Haltowi dawno nie było dane spędzać czas w towarzystwie, którego nie miał okazji z miejsca powystrzelać...no dobra, może było tu kilka ,,ewenementów", ale po co marnować strzały? Poza tym Atlant okazał się wyjątkowo gościnnym gościem i łucznik nie miał ochoty zajść mu za skórę. Gdy Squall przyniosła rum towarzystwo z miejsca poweselało. Największy entuzjazm okazał, ku jego zaskoczeniu - smok. Frelser słysząc nuty pieśni marynarskiej i prawdopodobnie już czując trunek wyprostował szyję na całą długość i utkwił wąskie gadzie źrenice w pani kapitan. Wyglądał przy tym jak pies myśliwski. Halt aż odchylił się do tyłu sprawdzić, czy zaraz z radości nie walnie ogonem w plecy Mild i Viserany. Szczęśliwie dla dziewcząt, chyba aż takich odruchów kanapowca nie miał.
Obieżyświat przyjął podany kubek, nawet nieco ufając, że piratka niczego mu tam nie dosypała. Poprzestał na jednym - wolał być w razie czego trzeźwy - i przysłuchiwał się opowieściom swoich nowych towarzyszy niedoli. Malik (Wiedziałem, że ma jakieś imię) streścił jak dostali się ze Squall do Hidden, ignorując jej docinki. Piratka natomiast opowiedziała jak wyratowała z opałów Frelsera, zupełnie nie zwracając uwagi na złośliwe uśmieszki Alta i felina, którzy - wnioskując po tym - również tam byli. Pałeczka przeszła na Frela. Gad po namowie opisał jak był zmuszony uciekać przed smokobójcami. Gdy zapadła cisza, Vis nie mogąc się powstrzymać przerwała ciszę całkiem zabawną historią, jak to Mild zniszczyła jakiejś kokietce sukienkę. Małej elfce pozostało zarumienić się ze wstydu. Po minucie jednak zrekompensowała się przypominając Viserany jak złamała nogę jakiemuś wieśniakowi. Ta dała młodej kuksańca i szybko uzupełniła, że to była wina Halta. Phester westchnął, po czym mruknął coś w stylu ,,No i się zaczęło". Łucznik ze złośliwym uśmiechem rzucił jedynie, że nie przypisuje sobie żadnych zasług, a w owym ,,przedsięwzięciu" był jedynie pomocnikiem. Rozpętał przy tym trwającą następne dwadzieścia minut wojnę na argumenty.
Gdy oboje w końcu się znudzili, reszta już dawno skupiała się na ciekawszych zajęciach. Mild gadała z Frelserem, wyraźnie nim zaintrygowana. Haltowi obiła się o uszy czyjaś wzmianka o sytuacji na północy i już chciał się wtrącić, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Właściwie nawet nie ,,coś". Po prostu nagle coś w głowie podpowiedziało mu, że powinien się mieć na baczności. Ktoś się zbliżał. Łucznik zaufał instynktowi. Nie chcąc niepotrzebnie przerywać innym rzucił niedbale, że musi się przewietrzyć, po czym wziął do ręki łuk. Lisbeth jako jedyna zwróciła na ten fakt większą uwagę.
- ,,Przewietrzyć"? - rzuciła niedowierzająco i kiwnęła głową w stronę broni.
- Przezorny jest zawsze ubezpieczony - odparł z uśmiechem Halt. - Poza tym słyszałaś Atlanta - w pobliżu poniekąd jest całkiem sporo ,,nieciekawych stworzeń".
- A ich szczególne skupisko odnotowano na pewnej opuszczonej polanie - dodała z przekąsem. Mężczyzna nie był pewny, czy w jej oczach zobaczył błysk wesołości, czy tylko mu się zdawało.
Gdy tylko zagłębił się nieco w las porzucił pozory spokoju. Wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na nienaciągniętą cięciwę, idąc przed siebie wolno. Stawiał kroki z już wrodzoną ostrożnością. Omijał suche, szeleszczące liście oraz nadłamane gałązki, całkowicie skupiony na otoczeniu. Nie był nawet w stanie określić ile czasu minęło - każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Ale wokół panowała upiorna cisza, przez którą Halt nawet obawiał się wziąć głębszy oddech. Las milczał.
Łucznik ostatni raz omiótł skąpane w świetle księżyca pnie drzew. Chyba mi odbija, pomyślał. Był tego już niemal pewny, gdy nagle coś zaszeleściło na lewo od niego. W jednym płynnym ruchu poderwał łuk, naciągnął cięciwę po rąbek ust i wypuścił strzałę w koronę drzew. Nie trafił - poinformował go o tym głuchy stuk wbijającej się w pień strzały...oraz zaskoczony, kobiecy okrzyk.
- Patrz gdzie strzelasz, barani łbie! - wyrwało się nieznajomej. Właścicielka głosu chyba jednak zrozumiała, że zrobiła coś wyjątkowo głupiego, bo szybko ucichła.
Halt stał w tym samym miejscu, mierząc w liście. Nie speszył go fakt, że strzelił do kobiety. Doświadczenie minionych dni nauczyło go jednego - ładna buzia czy uwodzicielski głos to jedynie przykrywki dla podłego charakteru.
- Złaź na dół - powiedział spokojnie.
Nieznajoma wahała się moment zanim zdecydowała się zeskoczyć z drzewa. Gdy już to zrobiła, łucznika ogarnęło niemałe zaskoczenie. Jakieś dwa metry od niego stała najprawdziwsza harpia, tego był pewien. Ptasie szpony zamiast stóp, brązowe pióra, rozłożyste skrzydła zrośnięte z rękoma i biały czub zamiast włosów. Dziewczyna jednak zdecydowanie nie była typową harpią. Miała twarz młodej kobiety, a nie wiedźmy. Poza tym, gdyby była typową przedstawicielką swojej rasy, odpowiedziałaby na posłany w jej stronę strzał czymś zdecydowanie bardziej nieprzyjemnym niż nazwanie ,,baranim łbem". Mężczyźnie rzuciła się w oczy także przewieszona na plecach lutnia z jasnego drewna.
- Dobrze, jestem na ziemi - powiedziała melodyjnie harpia. - Możesz już chyba opuścić łuk, nie sądzisz? To trochę...krępujące, mieć wycelowaną w pierś strzałę.
- Od kiedy w okolicy mieszkają harpie? - zapytał Halt, nie obniżając łuku. - Z tego co słyszałem pełno tu jakiegoś dziadostwa, ale o harpiach ani słowa.
- Bo nie mieszkają w Sorsinie dobre trzy wieki? - odpowiedziała nieznajoma jakby mówiła coś oczywistego.
- W takim razie co tu robisz?
- Zwiedzam.
- Las?
- Wiesz, mogłabym cię zapytać o to samo.
Łucznik prychnął uśmiechając się lekko. Zdjął strzałę z cięciwy.
- Niech ci będzie - powiedział. - Wnioskuję, że również trafiłaś tu cudownym zrządzeniem losu uciekając przed wojskami?
- ,,Również"? - zainteresowała się. - Czyli jest tu więcej uciekinierów?
- Całkiem spora gromadka - Obieżyświat machnął ręką w kierunku, z którego tu przyszedł. - Chyba moim obowiązkiem jako nowo mianowanego obywatela tego skrawka lasów jest zaprowadzenie cię do reszty. Pani pozwoli?
Harpia uśmiechnęła się i ruszyła za nim. Przez chwilę panowała cisza.
- A tak w ogóle to z kim mam przyjemność? - zapytała nagle dziewczyna.
- Z tego co pamiętam to prędzej tobie wypada się przedstawić, biorąc pod uwagę fakt, że jestem uzbrojony, a ty nieproszonym gościem - zauważył mężczyzna.
- A savoir vivre? - sparowała z lekką wesołością. - Jeszcze wczoraj to mężczyźnie wypadało się przedstawić pierwszemu...zwłaszcza , jeśli wcześniej nieopatrznie strzelił w stronę damy.
- Cwana jesteś - łucznik już zaczynał ją lubić. - Halt, do usług. A ty?
- Kaniehtí:io Neomë'thakkí.
Halt bezskutecznie próbował kilka razy powtórzyć skomplikowane imię harpii, ale szybko się poddał.
- A jakaś krótsza wersja? - rzucił z nadzieją.
- Ziio - odparła teraz już wyraźnie rozbawiona kobieta.
W końcu las ustąpił miejsca znajomej polanie z dalej płonącym ogniskiem i zadowolonym towarzystwem. Squall widząc wychodzącego spomiędzy drzew łucznika już otworzyła usta, by rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale urwała gdy zauważyła harpię. Zresztą nie tylko ona - wszyscy nagle ucichli zaskoczeni.
- Panie, panowie i inne gady! - zaanonsował teatralnie Obieżyświat, przy ostatnich słowach rzucając wymowne spojrzenie w stronę co poniektórych, dając im do zrozumienia, że to nie Frelsera miał na myśli. - Oto panna Ziio we własnej osobie!
Ziio? Ktoś inny? Skombinowałam muzykę! x3
poniedziałek, 15 lutego 2016
czwartek, 11 lutego 2016
Od Ziio - Wielkie wyjście
- Bis! Bis! - rozległy się wesołe wołania.
Ziio uśmiechnęła się promiennie. Tak fantastycznej publiczności nie miała od kilku lat. Stuletnia wojna może się skończyła, pozostawiła jednak w Sorsinie głęboką, niezabliźnioną jeszcze szramę. Podczas gdy żołnierze mogli sobie pozwalać na wszystko co chcieli, ludność dalej żyła w przestrachu, że ich dom spłonie następnej nocy. Co za tym idzie, do obcych odnosili się niemal z wrogością. A gdy jakiś przyjezdny jest na dodatek potworem?
Cóż, naszej harpii w żadnym wypadku potworem nazwać się nie da. Ani to z wyglądu (bo przecież mimo piór, skrzydeł i ptasich łap jest całkiem ładną osobą), a tym bardziej z jej charakteru. Jednak ,,nieludzie”, jak się tego wieczoru przekonała, dalej w wielu zakamarkach kraju robią niemałą sensację. Całe szczęście ludzie wymęczeni stanem powojennym gdy usłyszeli, że dziewczyna jest minstrelem, pozwolili jej zostać na jeden utwór. Wesoła piosenka zrobiła swoje - zaciekawiła, zasiała ziarenko błogości. A gdy harpia rzekła z teatralnym westchnieniem, że zrobiła swoje i czas jej iść, widownia aż zbyt wylewnie zaprotestowała prosząc o jeszcze jeden występ. Ziio szybko więc wróciła na swoje miejsce i śpiewała dalej.
Tak oto docieramy do chwili obecnej. Kyra siedząc na belce pod stropem tuż pod szklanym świetlikiem stroiła lutnię, a na dole wyczekująco patrzyli na nią uśmiechnięci ludzie.
- Cóż jeszcze mogę zaśpiewać? - zawołała z udawanym oburzeniem. - Cały repertuar mi zużyjecie!
- Nie daj się prosić! - odparł raźnie jeden z siedzących pod ścianą weteranów wojskowych.
- Właśnie! - poparli go naraz wszyscy.
Harpia skrzywiła się teatralnie. Po chwili jednak na powrót się uśmiechnęła.
- Niech wam będzie! Jak się bawić, to do rana! - zakrzyknęła i cała karczma zatrzęsła się od popierających ten pomysł okrzyków.
Zarzuciła nogę na nogę, oparła na udzie lutnię i zamyśliła się chwilę. Niewiele kłamała z tym repertuarem - gdy przybyła do zajazdu dopiero zaczynało zmierzchać, a obecnie już chyba zbliżała się północ. Noc była młoda, a jej kończyły się piosenki. Po jakiejś minucie podjęła w końcu spokojną, rytmiczną, aczkolwiek nieco nostalgiczną melodię na niskich tonach. Wieśniacy zamilkli wsłuchani w skupieniu, wpatrzeni w drgające struny i zręczne palce dziewczyny. Melodia ciągnęła się dobre dwie minuty, zanim Ziio zaczęła śpiewać:
Nie, już nie pamiętam
Co zniosło tu nas.
Czy był to wiatr psotny?
Czy płynący czas?
Cóż znowu chce patrzeć
Na łzy tych rozstań?
Co znów chce nas zmusić
Do ckliwych wyznań?
Nie, już nie chcę wiedzieć
Co...
W tym momencie trzasnęły głośno drzwi, wytrącając zupełnie Kyrę z rytmu. Już miała rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę gbura, który jej tak chamsko przerywa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Do karczmy wparowało pięciu strażników miejskich. Zamarła. Nie miała pojęcia jak tutejsza władza odnosi się w temacie nieludzi i ich obecności w miejscach publicznych. Po minie komendanta wyczytała jedynie, że czekają ją kłopoty.
- Nie ruszać się! - zakomenderował mędrkowatym tonem.
- Ależ ja się wcale nie ruszam, panie władzo - powiedziała spokojnie Ziio.
Strażnik podniósł głowę do góry. Najwyraźniej nie zauważył jej już w wejściu.
- O co chodzi? - zapytała harpia, gdy milczenie przeciągnęło się niezręcznie dla najwyraźniej początkującego dowódcy.
- Jest pani aresztowana! - zaczął przypominając sobie swoją rolę.
- Ale za co? - szczerze zdziwiła się Kyra. Niby znała już odpowiedź, ale niemniej dalej zaskoczyła ją. Do tej pory jeszcze nie spotkała się z takim przejawem braku tolerancji wobec rasy.
- Za zakłócanie spokoju!
- Proszę pana - wtrącił się cierpliwie starszy oberżysta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Panna Ziio jest minstrelem. Z tego co pamiętam żyją oni właśnie z zakłócania ciszy nocnej.
- Co przepra...? Nie! Nie o ciszę nocną tu chodzi mości gospodarzu - strażnik potrząsnął głową.
- To o co? - przerwała mu lekko już zirytowana harpia.
Człowiek popatrzył na nią jakby go właśnie śmiertelnie obraziła.
- No słucham - wzruszyła ramionami. - Jeśli się mnie ktoś boi, to może opuścić lokal. Nikogo tu przymusem nie trzymam. Aczkolwiek nie widzę żadnego powodu do strachu.
- Słuchaj no, ty...
- Harpio?
- ...potworze! Masz się zaraz wynieść z tego miasta, bo inaczej...
Ziio zeskoczyła z belki, lądując tuż przed chuderlawym mężczyzną, który wzdrygnął się i odskoczył. Przewiesiła swój instrument na plecach za umocowany do gryfu pasek i wyprostowała się dumnie, zaplatając ręce na piersi.
- Bo inaczej co? - powtórzyła pytająco.
- Ha! Grozisz mi! - komendant jakby zadowolony sięgnął ku rękojeści miecza.
- Co przepraszam? - harpia zamrugała kilka razy.
- Nikt nie będzie groził przedstawicielowi prawa!
Wyszarpnął - dość nieumiejętnie - miecz i skierował go w stronę Kyry. Dziewczyna cofnęła się przed ostrzem. Wielu wieśniaków widząc, że szykuje się burda, ruszyło w stronę drzwi. Harpia obejrzała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie miała zamiaru się z nikim pojedynkować. Gdyby teraz choćby drasnęła komendanta lub któregoś z jego ludzi, niewątpliwie przyznałaby w ten sposób rację nazwaniu jej ,,potworem”, nawet jeśli by się jedynie broniła. Podłapała spojrzenie gospodarza karczmy. Mężczyzna stał przy umocowanym na ścianie kołowrotku z dźwignią i owiniętą wokół liną. Kiwnął głową w górę. Dziewczyna podążyła za idącą po stropie liną...sięgała do świetlika. Natychmiast zrozumiała o co chodzi i skinęła głową z podziękowaniem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się i zakręcił dźwignią. Klapa w świetliku uchyliła się ze skrzypnięciem. Strażnicy spojrzeli w górę odruchowo. Harpia wykorzystała moment nieuwagi. Odbiła się od ziemi i pomagając machnięciem skrzydeł wylądowała z powrotem na belce stropowej. Posłała strażnikom ironicznego buziaka, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez świetlik.
Ziio uśmiechnęła się promiennie. Tak fantastycznej publiczności nie miała od kilku lat. Stuletnia wojna może się skończyła, pozostawiła jednak w Sorsinie głęboką, niezabliźnioną jeszcze szramę. Podczas gdy żołnierze mogli sobie pozwalać na wszystko co chcieli, ludność dalej żyła w przestrachu, że ich dom spłonie następnej nocy. Co za tym idzie, do obcych odnosili się niemal z wrogością. A gdy jakiś przyjezdny jest na dodatek potworem?
Cóż, naszej harpii w żadnym wypadku potworem nazwać się nie da. Ani to z wyglądu (bo przecież mimo piór, skrzydeł i ptasich łap jest całkiem ładną osobą), a tym bardziej z jej charakteru. Jednak ,,nieludzie”, jak się tego wieczoru przekonała, dalej w wielu zakamarkach kraju robią niemałą sensację. Całe szczęście ludzie wymęczeni stanem powojennym gdy usłyszeli, że dziewczyna jest minstrelem, pozwolili jej zostać na jeden utwór. Wesoła piosenka zrobiła swoje - zaciekawiła, zasiała ziarenko błogości. A gdy harpia rzekła z teatralnym westchnieniem, że zrobiła swoje i czas jej iść, widownia aż zbyt wylewnie zaprotestowała prosząc o jeszcze jeden występ. Ziio szybko więc wróciła na swoje miejsce i śpiewała dalej.
Tak oto docieramy do chwili obecnej. Kyra siedząc na belce pod stropem tuż pod szklanym świetlikiem stroiła lutnię, a na dole wyczekująco patrzyli na nią uśmiechnięci ludzie.
- Cóż jeszcze mogę zaśpiewać? - zawołała z udawanym oburzeniem. - Cały repertuar mi zużyjecie!
- Nie daj się prosić! - odparł raźnie jeden z siedzących pod ścianą weteranów wojskowych.
- Właśnie! - poparli go naraz wszyscy.
Harpia skrzywiła się teatralnie. Po chwili jednak na powrót się uśmiechnęła.
- Niech wam będzie! Jak się bawić, to do rana! - zakrzyknęła i cała karczma zatrzęsła się od popierających ten pomysł okrzyków.
Zarzuciła nogę na nogę, oparła na udzie lutnię i zamyśliła się chwilę. Niewiele kłamała z tym repertuarem - gdy przybyła do zajazdu dopiero zaczynało zmierzchać, a obecnie już chyba zbliżała się północ. Noc była młoda, a jej kończyły się piosenki. Po jakiejś minucie podjęła w końcu spokojną, rytmiczną, aczkolwiek nieco nostalgiczną melodię na niskich tonach. Wieśniacy zamilkli wsłuchani w skupieniu, wpatrzeni w drgające struny i zręczne palce dziewczyny. Melodia ciągnęła się dobre dwie minuty, zanim Ziio zaczęła śpiewać:
Nie, już nie pamiętam
Co zniosło tu nas.
Czy był to wiatr psotny?
Czy płynący czas?
Cóż znowu chce patrzeć
Na łzy tych rozstań?
Co znów chce nas zmusić
Do ckliwych wyznań?
Nie, już nie chcę wiedzieć
Co...
W tym momencie trzasnęły głośno drzwi, wytrącając zupełnie Kyrę z rytmu. Już miała rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę gbura, który jej tak chamsko przerywa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Do karczmy wparowało pięciu strażników miejskich. Zamarła. Nie miała pojęcia jak tutejsza władza odnosi się w temacie nieludzi i ich obecności w miejscach publicznych. Po minie komendanta wyczytała jedynie, że czekają ją kłopoty.
- Nie ruszać się! - zakomenderował mędrkowatym tonem.
- Ależ ja się wcale nie ruszam, panie władzo - powiedziała spokojnie Ziio.
Strażnik podniósł głowę do góry. Najwyraźniej nie zauważył jej już w wejściu.
- O co chodzi? - zapytała harpia, gdy milczenie przeciągnęło się niezręcznie dla najwyraźniej początkującego dowódcy.
- Jest pani aresztowana! - zaczął przypominając sobie swoją rolę.
- Ale za co? - szczerze zdziwiła się Kyra. Niby znała już odpowiedź, ale niemniej dalej zaskoczyła ją. Do tej pory jeszcze nie spotkała się z takim przejawem braku tolerancji wobec rasy.
- Za zakłócanie spokoju!
- Proszę pana - wtrącił się cierpliwie starszy oberżysta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Panna Ziio jest minstrelem. Z tego co pamiętam żyją oni właśnie z zakłócania ciszy nocnej.
- Co przepra...? Nie! Nie o ciszę nocną tu chodzi mości gospodarzu - strażnik potrząsnął głową.
- To o co? - przerwała mu lekko już zirytowana harpia.
Człowiek popatrzył na nią jakby go właśnie śmiertelnie obraziła.
- No słucham - wzruszyła ramionami. - Jeśli się mnie ktoś boi, to może opuścić lokal. Nikogo tu przymusem nie trzymam. Aczkolwiek nie widzę żadnego powodu do strachu.
- Słuchaj no, ty...
- Harpio?
- ...potworze! Masz się zaraz wynieść z tego miasta, bo inaczej...
Ziio zeskoczyła z belki, lądując tuż przed chuderlawym mężczyzną, który wzdrygnął się i odskoczył. Przewiesiła swój instrument na plecach za umocowany do gryfu pasek i wyprostowała się dumnie, zaplatając ręce na piersi.
- Bo inaczej co? - powtórzyła pytająco.
- Ha! Grozisz mi! - komendant jakby zadowolony sięgnął ku rękojeści miecza.
- Co przepraszam? - harpia zamrugała kilka razy.
- Nikt nie będzie groził przedstawicielowi prawa!
Wyszarpnął - dość nieumiejętnie - miecz i skierował go w stronę Kyry. Dziewczyna cofnęła się przed ostrzem. Wielu wieśniaków widząc, że szykuje się burda, ruszyło w stronę drzwi. Harpia obejrzała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie miała zamiaru się z nikim pojedynkować. Gdyby teraz choćby drasnęła komendanta lub któregoś z jego ludzi, niewątpliwie przyznałaby w ten sposób rację nazwaniu jej ,,potworem”, nawet jeśli by się jedynie broniła. Podłapała spojrzenie gospodarza karczmy. Mężczyzna stał przy umocowanym na ścianie kołowrotku z dźwignią i owiniętą wokół liną. Kiwnął głową w górę. Dziewczyna podążyła za idącą po stropie liną...sięgała do świetlika. Natychmiast zrozumiała o co chodzi i skinęła głową z podziękowaniem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się i zakręcił dźwignią. Klapa w świetliku uchyliła się ze skrzypnięciem. Strażnicy spojrzeli w górę odruchowo. Harpia wykorzystała moment nieuwagi. Odbiła się od ziemi i pomagając machnięciem skrzydeł wylądowała z powrotem na belce stropowej. Posłała strażnikom ironicznego buziaka, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez świetlik.
sobota, 6 lutego 2016
Niech wojenne zniszczenie posągi obali, Niech gmach zrównają z ziemią batalie najkrwawsze - Miecz Marsa nie tknie ani pożar nie osmali Słów, w których żyjesz, w których żyć będziesz już zawsze
Imię: Ziio. Nie jest to jej pełne imię. Prawdziwe, Kaniehtí:io, trudno jest wymówić i dziewczyna woli, by zwracali się do niej zdrobnieniem niż kaleczyli język przodków.
Nazwisko: Pochodzi z rodu Neomë'thakkí - ,,Bladoskrzydłych"
Przydomek: Siostry nazywały ją Kyra (słowo znaczące tyle co ,,pisklę"), a wśród ludzi zyskała pseudonim artystyczny Breeze
Rasa: Harpia...wiem, nie przypomina pomarszczonej staruchy. Efekt diety pozbawionej ludzkiego mięsa.
Wiek: 74 lata, czyli jak na harpię jest jeszcze młoda (chociaż jej rówieśniczki już narzekają na wory pod oczami i tzw. ,,kurze łapki")
Płeć: Kobieta, choć niektórzy się kłócą i wolą nazywać ją samicą. Jak zwał tak zwał, nie obrazi się o nic.
Stanowisko: Artysta, Lotnik
Aparycja: Ziio, o ile wśród swoich jest raczej niska, między ludźmi wydaje się średniego wzrostu, może nieco powyżej normy, ale to przez pierzasty czub. Ma proporcjonalną sylwetkę, mówiąc współcześnie jest kobietą z ,,krągłościami”. Nie jest chuda, ani znowu gruba...po prostu w pewnym sensie idealna, a przynajmniej sama się ze swoim ciałem dobrze czuje (i chyba o to chodzi). Barki ma jedynie nieco szersze - efekt wielu lat lotów. Ma twarz o delikatnych rysach, choć nasada jej nosa jest nieco wypukła. Ciemnobrązowe oczy podkreśla makijażem. Białe zęby dopiero po bliższym zerknięciu okazują się posiadać dwie pary nieco dłuższych kłów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Nie ma włosów, w ogóle. Nawet jej brwi to cieniutkie, drobne piórka. Głowę porastają jej większe, śnieżnobiałe, układające się w czub z tyłu głowy. Kark, dekolt i ramiona pokryte są identycznymi. Jedyną wolną od piór powierzchnią (poza twarzą) są ręce dziewczyny, z których tylko gdzieniegdzie wystaje biały pierz. Są one zrośnięte aż po nadgarstek z rozłożystymi, brązowymi skrzydłami. Kyra posiada jednak zwykłe dłonie, z paznokciami co prawda nieco dłuższymi niż u zwykłych, ludzkich kobiet. Tułów i uda pokrywają pióra brązowe, zdecydownie krótsze niż te na głowie i karku. Nogi dziewczyny przypominają orle, tylko że kształtem przypominające ludzkie (i zginające się jak u człowieka). Zamiast stóp posiada ptasie, szponiaste łapy z trzema palcami skierowanymi do przodu i jednym zupełnie przeciwstawnym. Ma też ogon z białych, długich lotek. Ziio nie nosi ubrań, bo nie ma takiej potrzeby - pióra już same w sobie spełniają funkcję okrycia. Bardzo o nie dba. Jedyne elementy ubioru jakie posiada to ozdobny pasek i para długich kolczyków, wszystkie wykonane ze złota i wysadzane klejnotami.
Zdolności: Cóż, przede wszystkim będzie to umiejętność latania - ma skrzydła, to z nich korzysta i to, trzeba przyznać, niezwykle umiejętnie. Nie jest może mistrzynią akrobacji, tak jak ptaki czy smoki, ale nie narzeka. Nie zwykła posługiwać się żadnym orężem. W końcu natura (bądź jakieś złośliwe bóstwo z zaburzeniami psychicznymi) stworzyła harpie już same w sobie jako mordercze potwory. Gdyby jeszcze nauczyć je posługiwać się bronią...oj, lepiej nawet o tym nie myśleć. Więc mimo iż Ziio nie wyhowywała się całe życie wśród sióstr pozostały w niej zabójcze instynkty. Jako broń wykorzystuje więc szpony i kły, chociaż te drugie raczej rzadziej. Co do tych mniej destrukcyjnych zdolności, dziewczyna potrafi pięknie grać na lutni oraz śpiewać. Ma dźwięczny, niemal uwodzicielski głos. Całkiem dobrze rysuje, ale za farby raczej się nie bierze. Niejeden raz przez przypadek przejechała po płótnie skrzydłem niszcząc sobie pióra i obraz.
Zainteresowania: Kyra przede wszystkim uwielbia sztukę i wszelkie jej odłamy. Uwielbia teatr, poezję i śpiew. Sama rymów poskładać niestety zbytnio nie potrafi, dlatego zostaje przy spamiętywaniu piosenek oraz wierszy. A pamięć do tego ma diabelnie dobrą. Gdy nie ma nic do roboty lubi wyłożyć się na odpowiednio wytrzymałej gałęzi lub - rzadziej - na trawie, patrzeć w chmury i nucić. Gdy ma węgiel i papier bierze się za rysunek także przy tym podśpiewując.
Charakter: Harpia jest pod względem charakteru zdecydowanym ewenementem wśród swoich. Przede wszystkim nie ma wstrętu do innych gatunków ani nie uważa się za lepszą przez swoje pochodzenie. Owszem, jest wyjątkowo dumną i niezależną osobą. Widać to w jej wyprostowanej postawie, dobieranych z pewnością siebie słów i podejmowanych w szybkiej decyzji działań. Nigdy jednak nie obraziłaby kogoś na tle rasowym z tego powodu, a niestety większość jej gatunku widzi w tym powód do najmniejszej zaczepki. Co za tym idzie, Kyra należy do osób wyjątkowo tolerancyjnych. Nie czepia się cudzego zdania ani nie krytykuje poglądów czy religii. Szczerze, to takie tematy ją po prostu nie interesują. Widzi w nich jedynie powód do kłótni. Co do wierzeń nie ma nic, głównie przez wzgląd wpływu wszelakich bogów na rozwój kultury, czyli tak kochanej przez nią sztuki i muzyki. Jest osobą wyjątkowo wesołą. Często się uśmiecha błyszcząc kłami (co czasami bywa obrane na opak) i śmieje. Twierdzi, że jeśli przyjdzie jej ujrzeć koniec świata, powinna go przyjąć z uśmiechem na ustach. Jeśli chodzi o rozmowę z nią, to jest osobą wyjątkowo towarzyską i chętnie do kogoś gębę otworzy. Przez większość życia mało kto zaczynał z nią rozmowę (przeważnie to ona musiała zaczepiać), więc obecnie każdą próbą nawiązania z nią kontaktu niezwykle ceni. Lubi wiedzieć, że może na kimś polegać. Doświadczenie nauczyło ją jednak nieufności i z miejsca kogoś przyjacielem nie nazwie. Wrogiem też - na to trzeba sobie specjalnie zasłużyć. Bywa denerwująca oraz złośliwa, ale w złej wierze tego nie robi. Chociaż trzeba przyznać, denerwowanie ludzi, za którymi nie przepada sprawia jej niemałą satysfakcję. Jest zdecydowanie mądrzejsza niż się może wydawać. Nienawidzi osób oceniających wszystko po okładce. Ziio wydaje się pozbawiona wstydu. Nigdy nie zobaczysz by się zarumieniła czy zachichotała nerwowo. Lubi za to sprawiać, by inni się tak zachowywali. Wyjątkowo ją to bawi, zwłaszcza u mężczyzn.
Historia: Kaniehtí:io mieszkała wśród
swoich sióstr na wyspie daleko od Sorsiny. Urodziła się w pierwszej
połowie wojny stuletniej. Nawet nie miała o tym pojęcia, podobnie jak
jej siostry, które od wiekw nie opuszczały wyspy. Wylatywały stąd
jedynie na żer. Nic dziwnego. Kyra pochodziła z III rzędu tak zwanych
harpii wspaniałych. Jak się można po nazwie domyślić jej rodzina była
wyjątkowo chełpliwa i zbyt dumna na ,,bratanie się” z innymi gatunkami.
Na dodatek ród Neomë'thakkí był wyjątkowo szanowany, co jedynie
podnosiło ego matrony, czyli harpii przewodzącej odłamem rzędu. Kyra
zawsze się wyróżniała. Nie tylko z twarzy (jej gładki nosek stanowił
powód do śmiechu, bo co to za harpia bez orlego nosa?), ale i
charakteru. Była wyjątkowo ciekawska. Niejeden raz jeszcze zanim jej
skrzydła były w pełni rozwinięte wyłaziła na najwyższe drzewa by patrzeć
na nie tak odleły z te perspektywy kontynent. W nocy często skąpany był
w czerwonej łunie wojny, mimo odległości i nad wyspą zabarwiającej
nieboskłon niezdrową barwą. Gdy jednak dziewczynka pytała, co to za
światło, starsze siostry wzruszały jedynie ramionami, nie przejęte
niczym co ich samych nie dotyczyło. Gdy Kaniehtí:io skończyła 15 lat
była już po swoim pierwszym udanym locie. Wtedy, w noc jej urodzin, jak
zwykle siedziała na swoim drzewie patrząc na łunę w oddali i marząc o
tym, by dowiedzieć się co to takiego. Nagle zauważyła statek. Jej
siostry całe szczęście spały już najedzone i nie zdążyły go zobaczyć.
Dziewczyna, pozbwiona jeszcze wstrętu do ludzi, przeszybowała na drzewo
bliżej krawędzi wyspy. Wylądowała na gałęzi nad urwiskiem, a pod nią
znajdowała się wodna kipiel. Konar jednak nagle pękł i zanim Kyra
zdążyła zareagować wpadła z krzykiem do wody. Odbijające się od
skalistej ściany fale miotały nią powoli oddalając od domu. Ktoś na
statku ją zauważył i podniósł majtków na nogi. Kilka minut później,
które małej harpii wydawały się długimi godzinami walki o przeżycie, do
wody opadła sieć na ryby. Dziewczyna słysząc ponaglające okrzyki
chwyciła się jej. Drewniany dźwig zaklekotał i wkrótce Kyra poczuła pod
tyłkiem deski pokładu. Wokół niej stali ludzie, równie wystraszeni co
ona. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że uratowali harpię. Do akcji
jednak wkroczył kapitan statku, podróżnik z Sorsiny. Widząc, że
dziewczyna jest niegroźna i przerażona kazał się nią zaopiekować. Statek
nie mógł przybić do wyspy, nie zmianiając więc kursu ruszył ku
Sorsinie. Gdy Kaniehtí:io ochłonęła nieco właściciel okrętu zamienił z
nią kilka słów. W końcu stanęło na tym, że harpia z nimi na jakiś czas
zostanie, przynajmniej dopóki nie dorośnie.
Jednak przez te kilka lat załoga zdążyła się już do niej przywiązać i to z wzajemnością. To właśnie majtkowie po raz pierwszy zdrobnili jej długie imię do samego ,,Ziio”. Nauczyli dziewczynę grać na lutni, a ona za to odwdzięczała się śpiewem. Była też wyjątkowo przydatna dzięki zdolności latania, którą podszkoliła wśród masztów i olinowań. Harpia była szczęśliwa z życia na morzu. Odwiedzała Sorsinę kilka razy, ale kapitan zabraniał jej pokazywać się ludziom na brzegu z obawy, że wywoła niepotrzebną panikę. Tak więc Ziio widziała tylko porty. Pewnego razu, gdy miała już kończyć 25 lat, statek został zaatakowany przez wrogi okręt wojenny. Z załogi uratowała się tylko harpia. Doleciała do lądu przerażona, nie wiedząc dlaczego stało się coś tak okropnego. Nie mając co robić ze swoim życiem podróżowała po Sorsinie. Zdobyła własną lutnię i zarabiała jako bard. Ludzie początkowo traktowali ją z rezerwą i lekkim przerażeniem. Jednak dziewczyna potrafiła pięknym głosem zjednać sobie każdego. Wędrowała głównie z grupami znużonych zbrojnych, zabawiając ich śpiewem przy ogniskach. Gdy skończyła się wojna, robiła to dalej. I tymże sposobem trafiła do Hidden.
Partner: Nie da się ukryć, że Ziio wobec każdego mężczyzny zachowuje się dosyć zalotnie. Jak na razie jednak nigdy do czegoś większego nie doszło.
Rodzina: Dziesięć sióstr (a przynajmniej tyle ich imion zapamiętała) i jedna matka. Gdy poznała zwyczaje ludzi zaczęło ją zastanawiać dlaczego ludzkie dzieci mają jeszcze ojca, a czasem i braci, czego nie może powiedzieć żadna harpia...
Towarzysz: Kyra uwielbia ptaki, jednak na razie nie przygarnęła żadnego. Może kiedyś znajdzie się jakiś, który za nią nadąży.
Szczegóły: ~ Dziewczynie zdaża się czasem popiskiwać po ptasiemu. Zwłaszcza gdy jest wściekła lub rozbwiona. Czasami gada z ptakami w ich własnym języku.
~ Większość emocji Ziio da się odczytać po jej piórach na głowie i karku. Stroszą się gdy jest czymś zaciekawiona, drgają gdy jest wściekła i opadają gdy smutna. Oczywiście wszystko wbrew jej woli.
~ Ziio ma własną lutnię. Jest wykonana z jasnego, niemal białego brzozowego drewna. Przez wiele lat dziewczyna zdążyła wyryć na niej wiele wzorów ptaków i kwiatów.
~ Mimo, iż Kyra nie wychowywała się długo wśród swoich, a do ludzkiego mięsa czuje wstręt, widok krwi może w niej budzić dawne instynkty. Ziio przeżywa wtedy wewnętrzny konflikt. Umie się jednak pohamować. Mimo wszystko jednak lepiej nie poddawać testom jej wytrzymałości. Może się to tragicznie skończyć.
Autor: RedRidingHood
Jednak przez te kilka lat załoga zdążyła się już do niej przywiązać i to z wzajemnością. To właśnie majtkowie po raz pierwszy zdrobnili jej długie imię do samego ,,Ziio”. Nauczyli dziewczynę grać na lutni, a ona za to odwdzięczała się śpiewem. Była też wyjątkowo przydatna dzięki zdolności latania, którą podszkoliła wśród masztów i olinowań. Harpia była szczęśliwa z życia na morzu. Odwiedzała Sorsinę kilka razy, ale kapitan zabraniał jej pokazywać się ludziom na brzegu z obawy, że wywoła niepotrzebną panikę. Tak więc Ziio widziała tylko porty. Pewnego razu, gdy miała już kończyć 25 lat, statek został zaatakowany przez wrogi okręt wojenny. Z załogi uratowała się tylko harpia. Doleciała do lądu przerażona, nie wiedząc dlaczego stało się coś tak okropnego. Nie mając co robić ze swoim życiem podróżowała po Sorsinie. Zdobyła własną lutnię i zarabiała jako bard. Ludzie początkowo traktowali ją z rezerwą i lekkim przerażeniem. Jednak dziewczyna potrafiła pięknym głosem zjednać sobie każdego. Wędrowała głównie z grupami znużonych zbrojnych, zabawiając ich śpiewem przy ogniskach. Gdy skończyła się wojna, robiła to dalej. I tymże sposobem trafiła do Hidden.
Partner: Nie da się ukryć, że Ziio wobec każdego mężczyzny zachowuje się dosyć zalotnie. Jak na razie jednak nigdy do czegoś większego nie doszło.
Rodzina: Dziesięć sióstr (a przynajmniej tyle ich imion zapamiętała) i jedna matka. Gdy poznała zwyczaje ludzi zaczęło ją zastanawiać dlaczego ludzkie dzieci mają jeszcze ojca, a czasem i braci, czego nie może powiedzieć żadna harpia...
Towarzysz: Kyra uwielbia ptaki, jednak na razie nie przygarnęła żadnego. Może kiedyś znajdzie się jakiś, który za nią nadąży.
Szczegóły: ~ Dziewczynie zdaża się czasem popiskiwać po ptasiemu. Zwłaszcza gdy jest wściekła lub rozbwiona. Czasami gada z ptakami w ich własnym języku.
~ Większość emocji Ziio da się odczytać po jej piórach na głowie i karku. Stroszą się gdy jest czymś zaciekawiona, drgają gdy jest wściekła i opadają gdy smutna. Oczywiście wszystko wbrew jej woli.
~ Ziio ma własną lutnię. Jest wykonana z jasnego, niemal białego brzozowego drewna. Przez wiele lat dziewczyna zdążyła wyryć na niej wiele wzorów ptaków i kwiatów.
~ Mimo, iż Kyra nie wychowywała się długo wśród swoich, a do ludzkiego mięsa czuje wstręt, widok krwi może w niej budzić dawne instynkty. Ziio przeżywa wtedy wewnętrzny konflikt. Umie się jednak pohamować. Mimo wszystko jednak lepiej nie poddawać testom jej wytrzymałości. Może się to tragicznie skończyć.
Autor: RedRidingHood
sobota, 2 stycznia 2016
Od Erin - Czerwony ogier
Był wczesny, jeszcze ciemny ranek, kiedy piegowata szatynka otworzyła oczy. Leżała bezwładnie na trawie, na ostrych, kredowych klifach. Mimo niewyspania, jej zielone oczy były żywe jak zawsze, przyglądały się wszystkiemu z takim samym zainteresowaniem i uwagą. Od spania pod drzewem miała we włosach pełno liści i nawet jedną gałązkę, choć nie przejmowała się tym zbytnio. Ziewnęła i zamrugała szybko, by przyzwyczaić zaspane oczy do światła. Wyglądała trochę jak lalka, powołana do życia. Dziewczyna wstała powoli, przeciągnęła się leniwie, mamrocząc przy okazji pod nosem coś o hałaśliwych ludziach, którzy nie dali jej dłużej pospać.
Erin wstała powoli, otrzepując za duże ubranie z ziemi i pojedynczych źdźbeł trawy, jakie zdążyły się do niej przykleić podczas zaledwie tej jednej nocy. Rozejrzała się pospiesznie, taksując swym przenikliwym wzrokiem to plażę i wodę przed sobą, to niebo nad głową, to przypadkowych mieszkańców wioski, przechodzących niedaleko. Jednak podczas tej obserwacji, ludzie byli dla niej najmniej istotni.
Dopiero teraz, gdy postała przez dłuższą chwilę na klifach, usłyszała silne wycie wiatru nad głową, odgłosy przypływu, oraz skrzeki białych mew, zataczających coraz to większe koła na niebie. Gdzieś tam da dole grupa ludzi prowadziła przez piaszczystą plażę konia, a kiedy zatrzymali się w dogodnym miejscu, dookoła nich ustawiło się co najmniej kilkunastu gapiów. Ogier był niespokojny. Szarpał się co chwila i szamotał, próbując uwolnić się od lin, krępujących jego ruchy. Choć zachowywał się naprawdę gwałtownie, rżał cicho, nawołując w stronę morza. Już na pierwszy rzut oka widać było, że wierzchowiec był zaniepokojony wszystkim, co go otaczało. Sztormem, silnym wiatrem, oraz krzykami, dobiegającymi ze wszystkich stron. To właśnie ten krzyk obudził Erin, nie silny wiatr.
Tłok na plaży o tej porze, w dodatku w tak małej wiosce był naprawdę niecodziennym widokiem.
Nie zajęło to zbyt wiele czasu, gdy piegowata dziewczyna postanowiła udać się w dół klifów, na piaszczystą plażę. Przez chwilę zdawało się to nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że wąska droga do najłagodniejszych nie należała, a ciężko jest poruszać się po takich terenach ze sztuczną kończyną. Jednak kiedy Erin dotarła na plażę, okazało się, że strome zbocza klifów były jej najmniejszym problemem.
Pomijając już fakt, że dla tak niskiej i drobnej osoby jak ona, przedarcie się przez tłum głośnych i skandujących gapiów graniczyło z cudem, to to co ujrzała w środku zbiegowiska wcale nie poprawiło jej humoru.
Na piaszczystym kręgu dostrzegła trzech, masywnych i wyższych od niej co najmniej o trzy i pół głowy mężczyzn. To właśnie do nich krzyczeli ludzie, wypowiadając imiona owych osobników, których Erin znała aż za dobrze. Byli to hodowcy koni, jedni z najbardziej rozpoznawalnych w okolicy, nie tylko tej najbliższej. Wśród nich najważniejszy był rosły brodaty mężczyzna, o imieniu Gorry. To właśnie on pierwszy z całej trójki ujrzał w tłumie gapiów piegowatą dziewczynę. I choć po jego spojrzeniu można było się domyśleć, że był mile zaskoczony jej obecnością na plaży, to póki co nie zawołał jej do siebie. To jednak nie trzej mężczyźni byli tutaj w centrum uwagi, a wierzchowiec, którego przyprowadzili ze sobą. Było w nim coś… niezwykłego, a zarazem przerażającego. Patrzenie się na ogiera wywoływało swego rodzaju lęk pomieszany z ekscytacją. To z pewnością nie był zwykły koń, Erin dobrze o tym wiedziała. Była jednak zła na siebie, że nie mogła sobie przypomnieć czym dokładnie on był, choć wiedziała, że ma to na końcu języka. Co prawda mogła podejść bliżej i najzwyczajniej w świecie zapytać się Gorry’ego, bądź też któregoś z gapiów, ale póki co wolała się nie wychylać. Po prostu obserwowała, z nadzieją, że sama sobie przypomni.
Ogier był zdecydowanie większy od zwykłych koni lądowych, jakie widuje się w tych stronach. Posiadał silne i zadziwiająco długie nogi, wyraźnie przystosowane do wielogodzinnych, męczących biegów. Najdziwniejszy był jednak jego pysk. Koń miał wąskie i wydłużone nozdrza, a jego czarne, śliskie oczy, równie dobrze mogły być oczami ryby. Ciemne uszy przypominały trochę torebki z jajami rekina: były długie i dziwacznie zbliżone do siebie. To właśnie bardziej upodobniało go do demona, niż do konia. Co gorsza, Erin nie mogła oprzeć się wrażeniu, że im dłużej przyglądała się ogierowi, tym ten częściej zerkał w jej stronę. Kiedy za którymś razem ich spojrzenia się spotkały, wierzchowiec wygiął wargi w przerażającym uśmiechu, odsłaniając ostre kły. Tak, dokładnie- ten koń miał k ł y . Szatynka miała już podejrzenia co do tego, czym owo zwierzę w rzeczywistości było. O jej opinii przesądziła również barwa rumaka, która o ile w ciemności wydawała się kasztanowata, to dopiero przy pierwszych, jasnych promieniach słońca dało się dostrzec, iż miała karminowy odcień krwi.
Each uisce., pomyślała dziewczyna, uśmiechając się smutno. Nie mam pojęcia jacy bogowie zesłali Cię na te ziemie.
Teraz, gdy pieguska ustaliła tożsamość stwora, cała reszta wydała się aż dziecinnie prosta. Widziała już czemu trzej mężczyźni przyprowadzili konia wodnego na plażę o tak wczesnej porze. Wiedziała również z jakiego powodu zgromadzili się tutaj ludzie. A znając dobrze Gorry’ego, nie było mowy o pomyłce w swych przypuszczeniach. To nie była jakaś zwykła licytacja. To nie było zwykłe testowanie konia. To była gra. Pojedynek, w którym każdy miał szansę wziąć udział, aczkolwiek nie każdemu było dane go przeżyć. Kto był Twoim przeciwnikiem? Wzburzone morze, fale, silny wiatr oraz pozostali ludzie. A co było nagrodą? Czerwony ogier. Jeśli uda Ci się go oswoić, jest twój. Jeśli nie uda, zostaniesz zjedzony na dnie oceanu. Nie było tutaj żadnych reguł, żadnych odszkodowań, żadnych nagród pocieszenia… nikt nie dostawał drugiej szansy.
Erin popatrzyła się z zakłopotaniem na gapiów. To było jasne, że przynajmniej część z nich będzie gotowa ryzykować swoje życie, by zdobyć ogiera. Zwykłe konie lądowe były tutaj bardzo drogie, o wodnych już nawet nie wspominając. A tutaj proszę, za darmo! Taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć. Najpierw jednak trzeba było przeżyć.
Szatynka westchnęła ze zrezygnowaniem. Nie chodziło o to, że ktoś może wygrać tego konia. Nie zależało jej na mięsożernym ogierze. Chodziło o to, że znała ludzi z wioski od kilkunastu miesięcy i wiedziała, że żadna ze zgromadzonych tutaj osób nie była na tyle doświadczonym jeźdźcem, by utrzymać się na spłoszonym koniu. A co dopiero na agresywnym koniu uisce.
-Kto się odważy go dosiąść, śmiało, śmiało!- Gorry zachęcał ludzi z tłumu.- Może pani, och, albo pan? Nie? Jaka szkoda, w takim razie może…- tutaj jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, kulawej dziewczynie. Uśmiechnął się do niej uprzejmie, co mogło wydawać się wielce nietaktowne, biorąc pod uwagę, że mężczyzna trzymał mięsożerną bestię.- … Erin?- dokończył, wytrzymując ostre spojrzenie szatynki.
Dziewczyna wciągnęła powoli rześkie, morskie powietrze. Nie miała zamiaru tego robić, ale… Ale jeśli ja go nie dosiądę, ktoś niebawem zginie., pomyślała, robiąc pierwsze, niepewne kroki w kierunku Gorry’ego. Nawet nie spostrzegła kiedy znalazła się tuż przy koniu.
Spojrzała na niego, a potem na wodę. Lodowate, wiosenne morze nawet o tak wczesnej porze mieniło się kolorami nocy: granatem, czernią i brązem. Jeśli jej się nie uda, do tych trzech barw będzie można dodać odcień czerwieni.
-Schwytałem go wczoraj w nocy. Specjalnie dla ciebie.- powiedział do niej Gorry, klepiąc dziewczynę przyjacielsko po ramieniu. Erin zmuszona była uśmiechnąć się do przyjaciela, chociaż odrobinę.
Znała się z Gorry’m od dłuższego czasu. To właśnie w jego stajni pracowała przy koniach, póki co, zarabiając w ten sposób na życie.
-Domyśliłam się.- odparła, przyglądając się czerwonemu wierzchowcowi. Obserwowała go i wiedziała, że on swymi rybimi ślepiami obserwował ją.
-Chwila, chwila.- odezwał się nagle jeden z pozostałych mężczyzn, współpracownik Gorry’ego.- Co ta dziewczyna robi w tym miejscu, co? O ile pamiętam to małe dzieci nie mają tutaj wstępu.- mówiąc to, zerknął na Erin, posyłając jej złośliwy uśmiech. No tak, prawie bym zapomniała. Nie każdy darzył ją tutaj sympatią, a Carl był jednym z najgorszych. Poza tym, gdy natknęli się z Erin na siebie po raz pierwszy, mężczyzna wziął ją za najwyżej dwunastolatkę i od tego momentu sprytnie wykorzystywał jej dziecięcy wygląd. Chociażby teraz.
-O ile pamiętam- odezwała się zielonooka.- To wasze zawody nie mają regulaminu.- słysząc to, Carl przymrużył oczy, rzucając piegusce nienawistne spojrzenie. Coś mówiło dziewczynie, że stojąc obok konia wodnego, to Carla powinna obawiać się najbardziej.
Kątem oka, Erin dostrzegła rozbawionego Gorry’ego.
-Pozwól jej, co ci szkodzi?- brodaty mężczyzna zwrócił się do współpracownika. Kulawa szatynka dostrzegła w oczach Carla wahanie i postanowiła to wykorzystać.
-No właśnie Carl, co ci szkodzi?- powtórzyła, uśmiechając się podle.- Jeśli mi się nie uda i zginę, już nigdy więcej nie będziesz musiał mnie oglądać.- Ta perspektywa musiała wydać mu się niezmiernie kusząca, skoro po chwili zastanowienia, mężczyzna pozwolił piegusce wziąć udział w grze.
-Połamania nóg… nogi.- powiedział do dziewczyny, uśmiechając się jadowicie.. Erin nie skomentowała jego uwagi, choć miała na to naprawdę wielką ochotę. Teraz musiała przede wszystkim skupić się na czerwonym ogierze.
-Jak mu na imię?- zwróciła się szybko do Gorry’ego, gdy już siedziała na grzbiecie wierzchowca.
-Corr.
-A więc Corr- odparła, pochylając się nad szyją zwierzęcia.- tylko spróbuj mnie utopić.- szepnęła ostro do jego prawego ucha. Może to był tylko zbieg okoliczności, ale gdy wyprostowała się w siodle, ogier wykręcił szyję, przyglądając się szatynce jednym okiem, a następnie wygiął wargi w przeraźliwym uśmiechu. Erin poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, ale wiedziała, że nie wolno jej zrezygnować. Nie teraz, kiedy siedzi na grzbiecie. Nie teraz, gdy wszyscy na nią patrzą.
Flyn zanim ruszyła, dotknęła szyi zwierzęcia. Miała wrażenie, że jego skóra dziwnie drgnęła pod wpływem jej dotyku, zupełnie, jakby szykowała się do ataku. Starała się wsłuchać w rytm jego serca, wyczuć jego naturę i zrozumieć jego zachowanie… nie wyczuła niczego. W tym zwierzęciu nie było niczego normalnego. Poza tym kamień nie ma prawa bić.
Mimo wielkiej niechęci do each uisce, pieguska zdecydowała się ruszyć. Pozwoliła ogierowi kłusować, cały czas jednym okiem obserwując wzburzone wody, a drugim niespokojnego wierzchowca. Corr bez przerwy drżał pod wpływem jej dotyku, nienaturalnie wykręcając przy tym szyję. Erin nie podobało się jego nietypowe dla koni pochylenie głowy, oraz fakt, że prawie w ogóle nie stawiał uszu. Jedno i drugie świadczyło o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno było mu ufać. Galop, choć z pewnością był niesamowity i najszybszy, jaki dziewczyna kiedykolwiek poczuła, na pewno nie zmieniał jej opinii o koniach uisce. Czerwony ogier cały czas drobił po twardym piasku, z położonymi uszami, zwrócony głową w kierunku wody. Erin zaklęła głośno, nie obawiając się, ze ktokolwiek to usłyszy. Jej słowa od razu zostały porwane przez wiatr… silny powiew, który niósł ze sobą pieśń oceanu. Wody, która śpiewała do ich uszu i bez przerwy nawoływała Corra.
Nagle ogier zerwał się do biegu, jakby kopnięty prądem. Choć dziewczyna próbowała nad nim jakoś zapanować, odciągając go w stronę lądu, ten nawet nie myślał, by się jej słuchać. Nawet jeśli koń był piękny, nawet jeśli sposób w jaki biegał zapierał dech w piersiach, to cały czas myślał o wodzie i ciągnął ku morzu. Szarpał się i wił niemiłosiernie, a jego ruchy były śliskie i jakby rybie. Zdecydowanie bardziej przypominał morskiego potwora, niż konia. Nawet teraz, kiedy stąpał wszystkimi kończynami na twardym gruncie.
-Nie uda ci się mnie utopić!- krzyknęła do ogiera, usiłując zagłuszyć świszczący wiatr. Corr znów wygiął szyję, patrząc na pieguskę, jak na padlinę. Jego czarne, puste jak studnie oczy zdawały się potraktować jej słowa jak wyzwanie. Ogier ostatni raz zerwał się w stronę gwałtownego morza, tym razem wbiegając w mniejsze fale. Erin poczuła, jak słona woda dociera do jej ust i oczu, jak wpływa do ran i zadrapań, wyrządzonych przez each uisce. Zawrócenie tego demona graniczyło z cudem, ale jakimś trafem udało jej się sprostać temu zadaniu.
Pieguska miała wrażenie, że wyciągnięcie ich z wody, zawrócenie w kierunku plaży i w końcu zatrzymanie konia trwało całe wieki. W rzeczywistości trwało zaledwie kilkanaście sekund. Przez cały ten czas, gdy prowadziła go przez piaski, jego skóra drżała, a szyja próbowała się wyślizgnąć. Gdy Erin zerknęła w stronę czerwonego ogiera, bestia pochwyciła jej podejrzliwe spojrzenie, obnażając ostre kły w sposób, w jaki nie wystawiłby ich żaden lądowy koń. Ani nawet inne zwierzę.
-Panie i panowie, mamy zwycięzcę!- krzyknął Gorry entuzjastycznie do tłumu. Szatynka nie patrzyła ani na niego, ani na reakcję tłumu, który jakby zawiedziony dość szybko się rozszedł.
-Możesz go sobie zabrać.- mruknęła w stronę brodatego mężczyzny, podając mu wodze wierzgającego się ogiera.- Nie potrzebuję mielarki do mięsa.
Mężczyzna uśmiechnął się w odpowiedzi, a pieguska zaczęła się zastanawiać, czy faktycznie darzy ją sympatią.
-Niczego nie rozumiesz, droga Erin. Konie są uosobieniem wolności…
-A więc daj mi konia, nie bestię.
-Szybszego nie znajdziesz, dobrze o tym wiesz, mam rację?- miał i to najbardziej ją niepokoiło. Jeszcze bardziej niż obnażający zęby Corr. Westchnęła ze zrezygnowania, starając się uspokoić bicie serca.- Jeśli ty go nie weźmiesz, dam go komuś innemu. Myślisz, że którykolwiek z miejscowych jest w stanie się na nim utrzymać? – dodał, unosząc jedną brew. Erin zaklęła cicho, po czym przytaknęła powoli głową. Miał rację, już po raz drugi.
-Wezmę go.- mruknęła w końcu, ściskając mocniej wodze konia.- Ale nie myśl sobie, że jestem tym urzeczona. Potrzebuję go, by się stąd wyrwać, nic więcej. Przy pierwszej lepszej okazji wypuszczę go do wody.- odparła, piorunując Gorry’ego ostrym, ale i pewnym siebie spojrzeniem. Ku jej zaskoczeniu, brodaty mężczyzna pokręcił przecząco głową.
-Nie będziesz w stanie. One są jak wolność, uzależniają do tego stopnia, że jesteś gotów oddać za nie życie.- odparł, po czym jakby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i odszedł swoją stronę.
Erin została sama na plaży, z jedną ręką w kieszeni, a drugą na wodzach czerwonego ogiera. Mimo tego co myślała o tych koniach, musiała przyznać się do jednej rzeczy. Faktycznie czuła się tak, jakby właśnie wygrała wolność.
Erin wstała powoli, otrzepując za duże ubranie z ziemi i pojedynczych źdźbeł trawy, jakie zdążyły się do niej przykleić podczas zaledwie tej jednej nocy. Rozejrzała się pospiesznie, taksując swym przenikliwym wzrokiem to plażę i wodę przed sobą, to niebo nad głową, to przypadkowych mieszkańców wioski, przechodzących niedaleko. Jednak podczas tej obserwacji, ludzie byli dla niej najmniej istotni.
Dopiero teraz, gdy postała przez dłuższą chwilę na klifach, usłyszała silne wycie wiatru nad głową, odgłosy przypływu, oraz skrzeki białych mew, zataczających coraz to większe koła na niebie. Gdzieś tam da dole grupa ludzi prowadziła przez piaszczystą plażę konia, a kiedy zatrzymali się w dogodnym miejscu, dookoła nich ustawiło się co najmniej kilkunastu gapiów. Ogier był niespokojny. Szarpał się co chwila i szamotał, próbując uwolnić się od lin, krępujących jego ruchy. Choć zachowywał się naprawdę gwałtownie, rżał cicho, nawołując w stronę morza. Już na pierwszy rzut oka widać było, że wierzchowiec był zaniepokojony wszystkim, co go otaczało. Sztormem, silnym wiatrem, oraz krzykami, dobiegającymi ze wszystkich stron. To właśnie ten krzyk obudził Erin, nie silny wiatr.
Tłok na plaży o tej porze, w dodatku w tak małej wiosce był naprawdę niecodziennym widokiem.
Nie zajęło to zbyt wiele czasu, gdy piegowata dziewczyna postanowiła udać się w dół klifów, na piaszczystą plażę. Przez chwilę zdawało się to nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że wąska droga do najłagodniejszych nie należała, a ciężko jest poruszać się po takich terenach ze sztuczną kończyną. Jednak kiedy Erin dotarła na plażę, okazało się, że strome zbocza klifów były jej najmniejszym problemem.
Pomijając już fakt, że dla tak niskiej i drobnej osoby jak ona, przedarcie się przez tłum głośnych i skandujących gapiów graniczyło z cudem, to to co ujrzała w środku zbiegowiska wcale nie poprawiło jej humoru.
Na piaszczystym kręgu dostrzegła trzech, masywnych i wyższych od niej co najmniej o trzy i pół głowy mężczyzn. To właśnie do nich krzyczeli ludzie, wypowiadając imiona owych osobników, których Erin znała aż za dobrze. Byli to hodowcy koni, jedni z najbardziej rozpoznawalnych w okolicy, nie tylko tej najbliższej. Wśród nich najważniejszy był rosły brodaty mężczyzna, o imieniu Gorry. To właśnie on pierwszy z całej trójki ujrzał w tłumie gapiów piegowatą dziewczynę. I choć po jego spojrzeniu można było się domyśleć, że był mile zaskoczony jej obecnością na plaży, to póki co nie zawołał jej do siebie. To jednak nie trzej mężczyźni byli tutaj w centrum uwagi, a wierzchowiec, którego przyprowadzili ze sobą. Było w nim coś… niezwykłego, a zarazem przerażającego. Patrzenie się na ogiera wywoływało swego rodzaju lęk pomieszany z ekscytacją. To z pewnością nie był zwykły koń, Erin dobrze o tym wiedziała. Była jednak zła na siebie, że nie mogła sobie przypomnieć czym dokładnie on był, choć wiedziała, że ma to na końcu języka. Co prawda mogła podejść bliżej i najzwyczajniej w świecie zapytać się Gorry’ego, bądź też któregoś z gapiów, ale póki co wolała się nie wychylać. Po prostu obserwowała, z nadzieją, że sama sobie przypomni.
Ogier był zdecydowanie większy od zwykłych koni lądowych, jakie widuje się w tych stronach. Posiadał silne i zadziwiająco długie nogi, wyraźnie przystosowane do wielogodzinnych, męczących biegów. Najdziwniejszy był jednak jego pysk. Koń miał wąskie i wydłużone nozdrza, a jego czarne, śliskie oczy, równie dobrze mogły być oczami ryby. Ciemne uszy przypominały trochę torebki z jajami rekina: były długie i dziwacznie zbliżone do siebie. To właśnie bardziej upodobniało go do demona, niż do konia. Co gorsza, Erin nie mogła oprzeć się wrażeniu, że im dłużej przyglądała się ogierowi, tym ten częściej zerkał w jej stronę. Kiedy za którymś razem ich spojrzenia się spotkały, wierzchowiec wygiął wargi w przerażającym uśmiechu, odsłaniając ostre kły. Tak, dokładnie- ten koń miał k ł y . Szatynka miała już podejrzenia co do tego, czym owo zwierzę w rzeczywistości było. O jej opinii przesądziła również barwa rumaka, która o ile w ciemności wydawała się kasztanowata, to dopiero przy pierwszych, jasnych promieniach słońca dało się dostrzec, iż miała karminowy odcień krwi.
Each uisce., pomyślała dziewczyna, uśmiechając się smutno. Nie mam pojęcia jacy bogowie zesłali Cię na te ziemie.
Teraz, gdy pieguska ustaliła tożsamość stwora, cała reszta wydała się aż dziecinnie prosta. Widziała już czemu trzej mężczyźni przyprowadzili konia wodnego na plażę o tak wczesnej porze. Wiedziała również z jakiego powodu zgromadzili się tutaj ludzie. A znając dobrze Gorry’ego, nie było mowy o pomyłce w swych przypuszczeniach. To nie była jakaś zwykła licytacja. To nie było zwykłe testowanie konia. To była gra. Pojedynek, w którym każdy miał szansę wziąć udział, aczkolwiek nie każdemu było dane go przeżyć. Kto był Twoim przeciwnikiem? Wzburzone morze, fale, silny wiatr oraz pozostali ludzie. A co było nagrodą? Czerwony ogier. Jeśli uda Ci się go oswoić, jest twój. Jeśli nie uda, zostaniesz zjedzony na dnie oceanu. Nie było tutaj żadnych reguł, żadnych odszkodowań, żadnych nagród pocieszenia… nikt nie dostawał drugiej szansy.
Erin popatrzyła się z zakłopotaniem na gapiów. To było jasne, że przynajmniej część z nich będzie gotowa ryzykować swoje życie, by zdobyć ogiera. Zwykłe konie lądowe były tutaj bardzo drogie, o wodnych już nawet nie wspominając. A tutaj proszę, za darmo! Taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć. Najpierw jednak trzeba było przeżyć.
Szatynka westchnęła ze zrezygnowaniem. Nie chodziło o to, że ktoś może wygrać tego konia. Nie zależało jej na mięsożernym ogierze. Chodziło o to, że znała ludzi z wioski od kilkunastu miesięcy i wiedziała, że żadna ze zgromadzonych tutaj osób nie była na tyle doświadczonym jeźdźcem, by utrzymać się na spłoszonym koniu. A co dopiero na agresywnym koniu uisce.
-Kto się odważy go dosiąść, śmiało, śmiało!- Gorry zachęcał ludzi z tłumu.- Może pani, och, albo pan? Nie? Jaka szkoda, w takim razie może…- tutaj jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, kulawej dziewczynie. Uśmiechnął się do niej uprzejmie, co mogło wydawać się wielce nietaktowne, biorąc pod uwagę, że mężczyzna trzymał mięsożerną bestię.- … Erin?- dokończył, wytrzymując ostre spojrzenie szatynki.
Dziewczyna wciągnęła powoli rześkie, morskie powietrze. Nie miała zamiaru tego robić, ale… Ale jeśli ja go nie dosiądę, ktoś niebawem zginie., pomyślała, robiąc pierwsze, niepewne kroki w kierunku Gorry’ego. Nawet nie spostrzegła kiedy znalazła się tuż przy koniu.
Spojrzała na niego, a potem na wodę. Lodowate, wiosenne morze nawet o tak wczesnej porze mieniło się kolorami nocy: granatem, czernią i brązem. Jeśli jej się nie uda, do tych trzech barw będzie można dodać odcień czerwieni.
-Schwytałem go wczoraj w nocy. Specjalnie dla ciebie.- powiedział do niej Gorry, klepiąc dziewczynę przyjacielsko po ramieniu. Erin zmuszona była uśmiechnąć się do przyjaciela, chociaż odrobinę.
Znała się z Gorry’m od dłuższego czasu. To właśnie w jego stajni pracowała przy koniach, póki co, zarabiając w ten sposób na życie.
-Domyśliłam się.- odparła, przyglądając się czerwonemu wierzchowcowi. Obserwowała go i wiedziała, że on swymi rybimi ślepiami obserwował ją.
-Chwila, chwila.- odezwał się nagle jeden z pozostałych mężczyzn, współpracownik Gorry’ego.- Co ta dziewczyna robi w tym miejscu, co? O ile pamiętam to małe dzieci nie mają tutaj wstępu.- mówiąc to, zerknął na Erin, posyłając jej złośliwy uśmiech. No tak, prawie bym zapomniała. Nie każdy darzył ją tutaj sympatią, a Carl był jednym z najgorszych. Poza tym, gdy natknęli się z Erin na siebie po raz pierwszy, mężczyzna wziął ją za najwyżej dwunastolatkę i od tego momentu sprytnie wykorzystywał jej dziecięcy wygląd. Chociażby teraz.
-O ile pamiętam- odezwała się zielonooka.- To wasze zawody nie mają regulaminu.- słysząc to, Carl przymrużył oczy, rzucając piegusce nienawistne spojrzenie. Coś mówiło dziewczynie, że stojąc obok konia wodnego, to Carla powinna obawiać się najbardziej.
Kątem oka, Erin dostrzegła rozbawionego Gorry’ego.
-Pozwól jej, co ci szkodzi?- brodaty mężczyzna zwrócił się do współpracownika. Kulawa szatynka dostrzegła w oczach Carla wahanie i postanowiła to wykorzystać.
-No właśnie Carl, co ci szkodzi?- powtórzyła, uśmiechając się podle.- Jeśli mi się nie uda i zginę, już nigdy więcej nie będziesz musiał mnie oglądać.- Ta perspektywa musiała wydać mu się niezmiernie kusząca, skoro po chwili zastanowienia, mężczyzna pozwolił piegusce wziąć udział w grze.
-Połamania nóg… nogi.- powiedział do dziewczyny, uśmiechając się jadowicie.. Erin nie skomentowała jego uwagi, choć miała na to naprawdę wielką ochotę. Teraz musiała przede wszystkim skupić się na czerwonym ogierze.
-Jak mu na imię?- zwróciła się szybko do Gorry’ego, gdy już siedziała na grzbiecie wierzchowca.
-Corr.
-A więc Corr- odparła, pochylając się nad szyją zwierzęcia.- tylko spróbuj mnie utopić.- szepnęła ostro do jego prawego ucha. Może to był tylko zbieg okoliczności, ale gdy wyprostowała się w siodle, ogier wykręcił szyję, przyglądając się szatynce jednym okiem, a następnie wygiął wargi w przeraźliwym uśmiechu. Erin poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, ale wiedziała, że nie wolno jej zrezygnować. Nie teraz, kiedy siedzi na grzbiecie. Nie teraz, gdy wszyscy na nią patrzą.
Flyn zanim ruszyła, dotknęła szyi zwierzęcia. Miała wrażenie, że jego skóra dziwnie drgnęła pod wpływem jej dotyku, zupełnie, jakby szykowała się do ataku. Starała się wsłuchać w rytm jego serca, wyczuć jego naturę i zrozumieć jego zachowanie… nie wyczuła niczego. W tym zwierzęciu nie było niczego normalnego. Poza tym kamień nie ma prawa bić.
Mimo wielkiej niechęci do each uisce, pieguska zdecydowała się ruszyć. Pozwoliła ogierowi kłusować, cały czas jednym okiem obserwując wzburzone wody, a drugim niespokojnego wierzchowca. Corr bez przerwy drżał pod wpływem jej dotyku, nienaturalnie wykręcając przy tym szyję. Erin nie podobało się jego nietypowe dla koni pochylenie głowy, oraz fakt, że prawie w ogóle nie stawiał uszu. Jedno i drugie świadczyło o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno było mu ufać. Galop, choć z pewnością był niesamowity i najszybszy, jaki dziewczyna kiedykolwiek poczuła, na pewno nie zmieniał jej opinii o koniach uisce. Czerwony ogier cały czas drobił po twardym piasku, z położonymi uszami, zwrócony głową w kierunku wody. Erin zaklęła głośno, nie obawiając się, ze ktokolwiek to usłyszy. Jej słowa od razu zostały porwane przez wiatr… silny powiew, który niósł ze sobą pieśń oceanu. Wody, która śpiewała do ich uszu i bez przerwy nawoływała Corra.
Nagle ogier zerwał się do biegu, jakby kopnięty prądem. Choć dziewczyna próbowała nad nim jakoś zapanować, odciągając go w stronę lądu, ten nawet nie myślał, by się jej słuchać. Nawet jeśli koń był piękny, nawet jeśli sposób w jaki biegał zapierał dech w piersiach, to cały czas myślał o wodzie i ciągnął ku morzu. Szarpał się i wił niemiłosiernie, a jego ruchy były śliskie i jakby rybie. Zdecydowanie bardziej przypominał morskiego potwora, niż konia. Nawet teraz, kiedy stąpał wszystkimi kończynami na twardym gruncie.
-Nie uda ci się mnie utopić!- krzyknęła do ogiera, usiłując zagłuszyć świszczący wiatr. Corr znów wygiął szyję, patrząc na pieguskę, jak na padlinę. Jego czarne, puste jak studnie oczy zdawały się potraktować jej słowa jak wyzwanie. Ogier ostatni raz zerwał się w stronę gwałtownego morza, tym razem wbiegając w mniejsze fale. Erin poczuła, jak słona woda dociera do jej ust i oczu, jak wpływa do ran i zadrapań, wyrządzonych przez each uisce. Zawrócenie tego demona graniczyło z cudem, ale jakimś trafem udało jej się sprostać temu zadaniu.
Pieguska miała wrażenie, że wyciągnięcie ich z wody, zawrócenie w kierunku plaży i w końcu zatrzymanie konia trwało całe wieki. W rzeczywistości trwało zaledwie kilkanaście sekund. Przez cały ten czas, gdy prowadziła go przez piaski, jego skóra drżała, a szyja próbowała się wyślizgnąć. Gdy Erin zerknęła w stronę czerwonego ogiera, bestia pochwyciła jej podejrzliwe spojrzenie, obnażając ostre kły w sposób, w jaki nie wystawiłby ich żaden lądowy koń. Ani nawet inne zwierzę.
-Panie i panowie, mamy zwycięzcę!- krzyknął Gorry entuzjastycznie do tłumu. Szatynka nie patrzyła ani na niego, ani na reakcję tłumu, który jakby zawiedziony dość szybko się rozszedł.
-Możesz go sobie zabrać.- mruknęła w stronę brodatego mężczyzny, podając mu wodze wierzgającego się ogiera.- Nie potrzebuję mielarki do mięsa.
Mężczyzna uśmiechnął się w odpowiedzi, a pieguska zaczęła się zastanawiać, czy faktycznie darzy ją sympatią.
-Niczego nie rozumiesz, droga Erin. Konie są uosobieniem wolności…
-A więc daj mi konia, nie bestię.
-Szybszego nie znajdziesz, dobrze o tym wiesz, mam rację?- miał i to najbardziej ją niepokoiło. Jeszcze bardziej niż obnażający zęby Corr. Westchnęła ze zrezygnowania, starając się uspokoić bicie serca.- Jeśli ty go nie weźmiesz, dam go komuś innemu. Myślisz, że którykolwiek z miejscowych jest w stanie się na nim utrzymać? – dodał, unosząc jedną brew. Erin zaklęła cicho, po czym przytaknęła powoli głową. Miał rację, już po raz drugi.
-Wezmę go.- mruknęła w końcu, ściskając mocniej wodze konia.- Ale nie myśl sobie, że jestem tym urzeczona. Potrzebuję go, by się stąd wyrwać, nic więcej. Przy pierwszej lepszej okazji wypuszczę go do wody.- odparła, piorunując Gorry’ego ostrym, ale i pewnym siebie spojrzeniem. Ku jej zaskoczeniu, brodaty mężczyzna pokręcił przecząco głową.
-Nie będziesz w stanie. One są jak wolność, uzależniają do tego stopnia, że jesteś gotów oddać za nie życie.- odparł, po czym jakby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i odszedł swoją stronę.
Erin została sama na plaży, z jedną ręką w kieszeni, a drugą na wodzach czerwonego ogiera. Mimo tego co myślała o tych koniach, musiała przyznać się do jednej rzeczy. Faktycznie czuła się tak, jakby właśnie wygrała wolność.
<No Ursa, składam Ci to opko w ofierze. Tylko nie zjadaj Maurów, dobrze? :3>
piątek, 25 grudnia 2015
Od Emmy - Kolejny prezent. Ale już nie taki zwykły!
– Jesteś boski… – szepnęłam uwodzicielsko do ucha postawnego bruneta,
który teraz leżał koło mnie i składał pocałunki na moim ramieniu. Chyba
nie zanosiło się już na kolejne igraszki. Była szósta rano, ale ja nie
byłam ani trochę zmęczona po tej nocy. Faceci uwielbiają komplementy,
nawet jeżeli są one wyssane z palca. Nie, on nie był boski. Nie było
nawet „fajnie”! Słowo „średni” doskonale określa jego umiejętności
łóżkowe.
Ale jeśli chodzi o wartość jego łóżka, w którym teraz leżymy… Tak, jego majątek zdecydowanie prześciga poziom tego, co działo się w nocy.
– Starałem się… – odszepnął romantycznie. „Jaaasne. Nic po Twoich staraniach, facet. Jesteś do bani… Ale to nie znaczy, że nie mogę Cię jeszcze wykorzystać…”
Właśnie, chcę coś od niego! Ale to nie może być takie zwyczajne „coś”. To coś musi być na maksa wycosiowane, inaczej zmarnuję moją szansę.
Mam!
W apartamencie, w którym mieszkam do niedawna trzymał się ustalonych z góry przez władze i rygorystycznych zasad, ale niedawno część z nich została zniesionych. W tym zakaz trzymania w mieszkaniach zwierząt…
– Misiu… – mruknęłam prosząco do blondyna… Zaraz, nie, to był brunet. Ech, znowu mi się miesza.
– Tak? – zapytał nie odrywając swoich ust od mojej skóry.
– Ostatnio myślałam nad pewną rzeczą… – zaczęłam niewinnie – Bo… Widzisz… Gdybyś mógł coś dla mnie zroooobić… – jęknęłam błagalnie, teatralnie przeciągając samogłoskę w wyrazie.
– Dla Ciebie wszystko, Angeliko – odpowiedział. „Angeliko”? Ach, no tak, podałam mu jedno ze swojej listy zmyślonych imion. Dobrze, że mi to przypomniał.
– Skarbie – rzekłam zastępując tym określeniem lukę, w którym powinno być jego imię, którego za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. – Może kupiłbyś mi pieska…? – zapytałam niewinnie, uważnie obserwując jego reakcję kątem oka.
– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu…
– To wspaniale! – zawołałam, podrywając się z miejsca i energicznie siadając na łóżku. – Chcę takiego rasowego! – powiedziałam sztucznie podekscytowana.
– Dobrze… – odparł lekko rozbawiony moim wybuchem, podnosząc się i opierając na łokciach.
– Tak, takiego rasowego! I takiego szkolonego! O, i żeby był drogi! Najdroższy, najdroższy, najdroższy w całym mieście! Albo nie! W caaaaałym państwie! – marzyłam uradowana, udając, że nie zauważyłam coraz to posępniej wyglądającej miny blon… Bruneta, któremu uśmiech w mig zszedł z twarzy.
– Naj-Najdroższego? – zająkał się, niepewny czy się nie przesłyszał, pomimo, że powtórzyłam ten wyraz kilka razy.
– Tak! Bo zrobisz to dla mnie, prawda? – zapytałam, przenosząc swój wzrok sztucznie wypełniony niepewnością na mężczyznę.
– N-No, ja… – zaczął, lecz nie dane mu było dokończyć. Ba! Nawet odmówić! Mi się nigdy nie odmawia!
– Nie kupisz mi go…? – szepnęłam słabym głosem, sekunda po sekundzie wymuszając łzy. Zaraz jednak mój smutek przerodził się w gniew: – A więc to tak?! – krzyknęłam zrywając się z łóżka. – A myślałam, że jesteś inny od tych wszystkich mężczyzn! Że o mnie dbasz! Najwidoczniej się myliłam! – wrzasnęłam przez łzy, teatralnie się odwracając. Zasłoniłam dłonią zaczerwienione od płaczu oczy, podbiegłam do wieszaka, na którym wisiał mój szlafrok i szybko go na siebie nałożyłam.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna, również wstając gwałtownie z łóżka.
– Nie! Puśc mnie! – krzyknęła, gdy poczułam na swoim nadgarstku jego dłoń, która w tamtym momencie trzymała mnie delikatnie, aczkolwiek zdecydowanie.
– Dobrze, przepraszam! Kupię Ci go! Kupię! – powiedział zawzięcie i przyciągnął mnie do siebie. Uśmiechnęłam się podle do siebie.
***
– O, tutaj jest sklep! – zawołałam, wskazując wolną ręką (wcześniej naciągnęłam go jeszcze na „małe” zakupy) na drewniane drzwi przyozdobione rysunkiem zwierzaka. Złapałam rękę mężczyzny i pociągnęłam go za sobą w stronę wejścia.
– Och, młoda damo! Proszę, wchodźcie! – zawołał starszy mężczyzna, gdy weszłam do budynku. Spojrzałam na sprzedawcę, a potem rozejrzałam się wokoło.
– A gdzie są zwierzaki…? – zapytałam lekko skonsternowana. Nigdy nie byłam w takich miejscach, bo papużki, króliczki i tym podobne nigdy mnie nie interesowały, ale z wielu bajek, opowieści dowiedziałam się, że powinny tu być piękne wystawy, za których szkłem siedziały małe szczeniaczki, kotki. Klatki przypięte do sufitu, zwisające swobodnie, niektóre pozamykane, niektóre nie, choć to i tak nie miało znaczenia, bo ptaki były bardzo dobrze wyszkolone…
– Jeśli chce pani któregoś kupić, to musi pani najpierw przejrzeć katalog – wyjaśnił spokojnie. Pewnie już nie raz ktoś zapytał się go o coś podobnego. Schylił się pod biurko i nie wiadomo skąd wyciągnął dość dużą książkę, a raczej album. Podeszłam do lady, a w ślad za mną podążył brunet.
Starszy pan uśmiechnął się do nas i obrócił katalog w naszą stronę. Otworzyłam go, po czym przewróciłam z jedną, czy dwie strony. W folijki były włożone małe kawałki płótna, na których namalowane zostały podobizny zwierząt. Koło portretu widniały takie informacje jak data urodzenia, imię, rasa, czy rodowód.
– I które Ci się najbardziej podoba, skarbie? – zapytał czule, obejmując mnie w talii.
– Chwila, wybieram – odpowiedziałam cierpko, na co zdziwiony mężczyzna zabrał łapy. – … Ten! – zawołałam nagle, kładąc palec na nosie psiaka, którego chciałam mieć.
– Jest pani pewna? – zagadnął sprzedawca – To rasówka, wyszkolona, a do tego bardzo droga – powiedział, obserwując moją reakcję znad wielkich okularów zasłaniających mu pół twarzy.
– Och, dlatego go chcę! – zawołałam radośnie – Misiuu… – zajojczałam tym swoim słodkim głosem. Odwróciłam się w stronę postaci stojącej za mną i popatrzyłam na niego błagalnie – Zrobisz to dla mnie…? – zapytałam
– J-Jasne… – uśmiechnął się, choć dobrze było po nim widać, że nie jest szczególnie zachwycony pięciocyfrową ceną na skrobaną piórem koło portretu. Amator – Możemy go zobaczyć? – zapytał, zwracając się do osoby stającej za blatem.
– Ją, proszę pana, ją – poprawił go sprzedawca, uśmiechając się od ucha do ucha zadowolony, że ktoś wyda tyle pieniędzy w jego sklepie. Ponownie schylił się do niskiej półki i wziął z niej mały, ale dość nowy kluczyk.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie stanąć na palcach i uważnie obserwować poczynania staruszka. Ten, wyprostował się i zaprosił nas gestem dłoni do długiego korytarza. Weszłam ochoczo, chociaż mój towarzysz zdecydowanie nie był w najlepszym humorze.
Ale jeśli chodzi o wartość jego łóżka, w którym teraz leżymy… Tak, jego majątek zdecydowanie prześciga poziom tego, co działo się w nocy.
– Starałem się… – odszepnął romantycznie. „Jaaasne. Nic po Twoich staraniach, facet. Jesteś do bani… Ale to nie znaczy, że nie mogę Cię jeszcze wykorzystać…”
Właśnie, chcę coś od niego! Ale to nie może być takie zwyczajne „coś”. To coś musi być na maksa wycosiowane, inaczej zmarnuję moją szansę.
Mam!
W apartamencie, w którym mieszkam do niedawna trzymał się ustalonych z góry przez władze i rygorystycznych zasad, ale niedawno część z nich została zniesionych. W tym zakaz trzymania w mieszkaniach zwierząt…
– Misiu… – mruknęłam prosząco do blondyna… Zaraz, nie, to był brunet. Ech, znowu mi się miesza.
– Tak? – zapytał nie odrywając swoich ust od mojej skóry.
– Ostatnio myślałam nad pewną rzeczą… – zaczęłam niewinnie – Bo… Widzisz… Gdybyś mógł coś dla mnie zroooobić… – jęknęłam błagalnie, teatralnie przeciągając samogłoskę w wyrazie.
– Dla Ciebie wszystko, Angeliko – odpowiedział. „Angeliko”? Ach, no tak, podałam mu jedno ze swojej listy zmyślonych imion. Dobrze, że mi to przypomniał.
– Skarbie – rzekłam zastępując tym określeniem lukę, w którym powinno być jego imię, którego za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. – Może kupiłbyś mi pieska…? – zapytałam niewinnie, uważnie obserwując jego reakcję kątem oka.
– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu…
– To wspaniale! – zawołałam, podrywając się z miejsca i energicznie siadając na łóżku. – Chcę takiego rasowego! – powiedziałam sztucznie podekscytowana.
– Dobrze… – odparł lekko rozbawiony moim wybuchem, podnosząc się i opierając na łokciach.
– Tak, takiego rasowego! I takiego szkolonego! O, i żeby był drogi! Najdroższy, najdroższy, najdroższy w całym mieście! Albo nie! W caaaaałym państwie! – marzyłam uradowana, udając, że nie zauważyłam coraz to posępniej wyglądającej miny blon… Bruneta, któremu uśmiech w mig zszedł z twarzy.
– Naj-Najdroższego? – zająkał się, niepewny czy się nie przesłyszał, pomimo, że powtórzyłam ten wyraz kilka razy.
– Tak! Bo zrobisz to dla mnie, prawda? – zapytałam, przenosząc swój wzrok sztucznie wypełniony niepewnością na mężczyznę.
– N-No, ja… – zaczął, lecz nie dane mu było dokończyć. Ba! Nawet odmówić! Mi się nigdy nie odmawia!
– Nie kupisz mi go…? – szepnęłam słabym głosem, sekunda po sekundzie wymuszając łzy. Zaraz jednak mój smutek przerodził się w gniew: – A więc to tak?! – krzyknęłam zrywając się z łóżka. – A myślałam, że jesteś inny od tych wszystkich mężczyzn! Że o mnie dbasz! Najwidoczniej się myliłam! – wrzasnęłam przez łzy, teatralnie się odwracając. Zasłoniłam dłonią zaczerwienione od płaczu oczy, podbiegłam do wieszaka, na którym wisiał mój szlafrok i szybko go na siebie nałożyłam.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna, również wstając gwałtownie z łóżka.
– Nie! Puśc mnie! – krzyknęła, gdy poczułam na swoim nadgarstku jego dłoń, która w tamtym momencie trzymała mnie delikatnie, aczkolwiek zdecydowanie.
– Dobrze, przepraszam! Kupię Ci go! Kupię! – powiedział zawzięcie i przyciągnął mnie do siebie. Uśmiechnęłam się podle do siebie.
***
– O, tutaj jest sklep! – zawołałam, wskazując wolną ręką (wcześniej naciągnęłam go jeszcze na „małe” zakupy) na drewniane drzwi przyozdobione rysunkiem zwierzaka. Złapałam rękę mężczyzny i pociągnęłam go za sobą w stronę wejścia.
– Och, młoda damo! Proszę, wchodźcie! – zawołał starszy mężczyzna, gdy weszłam do budynku. Spojrzałam na sprzedawcę, a potem rozejrzałam się wokoło.
– A gdzie są zwierzaki…? – zapytałam lekko skonsternowana. Nigdy nie byłam w takich miejscach, bo papużki, króliczki i tym podobne nigdy mnie nie interesowały, ale z wielu bajek, opowieści dowiedziałam się, że powinny tu być piękne wystawy, za których szkłem siedziały małe szczeniaczki, kotki. Klatki przypięte do sufitu, zwisające swobodnie, niektóre pozamykane, niektóre nie, choć to i tak nie miało znaczenia, bo ptaki były bardzo dobrze wyszkolone…
– Jeśli chce pani któregoś kupić, to musi pani najpierw przejrzeć katalog – wyjaśnił spokojnie. Pewnie już nie raz ktoś zapytał się go o coś podobnego. Schylił się pod biurko i nie wiadomo skąd wyciągnął dość dużą książkę, a raczej album. Podeszłam do lady, a w ślad za mną podążył brunet.
Starszy pan uśmiechnął się do nas i obrócił katalog w naszą stronę. Otworzyłam go, po czym przewróciłam z jedną, czy dwie strony. W folijki były włożone małe kawałki płótna, na których namalowane zostały podobizny zwierząt. Koło portretu widniały takie informacje jak data urodzenia, imię, rasa, czy rodowód.
– I które Ci się najbardziej podoba, skarbie? – zapytał czule, obejmując mnie w talii.
– Chwila, wybieram – odpowiedziałam cierpko, na co zdziwiony mężczyzna zabrał łapy. – … Ten! – zawołałam nagle, kładąc palec na nosie psiaka, którego chciałam mieć.
– Jest pani pewna? – zagadnął sprzedawca – To rasówka, wyszkolona, a do tego bardzo droga – powiedział, obserwując moją reakcję znad wielkich okularów zasłaniających mu pół twarzy.
– Och, dlatego go chcę! – zawołałam radośnie – Misiuu… – zajojczałam tym swoim słodkim głosem. Odwróciłam się w stronę postaci stojącej za mną i popatrzyłam na niego błagalnie – Zrobisz to dla mnie…? – zapytałam
– J-Jasne… – uśmiechnął się, choć dobrze było po nim widać, że nie jest szczególnie zachwycony pięciocyfrową ceną na skrobaną piórem koło portretu. Amator – Możemy go zobaczyć? – zapytał, zwracając się do osoby stającej za blatem.
– Ją, proszę pana, ją – poprawił go sprzedawca, uśmiechając się od ucha do ucha zadowolony, że ktoś wyda tyle pieniędzy w jego sklepie. Ponownie schylił się do niskiej półki i wziął z niej mały, ale dość nowy kluczyk.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie stanąć na palcach i uważnie obserwować poczynania staruszka. Ten, wyprostował się i zaprosił nas gestem dłoni do długiego korytarza. Weszłam ochoczo, chociaż mój towarzysz zdecydowanie nie był w najlepszym humorze.
sobota, 19 grudnia 2015
Od Viserany c.d. Ashlotte - Przepis
Wiecie co? Tak sobie myślę... że lepiej trafić nie mogłam. Ja już nie
mówię o tym, że znalazłam miejsce w którym najwyraźniej znajdę sobie
dom, nie będę musiała przebywać w tłumie... No i jest tu smok! Wiecie,
ja zawsze miałam pewną, hmm, słabość do zwierząt. Ale smoki to takie
wyjątkowe stworzenia. Udało mi się kiedyś podsłuchać jak mój tata
opowiadał mamie o wyprawie, na której tata spotkał jednego smoka. Tyle,
że on uważał, że to Stworzenia Śmierci. Wiecie, takie stare przesądy. Ja
natomiast od tamtego czasu marzyłam, żeby spotkać jakiegoś... No i
jest! Hmmm, czy zasłużyłam? Nie wiem. Wątpię, żeby bogowie patrzyli na
to co robię. Chociaż może jest jakiś takie jeden...?
W każdym razie, już wiecie czemu siedziałam jak zaczarowana przy ognisku patrząc na Frelsera. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widzi. To dosyć żenujące, ale silniejsze ode mnie. Po chwili jednak mój żołądek daje o sobie znać i kiedy towarzysze wspominają o jedzeniu... Skręca mnie od środka, dosłownie. Dziwi mnie nieco, że to akurat Ash zrywa się, by je przynieść. Ale skoro tak... Niech tylko zrobi to szybko.
Myślę, że moje postanowienia czasem są bezcelowe. Po minucie mam ochotę wystrzelić płomieniami jak Atlant. Jeść!, woła mój żołądek. Dlatego zajmuję się analizowaniem całej tej grandy. Tak, może mi to jakoś pomoże odciągnąć uwagę od gło...Szzzzzzzzzzz!
W tym momencie słyszę rozmowę Halta i Phestera, dlatego też wcinam się na moment. Potem jednak wracam do swoich planów.
Powiedzmy, że nie muszę się skupiać na analizowaniu Mild i Ash, bo je już jakoś poznałam ogólnikowo. Halt... Jego na razie odpuszczę. Inaczej mój żołądek będzie zmuszony zwracać powietrze. Phester to intrygujący i irytująco uparty mądrala, a niech mu tam będzie. Chce się chować to niech się chowa. Squall jest tym typem kobiety, z którą albo się dogadam albo się zabijemy. Wolałabym nie, bo wygląda na to, ze ona też ma utarczki z Haltem, a co dwie pary rąk sprawnie posługujących się ostrzem to nie jedna, prawda? (Halcik, nie zaśniesz :D) Lisbeth też się chowa, ale wydaje się w porządku choć mało mówi tego wieczoru. Atlant... No tego to ja już lubię! W końcu bawi się ogniem, to jest mój człowiek! No dobra, człowiek to za dużo powiedziane... Malik to taki wyrośnięty kocur. Przygarnęłam kiedyś jednego - nie, to że jestem wilkołakiem nie znaczy że zjadam koty na śniadanie, obiad i kolację. Lubię je. Ten tu pije trochę za dużo kawy, ale każdy z nas coś popija... tak, nawet wodę. Tak czy owak, jeszcze go dorwę. Ale może nie dziś. Frelser... No mój zachwyt jest oczywisty ale co do jego charakteru, może trochę nieśmiały, ale zobaczycie - my nim tak zakręcimy, że niedługo będzie taki!
A teraz wielki powrót żołądka! No, dosyć tego. Głód to głód - a przecież jutro pełnia! Podrywam się z pieńka mrucząc przekleństwa i idę twardo do piwnicy. Nie martwi mnie, że się pobrudzę - po tym całym pożarze jestem tak utytłana, że mogłabym robić za ziemię.
Wchodzę do piwnicy spodziewając się Ashlotte wybierającej bardziej odżywcze kąski, jednak... Ona klęczy na podłodze i czyta...
- Co z tym jedzeniem? - pytam.
Dziewczyna podskakuje nerwowo, szybko zwija papier i odwraca się, wstając.
- To przepis. Może być przydatny w następnych dniach, nie musimy przecież ciągle jeść surowych warzyw prawda? - Uśmiecha się ale jakoś tak... Hm, no kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną więc po prostu jej nie wierzę. Nie dopytuję - wyjątkowo - bo zaślepia mnie głód. Wzdycham tylko wznosząc oczy ku niebu. W ciszy zbieramy co popadnie do kieszeni i rąk i idziemy do reszty towarzystwa.
- Znajcie łaskę pani! - wołam kąśliwie dołączając do głodnego tłumku.
Zauważam jednak, że nie ma Squall... Może poszła na spacer? A mniejsza, głód wzywa!
Jakieś 15 minut jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby skupić się na czymkolwiek innym. Czuję na sobie co jakiś czas spojrzenia niektórych osób ale już przywykłam. Ludzie zawsze na mnie dziwacznie patrzyli - przez oczy, przez ubiór, przez mój apetyt... Potem jednak rozbrzmiewają pierwsze nuty piosenki marynarskiej, sięgam więc po swoją nienaruszoną jeszcze porcję rumu - cel Squall. Ciesze się, że go przyniosła. Dawno nie piłam zacnego trunku.
Wieczór powoli mija, śpiewamy, rozmawiamy, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Ku mojej uciesze - nie tylko ja mam głośny i niekontrolowany śmiech! Nareszcie! Robi się coraz weselej aż w końcu czuję, że rum zaczyna działać...
<No, to kto teraz opisze nocno-rumowe "konwersacje" towarzystwa? Ze swojej strony powiem tylko, że Vis robi się nieco drażliwa po rumie ale i bardziej złośliwa i wesoła niż normalnie. Tak, jak trzeba to zatańczy :D >
W każdym razie, już wiecie czemu siedziałam jak zaczarowana przy ognisku patrząc na Frelsera. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widzi. To dosyć żenujące, ale silniejsze ode mnie. Po chwili jednak mój żołądek daje o sobie znać i kiedy towarzysze wspominają o jedzeniu... Skręca mnie od środka, dosłownie. Dziwi mnie nieco, że to akurat Ash zrywa się, by je przynieść. Ale skoro tak... Niech tylko zrobi to szybko.
Myślę, że moje postanowienia czasem są bezcelowe. Po minucie mam ochotę wystrzelić płomieniami jak Atlant. Jeść!, woła mój żołądek. Dlatego zajmuję się analizowaniem całej tej grandy. Tak, może mi to jakoś pomoże odciągnąć uwagę od gło...Szzzzzzzzzzz!
W tym momencie słyszę rozmowę Halta i Phestera, dlatego też wcinam się na moment. Potem jednak wracam do swoich planów.
Powiedzmy, że nie muszę się skupiać na analizowaniu Mild i Ash, bo je już jakoś poznałam ogólnikowo. Halt... Jego na razie odpuszczę. Inaczej mój żołądek będzie zmuszony zwracać powietrze. Phester to intrygujący i irytująco uparty mądrala, a niech mu tam będzie. Chce się chować to niech się chowa. Squall jest tym typem kobiety, z którą albo się dogadam albo się zabijemy. Wolałabym nie, bo wygląda na to, ze ona też ma utarczki z Haltem, a co dwie pary rąk sprawnie posługujących się ostrzem to nie jedna, prawda? (Halcik, nie zaśniesz :D) Lisbeth też się chowa, ale wydaje się w porządku choć mało mówi tego wieczoru. Atlant... No tego to ja już lubię! W końcu bawi się ogniem, to jest mój człowiek! No dobra, człowiek to za dużo powiedziane... Malik to taki wyrośnięty kocur. Przygarnęłam kiedyś jednego - nie, to że jestem wilkołakiem nie znaczy że zjadam koty na śniadanie, obiad i kolację. Lubię je. Ten tu pije trochę za dużo kawy, ale każdy z nas coś popija... tak, nawet wodę. Tak czy owak, jeszcze go dorwę. Ale może nie dziś. Frelser... No mój zachwyt jest oczywisty ale co do jego charakteru, może trochę nieśmiały, ale zobaczycie - my nim tak zakręcimy, że niedługo będzie taki!
A teraz wielki powrót żołądka! No, dosyć tego. Głód to głód - a przecież jutro pełnia! Podrywam się z pieńka mrucząc przekleństwa i idę twardo do piwnicy. Nie martwi mnie, że się pobrudzę - po tym całym pożarze jestem tak utytłana, że mogłabym robić za ziemię.
Wchodzę do piwnicy spodziewając się Ashlotte wybierającej bardziej odżywcze kąski, jednak... Ona klęczy na podłodze i czyta...
- Co z tym jedzeniem? - pytam.
Dziewczyna podskakuje nerwowo, szybko zwija papier i odwraca się, wstając.
- To przepis. Może być przydatny w następnych dniach, nie musimy przecież ciągle jeść surowych warzyw prawda? - Uśmiecha się ale jakoś tak... Hm, no kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną więc po prostu jej nie wierzę. Nie dopytuję - wyjątkowo - bo zaślepia mnie głód. Wzdycham tylko wznosząc oczy ku niebu. W ciszy zbieramy co popadnie do kieszeni i rąk i idziemy do reszty towarzystwa.
- Znajcie łaskę pani! - wołam kąśliwie dołączając do głodnego tłumku.
Zauważam jednak, że nie ma Squall... Może poszła na spacer? A mniejsza, głód wzywa!
Jakieś 15 minut jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby skupić się na czymkolwiek innym. Czuję na sobie co jakiś czas spojrzenia niektórych osób ale już przywykłam. Ludzie zawsze na mnie dziwacznie patrzyli - przez oczy, przez ubiór, przez mój apetyt... Potem jednak rozbrzmiewają pierwsze nuty piosenki marynarskiej, sięgam więc po swoją nienaruszoną jeszcze porcję rumu - cel Squall. Ciesze się, że go przyniosła. Dawno nie piłam zacnego trunku.
Wieczór powoli mija, śpiewamy, rozmawiamy, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Ku mojej uciesze - nie tylko ja mam głośny i niekontrolowany śmiech! Nareszcie! Robi się coraz weselej aż w końcu czuję, że rum zaczyna działać...
<No, to kto teraz opisze nocno-rumowe "konwersacje" towarzystwa? Ze swojej strony powiem tylko, że Vis robi się nieco drażliwa po rumie ale i bardziej złośliwa i wesoła niż normalnie. Tak, jak trzeba to zatańczy :D >
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Od Phestera - Zwykły wieczór przy ogniu
Towarzystwo zebrane przy ogniu zaczynało się nieco ożywiać. Powoli wszyscy zaczynali się otwierać, jeśli można to tak nazwać. Bo w końcu nikt z zebranych tutaj osób na chwilę obecną nie mógł, ani nie chciał mówić czegoś więcej o sobie. Każdy miał coś do ukrycia. Phester jednak czół że każdy z tych wyrzutków, uciekinierów czy też podróżników zostanie tu na dłużej i z czasem może się zżyją. Według niego to była tylko kwestia czasu. Obrócił delikatnie głowę by spojrzeć w stronę gór które oddzielały ich nowej Sorsiny. A coś mu się wydawało że okazja to tego by wszyscy tu zebrani połączyli się dla jednej sprawy mogła nadejść w każdej chwili.
~Dlaczego się nie odzywasz?~ Do myśli medyka wdarł się głos smoka. Phester nie blokował go, nie było takowej potrzeby, wiedział że smoki tylko tak się komunikują i inaczej nie umiały.
~Nie mam nic do powiedzenia, a skoro nic nie mam to po co miałbym mówić?~ Wyjaśnił spokojnie również drogą telepatii, na co Frelser aż otworzył szerzej oczy. Nie spodziewał się odpowiedzi taką drogą. Mężczyzna podniósł oczy na monumentalnego gada. Stworzenie to wydawało mu się dość osobliwe jak na swój gatunek. Mimo że zaczynał się oswajać z towarzystwem jak wszyscy, to zdawał się być nieco spłoszony.
-A tak czysto teoretycznie, to znajdą się dla nas miejsca na nocleg?- Zapytał Halt. Lakoo przerwał rozmowę z felinem.
-Jest, zdążyłem poznać tutejsze tereny i mogę stwierdzić że kiedyś, może nawet przed wojną, było tu coś jakby miasteczko czy osada. Zostało kilka budynków takich jak ta moja chałupa, w wielu nawet zostały ubrania. Co więcej była też tutaj karczma i jakaś biblioteka. Jest w niej archiwum, ale księgi wieczyste zapisane są w nieznanym mi dialekcie. Normalny księgozbiór za to jest w mowie wspólnej.
-A wiesz co tutaj wcześniej było?- Zaciekawiła się nagle Viserany.
-Niestety nie, resztek tego miejsca nie da się jednoznacznie przyporządkować do topografii miasta, osady, wsi czy nawet zakonu. Choć do ostatniego mu najbliżej. Bo za daleko stąd do szlaku, zbyt jałowa ziemia i za gęsty las na uprawy. Warowni też nie ma, ni zamku.
-Może to jedno z tych ukrytych krain z baśni i podań?- Zażartowała Erany.
-Zdziwiłabyś się ile potrafi być prawdy w legendach. Myślisz że potwory z portowych opowieści mogli stworzyć siedzący przy kielichu brodacze?- Piratka wyszczerzyła się, a w tym uśmiechu Phester wyczuł małą zmianę. Nie umiał jednak określić czym dokładnie ta zmiana mogła być ani czego dotyczyła.
-Wracając do tematu.- Atlant ponownie się odezwał. -Jest tutaj blisko dwudziestu budynków, nie wszystkie nadają się do zamieszkania, ale na razie wystarczy. Po wieczerzy będę mógł wam pokazać kilka.- Taka odpowiedź w pełni usatysfakcjonowała wszystkich zebranych. Phester nawet już wiedział który budynek sobie obierze na najbliższy czas.
-Długo nie wraca, nie?- Czerwonooka pół-elfka wychyliła się w stronę drzwi. Następnie wstała i ruszyła do domku Alta. Gwary nadal nie ustawały. Tylko Kruk siedział w ciszy obserwując ludzi na około. Nawet Lisabeth z zakrytą twarzą którą spotkali na szlaku rzucała półsłówkami do co poniektórych. Po drodze dała się podpuścić. Wcześniej nie miał pewności co do niej, ale zachowanie, zapach, wygląd, zakryte usta oraz poranny bieg były dla niego wystarczające. Wiedział już że ma tutaj pobratymca. Choć trochę odmiennego, to nawet lepiej. Nie zamierzał jej wydawać, nie była agresywna. A i zbędna w tej chwili była jakakolwiek panika. Z resztą nie tylko ona ukrywała swoją tożsamość. Pół-elfka, która ruszyła za biało-włosom. Obie miały zapach dziwnie znajomy, nie wydawał on jednak żadnych wyroków na nikogo. Nawet w małej i milutkiej Mild wyczuwał coś innego. Była jeszcze piratka teraz prowadząca względnie luźną rozmowę z innymi biesiadnikami. Była jedną z najgłośniejszych. Zagadywała, żartowała i była złośliwa. Względny spokój i wyluzowanie, jednak dawało się wychwycić u niej kilka dziwnych zachowań. Drapała co jakiś czas zażarcie policzki. Zdawało się że sprawdza czy nadal je ma, co zdawało się być zabawne. Obserwowała też zachmurzone niebo. Phester starał się dokładnie zanalizować jej zachowanie, jednak nie umiał go dokładnie zinterpretować.
-Skoro tamta poszła po zagrychę, to ja skoczę sobie po popite!- Zawołał stając. Frelser uniósł gwałtownie głowę, zawadzając nieco o niższe gałęzie.
~Też poproszę!~ Rozochocił się nieco za bardzo bo jego słowa usłyszeli wszyscy zebrani.
-Co ja browarnia?- Zakpiła błyskając zębami.
-Czyżby przemawiała przez ciebie skąpość? Przecież taka biedna wcale nie jesteś.- Podpuszczał ją łucznik. Dziewczyn natomiast jedynie uśmiechnęła się zbójecko. Jeszcze na ułamek sekundy zerknęła raz jeszcze w niebo po czym zniknęła w ciemności. Na moment po jej odejściu zza chmur wyjrzał księżyc, a okolica zalśniła od rozświetlonych kropelek rosy.
-Doprawdy trafiłem na niesamowite towarzytwo...- Mruknął niemal niesłyszalnym szeptem do siebie.
Gdy tylko dziewczyna znalazła się za linią drzew puściła się dzikim pędem w stronę swojego statku. Gęste zalesienie blokowało światło księżyca, co bardzo jej odpowiadało. Mimo wszechogarniającego mroku i ciągłego pędu widziała bardzo dobrze. To właśnie dawały jej te żółte oczy wąskimi źrernicami - doskonały wzrok po ciemku i... pod odom. Okręt nie mógł wpłynąć całkiem na mieliznę. Stał co prawda w zatoczce naprawdę dobrze ukryty. Nie mógł być zauważony czy uprowadzony. Szczególnie że tego okrętu nie dało się ruszyć bez jej zgody. Przy brzegu stała szalupa, jednak piratka zdecydowanie preferowała przepłynąć się. Zrzuciła ubrania i wskoczyła do wody. W momencie jak znikła pod taflą wody to aż do statku nic jej nie zmąciło, mimo że od brzegu było to nawet ponad pół mili. Wy nużyła głowę dopiero na metr czy dwa od statku. Nie było nawet możliwe by dostrzec jak to się stało. Ale ciemny kształt tak mignął wzdłuż burty i na moment później całkiem naga krzątała się po pokładzie. Zwinęła kilka rzeczy, zrzuciła dwie beczułki rumu i skoczyła za nimi z powrotem w morze. Na zacienioną plaże wypłynęły obie baryłki. Dopiero po dłuższej chwili zaś wyłoniła się Squall. Szybko ubrała się i nałożyła kilka dodatkowych szczegółów. Rekawiczki i czarnyą kominiarkę, do tego naciągnęła mocno kaptur. Zaśmiała się widząc soje odbicie składające się z masy ubrań i jaskrawożółtych ślepi. Zachichotała cicho. Teraz gdy wróci do ogniska łącznie z nią będą już trzy i pół zamaskowanych postaci. Pół bo Halt miał tylko kaptur na sobie. Pochwyciła alkohol i dziarskim krokiem ruszyła drogę powrotną.
-No nareszcie! Już myśleliśmy że się utopiłaś!- Zawołał łucznik gdy tylko zobaczył dziewczynę.
-To ty tutaj nadal jesteś? Ch*lera zapomniałam! Dla ciebie niestety nie mam… przykro mi bardzo.- Odgrywała scenkę jak profesjonalny aktor. Jednak posłała mu swój wredny uśmieszek, a raczej chciałaby bo i tak nikt nie mógł tego zauważyć przez kominiarkę. Zdawało się to dziwne, ale może po prostu było jej zimno, więc nikt nie pytał dlaczego ma rękawiczki i się zamaskowała. Phesterowi jednak takie założenie zdawało się podejrzane, bo przez plecy kaftana były mokre, czyli miała mokre włosy tak samo jak noe części garderoby. Nie miał jednak zamiaru zwracać na to uwagi czy pytać dlaczego się zasłoniła. Nie miał nawet do tego prawa w końcu sam nie pokazywał twarzy. w czasie jego przemyśleń towarzystwo zdążyło na powrót się rozweselić i to na tyle szybko że do jego uszu dotarły słowa znanej na całym świecie piosenki.
Kiedy rum zaszumi w głowie,
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętnie słucha człowiek
Morskich opowieści…
<Mam szczerą nadzieję Vis że mnie nie zaszlachtujesz ^^ , za to że się nieco wtrąciłam, ale uzględniłam też to że tak bardzo chciałaś dokończyć opko Asch, dlatego też tutaj nie przeszkodziłam :D Liczę również że reszta się nie pospała czytając (o ile wam się w ogóle chciało XD)>
~Dlaczego się nie odzywasz?~ Do myśli medyka wdarł się głos smoka. Phester nie blokował go, nie było takowej potrzeby, wiedział że smoki tylko tak się komunikują i inaczej nie umiały.
~Nie mam nic do powiedzenia, a skoro nic nie mam to po co miałbym mówić?~ Wyjaśnił spokojnie również drogą telepatii, na co Frelser aż otworzył szerzej oczy. Nie spodziewał się odpowiedzi taką drogą. Mężczyzna podniósł oczy na monumentalnego gada. Stworzenie to wydawało mu się dość osobliwe jak na swój gatunek. Mimo że zaczynał się oswajać z towarzystwem jak wszyscy, to zdawał się być nieco spłoszony.
-A tak czysto teoretycznie, to znajdą się dla nas miejsca na nocleg?- Zapytał Halt. Lakoo przerwał rozmowę z felinem.
-Jest, zdążyłem poznać tutejsze tereny i mogę stwierdzić że kiedyś, może nawet przed wojną, było tu coś jakby miasteczko czy osada. Zostało kilka budynków takich jak ta moja chałupa, w wielu nawet zostały ubrania. Co więcej była też tutaj karczma i jakaś biblioteka. Jest w niej archiwum, ale księgi wieczyste zapisane są w nieznanym mi dialekcie. Normalny księgozbiór za to jest w mowie wspólnej.
-A wiesz co tutaj wcześniej było?- Zaciekawiła się nagle Viserany.
-Niestety nie, resztek tego miejsca nie da się jednoznacznie przyporządkować do topografii miasta, osady, wsi czy nawet zakonu. Choć do ostatniego mu najbliżej. Bo za daleko stąd do szlaku, zbyt jałowa ziemia i za gęsty las na uprawy. Warowni też nie ma, ni zamku.
-Może to jedno z tych ukrytych krain z baśni i podań?- Zażartowała Erany.
-Zdziwiłabyś się ile potrafi być prawdy w legendach. Myślisz że potwory z portowych opowieści mogli stworzyć siedzący przy kielichu brodacze?- Piratka wyszczerzyła się, a w tym uśmiechu Phester wyczuł małą zmianę. Nie umiał jednak określić czym dokładnie ta zmiana mogła być ani czego dotyczyła.
-Wracając do tematu.- Atlant ponownie się odezwał. -Jest tutaj blisko dwudziestu budynków, nie wszystkie nadają się do zamieszkania, ale na razie wystarczy. Po wieczerzy będę mógł wam pokazać kilka.- Taka odpowiedź w pełni usatysfakcjonowała wszystkich zebranych. Phester nawet już wiedział który budynek sobie obierze na najbliższy czas.
-Długo nie wraca, nie?- Czerwonooka pół-elfka wychyliła się w stronę drzwi. Następnie wstała i ruszyła do domku Alta. Gwary nadal nie ustawały. Tylko Kruk siedział w ciszy obserwując ludzi na około. Nawet Lisabeth z zakrytą twarzą którą spotkali na szlaku rzucała półsłówkami do co poniektórych. Po drodze dała się podpuścić. Wcześniej nie miał pewności co do niej, ale zachowanie, zapach, wygląd, zakryte usta oraz poranny bieg były dla niego wystarczające. Wiedział już że ma tutaj pobratymca. Choć trochę odmiennego, to nawet lepiej. Nie zamierzał jej wydawać, nie była agresywna. A i zbędna w tej chwili była jakakolwiek panika. Z resztą nie tylko ona ukrywała swoją tożsamość. Pół-elfka, która ruszyła za biało-włosom. Obie miały zapach dziwnie znajomy, nie wydawał on jednak żadnych wyroków na nikogo. Nawet w małej i milutkiej Mild wyczuwał coś innego. Była jeszcze piratka teraz prowadząca względnie luźną rozmowę z innymi biesiadnikami. Była jedną z najgłośniejszych. Zagadywała, żartowała i była złośliwa. Względny spokój i wyluzowanie, jednak dawało się wychwycić u niej kilka dziwnych zachowań. Drapała co jakiś czas zażarcie policzki. Zdawało się że sprawdza czy nadal je ma, co zdawało się być zabawne. Obserwowała też zachmurzone niebo. Phester starał się dokładnie zanalizować jej zachowanie, jednak nie umiał go dokładnie zinterpretować.
-Skoro tamta poszła po zagrychę, to ja skoczę sobie po popite!- Zawołał stając. Frelser uniósł gwałtownie głowę, zawadzając nieco o niższe gałęzie.
~Też poproszę!~ Rozochocił się nieco za bardzo bo jego słowa usłyszeli wszyscy zebrani.
-Co ja browarnia?- Zakpiła błyskając zębami.
-Czyżby przemawiała przez ciebie skąpość? Przecież taka biedna wcale nie jesteś.- Podpuszczał ją łucznik. Dziewczyn natomiast jedynie uśmiechnęła się zbójecko. Jeszcze na ułamek sekundy zerknęła raz jeszcze w niebo po czym zniknęła w ciemności. Na moment po jej odejściu zza chmur wyjrzał księżyc, a okolica zalśniła od rozświetlonych kropelek rosy.
-Doprawdy trafiłem na niesamowite towarzytwo...- Mruknął niemal niesłyszalnym szeptem do siebie.
Gdy tylko dziewczyna znalazła się za linią drzew puściła się dzikim pędem w stronę swojego statku. Gęste zalesienie blokowało światło księżyca, co bardzo jej odpowiadało. Mimo wszechogarniającego mroku i ciągłego pędu widziała bardzo dobrze. To właśnie dawały jej te żółte oczy wąskimi źrernicami - doskonały wzrok po ciemku i... pod odom. Okręt nie mógł wpłynąć całkiem na mieliznę. Stał co prawda w zatoczce naprawdę dobrze ukryty. Nie mógł być zauważony czy uprowadzony. Szczególnie że tego okrętu nie dało się ruszyć bez jej zgody. Przy brzegu stała szalupa, jednak piratka zdecydowanie preferowała przepłynąć się. Zrzuciła ubrania i wskoczyła do wody. W momencie jak znikła pod taflą wody to aż do statku nic jej nie zmąciło, mimo że od brzegu było to nawet ponad pół mili. Wy nużyła głowę dopiero na metr czy dwa od statku. Nie było nawet możliwe by dostrzec jak to się stało. Ale ciemny kształt tak mignął wzdłuż burty i na moment później całkiem naga krzątała się po pokładzie. Zwinęła kilka rzeczy, zrzuciła dwie beczułki rumu i skoczyła za nimi z powrotem w morze. Na zacienioną plaże wypłynęły obie baryłki. Dopiero po dłuższej chwili zaś wyłoniła się Squall. Szybko ubrała się i nałożyła kilka dodatkowych szczegółów. Rekawiczki i czarnyą kominiarkę, do tego naciągnęła mocno kaptur. Zaśmiała się widząc soje odbicie składające się z masy ubrań i jaskrawożółtych ślepi. Zachichotała cicho. Teraz gdy wróci do ogniska łącznie z nią będą już trzy i pół zamaskowanych postaci. Pół bo Halt miał tylko kaptur na sobie. Pochwyciła alkohol i dziarskim krokiem ruszyła drogę powrotną.
-No nareszcie! Już myśleliśmy że się utopiłaś!- Zawołał łucznik gdy tylko zobaczył dziewczynę.
-To ty tutaj nadal jesteś? Ch*lera zapomniałam! Dla ciebie niestety nie mam… przykro mi bardzo.- Odgrywała scenkę jak profesjonalny aktor. Jednak posłała mu swój wredny uśmieszek, a raczej chciałaby bo i tak nikt nie mógł tego zauważyć przez kominiarkę. Zdawało się to dziwne, ale może po prostu było jej zimno, więc nikt nie pytał dlaczego ma rękawiczki i się zamaskowała. Phesterowi jednak takie założenie zdawało się podejrzane, bo przez plecy kaftana były mokre, czyli miała mokre włosy tak samo jak noe części garderoby. Nie miał jednak zamiaru zwracać na to uwagi czy pytać dlaczego się zasłoniła. Nie miał nawet do tego prawa w końcu sam nie pokazywał twarzy. w czasie jego przemyśleń towarzystwo zdążyło na powrót się rozweselić i to na tyle szybko że do jego uszu dotarły słowa znanej na całym świecie piosenki.
Kiedy rum zaszumi w głowie,
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętnie słucha człowiek
Morskich opowieści…
<Mam szczerą nadzieję Vis że mnie nie zaszlachtujesz ^^ , za to że się nieco wtrąciłam, ale uzględniłam też to że tak bardzo chciałaś dokończyć opko Asch, dlatego też tutaj nie przeszkodziłam :D Liczę również że reszta się nie pospała czytając (o ile wam się w ogóle chciało XD)>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
