest
tak jak mówisz, miły panie. Nie ukrywam, że nie zamierzam tu wracać.
Mimo wszystko koń wróci na miejsce, przyrzekam na wszystko, że tak
będzie. Ponadto zostawiam przecież znacznie więcej pieniędzy niż ta
prośba jest warta, więc niczego pan nie straci, prawda?
Gospodarz
przyjął pieniądze i zmierzył Słowika badawczym spojrzeniem. Chłopak
rozłożył ręce na boki, tak by sprawiać wrażenie osoby otwartej i
faktycznie nie mającej niczego do ukrycia.
Niebawem Dirhael
wyprowadzał z boksu osiodłanego gniadosza. Koń nosił imię "Rapido", co
wedle gospodarza oznaczać miało mniej więcej "szybki". Gniadosz zdawał
się jednak być spokojnym, wręcz leniwym wierzchowcem. Słowik pociągnął
za uzdę, zmuszając ogiera do szybszego stępa i gestem ręki pozdrowił
odprowadzającego go wzrokiem gospodarza. Już za murami stajni rudzielec
wspiął się na siodło i ułożył w nim wygodnie. Włóczykij naprawdę lubił
jazdę konną i uważał, że potrafił jeździć. Sprawiało mu to niekłamaną
przyjemność. Nie można było mu też odmówić naturalności w siodle. Słowik
na grzbiecie wierzchowca, gdyż nie tylko koni dosiadał w swoim życiu,
czuł się równie pewnie co na stałym gruncie. Dlatego też bez zbędnego
przeciągania, pogładził szyję konia i lekko szturchnął go piętami.
-
W drogę, Rapido. - zarządził, świadom tego, że koń i tak zrozumiał
przekaz. Nie mógł jednak odmówić sobie choć pozornej rozmowy z ogierem.
~ Jak masz zamiar oddać tego konia? ~ zagadnął Atlant, gdy Rapido spokojnym, niemal żółwim tempem szedł ubitym traktem.
- Najzwyczajniej każę mu wracać do domu? - odpowiedział mu pytaniem Słowik. Jego ton sugerował oczywistość odpowiedzi.
~ Sądzisz, że cię posłucha i wróci? ~ w głosie niematerialnego towarzysza Dirhaela zabrzmiało powątpiewanie.
-
Ja jestem pewien, że posłucha i wróci. Zaufaj mi, kolego. Wiem co
robię! - Rovidan uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Bez trudu dało się
wyczytać z tego podejrzanego grymasu, że elf coś kombinował. Z całą
pewnością był to ten uśmiech za który do chłopaka przylgnęło przezwisko
"Chochlika".
Rapido potrząsnął łbem i parsknął, najwyraźniej
rozumiejąc, że rozmowa, której połowicznie był świadkiem dotyczy też
jego. Ogier zatrzymał się i cofnął o krok.
- Oj... Już chcesz
wracać? Rapido, proszę cię! - Słowik zaśmiał się i znowu szturchnął
konia łydkami. Tym razem jednak nieco mocniej niż niedawno. Koń znów
podjął marsz. Chwilkę później już kłusował.
~ Masz jakieś pomysły
na to czym możemy umilić sobie podróż? ~ zagaił w myślach Słowik,
nienawykły do ciszy w czyimkolwiek towarzystwie. ~ Mam ci coś zaśpiewać
czy może obejdzie się bez?
<Alt? Nie wiem czy to może się spodobać, ale proszę bardzo!>

