czwartek, 11 lutego 2016

Od Ziio - Wielkie wyjście

- Bis! Bis! - rozległy się wesołe wołania.
Ziio uśmiechnęła się promiennie. Tak fantastycznej publiczności nie miała od kilku lat. Stuletnia wojna może się skończyła, pozostawiła jednak w Sorsinie głęboką, niezabliźnioną jeszcze szramę. Podczas gdy żołnierze mogli sobie pozwalać na wszystko co chcieli, ludność dalej żyła w przestrachu, że ich dom spłonie następnej nocy. Co za tym idzie, do obcych odnosili się niemal z wrogością. A gdy jakiś przyjezdny jest na dodatek potworem?
Cóż, naszej harpii w żadnym wypadku potworem nazwać się nie da. Ani to z wyglądu (bo przecież mimo piór, skrzydeł i ptasich łap jest całkiem ładną osobą), a tym bardziej z jej charakteru. Jednak ,,nieludzie”, jak się tego wieczoru przekonała, dalej w wielu zakamarkach kraju robią niemałą sensację. Całe szczęście ludzie wymęczeni stanem powojennym gdy usłyszeli, że dziewczyna jest minstrelem, pozwolili jej zostać na jeden utwór. Wesoła piosenka zrobiła swoje - zaciekawiła, zasiała ziarenko błogości. A gdy harpia rzekła z teatralnym westchnieniem, że zrobiła swoje i czas jej iść, widownia aż zbyt wylewnie zaprotestowała prosząc o jeszcze jeden występ. Ziio szybko więc wróciła na swoje miejsce i śpiewała dalej.
Tak oto docieramy do chwili obecnej. Kyra siedząc na belce pod stropem tuż pod szklanym świetlikiem stroiła lutnię, a na dole wyczekująco patrzyli na nią uśmiechnięci ludzie.
- Cóż jeszcze mogę zaśpiewać? - zawołała z udawanym oburzeniem. - Cały repertuar mi zużyjecie!
- Nie daj się prosić! - odparł raźnie jeden z siedzących pod ścianą weteranów wojskowych.
- Właśnie! - poparli go naraz wszyscy.
Harpia skrzywiła się teatralnie. Po chwili jednak na powrót się uśmiechnęła.
- Niech wam będzie! Jak się bawić, to do rana! - zakrzyknęła i cała karczma zatrzęsła się od popierających ten pomysł okrzyków.
Zarzuciła nogę na nogę, oparła na udzie lutnię i zamyśliła się chwilę. Niewiele kłamała z tym repertuarem - gdy przybyła do zajazdu dopiero zaczynało zmierzchać, a obecnie już chyba zbliżała się północ. Noc była młoda, a jej kończyły się piosenki. Po jakiejś minucie podjęła w końcu spokojną, rytmiczną, aczkolwiek nieco nostalgiczną melodię na niskich tonach. Wieśniacy zamilkli wsłuchani w skupieniu, wpatrzeni w drgające struny i zręczne palce dziewczyny. Melodia ciągnęła się dobre dwie minuty, zanim Ziio zaczęła śpiewać:

Nie, już nie pamiętam
Co zniosło tu nas.
Czy był to wiatr psotny?
Czy płynący czas?

Cóż znowu chce patrzeć
Na łzy tych rozstań?
Co znów chce nas zmusić
Do ckliwych wyznań?

Nie, już nie chcę wiedzieć
Co...

W tym momencie trzasnęły głośno drzwi, wytrącając zupełnie Kyrę z rytmu. Już miała rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę gbura, który jej tak chamsko przerywa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Do karczmy wparowało pięciu strażników miejskich. Zamarła. Nie miała pojęcia jak tutejsza władza odnosi się w temacie nieludzi i ich obecności w miejscach publicznych. Po minie komendanta wyczytała jedynie, że czekają ją kłopoty.
- Nie ruszać się! - zakomenderował mędrkowatym tonem.
- Ależ ja się wcale nie ruszam, panie władzo - powiedziała spokojnie Ziio.
Strażnik podniósł głowę do góry. Najwyraźniej nie zauważył jej już w wejściu.
- O co chodzi? - zapytała harpia, gdy milczenie przeciągnęło się niezręcznie dla najwyraźniej początkującego dowódcy.
- Jest pani aresztowana! - zaczął przypominając sobie swoją rolę.
- Ale za co? - szczerze zdziwiła się Kyra. Niby znała już odpowiedź, ale niemniej dalej zaskoczyła ją. Do tej pory jeszcze nie spotkała się z takim przejawem braku tolerancji wobec rasy.
- Za zakłócanie spokoju!
- Proszę pana - wtrącił się cierpliwie starszy oberżysta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Panna Ziio jest minstrelem. Z tego co pamiętam żyją oni właśnie z zakłócania ciszy nocnej.
- Co przepra...? Nie! Nie o ciszę nocną tu chodzi mości gospodarzu - strażnik potrząsnął głową.
- To o co? - przerwała mu lekko już zirytowana harpia.
Człowiek popatrzył na nią jakby go właśnie śmiertelnie obraziła.
- No słucham - wzruszyła ramionami. - Jeśli się mnie ktoś boi, to może opuścić lokal. Nikogo tu przymusem nie trzymam. Aczkolwiek nie widzę żadnego powodu do strachu.
- Słuchaj no, ty...
- Harpio?
- ...potworze! Masz się zaraz wynieść z tego miasta, bo inaczej...
Ziio zeskoczyła z belki, lądując tuż przed chuderlawym mężczyzną, który wzdrygnął się i odskoczył. Przewiesiła swój instrument na plecach za umocowany do gryfu pasek i wyprostowała się dumnie, zaplatając ręce na piersi.
- Bo inaczej co? - powtórzyła pytająco.
- Ha! Grozisz mi! - komendant jakby zadowolony sięgnął ku rękojeści miecza.
- Co przepraszam? - harpia zamrugała kilka razy.
- Nikt nie będzie groził przedstawicielowi prawa!
Wyszarpnął - dość nieumiejętnie - miecz i skierował go w stronę Kyry. Dziewczyna cofnęła się przed ostrzem. Wielu wieśniaków widząc, że szykuje się burda, ruszyło w stronę drzwi. Harpia obejrzała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie miała zamiaru się z nikim pojedynkować. Gdyby teraz choćby drasnęła komendanta lub któregoś z jego ludzi, niewątpliwie przyznałaby w ten sposób rację nazwaniu jej ,,potworem”, nawet jeśli by się jedynie broniła. Podłapała spojrzenie gospodarza karczmy. Mężczyzna stał przy umocowanym na ścianie kołowrotku z dźwignią i owiniętą wokół liną. Kiwnął głową w górę. Dziewczyna podążyła za idącą po stropie liną...sięgała do świetlika. Natychmiast zrozumiała o co chodzi i skinęła głową z podziękowaniem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się i zakręcił dźwignią. Klapa w świetliku uchyliła się ze skrzypnięciem. Strażnicy spojrzeli w górę odruchowo. Harpia wykorzystała moment nieuwagi. Odbiła się od ziemi i pomagając machnięciem skrzydeł wylądowała z powrotem na belce stropowej. Posłała strażnikom ironicznego buziaka, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez świetlik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz