Niemal od razu po rzuceniu moją cenną parasolką, skarciłam się w duchu za to, że wybuchłam i użyłam niepoprawnego języka. Ale po prostu to był odruch, nagły przypływ emocji. Ta sukienka była bardzo, ale to bardzo droga! A zaraz potem dowiaduję się, że to głupi kawał jakiegoś bachora! To zdecydowanie za dużo, jak na moją piękną głowę.
Patrząc z nienawiścią na to dziecko, zaraz potem usłyszałam krzyk jakiejś dziewczyny. Obróciłam się w jej stronę i… Co ja ujrzałam! Z tłumu wyłoniły się dwie osoby, z czego jedna była naprawdę przyzwoicie ubrana, ale ta druga… Wyglądała na niecałe dwadzieścia lat, ale za to spójrzcie na jej wygląd!
Krótko ścięte, niezadbane włosy, brak makijażu i jeszcze te łachy! Jak, powiedzcie mi JAK można się tak ubierać? Przecież to niewybaczalne!
– KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? – warknęła i przeleciała wzrokiem po wszystkich osobach naprzeciwko niej, a jej wzrok spoczął na mnie.
„Uspokój się, uspokój. Dama się tak nie zachowuje. Jest opanowana i wyrafinowana w przeciwieństwie do… tego czegoś”
Obrzuciłam ją pogardliwym wzrokiem i zadarłam do góry głowę, by patrzeć na nią z góry, co nie było specjalnie trudne, ponieważ i tak była niska. Plus dla mnie!
Prychnęłam i płynnym ruchem sięgnęłam do mojej torebki, po to, by wyrwać z małego pudełeczka dwie chusteczki. Przejechałam nimi po „pozostałości” po tym idiotycznym kawale i ścisnęłam w małą kulkę. Podeszłam dumnie do Sama-Nie-Wiem-Kto-To-I-Jakiej-Jest-Płci i wyrwałam z jej zaciśniętej łapy moją parasolkę, która była dla mnie niczym skarb i w zamian dałam jej te chusteczki.
– Dziękuję – odparłam i otrzepałam parasol. Rzuciłam ją rozłożoną, więc byłam szczęśliwa, że nic jej się nie stało.
– A więc to ty! – zapytała z jadem w głosie, rzucając mój podarunek na brukową ulicę i przygniatając go butem – Nie daruję Ci! – krzyknęła i zrobiła dwa duże kroki w jej stronę, lecz przed następnymi, powstrzymała ją jej towarzyszka, chwytając ją za ramiona. Lecz to i tak wystarczyło, bym zdążyła cofnąć się odrobinę, widocznie oburzona takim zachowaniem. – Puść mnie do niej! – zawołała do swojej koleżanki ostrym tonem.
– Viserany! Nie warto! – syknęła w jej stronę karcąco.
– Ten wasz dzieciak jest niewychowany! – zawołałam, wtrącając się do ich wymiany zdań – Powinnyście coś z nim zrobić! – powiedziałam poirytowana, wskazując palcem na owego bachora, który dalej stał jak wryty, najpewniej kuląc się w środku.
– To ty jesteś nie wychowana! – krzyknęła Virsenay, chociaż dalej pozostaję przy przekonaniu, że to zwykła obdartuska.
– To nie ja rzucam się na ludzi i im nie grożę! – odpyskowałam jej, ponownie posyłając jej pogardliwe spojrzenie i opierając parasolkę o moje ramię, tym samym chroniąc się przed słońcem.
– Yhg! Wkurzasz mnie! – wrzasnęła, jeszcze bardziej się szarpiąc i siłowa ze swoją towarzyszką.
Zdecydowanie dość już miałam tej bezsensownej rozmowy i chciałam jak najszybciej znaleźć się w moim ulubionym butiku. Rozejrzałam się dookoła i dopiero teraz zorientowałam się, że wokół nas zebrał się już duży tłum gapiów. Uśmiechnęłam się przebiegle pod nosem, po czym przybrałam kokieteryjną pozycję, przejeżdżając wzrokiem po ludziach koło nas.
– Panowie… – zaczęłam uwodzicielskim tonem – Który z was ma ochotę towarzyszyć mi na zakupach? – zapytałam i niby przypadkiem zsunęłam swój szal, odsłaniając ramię i pokazując goły kawałek mojej skóry.
Niemal od razu zobaczyłam przeciskającego się przez tłum mężczyznę, który podszedł do mnie i, jak przystało na porządnego faceta, ukłonił mi się elegancko po czym wyciągnął rękę w moją stronę. Położyłam z wdziękiem swoją dłoń odzianą w białą rękawiczkę na jego i skinęłam głową. Mężczyzna ujął mnie pod ramię.
Odwróciłam głowę w stronę awanturniczki i uśmiechnęłam się zwycięsko, po czym ruszyłam przed siebie z przystojnym i wysokim towarzyszem.
Virsenay? Mild? Ashlotte? Przepraszam, że tak późno ;-;
czwartek, 27 sierpnia 2015
środa, 26 sierpnia 2015
Uwaga!
Przykro mi przypominać się po raz wtóry, ale jak mus to mus... Niestety aktywność na blogu można przedstawić sinusoidą której najwyższy punkt jest tuż po moich upomnieniach, a najniższy niedługo po. No ale na prawdę, przyjrzyjcie się, najwięcej opowiadań pojawia się tuż po moich prośbach a później znikają gdzieś... gdzieś... chen daleko... Mogę się bawić w ciągłe prośby o aktywność, ale mnie też się czasem nie chce :P
Wiem doskonale, że wakacje, wyjazdy, znajomi itp. itd. dlatego nie wyrzucam nikogo mimo naruszenia regulaminu. Dlatego co bym mogła okazać miłosierdzie oraz wy, daję czas od dziś do 6 IX. Na wysłanie opowiadań, bądź usprawiedliwień a ci którzy się nie odezwą zostaną zawieszeni i do końca września usunięci jeśli wciąż będę musiała gadać do ściany.
Tak wiem... jojczę... czasem muszę sobie pomarudzić, a wreszcie skończyłam wyjazdy i mam kompa i mogę pomarudzić młuhahahaha~! >:D
~Pełna nadziei że jeszcze jej nie nienawidzą Ursa ;)
Wiem doskonale, że wakacje, wyjazdy, znajomi itp. itd. dlatego nie wyrzucam nikogo mimo naruszenia regulaminu. Dlatego co bym mogła okazać miłosierdzie oraz wy, daję czas od dziś do 6 IX. Na wysłanie opowiadań, bądź usprawiedliwień a ci którzy się nie odezwą zostaną zawieszeni i do końca września usunięci jeśli wciąż będę musiała gadać do ściany.
Tak wiem... jojczę... czasem muszę sobie pomarudzić, a wreszcie skończyłam wyjazdy i mam kompa i mogę pomarudzić młuhahahaha~! >:D
~Pełna nadziei że jeszcze jej nie nienawidzą Ursa ;)
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Od Squall c.d. Malika - Kapitan hak, kot w butach i śpiąca królewna
-Lubię karty, jednak jak każdy wilk morski preferuję kości.- Oznajmiła dziewczyna sięgając do sakiewki. Kot udawał że się chwile zastanawia.
-A jakie gry proponujesz?- Zapytał niby to mimochodem.
-Znasz może "łgarza"? Na statkach często się w to grywa.- Squall potrząsnęła swoimi kośćmi w zaciśniętej dłoni.
-Chętnie partyjkę rozegram.- Gambit położył na wieku beczki kilka swoich sześciościanów. Oboje nie spuszczali z siebie wzroku pewni że to drugie będzie oszukiwać. Kości zadźwięczały w kubeczkach po czym nastała cisza gdy każdy wykonał ruch i trzymał na prowizorycznym stole zasłonięta pulę.
-Sześć dwójek.- Oznajmiła pewnie kapitan. Felin zdziwił się nieco, ale nie dał tego po sobie poznać. Na stole leżało dziesięć kości, mógł przebijać, ale zachowywał ciszę mającą trzymać napięcie. Gdy już miał otworzyć usta zmożony chorobą Halt wpadł na beczkę i przewrócił wszystko rozsypując kości za którymi popędzili właściciele.
-Nosz k**wa mać! Halt! Bo przywiąże cię do masztu za jaja! Co to wesoła załoga kapitana haka? Na pokładzie kot w butach i śpiąca królewna! Ogarnij się!- Warknęła rozwścieczona utratą kości, która wypadła za burtę. Chłopak nie odpowiedział, tylko zakrył usta powstrzymując odruch wymiotny i wychylił się szybko. Squall ponownie puściła wiązankę pod nosem i powiedziała coś jeszcze żeby tamten nie napaskudził bo będzie musiał to wylizać. Następnie dalej klnąc ruszyła do kajuty pod mostkiem.
-A ty gdzie?- Zawołał za nią Gambit, chyba niezadowolony że zostawia go samego z łucznikiem.
-Zastanowić się nad którym rowem was wyrzucić!- Odkrzyknęła trzaskając za sobą drzwiami. W rzeczywistości musiała usiąść do mapy by zaznaczyć trasę bo około pięciu mil temu ląd zniknął im z horyzontu.
-Przez tego obszczymurka straciłam moją obsydianową kość...- Warknęła jeszcze nakreślając kolejną linię na i tak już mocno zapisanej mapie rozciągniętej na stole. Długo nie cieszyła się samotnością bo zaraz rozległo się pukanie do drzwi.
-Kogo niesie?!
-Okres masz czy jak?- Rozległ się jeszcze słaby, acz nieco pewniejszy głos Halta.
-A bo ciebie to obchodzi? Między nogi i tak mi nie zajrzysz!- Odkrzyknęła nie odrywając cyrkla od papieru a gość wszedł d środka nie czekając na pozwolenie. Brunet kręcił się po pomieszczeniu z niemałym zaciekawieniem oglądając dziwaczne przyrządy oraz pamiątki z dalekich stron. W końcu jego wzrok padł na mapę nad którą pochylała się kobieta.
-Naprawdę aż tyle przepłynęłaś?- Zapytał nie mogąc się odnaleźć w plątaninie linii i kresek symbolizujących trasy podróży.
-I przeszłam.- Mruknęła a mężczyzna dopiero teraz zwrócił uwagę, że i ląd jest po bazgrolony. -Przylazłeś tutaj aby mnie podenerwować czy popatrzeć jak wyznaczam nam kolejną trasę? A może zanurkowałaś na dno morza i odzyskałeś moją kość?- Dziewczyna nakreśliła ostatnią linię i w końcu podniosła wzrok na rozmówcę.
-Nic z tych rzeczy, jestem tu zapytać kiedy dopłyniemy na ląd i gdzie?- Odpowiedział spokojnie, a dziewczyna z westchnieniem uderzyłam palcem w mapę.
-Widzisz tę zatoczkę? To biała plama na mapie imperium, więc będę mogła tam ze spokojem ukryć sztorm a wy wyruszycie w swoją stronę. I myślę że już jutro wieczorem przyjdzie nam się rozstać.- Uśmiechnęła zalotnie i wstała podchodząc bliżej chłopaka. Ten był raczej obojętny na to co robiła, nawet się nie cofnął. Dopiero gdy dziewczyna uniosła swój koci wzrok, spojrzała głęboko jego oczy i zarzuciła mu ramiona na szyję zdał się być lekko zakłopotany i zapewne zastanawiał się czy nie jest ona pijana. Squall nie zwracała na to jednak uwagi zbliżyła się jeszcze trochę sprawiając że Halt czuł się coraz bardziej nieswojo, ale tym razem przyjął inną taktykę odwzajemnił ten uwodzicielski uśmiech udając że odwzajemnia zainteresowanie dziewczyny.
-Pamiętaj tylko...- Szepnęła w końcu przerywając ciszę. -Żeby posprzątać po swoim kucyku.- Dodała odpychając go na bok z szelmowskim uśmiechem. Po czym wyszła zostawiając nieco zdezorientowanego i złego chłopaka. Przysłoniła oczy by nie oślepił jej blask słońca po wyjściu z ciemnicy i rozejrzała się po pokładzie.
-Nawet nie wiesz z jaką ulgą odetchnę gdy w końcu się rozstaniemy.- Mruknął za jej plecami, ona jedynie odpowiedziała skromnym uśmieszkiem.
-Hej, a gdzie jest nasz pu...- Nie dokończyła pytania bo poczuła zbliżająca się obcą rękę po jej szablę. Błyskawicznym ruchem dobrała jej nim intruz zdołał choćby tknąć jej skarb. Była bardzo wyczulona na punkcie swojej klingi i nim niedoszły złodziej zdążył pisnąć słówko stał już z uniesionymi w górę łapkami i niewinnym uśmieszkiem.
-Podoba Ci się moja szabla co kotku?- Zapytała sykliwie i wolno ale głos przepełniała jej furia. -Mogę tobie pokazać jak rozpłata cię na pół, albo nie... mam lepszy pomysł... Skoro tak bardzo jej pragniesz dam ci ją... A następnie popatrzę jak krzyczysz w męczarniach gdy przeniesie na ciebie swoją klątwę...- Felin zerknął niepewnie na kobietę i ostrzę. Cofnął się jeszcze o krok przybierając minę niewiniątka.
-Spokojnie, jedynie chciałem o coś zapytać.- Próbował się wyłgać.
-Tak? Na przykład czy mógłbyś sobie potrzymać?- Zapytała z przebiegłym uśmieszkiem Squall. -Proszę, dotknij sobie.- Dziewczyna podrzuciła broń, złapała za ostrze i wysunęła uchwyt w stronę Felina tak by ją chwycił. On jednak cofnął dłoń, możliwe że zrozumiał, że gadka o klątwie wcale nie była kłamstwem.
-Ależ pani kapitan, nie śmiałbym dotknąć twojej szabli.- Ukłonił się teatralnie cały czas uśmiechając się jak gdyby nigdy nic. Kobieta zwinnym ruchem wsunęła ostrzę do pochwy.
-Cieszę się że dotarło, szkoda by mi cię było mruczku.- Powiedziała zupełnie innym tonem i z miną słodkiej "ciotuni" uszczypnęła Gambita w policzek. Na co ten prychnął niezadowolony a jego mina wołała: "Miałaś mnie tak nie nazywać!"
-Nie nazwała cię puszkiem.- Odezwał się nagle Halt który przyglądał się wszystkiemu z boku. Miał niezwykle zadowoloną minę widząc że w końcu oberwało się kotu. A ten przeniósł swój oburzony wzrok na chłopaka.
<Gambit? Halt? Sorki jeśli uraziłam Malika ale chciałam się upewnić że nie zajuma mi broni :P>
-A jakie gry proponujesz?- Zapytał niby to mimochodem.
-Znasz może "łgarza"? Na statkach często się w to grywa.- Squall potrząsnęła swoimi kośćmi w zaciśniętej dłoni.
-Chętnie partyjkę rozegram.- Gambit położył na wieku beczki kilka swoich sześciościanów. Oboje nie spuszczali z siebie wzroku pewni że to drugie będzie oszukiwać. Kości zadźwięczały w kubeczkach po czym nastała cisza gdy każdy wykonał ruch i trzymał na prowizorycznym stole zasłonięta pulę.
-Sześć dwójek.- Oznajmiła pewnie kapitan. Felin zdziwił się nieco, ale nie dał tego po sobie poznać. Na stole leżało dziesięć kości, mógł przebijać, ale zachowywał ciszę mającą trzymać napięcie. Gdy już miał otworzyć usta zmożony chorobą Halt wpadł na beczkę i przewrócił wszystko rozsypując kości za którymi popędzili właściciele.
-Nosz k**wa mać! Halt! Bo przywiąże cię do masztu za jaja! Co to wesoła załoga kapitana haka? Na pokładzie kot w butach i śpiąca królewna! Ogarnij się!- Warknęła rozwścieczona utratą kości, która wypadła za burtę. Chłopak nie odpowiedział, tylko zakrył usta powstrzymując odruch wymiotny i wychylił się szybko. Squall ponownie puściła wiązankę pod nosem i powiedziała coś jeszcze żeby tamten nie napaskudził bo będzie musiał to wylizać. Następnie dalej klnąc ruszyła do kajuty pod mostkiem.
-A ty gdzie?- Zawołał za nią Gambit, chyba niezadowolony że zostawia go samego z łucznikiem.
-Zastanowić się nad którym rowem was wyrzucić!- Odkrzyknęła trzaskając za sobą drzwiami. W rzeczywistości musiała usiąść do mapy by zaznaczyć trasę bo około pięciu mil temu ląd zniknął im z horyzontu.
-Przez tego obszczymurka straciłam moją obsydianową kość...- Warknęła jeszcze nakreślając kolejną linię na i tak już mocno zapisanej mapie rozciągniętej na stole. Długo nie cieszyła się samotnością bo zaraz rozległo się pukanie do drzwi.
-Kogo niesie?!
-Okres masz czy jak?- Rozległ się jeszcze słaby, acz nieco pewniejszy głos Halta.
-A bo ciebie to obchodzi? Między nogi i tak mi nie zajrzysz!- Odkrzyknęła nie odrywając cyrkla od papieru a gość wszedł d środka nie czekając na pozwolenie. Brunet kręcił się po pomieszczeniu z niemałym zaciekawieniem oglądając dziwaczne przyrządy oraz pamiątki z dalekich stron. W końcu jego wzrok padł na mapę nad którą pochylała się kobieta.
-Naprawdę aż tyle przepłynęłaś?- Zapytał nie mogąc się odnaleźć w plątaninie linii i kresek symbolizujących trasy podróży.
-I przeszłam.- Mruknęła a mężczyzna dopiero teraz zwrócił uwagę, że i ląd jest po bazgrolony. -Przylazłeś tutaj aby mnie podenerwować czy popatrzeć jak wyznaczam nam kolejną trasę? A może zanurkowałaś na dno morza i odzyskałeś moją kość?- Dziewczyna nakreśliła ostatnią linię i w końcu podniosła wzrok na rozmówcę.
-Nic z tych rzeczy, jestem tu zapytać kiedy dopłyniemy na ląd i gdzie?- Odpowiedział spokojnie, a dziewczyna z westchnieniem uderzyłam palcem w mapę.
-Widzisz tę zatoczkę? To biała plama na mapie imperium, więc będę mogła tam ze spokojem ukryć sztorm a wy wyruszycie w swoją stronę. I myślę że już jutro wieczorem przyjdzie nam się rozstać.- Uśmiechnęła zalotnie i wstała podchodząc bliżej chłopaka. Ten był raczej obojętny na to co robiła, nawet się nie cofnął. Dopiero gdy dziewczyna uniosła swój koci wzrok, spojrzała głęboko jego oczy i zarzuciła mu ramiona na szyję zdał się być lekko zakłopotany i zapewne zastanawiał się czy nie jest ona pijana. Squall nie zwracała na to jednak uwagi zbliżyła się jeszcze trochę sprawiając że Halt czuł się coraz bardziej nieswojo, ale tym razem przyjął inną taktykę odwzajemnił ten uwodzicielski uśmiech udając że odwzajemnia zainteresowanie dziewczyny.
-Pamiętaj tylko...- Szepnęła w końcu przerywając ciszę. -Żeby posprzątać po swoim kucyku.- Dodała odpychając go na bok z szelmowskim uśmiechem. Po czym wyszła zostawiając nieco zdezorientowanego i złego chłopaka. Przysłoniła oczy by nie oślepił jej blask słońca po wyjściu z ciemnicy i rozejrzała się po pokładzie.
-Nawet nie wiesz z jaką ulgą odetchnę gdy w końcu się rozstaniemy.- Mruknął za jej plecami, ona jedynie odpowiedziała skromnym uśmieszkiem.
-Hej, a gdzie jest nasz pu...- Nie dokończyła pytania bo poczuła zbliżająca się obcą rękę po jej szablę. Błyskawicznym ruchem dobrała jej nim intruz zdołał choćby tknąć jej skarb. Była bardzo wyczulona na punkcie swojej klingi i nim niedoszły złodziej zdążył pisnąć słówko stał już z uniesionymi w górę łapkami i niewinnym uśmieszkiem.
-Podoba Ci się moja szabla co kotku?- Zapytała sykliwie i wolno ale głos przepełniała jej furia. -Mogę tobie pokazać jak rozpłata cię na pół, albo nie... mam lepszy pomysł... Skoro tak bardzo jej pragniesz dam ci ją... A następnie popatrzę jak krzyczysz w męczarniach gdy przeniesie na ciebie swoją klątwę...- Felin zerknął niepewnie na kobietę i ostrzę. Cofnął się jeszcze o krok przybierając minę niewiniątka.
-Spokojnie, jedynie chciałem o coś zapytać.- Próbował się wyłgać.
-Tak? Na przykład czy mógłbyś sobie potrzymać?- Zapytała z przebiegłym uśmieszkiem Squall. -Proszę, dotknij sobie.- Dziewczyna podrzuciła broń, złapała za ostrze i wysunęła uchwyt w stronę Felina tak by ją chwycił. On jednak cofnął dłoń, możliwe że zrozumiał, że gadka o klątwie wcale nie była kłamstwem.
-Ależ pani kapitan, nie śmiałbym dotknąć twojej szabli.- Ukłonił się teatralnie cały czas uśmiechając się jak gdyby nigdy nic. Kobieta zwinnym ruchem wsunęła ostrzę do pochwy.
-Cieszę się że dotarło, szkoda by mi cię było mruczku.- Powiedziała zupełnie innym tonem i z miną słodkiej "ciotuni" uszczypnęła Gambita w policzek. Na co ten prychnął niezadowolony a jego mina wołała: "Miałaś mnie tak nie nazywać!"
-Nie nazwała cię puszkiem.- Odezwał się nagle Halt który przyglądał się wszystkiemu z boku. Miał niezwykle zadowoloną minę widząc że w końcu oberwało się kotu. A ten przeniósł swój oburzony wzrok na chłopaka.
<Gambit? Halt? Sorki jeśli uraziłam Malika ale chciałam się upewnić że nie zajuma mi broni :P>
Od Mild cd Viserany i Emmy
Mild raźno ruszyła za Vis. Starsza dziewczyna bardzo jej
zaimponowała. Była niezależna od nikogo i niczego, chodziła własnymi
ścieżkami. Darim by ją polubił, pomyślała trzynastolatka wspominając
swojego nauczyciela. Ciekawiło ją też coś innego. Daya przeczuwała, że
Viserany coś...widziała. Jakąś wizję dotyczącą młodej elfki. I Mild na
pewno nie odpuści póki się nie dowie czegoś więcej na ten temat.
Okazało się, że Ashlotte miała także konia - klacz. Wyglądała na konia bojowego, zapewne dziewczyna kupiła ją z wojska. Szła jednak na piechotę, prowadząc rumaka za lejce. Daya poprawiła plecak na ramieniu i przyspieszyła kroku.
- A gdzie uszasty? - zapytała Vis.
- Dean? Nie mam pojęcia - odpowiedziała dziewczyna. - Gdy się obudziłam nie było ani ciebie ani jego. Zniknęła też część zapasów, więc zgarnęłam resztę do plecaka i ruszyłam za tobą.
- A to dlaczego? - krótkowłosa podniosła pytająco brew.
- Chyba dobrze trzymać się w grupie, prawda? - odpowiedziała niepewnie Mild. - W końcu trwa wojna, żołnierze wszędzie... - elfka urwała i w zamyśleniu zacisnęła ręce mocniej na rzemieniu plecaka, co nie uszło uwadze Viserany.
- Hej, coś się stało? - rzuciła dla pewności.
- Mam...niemiłe wspomnienia związane z wojną.
Starsza z dziewczyn nie pytała o więcej.
Nagle Ashlotte zagwizdała. Mild drgnęła zaskoczona kiedy nad jej głową przeleciał ciemny kształt. Był to kruk. Piękny czarny ptak wylądował lekko na ramieniu Ash. Mild nie ukrywała podziwu.
- Łał! Jest twój? - elfka wpatrywała się w pierzastego towarzysza.
- Tak. Oswoiłam go - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Nazywa się Rex.
- Jest piękny - Mild wyciągnęła rękę by pogładzić kruka po głowie, ale ten kłapnął na nią dziobem.
Elfka cofnęła rękę. Przypomniała sobie nagle o czymś spoczywającym w jej sakiewce. Zatrzymała się i zaczęła w niej grzebać. Zaskoczone Vis i Ashlotte również się zatrzymały. Zanim jednak którakolwiek z nich się odezwała, dziewczyna zacisnęła rękę na małym krysztale w kształcie ptasiej czaszki. Podrzuciła przedmiot wysoko w górę. Czaszka rozbłysła błękitem i w jej miejscu pojawił się dorosły kruk. Rex zakrakał na niego wrogo. Magiczny zwierzak zataczał koła nad Mild.
- Niezła sztuczka, młoda - powiedziała Viserany.
Daya rozpromieniła się, zadowolona z pokazu. Kruk tymczasem poleciał w stronę miasta. Gdy trzy dziewczyny tam dotarły czekał już na szyldzie tawerny na rozstajach dróg. Viserany rozejrzała się po ulicy.
- No, to chyba tyle z naszej wędrówki - powiedziała do Ashlotte.
Dalszej rozmowy Daya już nie słyszała. Stłumił ją gwar jakiejś kłótni obok. Mild przez moment przyglądała się kłócącym mężczyznom, kiedy nagle usłyszała głośne przekleństwo jakiejś kobiety. Spojrzała w górę. W stronę jej kruka poszybował jakiś przedmiot...złożona parasolka?
- Pie***lony ptak! - kobieta wrzasnęła po raz kolejny.
,,Pocisk" dosięgnął celu. Błysnęło niebieskie światło i w dół spadła zamiast zwierzęcia jedynie kryształowa czaszka. Mild złapała ją w ostatniej chwili.
- TY!
Dziewczyna obejrzała się. Ta sama kobieta, która strąciła jej podopiecznego z nieba zauważyła jak elfka złapała czaszkę. Była pewna, że Daya zrobiła to specjalnie.
- Ty niewychowana dzikusko! - warknęła nieznajoma.
Była to ładna kobieta o złotawych włosach. Miała perfekcyjny makijaż. Ubrana była w krwistoczerwoną sukienkę i nieco ciemniejszy od sukni szal. A ramię zdobiła biała plama ptasiego guana.
Viserany i Ashlotte wyszły z tłumu. Krótkowłosa trzymała w ręce czarną parasolkę. Była równie wściekła co kobieta w czerwieni.
- KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? - zapytała mierząc tłum morderczym wzrokiem.
Jej wzrok padł najpierw na zawstydzoną Mild, a potem na ,,poszkodowaną"...
Viserany? Emma? Ashlotte? Wywołałam wojnę? XD
Okazało się, że Ashlotte miała także konia - klacz. Wyglądała na konia bojowego, zapewne dziewczyna kupiła ją z wojska. Szła jednak na piechotę, prowadząc rumaka za lejce. Daya poprawiła plecak na ramieniu i przyspieszyła kroku.
- A gdzie uszasty? - zapytała Vis.
- Dean? Nie mam pojęcia - odpowiedziała dziewczyna. - Gdy się obudziłam nie było ani ciebie ani jego. Zniknęła też część zapasów, więc zgarnęłam resztę do plecaka i ruszyłam za tobą.
- A to dlaczego? - krótkowłosa podniosła pytająco brew.
- Chyba dobrze trzymać się w grupie, prawda? - odpowiedziała niepewnie Mild. - W końcu trwa wojna, żołnierze wszędzie... - elfka urwała i w zamyśleniu zacisnęła ręce mocniej na rzemieniu plecaka, co nie uszło uwadze Viserany.
- Hej, coś się stało? - rzuciła dla pewności.
- Mam...niemiłe wspomnienia związane z wojną.
Starsza z dziewczyn nie pytała o więcej.
Nagle Ashlotte zagwizdała. Mild drgnęła zaskoczona kiedy nad jej głową przeleciał ciemny kształt. Był to kruk. Piękny czarny ptak wylądował lekko na ramieniu Ash. Mild nie ukrywała podziwu.
- Łał! Jest twój? - elfka wpatrywała się w pierzastego towarzysza.
- Tak. Oswoiłam go - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Nazywa się Rex.
- Jest piękny - Mild wyciągnęła rękę by pogładzić kruka po głowie, ale ten kłapnął na nią dziobem.
Elfka cofnęła rękę. Przypomniała sobie nagle o czymś spoczywającym w jej sakiewce. Zatrzymała się i zaczęła w niej grzebać. Zaskoczone Vis i Ashlotte również się zatrzymały. Zanim jednak którakolwiek z nich się odezwała, dziewczyna zacisnęła rękę na małym krysztale w kształcie ptasiej czaszki. Podrzuciła przedmiot wysoko w górę. Czaszka rozbłysła błękitem i w jej miejscu pojawił się dorosły kruk. Rex zakrakał na niego wrogo. Magiczny zwierzak zataczał koła nad Mild.
- Niezła sztuczka, młoda - powiedziała Viserany.
Daya rozpromieniła się, zadowolona z pokazu. Kruk tymczasem poleciał w stronę miasta. Gdy trzy dziewczyny tam dotarły czekał już na szyldzie tawerny na rozstajach dróg. Viserany rozejrzała się po ulicy.
- No, to chyba tyle z naszej wędrówki - powiedziała do Ashlotte.
Dalszej rozmowy Daya już nie słyszała. Stłumił ją gwar jakiejś kłótni obok. Mild przez moment przyglądała się kłócącym mężczyznom, kiedy nagle usłyszała głośne przekleństwo jakiejś kobiety. Spojrzała w górę. W stronę jej kruka poszybował jakiś przedmiot...złożona parasolka?
- Pie***lony ptak! - kobieta wrzasnęła po raz kolejny.
,,Pocisk" dosięgnął celu. Błysnęło niebieskie światło i w dół spadła zamiast zwierzęcia jedynie kryształowa czaszka. Mild złapała ją w ostatniej chwili.
- TY!
Dziewczyna obejrzała się. Ta sama kobieta, która strąciła jej podopiecznego z nieba zauważyła jak elfka złapała czaszkę. Była pewna, że Daya zrobiła to specjalnie.
- Ty niewychowana dzikusko! - warknęła nieznajoma.
Była to ładna kobieta o złotawych włosach. Miała perfekcyjny makijaż. Ubrana była w krwistoczerwoną sukienkę i nieco ciemniejszy od sukni szal. A ramię zdobiła biała plama ptasiego guana.
Viserany i Ashlotte wyszły z tłumu. Krótkowłosa trzymała w ręce czarną parasolkę. Była równie wściekła co kobieta w czerwieni.
- KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? - zapytała mierząc tłum morderczym wzrokiem.
Jej wzrok padł najpierw na zawstydzoną Mild, a potem na ,,poszkodowaną"...
Viserany? Emma? Ashlotte? Wywołałam wojnę? XD
niedziela, 2 sierpnia 2015
Od Viserany do Mild i Ashlotte
< Z racji tego, że ostatnio kiedy napisałam opko do Mild i Dean'a nikt nie odpisał, napiszę sama CD>
Milczenie Młodej i likantropa się dłuży, a mój żołądek wciąż woła o żarcie. Wzdycham ciężko.
- Aleście są rozmowni, nie ma co! No, mniejsza. Mogę się przysiąść, prawda? Dziękuję.
Siadam na trawie koło ogniska i wyciągam ręce do ognia. Odprężam się, słucham cichych szeptów tamtej dwójki. Gadają o mnie, jak mniemam. Pewnie rozmyślają, czy nie jestem jakaś... Niebezpieczna albo coś. Noooooooooooo, może i jestem, ale oni nie wydają się szczególnie... Jakby to... Zdatni do moich zabaw.
Siedzę więc cicho z zamkniętymi oczami i wciągam ciepło ogniska.
- Jak ci na imię? - słyszę nagle, po swojej prawej.
Uchylam prawą powiekę żeby zerknąć na małą elfkę.
- Viserany. Ale mów mi Vis. Albo jak ci się spodoba.
- Jestem Mild. - Mała wyciąga rękę żeby się przywitać.
Ściskam ją mocno i energicznie potrząsam. Po chwili kładę się na plecach i obserwuję niebo.
Tymczasem mała syczy lekko i trzepie ręką po moim uścisku. Kładzie się obok, co mnie odrobinę dziwi.
- Widzisz ten kawałek pustego nieba? - pytam, wskazując na lewo od nas.
- Mhm...
- Tam... ja uważam, że tam jest miejsce na ogień z pyska z smoka.
- Co? Jakiego smoka? - Młoda nie wie o czym gadam i przekręca głowę tak, żeby na mnie spojrzeć.
- No jak to? - pytam. - Tego tam, zaraz obok niebieskiej dziury. Eh, zobacz. - Wyciągam rękę i wskazuję miejsce na niebie. - Tam ma głowę a potem jest długaśny tułów. Wiesz, on nie jest taki... wielki. Czasem się słyszy o tych dziwacznych smokach z kilkoma łbami, normalnymi łapami. A ten akurat, przypomina bardziej węża, rozumiesz?
- Tak, ale chyba nadal go nie widzę!
- Przyjrzyj się mała. Oooooooo, tam!
Chwila ciszy, a potem Mild poszerza oczy i wskazuje palcem na smoka.
- Widzę go! - krzyczy. - Skąd wiedziałaś, że tam jest?
- Bo zawsze go obserwuję. I myślę, że ta właśnie granatowa dziura to jego oddech śmierci...
- Śmierci?
- No wiesz, chyba że się jest ognioodpornym. - Wyszczerzam się.
Mała milknie na chwilę.
- No! Panie likantrop, co z żarciem? - Siadam rozbudzona, przypominając sobie, ze jestem głodna.
- Nazywam się Dean, królewno - prycha.
- Ej, ej, ej, ej! Tylko nie królewno, jasne? - warczę nie podnosząc się z ziemi.
- Jak sobie życzysz... - zaczyna z ironicznym uśmieszkiem.
- Vis. Spróbuj mnie nazwać znowu w ten sposób, a gwarantuję ci, że będziesz wyglądał jak po obcięciu kosą - grożę, pół żartem, pół serio. Nawet na niego nie patrzę, ale wiem że nadal się głupio uśmiecha. - Zetrę ci ten uśmieszek, Kāna, jak się nie przestaniesz głupio śmiać.
- A co to Ka-coś tam niby znaczy? - pyta zaciekawiony.
- No cóż, to już jest moja sprawa. Co z tym żarełkiem? Jesteśmy z młodą trochę głodne, co nie? - Szturcham Mild w ramię, na co ona kiwa głową z uśmiechem.
****** Następnego ranka ******
Budzę się wcześnie. Słońce nawet jeszcze nie wstało. Otwieram oczy powoli, podnosząc się na ręce. To co ukazuje się moim oczom jest... dziwne. Mild śpi tuż obok mnie, rękę ma wyciągniętą w stronę mojej, prawie jej dotyka. Natomiast Dean leży po drugiej stronie, rozwalony jak flaki po najgorszej rzezi.
Powstrzymuję sie przed parsknięciem. Wstaję i otrzepuję się z pyłu. Rozciągam się i ziewam. Wiem że już nie zasnę, więc nawet nie próbuję. Postanawiam pobiegać. Dobrze mi zrobi. Biegnę więc najpierw powoli, potem szybciej i szybciej...
Po jakimś czasie siedzę na drzewie i macham nogami w powietrzu.
- Przepraszam... - słyszę z dołu.
Spuszczam wzrok i widzę młodą panienkę wystrojoną tak, że o ranyyyyyyyyyy! Zeskakuję z gałęzi na nagi i ląduję lekko. Otrzepuję ciuchy, na co damusia marszczy nosek.
- Możesz mi powiedzieć w którą stronę jest jakieś miasto? - pyta, starając sie być uprzejma.
Myślę, że zaczynam sie robić fioletowa od duszenia śmiechu. Jej maniery mnie śmieszą. Ale zaprowadzę ją, po drodze może być zabawnie!
- Tak, jasne. Wiem gdzie to. Jak masz na imię?
- Ach, no tak nie przedstawiłam się. Jestem Ashlotte Cleverraven. A ty to...
- Vista jestem - mówię i wkładam ręce do kieszeni spodni.
- Tak, miło mi. No dobrze, to...
- Vis, czekaj! - słyszę nagle.
Znam ten głos. Odwracam się i widzę biegnącą do nas Mild.
- Ej, młoda co ty tu robisz? - pytam zdziwiona i rozglądam sie za Dean'em.
- No... poszłam za tobą - mówi lekko speszona. - Kto to?
- To jest... Ashlotte. Mogę mówić Ash, co nie? Świetnie! To co? Do miasta, taaaaaaaak?
<Ashlotte? Mild?>
Milczenie Młodej i likantropa się dłuży, a mój żołądek wciąż woła o żarcie. Wzdycham ciężko.
- Aleście są rozmowni, nie ma co! No, mniejsza. Mogę się przysiąść, prawda? Dziękuję.
Siadam na trawie koło ogniska i wyciągam ręce do ognia. Odprężam się, słucham cichych szeptów tamtej dwójki. Gadają o mnie, jak mniemam. Pewnie rozmyślają, czy nie jestem jakaś... Niebezpieczna albo coś. Noooooooooooo, może i jestem, ale oni nie wydają się szczególnie... Jakby to... Zdatni do moich zabaw.
Siedzę więc cicho z zamkniętymi oczami i wciągam ciepło ogniska.
- Jak ci na imię? - słyszę nagle, po swojej prawej.
Uchylam prawą powiekę żeby zerknąć na małą elfkę.
- Viserany. Ale mów mi Vis. Albo jak ci się spodoba.
- Jestem Mild. - Mała wyciąga rękę żeby się przywitać.
Ściskam ją mocno i energicznie potrząsam. Po chwili kładę się na plecach i obserwuję niebo.
Tymczasem mała syczy lekko i trzepie ręką po moim uścisku. Kładzie się obok, co mnie odrobinę dziwi.
- Widzisz ten kawałek pustego nieba? - pytam, wskazując na lewo od nas.
- Mhm...
- Tam... ja uważam, że tam jest miejsce na ogień z pyska z smoka.
- Co? Jakiego smoka? - Młoda nie wie o czym gadam i przekręca głowę tak, żeby na mnie spojrzeć.
- No jak to? - pytam. - Tego tam, zaraz obok niebieskiej dziury. Eh, zobacz. - Wyciągam rękę i wskazuję miejsce na niebie. - Tam ma głowę a potem jest długaśny tułów. Wiesz, on nie jest taki... wielki. Czasem się słyszy o tych dziwacznych smokach z kilkoma łbami, normalnymi łapami. A ten akurat, przypomina bardziej węża, rozumiesz?
- Tak, ale chyba nadal go nie widzę!
- Przyjrzyj się mała. Oooooooo, tam!
Chwila ciszy, a potem Mild poszerza oczy i wskazuje palcem na smoka.
- Widzę go! - krzyczy. - Skąd wiedziałaś, że tam jest?
- Bo zawsze go obserwuję. I myślę, że ta właśnie granatowa dziura to jego oddech śmierci...
- Śmierci?
- No wiesz, chyba że się jest ognioodpornym. - Wyszczerzam się.
Mała milknie na chwilę.
- No! Panie likantrop, co z żarciem? - Siadam rozbudzona, przypominając sobie, ze jestem głodna.
- Nazywam się Dean, królewno - prycha.
- Ej, ej, ej, ej! Tylko nie królewno, jasne? - warczę nie podnosząc się z ziemi.
- Jak sobie życzysz... - zaczyna z ironicznym uśmieszkiem.
- Vis. Spróbuj mnie nazwać znowu w ten sposób, a gwarantuję ci, że będziesz wyglądał jak po obcięciu kosą - grożę, pół żartem, pół serio. Nawet na niego nie patrzę, ale wiem że nadal się głupio uśmiecha. - Zetrę ci ten uśmieszek, Kāna, jak się nie przestaniesz głupio śmiać.
- A co to Ka-coś tam niby znaczy? - pyta zaciekawiony.
- No cóż, to już jest moja sprawa. Co z tym żarełkiem? Jesteśmy z młodą trochę głodne, co nie? - Szturcham Mild w ramię, na co ona kiwa głową z uśmiechem.
****** Następnego ranka ******
Budzę się wcześnie. Słońce nawet jeszcze nie wstało. Otwieram oczy powoli, podnosząc się na ręce. To co ukazuje się moim oczom jest... dziwne. Mild śpi tuż obok mnie, rękę ma wyciągniętą w stronę mojej, prawie jej dotyka. Natomiast Dean leży po drugiej stronie, rozwalony jak flaki po najgorszej rzezi.
Powstrzymuję sie przed parsknięciem. Wstaję i otrzepuję się z pyłu. Rozciągam się i ziewam. Wiem że już nie zasnę, więc nawet nie próbuję. Postanawiam pobiegać. Dobrze mi zrobi. Biegnę więc najpierw powoli, potem szybciej i szybciej...
Po jakimś czasie siedzę na drzewie i macham nogami w powietrzu.
- Przepraszam... - słyszę z dołu.
Spuszczam wzrok i widzę młodą panienkę wystrojoną tak, że o ranyyyyyyyyyy! Zeskakuję z gałęzi na nagi i ląduję lekko. Otrzepuję ciuchy, na co damusia marszczy nosek.
- Możesz mi powiedzieć w którą stronę jest jakieś miasto? - pyta, starając sie być uprzejma.
Myślę, że zaczynam sie robić fioletowa od duszenia śmiechu. Jej maniery mnie śmieszą. Ale zaprowadzę ją, po drodze może być zabawnie!
- Tak, jasne. Wiem gdzie to. Jak masz na imię?
- Ach, no tak nie przedstawiłam się. Jestem Ashlotte Cleverraven. A ty to...
- Vista jestem - mówię i wkładam ręce do kieszeni spodni.
- Tak, miło mi. No dobrze, to...
- Vis, czekaj! - słyszę nagle.
Znam ten głos. Odwracam się i widzę biegnącą do nas Mild.
- Ej, młoda co ty tu robisz? - pytam zdziwiona i rozglądam sie za Dean'em.
- No... poszłam za tobą - mówi lekko speszona. - Kto to?
- To jest... Ashlotte. Mogę mówić Ash, co nie? Świetnie! To co? Do miasta, taaaaaaaak?
<Ashlotte? Mild?>
Od Emmy - Dzień, jak co dzień
– Łamie pani mnóstwo zasad, panno Singer – wycharczał mężczyzna, gdy
popchnęłam go na ścianę i zaczęłam powoli rozpinać guziki jego koszuli.
– Och, jestem pewna, że ujdzie mi to płazem – mruknęłam uwodzicielsko, patrząc na niego sprytnie spod długich rzęs. Byłam już prawie u celu; jeszcze dwa guziki i mam załatwiony występ w najbardziej popularnym miejscu w tej krainie. Już czuję te oklaski, wiwaty oraz widzę rzucane w moją stronę kwiaty po skończonym występie!
Mężczyzna niespodziewanie ruszył ręką, sięgając za moje plecy i zamknął drzwi od małego pomieszczenia, w którym trzyma się przyrządy do sprzątania. Taki mały „schowek”. Następnie przylgnął do moich ust, a ja, w czasie tego namiętnego pocałunku nareszcie odpięłam te przeklęte guziki. Lekko zsunęłam biały materiał z jego ramion i położyłam delikatne dłonie na umięśnionym torsie mężczyzny. Tak, tego mężczyzny, który może załatwić mi przepustkę do rozwoju mojej kariery i, co najważniejsze, majątku. Chyba posada właściciela najbardziej znanego baru w Hidden jest warta wykorzystania, co?
Jego ręce powędrowały na moje łopatki, prosto do zapięcia stanika. Nim jednak zdążył go ściągnąć, nagle do schowka wpadła jasna smuga światła i dźwięk otwieranych drzwi. Oboje obróciliśmy głowy w tamtą stronę.
– Em, ja… Ja nie wie… Najmocniej przepraszam! – jąkał się wyraźnie skrępowany chłopak. Na oko miał z 17, ewentualnie 16 lat i najwyraźniej był pracownikiem tego miejsca Tak przynajmniej mówił jego obowiązkowy strój sprzątacza. W lewej dłoni trzymał długą miotłę, którą najwyraźniej chciał odłożyć i nie zauważył zawieszonego granatowego krawata na klamce.
Zaśmiałam się cicho i odsunęłam od mężczyzny zaczynając spokojnie poprawiać włosy i zmięte ubrania, które miałam na sobie. Właściciel wypuścił mnie z objęcia i spojrzał z wyrzutem na tego, który przerwał mu jego rozkosz.
– To ma się więcej nie powtórzyć – warknął w jego stronę – I nic tu nie widziałeś – dodał ostrzejszym tonem niż poprzednio.
– O-Oczywiście! – zawołał pośpiesznie młody pracownik i, zapominając o odstawieniu miotły, uciekł co sił w nogach.
– Przepraszam Cię za to – westchnął, przeczesując palcami swoje czarne włosy. Nie tracąc swoich chęci, znów przyciągnął mnie do siebie.
– A, a, a – upomniałam go i ponownie się odsunęłam – Wytrącono mnie z rytmu. Jak mam kontynuować? – zapytałam retorycznie, dalej patrząc uwodzicielsko na mężczyznę. Wszystkich osobników płci męskiej trzeba trzymać krótko. Już dawno się tego nauczyłam. Nie dam mu teraz tej satysfakcji.
O dziwo, na moje słowa uśmiechnął się do mnie zawadiacko.
– Ale jutro dopilnuję, by nikt nam nie przeszkodził – wychrypiał tym swoim seksownym głosem i złapał mnie w talii, złączając nasze usta. Ten „pożegnalny” pocałunek był jeszcze bardziej namiętny od poprzedniego. Cóż, znaczna większość mężczyzn tak robi. Gdy już się ode mnie oderwał, zrobiłam dwa kroki do tyłu i zaczęłam kierować się do drzwi, kusząco przy tym kręcąc biodrami. Wychodząc, oparłam się seksownie o framugę i lekko pomachałam do mężczyzny. Poprawiając spadające ramiączko mojej krwisto czerwonej sukienki, wyszłam dumnym krokiem z korytarza. Dalej poprawiając swoje włosy, stanęłam przed wielkim lustrem zawieszonym w holu. Widziałam siebie w nim całą. Pochyliłam się do szkła i zerknęłam na swój starannie wykonany makijaż. Nie miałam przy sobie potrzebnych mi kosmetyków, którymi mogłabym pomalować swoją twarz na nowo, więc tylko starłam niedoskonałości palcami. Wyprostowałam się i ponownie wygładziłam fałdy i załamania na swojej sukience. Gdy to uczyniłam jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w lustro, podziwiając swoją urodę i to, co ona jest w stanie zrobić. Odchrząknęłam i pełna seksapilu udałam się po swoje rzeczy do służby.
***
– Oto pani torebka i płaszcz – oznajmiła mała staruszka, ubrana w czarną, długą spódnicę i standardową, białą koszulę. Jej siwe włosy upięte były w schludny kok. Moje rzeczy wręczył mi wysoki chłopak, z wyglądu nie miał więcej niż ten sprzątacz, który wtargnął do schowka. Pewnie jego kolega.
Odwróciłam się do niego tyłem i oderwałam ręce od tułowia. On zaś pomógł mi ubrać moje ciemno-czerwone palto, które kolorystycznie zgrywało się świetnie z moją suknią. Kocham barwę czerwoną i (prawie) wszystkie jego odcienie, dlatego sprawiło mi przyjemność kupowanie tych ubrań.
Wzięłam moją torebkę, która tym razem była czarno-złota, jednak dalej równie piękna. Musicie zapamiętać, że ja nie posiadam w swojej kolekcji „brzydkich” według mnie rzeczy.
Uśmiechnęłam się perliście do młodego chłopaka i tej staruszki, a następnie wyszłam, zamykając za sobą duże, drewniane drzwi, na ulicę miasta. Słońce nie było jeszcze AŻ TAK wysoko na niebie jakbym się spodziewała, że jest, ale nie zniechęciło mnie to zbytnio do spacerowania koło sklepów z ubraniami.
Stałam w cieniu, bowiem nad wejściem do baru była zawieszona duża płachta, która na razie chroniła mnie przed promieniami słonecznymi.
– Ech, nie chcę się opalić… – mruknęłam do siebie niezadowolona. W mig zaczęłam szperać w mojej torbie w poszukiwaniu potrzebnego mi przedmiotu, który zawsze spoczywał na jej dnie.
W końcu udało mi się ów przedmiot znaleźć.
– Teraz lepiej! – westchnęłam, kiedy rozłożyłam już moją parasolkę przeciwsłoneczną. Jej „kapelusz” zdobiła lekka, ciemno-brązowa wstążka, która gdzieniegdzie posiadała jeszcze małe, sztuczne, czerwone róże. Sama natomiast była w kolorze piasku, podobny do tego, który znajdował się na mojej torebce. Tak, wszystko idealnie dobrane i zgrane.
Śmiało wyszłam na brukową uliczkę, zerkając co chwilę na wystawy sklepowe, co by mi w oko nie wpadło…
Ktoś? Coś?
– Och, jestem pewna, że ujdzie mi to płazem – mruknęłam uwodzicielsko, patrząc na niego sprytnie spod długich rzęs. Byłam już prawie u celu; jeszcze dwa guziki i mam załatwiony występ w najbardziej popularnym miejscu w tej krainie. Już czuję te oklaski, wiwaty oraz widzę rzucane w moją stronę kwiaty po skończonym występie!
Mężczyzna niespodziewanie ruszył ręką, sięgając za moje plecy i zamknął drzwi od małego pomieszczenia, w którym trzyma się przyrządy do sprzątania. Taki mały „schowek”. Następnie przylgnął do moich ust, a ja, w czasie tego namiętnego pocałunku nareszcie odpięłam te przeklęte guziki. Lekko zsunęłam biały materiał z jego ramion i położyłam delikatne dłonie na umięśnionym torsie mężczyzny. Tak, tego mężczyzny, który może załatwić mi przepustkę do rozwoju mojej kariery i, co najważniejsze, majątku. Chyba posada właściciela najbardziej znanego baru w Hidden jest warta wykorzystania, co?
Jego ręce powędrowały na moje łopatki, prosto do zapięcia stanika. Nim jednak zdążył go ściągnąć, nagle do schowka wpadła jasna smuga światła i dźwięk otwieranych drzwi. Oboje obróciliśmy głowy w tamtą stronę.
– Em, ja… Ja nie wie… Najmocniej przepraszam! – jąkał się wyraźnie skrępowany chłopak. Na oko miał z 17, ewentualnie 16 lat i najwyraźniej był pracownikiem tego miejsca Tak przynajmniej mówił jego obowiązkowy strój sprzątacza. W lewej dłoni trzymał długą miotłę, którą najwyraźniej chciał odłożyć i nie zauważył zawieszonego granatowego krawata na klamce.
Zaśmiałam się cicho i odsunęłam od mężczyzny zaczynając spokojnie poprawiać włosy i zmięte ubrania, które miałam na sobie. Właściciel wypuścił mnie z objęcia i spojrzał z wyrzutem na tego, który przerwał mu jego rozkosz.
– To ma się więcej nie powtórzyć – warknął w jego stronę – I nic tu nie widziałeś – dodał ostrzejszym tonem niż poprzednio.
– O-Oczywiście! – zawołał pośpiesznie młody pracownik i, zapominając o odstawieniu miotły, uciekł co sił w nogach.
– Przepraszam Cię za to – westchnął, przeczesując palcami swoje czarne włosy. Nie tracąc swoich chęci, znów przyciągnął mnie do siebie.
– A, a, a – upomniałam go i ponownie się odsunęłam – Wytrącono mnie z rytmu. Jak mam kontynuować? – zapytałam retorycznie, dalej patrząc uwodzicielsko na mężczyznę. Wszystkich osobników płci męskiej trzeba trzymać krótko. Już dawno się tego nauczyłam. Nie dam mu teraz tej satysfakcji.
O dziwo, na moje słowa uśmiechnął się do mnie zawadiacko.
– Ale jutro dopilnuję, by nikt nam nie przeszkodził – wychrypiał tym swoim seksownym głosem i złapał mnie w talii, złączając nasze usta. Ten „pożegnalny” pocałunek był jeszcze bardziej namiętny od poprzedniego. Cóż, znaczna większość mężczyzn tak robi. Gdy już się ode mnie oderwał, zrobiłam dwa kroki do tyłu i zaczęłam kierować się do drzwi, kusząco przy tym kręcąc biodrami. Wychodząc, oparłam się seksownie o framugę i lekko pomachałam do mężczyzny. Poprawiając spadające ramiączko mojej krwisto czerwonej sukienki, wyszłam dumnym krokiem z korytarza. Dalej poprawiając swoje włosy, stanęłam przed wielkim lustrem zawieszonym w holu. Widziałam siebie w nim całą. Pochyliłam się do szkła i zerknęłam na swój starannie wykonany makijaż. Nie miałam przy sobie potrzebnych mi kosmetyków, którymi mogłabym pomalować swoją twarz na nowo, więc tylko starłam niedoskonałości palcami. Wyprostowałam się i ponownie wygładziłam fałdy i załamania na swojej sukience. Gdy to uczyniłam jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w lustro, podziwiając swoją urodę i to, co ona jest w stanie zrobić. Odchrząknęłam i pełna seksapilu udałam się po swoje rzeczy do służby.
***
– Oto pani torebka i płaszcz – oznajmiła mała staruszka, ubrana w czarną, długą spódnicę i standardową, białą koszulę. Jej siwe włosy upięte były w schludny kok. Moje rzeczy wręczył mi wysoki chłopak, z wyglądu nie miał więcej niż ten sprzątacz, który wtargnął do schowka. Pewnie jego kolega.
Odwróciłam się do niego tyłem i oderwałam ręce od tułowia. On zaś pomógł mi ubrać moje ciemno-czerwone palto, które kolorystycznie zgrywało się świetnie z moją suknią. Kocham barwę czerwoną i (prawie) wszystkie jego odcienie, dlatego sprawiło mi przyjemność kupowanie tych ubrań.
Wzięłam moją torebkę, która tym razem była czarno-złota, jednak dalej równie piękna. Musicie zapamiętać, że ja nie posiadam w swojej kolekcji „brzydkich” według mnie rzeczy.
Uśmiechnęłam się perliście do młodego chłopaka i tej staruszki, a następnie wyszłam, zamykając za sobą duże, drewniane drzwi, na ulicę miasta. Słońce nie było jeszcze AŻ TAK wysoko na niebie jakbym się spodziewała, że jest, ale nie zniechęciło mnie to zbytnio do spacerowania koło sklepów z ubraniami.
Stałam w cieniu, bowiem nad wejściem do baru była zawieszona duża płachta, która na razie chroniła mnie przed promieniami słonecznymi.
– Ech, nie chcę się opalić… – mruknęłam do siebie niezadowolona. W mig zaczęłam szperać w mojej torbie w poszukiwaniu potrzebnego mi przedmiotu, który zawsze spoczywał na jej dnie.
W końcu udało mi się ów przedmiot znaleźć.
– Teraz lepiej! – westchnęłam, kiedy rozłożyłam już moją parasolkę przeciwsłoneczną. Jej „kapelusz” zdobiła lekka, ciemno-brązowa wstążka, która gdzieniegdzie posiadała jeszcze małe, sztuczne, czerwone róże. Sama natomiast była w kolorze piasku, podobny do tego, który znajdował się na mojej torebce. Tak, wszystko idealnie dobrane i zgrane.
Śmiało wyszłam na brukową uliczkę, zerkając co chwilę na wystawy sklepowe, co by mi w oko nie wpadło…
Ktoś? Coś?
piątek, 24 lipca 2015
Masz obrączkę? No to co? Wszyscy traktujemy to pół serio i pół żartem, bo czas na grzech!
Imię: Emma
Nazwisko: Singer
Przydomek: –
Rasa: Człowiek
Wiek: 25 lat
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Artystka (Śpiewaczka)
Aparycja: Nasza bohaterka, jak widać, została hojnie obdarzona przez matkę naturę niezwykłymi atutami swojego ciała. Żeby je bardziej podkreślać, często nosi długie suknie z widocznym wcięciem w dekolcie i wieloma ozdobami. Swoich złotych włosów nie związuje prawie nigdy, chyba, że do kąpieli, kiedy nie chce ich myć, ponieważ robiła to wczoraj.
Ma szczupłą figurę, lecz jest dość średniego wzrostu.
Zdolności: Emma nie ma żadnych zdolności magicznych, ale jeśli „uwodzenie” się liczy, to ona na pewno jest w tym mistrzem. Och, no i śpiew. W jej zawodzie to się przydaje.
Zainteresowania: Co lubię? Och, to proste: pieniądze! Za nie można dostać wszystko! Drogą biżuterię, sukienki, buty, a nawet, jeśli masz taki kaprys: służących. Ale ja w pierwszej kolejności, urządziłabym eleganckie przyjęcie z kosztownym winem i jedzeniem!
Charakter: Emma to bardzo sprytna kobieta. Wie, czego chce i do tego dąży, choćby nie wiem co się stało. Zdaje sobie sprawę ze swojej urody i dobrze ją wykorzystuje, zapewniając sobie lepsze warunki życia, a sztukę uwodzenia opanowała do perfekcji. Ma lepsze kontakty naturalnie z płcią przeciwną, niż z kobietami z racji tego, iż często potrafi im dopiec oraz odbić ich partnerów.
Kocha elegancję, wyrafinowanie oraz gustowne lokale, w których może śpiewać i tańczyć do białego rana oraz białe rękawiczki u kelnerów. W jej ruchach widać wdzięk, którego się wyuczyła, lecz część posiadała już od urodzenia.
To schludna oraz charyzmatyczna kobieta, która wie, jak zawrócić w głowie niejednemu facetowi, tylko po to, by dostać to, czego pragnie. A pragnie naprawdę dużo, na przykład pieniędzy. O tak, życie w luksusie, to jest to. Emma potrafi godzinami przymierzać coraz to kosztowniejsze kreacje, drogą i błyszczącą biżuterię, przeglądać się w lustrze oraz pić wysokiej klasy wina i szampana i, co najważniejsze, dbać o swój wygląd. To kolejna rzecz na liście pod tytułem: „Zachcianki Emmy”. Nigdy nic bardziej nie ceniła od zdrowych, błyszczących włosów oraz czystej cery (oczywiście, oprócz brzęczących monet).
Ta dziewczyna posiada duszę towarzystwa i, jak wcześniej już wspomniałam, duże pokłady charyzmy, więc występowanie na scenie, a także flirtowanie z każdym napotkanym mężczyzną, o ile ma wysoki status społeczny, nie jest dla niej przeszkodą.
Historia: Cóż, moja rodzina nie była zbyt bogata. Mój ojciec i matka urodzili mnie w czasach pokoju, gdy już skończyły się wszystkie wojny, były zbyt małe lub po prostu o nich nie słyszeliśmy, bo mieszkaliśmy na kompletnym odludziu, gdzieś w chaszczach, w małej, drewnianej chatce, która nie należała do nikogo, toteż ją sobie przywłaszczyliśmy.
Gdy byłam jeszcze małym szkrabem, jedenaście czy dwanaście lat temu, ojciec od nas odszedł i zostawił nas same. Ja miałam tyle szczęścia, że mój intelekt się w pełni nie rozwinął i nie rozumiałam, co się właśnie stało, dlatego też zniosłam to dość dobrze w przeciwieństwie do mojej rodzicielki. Cóż, w skrócie: popadła w głęboką depresję. Naprawdę nie mam pojęcia, jak udało jej się mnie wychować z takim stanem w jaki się doprowadziła, ale trudno. W moim nastoletnim wieku, kiedy posiadałam trzynaście, może czternaście lat, matka popadła w alkoholizm. To było dla mnie dość szokujące przeżycie. Jeszcze da się wytrzymać, kiedy taka zalana w trupa osoba od razu idzie spać i nie jest agresywna, ale z NIĄ było inaczej. Za każdym razem, gdy sięgała po kieliszek wypełniony czerwoną cieczą, wpadała w istną furię, a wtedy była nieobliczalna. Nie muszę chyba wspominać, ile naliczyłam siniaków na swoim ciele przez te kilka lat, ale gdy skończyłam osiemnastkę, natychmiast wyniosłam się z domu. Cóż, teraz jestem tutaj już od siedmiu lat i jest mi z tym dobrze. Oczywiście, że dalej kocham moją rodzicielkę i za nią tęsknię, ale jakoś nie mogłabym się zdobyć na to, by znów się z nią spotkać.
Partner: Partner? Nie w tym życiu! Ja chcę być wolna! Skakać z kwiatka na kwiatek!
Rodzina: Coż, jak już mówiłam, ojciec od nas odszedł, a matka została, ale prawdopodobnie oboje jeszcze żyją.
Szczegóły: –
Autor: MrsAnglel20
Nazwisko: Singer
Przydomek: –
Rasa: Człowiek
Wiek: 25 lat
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Artystka (Śpiewaczka)
Aparycja: Nasza bohaterka, jak widać, została hojnie obdarzona przez matkę naturę niezwykłymi atutami swojego ciała. Żeby je bardziej podkreślać, często nosi długie suknie z widocznym wcięciem w dekolcie i wieloma ozdobami. Swoich złotych włosów nie związuje prawie nigdy, chyba, że do kąpieli, kiedy nie chce ich myć, ponieważ robiła to wczoraj.
Ma szczupłą figurę, lecz jest dość średniego wzrostu.
Zdolności: Emma nie ma żadnych zdolności magicznych, ale jeśli „uwodzenie” się liczy, to ona na pewno jest w tym mistrzem. Och, no i śpiew. W jej zawodzie to się przydaje.
Zainteresowania: Co lubię? Och, to proste: pieniądze! Za nie można dostać wszystko! Drogą biżuterię, sukienki, buty, a nawet, jeśli masz taki kaprys: służących. Ale ja w pierwszej kolejności, urządziłabym eleganckie przyjęcie z kosztownym winem i jedzeniem!
Charakter: Emma to bardzo sprytna kobieta. Wie, czego chce i do tego dąży, choćby nie wiem co się stało. Zdaje sobie sprawę ze swojej urody i dobrze ją wykorzystuje, zapewniając sobie lepsze warunki życia, a sztukę uwodzenia opanowała do perfekcji. Ma lepsze kontakty naturalnie z płcią przeciwną, niż z kobietami z racji tego, iż często potrafi im dopiec oraz odbić ich partnerów.
Kocha elegancję, wyrafinowanie oraz gustowne lokale, w których może śpiewać i tańczyć do białego rana oraz białe rękawiczki u kelnerów. W jej ruchach widać wdzięk, którego się wyuczyła, lecz część posiadała już od urodzenia.
To schludna oraz charyzmatyczna kobieta, która wie, jak zawrócić w głowie niejednemu facetowi, tylko po to, by dostać to, czego pragnie. A pragnie naprawdę dużo, na przykład pieniędzy. O tak, życie w luksusie, to jest to. Emma potrafi godzinami przymierzać coraz to kosztowniejsze kreacje, drogą i błyszczącą biżuterię, przeglądać się w lustrze oraz pić wysokiej klasy wina i szampana i, co najważniejsze, dbać o swój wygląd. To kolejna rzecz na liście pod tytułem: „Zachcianki Emmy”. Nigdy nic bardziej nie ceniła od zdrowych, błyszczących włosów oraz czystej cery (oczywiście, oprócz brzęczących monet).
Ta dziewczyna posiada duszę towarzystwa i, jak wcześniej już wspomniałam, duże pokłady charyzmy, więc występowanie na scenie, a także flirtowanie z każdym napotkanym mężczyzną, o ile ma wysoki status społeczny, nie jest dla niej przeszkodą.
Historia: Cóż, moja rodzina nie była zbyt bogata. Mój ojciec i matka urodzili mnie w czasach pokoju, gdy już skończyły się wszystkie wojny, były zbyt małe lub po prostu o nich nie słyszeliśmy, bo mieszkaliśmy na kompletnym odludziu, gdzieś w chaszczach, w małej, drewnianej chatce, która nie należała do nikogo, toteż ją sobie przywłaszczyliśmy.
Gdy byłam jeszcze małym szkrabem, jedenaście czy dwanaście lat temu, ojciec od nas odszedł i zostawił nas same. Ja miałam tyle szczęścia, że mój intelekt się w pełni nie rozwinął i nie rozumiałam, co się właśnie stało, dlatego też zniosłam to dość dobrze w przeciwieństwie do mojej rodzicielki. Cóż, w skrócie: popadła w głęboką depresję. Naprawdę nie mam pojęcia, jak udało jej się mnie wychować z takim stanem w jaki się doprowadziła, ale trudno. W moim nastoletnim wieku, kiedy posiadałam trzynaście, może czternaście lat, matka popadła w alkoholizm. To było dla mnie dość szokujące przeżycie. Jeszcze da się wytrzymać, kiedy taka zalana w trupa osoba od razu idzie spać i nie jest agresywna, ale z NIĄ było inaczej. Za każdym razem, gdy sięgała po kieliszek wypełniony czerwoną cieczą, wpadała w istną furię, a wtedy była nieobliczalna. Nie muszę chyba wspominać, ile naliczyłam siniaków na swoim ciele przez te kilka lat, ale gdy skończyłam osiemnastkę, natychmiast wyniosłam się z domu. Cóż, teraz jestem tutaj już od siedmiu lat i jest mi z tym dobrze. Oczywiście, że dalej kocham moją rodzicielkę i za nią tęsknię, ale jakoś nie mogłabym się zdobyć na to, by znów się z nią spotkać.
Partner: Partner? Nie w tym życiu! Ja chcę być wolna! Skakać z kwiatka na kwiatek!
Rodzina: Coż, jak już mówiłam, ojciec od nas odszedł, a matka została, ale prawdopodobnie oboje jeszcze żyją.
Szczegóły: –
Autor: MrsAnglel20
Subskrybuj:
Posty (Atom)