niedziela, 9 kwietnia 2017

Wyobraź sobie co się stanie, kiedy wszystko co piękne wejdzie w Twoje posiadanie


Imię: Miała ich naprawdę wiele (chociaż zdecydowanie większej części z nich bliżej było do przydomków, tudzież niezwykle kreatywnych i barwnych epitetów), jednak w momencie, kiedy została przygarnięta przez wujostwo, ciotka nadała jej imię Gwenllian, którym posługuje się do tej pory.
Nazwisko: Rofangalus (ruh-fang-uhh-liss), jednak korzysta z niego tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Chociaż, nie da się ukryć, zabawnie jest obserwować, jak niejednym, podczas wymowy plącze się język.
Przydomek: Z tych miłych? Gwen, Winny, Willy… chociaż zdrobnienia może nie są zbyt wdzięcznymi przydomkami. Bardzo podoba jej się dumnie brzmiące Eldrvarya, chociaż nikt, poza szalonym, leśnym magiem (który notabene sam jej to przezwisko nadał) nie zwracał się do niej w ten sposób.
Rasa: No i tutaj… cóż, już przy czwartym punkcie zaczynają się schody. Zawsze mogło być gorzej, chociaż nie da się ukryć, że kłopoty w akurat tej rubryce nigdy nie były mile widziane. Po wyglądzie chyba najlepiej uznać ją za istotę będącą w połowie smokiem, a w połowie człowiekiem, jednak jest to na tyle biologicznie niemożliwa krzyżówka, że prostszym rozwiązaniem wydaje się przypisanie jej nazwy osobnej rasy. Niestety, Winny nigdy nie widziała niczego, co chociaż w niewielkim stopniu wyglądem przypominałoby jej samą siebie. Nic dziwnego, że wieśniacy uważali ją za demona (nawet jeśli mijało się to z prawdą). Z resztą, przywykła do tego określenia już na tyle, że sama na pytanie „kim jesteś?” zaczęła odpowiadać, uśmiechając się przy tym łobuzersko „Nazywają mnie diabłem”. Zabawne, jak coś, co z początku miało być obelgą, może zamienić się w noszony w dumą tytuł.
Wiek: Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie więcej, niż wygląda. Wśród ludzi żyła dość krótko, bo blisko pół wieku, jednak wcześniej- wśród górskich lasów, pod gołym niebem spędziła znacznie, znacznie więcej wiosen.
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Taktyk, a poza tym niezwykle zależy jej na pozycji Lotnika. Niestety, do tego musi nauczyć się unosić nieco wyżej, niż na wysokość kilku stóp nad ziemią. Opanowanie umiejętności latania, bez toczenia przegranych wojen z silnymi podmuchami wiatru, oraz lądowania, które nie zagrażałoby życiu i zdrowiu niewinnych przechodniów chyba również może okazać się całkiem przydatne. Pomińmy fakt, że powinna się ich nauczyć co najmniej kilka dekad temu, dobrze? Poza tym, ma też niezłe zadatki na barda, jednak pogoń za marzeniem wydaje się czymś bardziej kuszącym, niż rozwijanie już nabytych umiejętności.
Aparycja: Aż trudno uwierzyć, że w żyłach tej niskiej dziewczyny o drobnej budowie może płynąć smocza krew. Właściwie to do póki nie zetkniemy się twarzą w twarz z jej charakterem i zbyt pośpiesznie ocenimy książkę po okładce, Gwenllian wydaje się nie mieć nic wspólnego z potężnymi, dumnymi, zionącymi ogniem i śmiertelnie niebezpiecznymi bestiami. W szczególności, kiedy zarzuci na siebie długi płaszcz z kapturem, skutecznie zakrywający nie tylko ogon i skrzydła, ale także pozostałe, nieludzkie „atrybuty”, takie jak szpiczaste uszy, czy pojawiające się w niektórych miejscach łuski, dzięki którym już nieraz jednogłośnie uznawano ją za złego ducha, a co za tym idzie, wypędzano z większości wiosek. Z drugiej strony, czemu tu się dziwić? To oczywiste, że w oczach mieszkańców zupełnie obca dziewczyna, nieznanego pochodzenia zawsze będzie kimś podejrzanym, zaś nawet największy kaptur nie byłby w stanie skutecznie zakryć pary złotych, sprawiających wrażenie pozbawionych źrenic oczu i ukazujących się przy każdym radosnym uśmieszku, ostrych, niemalże wampirzych kłów.
Zdolności: Na pewno nie jest to latanie, co zdążyliśmy ustalić w jednym z  wcześniejszych punktów. Właściwie to trudno powiedzieć, czy to przez brak nauczyciela, zaniedbywanie urządzanych sobie lekcji latania, czy też może przez fakt, że przez wieki musiała żyć w ukryciu, zaś ostatnie dekady, spędzone przede wszystkim na podróżowaniu i jako takim próbom życia wśród ludzi bardziej, niż skutecznie uniemożliwiały jej nie tylko próby uczenia się latania, ale nawet uchylenie chociaż najmniejszej łuski, lub rozprostowanie zwiniętego pod płaszczem ogona. Z drugiej strony, wiele można zarzucić drobnej budowie dziewczyny, skoro z przestworzy jest w stanie zdmuchnąć ją właściwie każdy silniejszy wiatr. Oczywiście, nie oznacza to, że Gwenllian złożyła broń… nic  z tych rzeczy! Teraz, kiedy wścibskie spojrzenia dociekliwych, ludzkich ślepi nie stanowią dla niej najmniejszego zagrożenia, sama zaczęła stanowić zagrożenie dla innych, beztrosko kontynuując walki z prądami powietrznymi, oraz próby bezpiecznego lądowania i kontrolowanego manewrowania w przestworzach. Przejdźmy teraz do umiejętności nabytych, niewymagających już specjalnego kształtowania. Otóż Winny, o czym również wcześniej wspomniałam, ma zadatki na barda. Nie tylko umie, ale i kocha opowiadać przeróżne historie, czy to zmyślone, czy to z życia wzięte. Nie można też odmówić jej talentu aktorskiego, co niestety może okazać się nieco kłopotliwe, kiedy przejdziemy do charakteru dziewczyny…  Poza tym, jak na pół-smoka przystało, umie ziać ogniem, chociaż ludzkie ciało bardzo ogranicza jej wielkość płomieni. Co za tym idzie, jest odporna na wysokie temperatury. Skóra draconki naturalnie jest znacznie cieplejsza od ludzkiej, jednak jej temperatura w dużej mierze zależy od samopoczucia dziewczyny. Stanowczo odradzam zbliżanie się do wściekłej Gwen, chyba, że bardzo zależy Ci na śladach po poparzeniu. Oho, prawie bym zapomniała. Winny jest też zawodowym złodziejem. Potrafi sprzątnąć każdemu jakiś drobiazg (lub i nieco większy przedmiot) sprzed nosa, tak, że ofiara nawet nie spostrzeże, że została okradziona. Nikt tak naprawdę nie wie, jak Gwenllian tego dokonuje, a ona nie ma zamiaru nikomu zdradzać swego sekretu.
Zainteresowania: Większość łączy się z umiejętnościami dziewczyny- tymi zdobytymi, a także tymi, które próbuje wykształcić. Lotnictwo było czymś, czego opanowanie w jej przypadku wydaje się nie tylko naturalną kolejnością rzeczy, ale jest także i pasją- marzeniem, za którym watro brnąć nawet na drugi koniec świata. A skoro o świecie mowa, Winny kocha podróżować. Interesuje ją nawet nie sama wędrówka, ale poznawanie nowych miejsc, a co za tym idzie, także kultury, historii i języka zamieszkujących je ludzi.
Charakter: Jak bezproblemowo opisać charakter osoby, którą w każdej sekundzie potrafi owładnąć najprzeróżniejsza, czasem tak bardzo różniąca się od poprzedniej emocja? Może zacznijmy od tego, że jej charakter jest niesamowicie zmienny, zaś temperament i cała osobowość Eldrvaryi jest taka sama, jak jej przydomek- płonąca. Płonąca, ognista, ale przede wszystkim bardzo, bardzo nieprzewidywalna. Może to i dobrze, że natura nie obdarzyła dziewczyny zbyt potężną, rzucającą się w oczy budową. Dzięki temu, jedyną bronią, jaką posiada jest cięty język, a i z niego nauczyła się korzystać, jak należy i trzeba przyznać, że robi to po mistrzowsku. Winny należy do tej nieczęsto spotykanej i wyjątkowo nielicznej grupy szczerych do bólu osób, które najzwyczajniej w świecie nie myślą o konsekwencjach, jakie niosą ze sobą głoszone przez nie słowa, zawsze mówią tylko to, co mają na myśli, nie owijając przy tym w bawełnę. Nie zdziwcie się więc, gdy napotkawszy na drodze człowieka z przepaską na oku, podejdzie do niego i jakby nigdy nic powie: "Stary! Masz tylko jedną gałę!". Brak wychowania? Cóż, może i odrobinę, choć tego typu zachowanie w jej przypadku trzeba po prostu tolerować (bo zignorować, niestety, jest trochę trudno). Myślę, że w tym wypadku szczerość można uznać nie tylko za jedną z największych zalet dziewczyny, ale także i za ogromną wadę, która w połączeniu z bezpośredniością i brawurą, sprawia, że niemalże każde otwieranie ust przez Gwenllian, niesie ze sobą zagrożenie w postaci kłótni. Tylko, żebyśmy się dobrze zrozumieli, draconka nie jest pozbawioną skrupułów osobą, niewrażliwą na cudzą krzywdę, czy cierpienie. Wręcz przeciwnie! To nieco zdziczała, lecz szalenie ambitna dziewczyna o wielkim sercu i odwadze, znacznie przerastającej jej drobną posturę, która zazwyczaj zupełnie nieświadomie wywołuje spory. Zazwyczaj, ponieważ co jak co, ale konfrontacja, ani słowna potyczka nie stanowią dla niej wielkiego wyzwania i czasami lubi się posprzeczać, tudzież "przyjacielsko" podroczyć, nawet z zupełnie nieznajomymi osobami. Niech was jednak nie zwiedzie ta otwarta postawa i przyjacielski uśmiech- Winny jest bardziej nieufna, niż mogłoby się wydawać, a przy tym niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o dobór towarzyszy. Jedynie magia ADHD, upartość, a także wyjątkowo swobodny, zdawałoby się nawet, że pozbawiony trosk i nieprzejmujący się niczym styl życia sprawiają, że nie nikt nie posądzałby jej o podejrzliwość. Chyba każdy, kto choć raz miał do czynienia z Gwen może śmiało powiedzieć, że dziewczyna jest niczym małe, prywatne słońce, niemal bez przerwy emanujące energią i zawstydzające swoją szczerą bezpretensjonalnością. Inni mogą nazwać ją szalonym, pogodnym, a przy tym odrobinę tajemniczym stworzeniem, które mimo natury mola książkowego i zamiłowania do zagłębiania się w przeróżne, barwne opowieści, nie jest w stanie wysiedzieć na miejscu dłużej, niż paru minut. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że mimo młodego wyglądu, Rofangalus jest również dojrzałą (no, w granicach możliwości), inteligentną kobietą, a nazwanie jej głupią jest nie tylko obrazą, ale i dowodem własnej głupoty. Pewien stary, równie szalony mag, żyjący samotnie w niewielkiej chatce pośród leśnych drzew powiedział o niej: "Od razu wydawała mi się sympatyczna, chociaż skubanej źle z oczu patrzyło, jakoby to okraść mnie planowała przy pierwszej lepszej okazji. Pomogłem jej w potrzebie, tak mnie ślicznie prosiła, zapewniłem dach nad głową, dałem pryczę i jedzenie. Trochę razem pomieszkaliśmy, aż tu pewnego ranka zniknęła bez śladu. Nie było ani skrzydlatej dziewczyny, ani sakiewki z pieniędzmi i mojej siwej kobyły. Wie pan, nie na darmo zwą mnie magiem, mogłem rzucić zaklęcie, czy dwa, tak, że łobuzina popamiętałaby, że z czarodziejami nie należy zadzierać, ale... Cholera by ją wzięła, ale polubiłem tą małą smoczycę!"
Historia: Pojawienie się czegoś takiego na świecie w dalszym ciągu jest nierozwiązaną zagadką. Tajemnicą, na którą niezwykle ciężko znaleźć jakiekolwiek odpowiedzi, które można podeprzeć nie tylko logicznymi wyjaśnieniami, ale przede wszystkim, dowodami. Draconka żyła odkąd pamięta, a odkąd pamięta żyła w samotności, otoczona lasami, skalistymi zboczami i górskimi potokami, mając za jedyne towarzystwo żyjące w okolicy zwierzęta, oraz piękne gwiazdozbiory, mrugające w jej stronę z granatowego nieba niemal każdej nocy. Przez pierwsze, niezwykle trudne lata swego życia uczyła się przeżyć, później- żyć. Nie jest w stanie zliczyć czasu, który, upływając na wędrówkach, polowaniu, zwiedzania świata, podziwianiu każdej, dosłownie każdej mijanej obok rośliny, czy zwierzęcia i bezcelowych włóczęgach, zdawał się być jednym, wyjątkowo długim i nigdy niekończącym się, magicznym zachodem słońca. Pech chciał, że dziewczyna pewnego ranka natrafiła na pewną górską osadę, chociaż, kiedy została przygarnięta przez starsze małżeństwo, gotowe zaopiekować się nieznajomą nie zważywszy na jej wygląd, przez chwilę miała wrażenie, że los się do niej uśmiechnął. Niestety, pozostali mieszkańcy okazali się zdecydowanie mniej wyrozumiali i przyjaźni, w stosunku do nieznajomej , bezimiennej włóczęgi, która na dodatek nie potrafiła posługiwać się ich językiem. A nawet, kiedy po miesiącach opanowała nie tylko sztukę mówienia, ale i pisania, nauczyła się życia wśród ludzi pod nowym imieniem, nadanym jej przez przemiła kobietę, która kazała nazywać siebie ciotką, nastawienie mieszkańców nie zmieniło się na lepsze. Właściwie, stało się jeszcze gorsze, kiedy chłopi odkryli, że ten dziwny, skrzydlaty potwór, który każdej nocy pojawiał się na niebie, demolując wioskę, zakłócając spokój śpiących mieszkańców okazał się nikim innym, jak dziewczyną, która kilka lat temu zamieszkała u pary staruszków. Na nic zdał się płaszcz dziewczyny, kiedy odkryto jej skrzydła, ogon, łuski i szpiczaste uszy. Gwenllian Rofangalus- ani imię, ani nazwisko nie było w stanie wiele zmienić. Do ludzi nie upodobniły jej też wyzwiska, jakimi ją obrzucano. Nazywano ją demonem, diabłem, zarazą, gargulcem, wampirem, odmieńcem, a nawet strzygą (której pod żadnym pozorem nie przypominała) i wygnano z wioski. W niczym nie pomogła jej także nagła śmierć wujostwa, o które szybko posądzono niewinną dziewczynę. Wieść o groźnym, skrzydlatym potworze rozprzestrzeniła się dosyć szybko, chociaż całe szczęście, dzięki powtarzaniu tej samej plotki przez wiele osób, podkoloryzowana historia uległa takiemu zniekształceniu, że opisywana bestia w żadnym procencie nawet nie przypominała zakapturzonej dziewczyny, która od tej pory wędrowała kupieckimi szlakami, zarabiając na życie barwnymi opowieściami, starając się unikać większych miast i wiosek. Nic dziwnego, że po latach wędrówki w końcu natrafiła na Hidden.
Partner: Nie widzi przeszkód, chociaż jak na razie sprawia wrażenie za bardzo zakochanej w otaczającym ją świecie, żeby zwrócić większą uwagę na pojedynczą osobę.
Rodzina: Nigdy takowej nie posiadała, a przynajmniej biologicznej.
Szczegóły: - Kiedyś bała się dotykać zwierząt w obawie, że niechcący je oparzy.
- Jeszcze zanim natrafiła na ludzi, spędziła wiele wieków w samotności, jednak przez dziecięcy wygląd każdy bierze ją za młodą dziewczynę. Z resztą, wcześniej pojęcie lat było jej zupełnie obce, więc koniec końców nawet sama Gwenllian nie zna swojego wieku.
- Bardzo lubi nazywać wiele przedmiotów, wymyślając im swoje własne imiona. Z początku tyczyło się to jedynie gwiazd i gwiazdozbiorów (również przez nią stworzonych), jednak z czasem ofiarą owego dziwnego zwyczaju padły również rośliny i niektóre gatunki zwierząt.
Autor: Annabeth // Earl Blue

czwartek, 6 kwietnia 2017

Od Hanneona

     Ja i Viserany nazbieraliśmy wszystko, co zdołaliśmy znaleźć, choć zabrakło mi specyficznego jaskraworóżowego kwiatu typowego dla polanek. Kiedy skończyliśmy powiedziała, że musi już iść. Jak dowiedziałem się następnego dnia, odeszła już na stałe, ruszając w dalszą wędrówkę, z daleka od nielubianych elfek, i przyrzekając milczenie o istnieniu Hidden.
      Takim oto sposobem znów zostałem w świętym spokoju. Sam.
       Nie spałem dużo poprzedniej nocy, budzony wilczym wyciem, a dla kogoś, kto ma kocie geny sen jest najpiękniejszą rzeczą. Niestety, kiedy już się obudzę, to nie ma szans, abym zasnął raz jeszcze.
        Zatem, w na poły sennym stanie, plątałem się trochę po okolicy, bo w końcu zamierzam osiąść tutaj na stałe, więc warto znać to wszystko jak najlepiej. No i może znajdę ten różowy kwiat, czyli rozonek pospolity.
       Co ciekawe, mój medalion postanowił lśnić na srebrno, miedziano i platynowo, choć srebra od kilkunastu metrów nie widziałem, a miedź pojawiła się dopiero niedawno. Początkowo myślałem, że chodzi o Kiette, jak w wizji Viserany, ale dwa pozostałe kolory uświadomiły mnie w tym, że amulet zwyczajnie zwariował. Gdybym jeszcze potrafił w to uwierzyć.
      Kiedy tak właśnie przemierzałem las w drodze na polanę, bo przypomniałem sobie o tym kwiecie, usłyszałem nad sobą smoczy ryk, brzmiący dziwnie wesoło, a gdy spojrzałem w górę, ujrzałem Frelsera. Mówiłem już, że zdążyłem większość nieco z obserwacji poznać, a był z tych znanych mi sąsiadów jedynym smokiem. I chyba rannym, więc dlaczego lata?
        Ciekawość zgubiła kota, tak to szło? Oby maga z kiepską przytomnością nie zgubiła...
        Ruszyłem więc smoczym śladem przez cholerną ciekawość w stronę polany, na której zdaje się smok próbował wylądować, a na którą i tak się po zioła wybierałem. Było to parę metrów dalej i jakoś postanowiłem spojrzeć na to po prostu z pod kaptura.
        Wyszedłem zza krzaków i najprościej stałem na skraju padającego z drzew cienia, przyglądając się smokowi, który rozglądał się za czymś lub za kimś. I miał założony opatrunek, więc zakładam, że odwiedził Malika. Czy też odwrotnie, ale mniejsza.
        Odpowiedź na swoje pytanie dostałem - po prostu jest wyleczony - więc miałem zamiar już iść, ale przymoniało mi się o rozonku, a do mojej jeszcze nie do końca przytomnej głowy doatrło pytanie, kogo Frelser szuka. I to właśnie pytanie zaważyło o tym, że smok mnie zauważył.
         Głupio było w tym momencie sobie pójść, zwłaszcza, że kwiat, który rósł dokładnie pod Frelserem był mi potrzebny na zaraz, bo eliksir sam się nie wykona. Więc przez grzeczność zdjąłem kaptur i skinąłem głową w jego stronę na powitanie. Pewnie by usłyszał, ale na taką odległość jest to bardziej komfortowe.
 I takim oto sposobem ciekawość zgubiła i maga - zaczęła się rozmowa. 

<Frel? Masz wolną rękę, tylko pamiętaj, że Han niepytany raczej się nie odezwie ;) >

piątek, 31 marca 2017

Od Saraziona cd. Malika

   Spojrzeliśmy po sobie z Jumonem, zastanawiając się, jak wiele można powiedzieć nowopoznanej osobie.
    - Tak się składa, że kogoś szukamy - odpowiedziałem, nonszalancko wzruszając ramionami. - Ale mniejsza o to.
     Felin spojrzał na nas z podejrzliwością. Nie dziwię mu się, w końcu wokół toczą się podboje, a dwójka obcych, w dodatku poinformowana o ich społeczności nagle znikąd się zjawia.
     W zasadzie od dość dawna nie widziałem żadnych przedstawicieli jego gatunku, który przecież jest z kotołakami nie tak dalego spokrewniony.
    - W takim razie, kim jesteście? - dopytał felin, ale nie było to uwarunkowane nieufną otoczką, tylko zwykłym pytaniem.
    - Jesteśmy zwykłymi podróżnikami bez swojego miejsca na ziemi - dorzucił dyplomatycznym tonem Jumon, a ja dostrzegłem, że jego amulet miał złote oczy, ale nie zwrócił na to uwagi. Mój pod ubraniem pewnie też ma.
     Kotowaty słuchał nas, nie pokazując emocji.
     - Przybywamy z dalekiego wschodu - uzupełniłem, tłumacząc tym samym że z tymi terenami nie mamy za wiele wspólnego.
     - Mówią na mnie Shin, a to mój brat, Aku. - Jum wskazał na mnie dłonią, a ja skinąłem lekko głową, przytakując mu. Od jakichś dziesięciu lat używamy tych imion, więc stały się dla nas niczym te prawdziwe.
     - Malik - przedstawił się felin, wymieniając z nami uściski dłoni.
    Spojrzałem na Jumona, a ten jakby czytając mi w myślach, niemal niezauważalnie skinął głową.
   - Jeśli chcesz, to możemy Ci pomóc znaleźć tego twojego smoka - powiedziałem, ponownie wsuwając ręce do kieszeni płaszcza i odchylając głowę. Może dzięki temu uda nam się sprawdzić, czy nasze przypuszczenia są słuszne?

<Malik? Jaka decyzja?>






środa, 29 marca 2017

Ja i moje wywody :)

Zacznę od tego że ogromnie się cieszę że blog ożył(szkoda tylko że akurat gdy ja mam za miesiąc maturę i sama muszę się ograniczać) i dziękuję wam za tą aktywność i oby tak dalej ;) Ale oczywiście nie piszę tylko by się tu cieszyć obudzeniem bloga. Dobra, do rzeczy, mam parę ogłoszeń parafialnych, otóż:

1. Z braku aktywności, bądź własnej woli z bloga zniknęły następujące postaci: Miwertia, Emma, Ashlotte, Viserany
 Proszę aby wszystkie postaci które jakkolwiek prowadziły z nimi opowiadania, bądź pojawiały się one w opowiadaniach, niech napiszą że ich nie ma. Że odeszły przysięgając milczenie na temat Hidden. A te które nawet tu nie dotarły, po prostu olać, uznać za postać epizodyczną z jakiegoś tam miasteczka.
2. Jako że zauważyłam rosnącą tendencje do zbyt długiego rozpisywania się w formularzach przy rubrykach typu: imię, wiek, raza, nazwisko czy tym podobne. Wprowadziłam nową zasadę (zapisaną w zakładce "Dołącz") aby napisać tylko wymaganą w rubryczce frazę, a jeśli jest potrzeba by coś dodać, dodać to proszę w nawiasie za tym najbardziej znaczącym słowem. Chodzi tu o to aby formularz był przejrzysty dla innych. Więc proszę, żeby dostosować do tego swoje formularze :)
3. A jeśli jesteśmy w formularzach, radzę sprawdzić swoje arty postaci bo niektóre z nieznanych mi przyczyn zniknęły.
4. Cieszę się że pojawiają się tutaj też nowe postaci, ale halo, halo! O kimś tutaj niektórzy zapomnieli, nie będę wytykać palcami, ale do tych właścicieli nieaktywnych postaci proszę o zdecydowanie czy ich się pozbyć, czy może trochę poświęcić uwagi tym biedakom siedzącym w koncie.

To jak mi się wydaje wszystko, a jeśli jeszcze będę miała jakieś zastrzeżenia z pewnością nie omieszkam się odezwać ;)
~Ursa

sobota, 25 marca 2017

Od Dirhaela c.d Atlanta - Na tropie mapy

Kobieta była piękna. Zdecydowanie zbyt piękna, by Dirhael mógł czuć się w jej obecności całkowicie naturalnie. Z długiego, luźno spiętego koka spływało jej kilka pofalowanych pasm kruczoczarnych włosów. Okalały one bladą, delikatną twarz i duże szare oczy. Słowik mógłby przyglądać się jej oczarowany jeszcze przez wiele godzin i nie nasyciłby się tym widokiem. To właśnie o takich istotach śpiewano najpiękniejsze pieśni i to one, takie kobiety stanowiły natchnienie niejednego twórcy. Teraz jednak efekt psuł strach malujący się na tej doskonałej twarzy i właśnie to pomogło Dirhaelowi się otrząsnąć. Oprzytomniał, przestał otwarcie wpatrywać się w kobietę i odchrząknął, czując, że twarz oblewa mu rumieniec. Oblizał wargi, szukając odpowiednich słów.
- Taaak... Najwyraźniej kiepsko rozpoczęliśmy tą znajomość... - Słowik odrzucił kostur na bok. Sięgnął do wysokiego buta i wydobył z niego karambita, którego także rzucił w stronę kija. Chodziło mu głównie o to, by kobieta widziała, że pozbył się swojej broni, a potem uniósł obie ręce nad głowę. - Nie jestem groźny. W zasadzie nawet nie lubię się bić. - mruknął cicho, jakby samym kojącym głosem, mógł wzbudzić zaufanie kobiety. - Czy zatem pozwolisz mi, piękna pani, bym mógł pomóc?
Czarnowłosa siedziała na ziemi i nadal nieufnie mierzyła Włóczykija wzrokiem, a chłopak wcale się temu nie dziwił. Cierpliwie zniósł to jak otaksowała go wzrokiem od dołu do góry i wbiła spojrzenie w jego oczy. Może szukała w nim czegokolwiek budzącego niepokój czy świadczącego o tym, że jest kolejnym zagrożeniem. Dirhael nie był pewien czy cokolwiek takiego w nim dojrzała, bo on sam sprawiał wrażenie raczej średnio niebezpiecznego.
- Kim ty jesteś? - spytała w końcu.
- Zwą mnie Słowikiem - odparł, nieznacznie się uśmiechając - Mogę także być kimkolwiek zechcesz, piękna pani.
- Ale jak masz na imię? - zmarszczyła brwi.
- Dirhael Rovidan. - odparł tylko, robiąc krok w jej stronę. Kobieta cofnęła się, by wyrównać między nimi odległość. Słowik westchnął cicho. - Jak mam cię do siebie przekonać, pani?
- Nie zbliżaj się do mnie.
- W porządku, lecz nie sądzę, by było to rozsądne posunięcie w obecnej sytuacji. 
- Co masz na myśli?
Słowik opuścił dotychczas trzymane w górze ręce i złożył je jak do modlitwy. Jego głos pozostał nadal spokojny i nie zdradzał nawet cienia niecierpliwości.
- Sądzę, iż podróżując ze mną do najbliższego miasta unikniesz niebezpieczeństw, pani. Nie powinnaś tu zostawać... - urwał, zauważając ciemną smugę na ziemi. Kobieta przyciskała do boku dłoń spod której wypływała świeża krew. - Jesteś ranna, pani... To dlatego nie chciałaś, bym się zbliżał. - odgadł.
Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Mam pełną świadomość tego, iż jestem w twych oczach odmieńcem. - kontynuował Słowik, niezrażony jej niechęcią - Słusznie nie darzysz mnie nazbyt dużym zaufaniem, lecz zaręczam, że nie jestem zły. Ponadto mogę pomóc. Proszę mi tylko na to pozwolić... Nie życzę pani źle, chcę jedynie móc zrobić to, co słuszne.
Mówił zupełnie szczerze i może właśnie to ostatecznie przekonało kobietę, by nieznacznie skinęła mu głową. Ucieszony tym Włóczykij powoli podszedł do niej i ukucnął. Zachował przy tym należytą ostrożność i w miarę możliwości nie wykonywał gwałtownych ruchów. Czuł się tak, jak gdyby zbliżał się do dzikiego zwierzęcia, którego nie chciał za żadne skarby świata spłoszyć. Obecna sytuacja niewiele odbiegała od tego wyobrażenia, jak uświadomił sobie po chwili.
Słowik odsunął dłoń kobiety od jej boku i delikatnie przyjrzał się ranie. Była całkiem głęboka, lecz wąska, a jej krawędzie na szczęście nie były poszarpane.
- Ktoś cię dźgnął, pani. Zgadza się? - nie czekał na potwierdzenie, bo doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Taka rana z całą pewnością nie była dziełem cięcia czy szarpania i doskonale pasowała do pchnięcia sztyletem. Dirhael mógł mieć jedynie nadzieję, że narzędzie, którym zadana została rana nie było zardzewiałe lub brudne. - To bolesne, lecz z całą pewnością nie jest śmiertelne. Masz, pani, wiele szczęścia, gdyż napastnikowi najprawdopodobniej brakowało doświadczenia.
- Kim właściwie jesteś? - spytała kobieta, gdy wydobył z kieszeni prostą, lnianą chustkę i przyłożył ją do rany, chcąc choć nieco ją oczyścić i zatamować krwawienie.
- Pytasz o to KIM czy CZYM jestem, piękna pani? - spytał bez złośliwości, lekko rozdzierając materiał i tak zniszczonej sukni kobiety. Tylko tyle, by mieć łatwiejszy dostęp do rany i, by nie nie pozbawiać kobiety jej odzienia.
- O oba.
- Jestem elfem. A w każdym razie z grubsza można by mnie tak nazwać.
- To znaczy? - drążyła temat.
- Łączę w sobie krew elfów i driad, pani, lecz to bez większego znaczenia. Zajmuję się głównie zwiedzaniem świata wzdłuż i wszerz. - Dirhael przycisnął chusteczkę do rany i położył na niej dłoń kobiety, dając jej tym samym znak, by ją przytrzymała. - Proszę dać mi chwilkę...
Wstał i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem dookoła charakterystycznych białych kwiatów krwawnika. Roślina rosła pospolicie, więc nie miał zbytnich problemów z jej zlokalizowaniem. Znacznie gorzej było z przygotowaniem rośliny do tego, by zadziałała jak należy. Nie miał czasu jej suszyć, nie bardzo mógł przygotować z niej napar, by obmyć ranę. Zostało mu jedynie rozgnieść ziele i w takiej właśnie formie przyłożyć do rozciętego boku. Nie był to najskuteczniejszy sposób, choć niewątpliwie działał jak należy.
Słowik zmył krew z boku kobiety z pomocą wody z własnego bukłaka i przyłożył do rany zmiażdżoną roślinę. Chusteczkę spisał już na straty, gdyż była nie do odratowania, więc wcisnął ją z powrotem do kieszeni.
- To krwawnik. - wyjaśnił, gdy kobieta powątpiewająco spojrzała na zioło. - Jak sama nazwa sugeruje tamuje on krwawienie. Nie mogę teraz zrobić nic więcej...
- Mhm...
Po jakimś czasie krew przestała ciec, więc Dirhael zaryzykował dźwignięcie kobiety na nogi. Nie stała całkowicie o własnych siłach i dlatego też musiała wesprzeć się o elfa, gdy ten już podniósł swoje bronie z ziemi. W ten sposób ruszyli przed siebie, ku miastu. Nie było ono aż tak oddalone, jak Słowik pierwotnie zakładał, więc dotarli do niego po zaledwie godzinie drogi, gdy słońce stało jeszcze dość nisko, by nawet nie zwiastować nadejścia południa. Tam właśnie rozstali się z kobietą, która oznajmiła, że od tej pory już poradzi sobie sama, podziękowała uprzejmie i kulejąc, odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Sobotni poranek w niewielkim miasteczku niósł ze sobą gwar. Sobota była w końcu dniem targowym, wobec czego życie, które na co dzień i tak kręciło się wokół rynku podwajało swoje obroty. Gromadki roześmianych dzieci biegały tu i ówdzie lub zbite w ciasne grupki bawiły się na uboczu. Ludzie w każdym wieku przechadzali się między rozmaitymi, barwnymi straganami. Jakiś młody mężczyzna przebiegł w pobliżu elfa, ścigając uciekającego przed nim koguta, co zaowocowało chichotem jego towarzyszy, którzy z bezpiecznego miejsca obserwowali zmagania człowieka z jego przyszłym obiadem. Pies o sierści w kolorze piachu zaszczekał radośnie, gdy obsiadła go gromadka dzieciaków. Kilka kobiet przy znajdującej się w centralnej części studni śledziła wzrokiem co atrakcyjniejszych mężczyzn, wymieniając przy tym szeptane uwagi na ich temat. Rudy kot wylegiwał się na bruku, grzejąc się w promieniach słońca i najwyraźniej nie zauważał zmierzającego ku niemu konia ciągnącego wóz z sianem. Dirhael pozwolił się unieść gwarnemu, osobliwemu zamieszaniu miasta i wkroczył pomiędzy stragany, by z bliska móc obserwować zwyczajne życie miasteczka. Miało ono dla niego specyficzny urok i z przyjemnością stał się częścią tego małego światka. Efekt psuli jedynie odziani w zbroje strażnicy podejrzliwie obserwujący cały plac.
~ Nie przyszliśmy tutaj zwiedzać... ~ przypomniał mu znany głos Atlanta. Brzmiał mocniej niż gdy słyszał go po raz ostatni, elf zatem był pewien, że Alt odzyskał już siły.
- I tobie również witaj ponownie. - odpowiedział mu Słowik, który najprawdopodobniej odwykł już od słuchania niematerialnego towarzysza. Mógł też na chwilę zapomnieć o jego istnieniu i nie byłoby to dla niego nic dziwnego. - Jeśli nie przyszliśmy tutaj zwiedzać jak zatem mam znaleźć mapę? Poza tym mieszkasz w mojej głowie, więc uszanuj mnie i fakt, iż sama podróż, a co za tym idzie poznawanie miejsc w których się znajduję jest nierozerwalnie złączone z moim życiem.
~ Niech ci już będzie...
Włóczykij uśmiechnął się do siebie triumfalnie i ruszył przed siebie, nadal zachwycając się otoczeniem. Niedługo potem zwiedzanie przywiodło go aż pod drzwi niewielkiego sklepiku z obiecującym szyldem przedstawiającym księgę.
- Myślisz, że tu znajdziemy to czego szukamy? - zagadnął Atlanta, przenosząc wzrok z rysunku książki na stare drzwi wejściowe.

<Alt? Myślisz, że to już dobry moment na wycieczkę do Hidden?>

piątek, 24 marca 2017

Od Kiette c.d Halta i reszty

   Wczorajszej nocy udało mi się się nie zetknąć z ani jedną kroplą wody, toteż szczęśliwa i wtulona w swojego pupila zasnęłm w kącie w jednym z budynków starej osady.
     Obudziło mnie wpadające przez świeżo powstałą dziurę w dachu słońce. Otworzyłam fiołkowe oczy i się rozejrzałam. Wstałam jako ostatnia z osób śpiących w tym budynku, co w zasadzie nie należało do rzeczy nowych.
    Ostrożnie się podniosłam, uważając, żeby mój nietoperz nie zleciał z moich ramion. Odłożyłam go na koc, po czym on sam się obudził. Biedactwo, przeze mnie został zmuszony do zmiany trybu nocnego na dzienny. Śpij jeszcze, rzuciłam w myślach, a moje oczy rozbłysły czerwienią naszego łącza.
     Sama przeciągnęłam się i otrzepałam z kurzu, po czym ruszyłam w kierunku wyjścia. Jakoś nie chciałam zgubić swoich chwilowych towarzyszy.
    Przez ten wprawdzie bardzo krótki czas, zdążyłam na swój sposób się do nich przyzwyczaić. Wydawali się być w porządku, raczej nie zapowiadało się na to, że na przykład - wyolbrzymiając - w nocy poderżną mi gardło.
    Dawno już z nikim nie rozmawiałam, a więc w pewnym sensie przynieśli mi coś na kształt okazji do powrotu do normalności. Nie zapomniałam i nie zapomnę o tym, co wydażyło się w Mhetuu, ale trzeba nauczyć się żyć w zgodzie z przeszłością, czyż nie?
     Choć wśród nich znalazłam i smoka, i wilczą głowę, co niespecjalnie jest mi na rękę, bo - pomijając już strach - jeszcze bardziej przypomina dawne czasy, to w gruncie rzeczy zdążyłam ich zaakceptować. W końcu i oni sami są zwyczajnie zbitkiem różnorakich istot, które łączy jedynie Hidden. Przynajmniej póki co. Na swój sposób to piękne. Wszechobecna tolerancja i to integracyjne podejście dodały mi jakiejś tam otuchy. Może pobyt pośród nich dobrze mi zrobi, nim będę zmuszona ruszyć w dalszą drogę? A może Hanneon rzeczywiście jest gdzieś pośród nich i dane mi będzie go spotkać? W końcu Shi-Shi tak twierdzi, a w dodatku mój amulet błyszczy na złoto, miedziano i platynowo... Nigdy wcześniej tak nie robił.
       Spojrzałam na otaczające mnie dookoła ruiny osady. Śpiącymi i zmrużonymi jeszcze oczami wypatrzyłam tęczę i jaśniejące na czystym niebie słońce, wychodzące gdzieś ponad lasami i górami. Uśmiechnęłam się delikatnie. Było tu tak spokojnie.
     Myślałam, że nikogo już w pobliżu nie ma, co nieco mnie zmartwiło. Wolałam już być pośród nich, niż pałętać się po obcym terenie sama. Przeszłam między budynkami spory kawałek wzdłuż wydeptanej ścieżki, rozglądając się na boki, aż nagle przed oczami świsnęła mi srebrna strzała. Wylatując spomiędzy budynków przecięła mi drogę i celnie trafiła w znacznie od nas oddaloną, prowizoryczną tarczę z worka na ziemniaki.
       Po niemym okrzyku zaskoczenia zwróciłam twarz w stronę, z której nadleciała strzała i dostrzegłam w cieniu Halta z zawiązanymi oczami. Świadomość, że mogłam zostać przestrzelona, gdybym przechodziła tędy sekundę temu sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz a serce zabiło mocniej. Przez chwilę stałam tam, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, aż pchnięta impulsem postanowiłam się przełamać i zacząć rozmowę.
     - Nie powinieneś być ostrożniejszy? - zapytałam delikatnym tonem, zmierzając w stronę łucznika. Nie wiem, czy to dlatego, że był człowiekiem czy z jakiegokolwiek innego względu, ale nie budził we mnie zbyt wielkiego strachu, mimo tajemniczej otoczki i tego, że prawie mnie przestrzelił. Może dlatego, że chyba nie mam czegoś takiego jak rozsądek? A może dlatego, że w jakimś stopniu przypominał mi mojego brata?
     - A czy ty także nie powinnaś być ostrożniejsza? - odpowiedział mi, wypuszczając kolejną strzałę, która wbiła się w sam środek sąsiedniego worka. - Ja wiedziałem, że tu jesteś, ale ty nie wyczułaś mojej obecności. Straciłaś czujność.
      Westchnęłam tylko, zgadzając się z nim. Rzeczywiście, gdybym się postarała, to bym go dostrzegła już wcześniej. Nie ukrywał się nawet, jednak cień padał na niego tak, że był słabo widoczny. Ale moim kocim oczom to umknąć nie powinno.
      - Masz rację - odparłam, splatając dłonie na szyi. Jak to możliwe, że przez jedno wydarzenie stałam się tak bardzo nieostrożna? Najpierw wpędzili mnie na drzewo, a teraz prawie dałam sobie strzelić w głowę. Chyba zbyt wiele myślę ostatnimi czasy. Nero nie chciałby, aby moja głupota mnie zgubiła.
        Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. Halt strzelał, a ja po prostu stałam. W końcu podeszłam do najbliższego budynku i oparłam się o niego plecami. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, nie miałam też rozeznania w terenie i nie chciałam się gubić, a więc zdecydowałam się go poobserwować.
        W nie aż tak dalekim tle słyszałam niesione echem odgłosy rozmów. Może część wczorajszej ekipy gdzieś razem zniknęła?
        Moje oczy zalśniły czerwienią i trwały tak do chwili, aż otrzymałam sygnał zwrotny od lecącego już Shi-Shiego.
        - Będę ci tutaj przeszkadzać? - zapytałam niezbyt śmiało Halta, zsuwając się na ziemię, w efekcie siedząc po turecku.



<Halt? Choć właściwie to wszyscy wolni jak się nudzą mogą się dorzucić, po to ten wers z odgłosami rozmów ;)>

Od Malika cd Jumona - Przepraszam, zgubiłem smoka...

        Malik, jak to na stereotypowego kota przystało, nie lubił być mokry. Równocześnie był także medykiem i jego kodeks moralny kazał mu poświęcać wszystko dla dobra pacjentów. Nigdy w życiu by się nie spodziewał, że te dwie rzeczy kiedykolwiek zaczną sobie bruździć. A jednak - obejrzenie z bliska rannego skrzydła Frelsera wiązało się z wielokrotnym spotkaniem z wilgotną od nocnej ulewy trawą. Frel swoim zwyczajem wiercił się jak szczeniak, to próbując pospieszać felina, to znowu dopatrując koło nosa upierdliwą muchę, w efekcie czego Gambit obrywał na zmianę w czoło i w plecy albo krawędzią skrzydła, albo nawet ogonem, po czym lądował na ziemi. Doskonale rozumiał, że młody smok nie mógł doczekać się próbnego lotu, ale jego niecierpliwość wespół z mokrym ubraniem zaczynały mu grać na nerwach.
  - Nareszcie - mruknął pod nosem, gdy w końcu zdjął cały opatrunek. - Frel, rozprostuj skrzydło!
  W ostatniej chwili przypomniał sobie, że powinien był tą prośbę bardziej doprecyzować i schylił się przewidując co też mogłoby go w innym wypadku ponownie spotkać. I faktycznie, smok rozłożył wyleczone skrzydło tak, jak je trzymał, czyli na wysokości pyska felina, śmigając nad uchylonymi uszami skulonego medyka.
  - Następnym razem nieco wyżej - rzucił zirytowany. Gad słysząc karcący ton podjął nieudaną próbę ukrycia łba w trawie.
  Kot delikatnie przesunął dłońmi po śladach rany, sprawdzając czy skóra odpowiednio się napięła. Nie chciał, by przez jego nieuwagę i brak doświadczenia w leczeniu podobnych przypadków Frelser miał problemy z krzywo zrośniętą, a co za tym idzie zbyt krótką błoną skrzydłową. Wszystko wyglądało jednak tak, jak powinno. Malik odsunął się kilka metrów i zamachał rękoma jakby próbował latać. Lodowy gad załapał i załopotał skrzydłami, stając przy tym na tylnych łapach.
  - Wszystko wygląda świetnie - stwierdził zadowolony felin, gdy Frelser opadł z powrotem na wszystkie nogi.
  ~ To mogę już latać? ~ w głowie kota zabrzmiał proszący głos szarego smoka.
  - Jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać... - Gambit uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
  Frel okręcił się w kółko z radości.
  - Ale tylko próbny lot! - rzucił szybko medyk. Isbryter spojrzał w jego stronę. - Kilka kółek nad polaną i wracasz, jasne? - doprecyzował.
  Gad pokiwał ochoczo głową i przestąpił kilka kroków dalej od domku Atlanta. Stanął na lekko rozłożonych nogach, dla próby zamachując jeszcze powoli skrzydłami. Potem zamachnął pewnie ogonem i z krótkiego biegu wystartował ostro w górę, wyciągając przed siebie szyję. Lecąc ku niebu okręcał się z gracją wokół własnej osi, a gdy osiągnął zamierzony pułap rozłożył nieruchomo skrzydła, przez chwilę opadając w dół, po czym zaczął spokojnie szybować po kolistym torze. W obserwowaniu akrobacji szczęśliwego smoka było coś magicznego, jakby sam widok chciał budzić w obserwującym takie same uczucia, co te towarzyszące majestatycznym gadom w przestworzach. Do równie uradowanego Malika dotarł ryk. Felin nawet nie zdawał sobie sprawy, że podobny odgłos może pobrzmiewać czymś innym niż grozą, a jednak ten jeden przywodził na myśl jedynie okrzyk czystej radości.
  Nagle jednak medyk zdał sobie sprawę, że Frel zaczął zbaczać z umówionego kursu, aż w końcu smok zupełnie odbił w stronę lasu i poleciał w tamtym kierunku.
  - Ty kłamliwa cholero... - Gambit pokręcił z niedowierzaniem głową i pobiegł za nim.
  Pomysł już z założenia był głupotą: dogonić na piechotę lecącego smoka? Felin nie miał pojęcia co chciał w ten sposób osiągnąć. Domyślał się jedynie, że smok najpewniej za chwilę gdzieś wyląduje, a jedynym w miarę otwartym terenem jaki przychodził mu do głowy, poza ich polaną, było jeziorko niedaleko stąd. Jedynym logicznym wyjściem wydawało się udanie właśnie w tamtym kierunku i poczekanie na oszukańczego gada z założonymi rękoma.
  W myślach Malik układał już całą tyradę na temat smoczej prawdomówności i różnych scenariuszy na temat tego co mogło by się wydarzyć, gdyby rana nagle się otwarła w locie...właściwie to nic by się nie zdarzyło, poza skropieniem okolicy gorącą smoczą krwią. Ale na coś musiał ponarzekać, jeśli chciał tego przerośniętego bachora upomnieć. Przedzierał się przez zarośla nie zastanawiając się ile właściwie robi hałasu, aż w końcu wylazł na brzeg. Ku jego zdziwieniu, gdy podniósł wzrok dostrzegł dwójkę chłopaków odruchowo unoszących bronie w jego stronę. Po chwili jednak opuścili oręż, a jeden z nich, chyba niezbyt zadowolony, wcisnął ręce w kieszenie.
  - Dzień dobry - przywitał się ten drugi.
  Felin zmrużył oczy. Coś mu w nim nie pasowało. Jakby gdzieś już widział jego...albo kogoś bardzo podobnego.
  - A dobry - odpowiedział. - Powiedzcie mi, panowie, nie widzieliście może gdzieś w okolicy smoka?
  Oboje spojrzeli po sobie skonfundowani.
  - Mówię zupełnie poważnie - zapewnił Gambit, doskonale sobie zdając sprawę, że pewnie brzmi dla nich jak wariat. - Zgubiłem smoka.
  - Zgubiłeś...smoka? - powtórzył po nim blondyn, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze słyszy.
  - Tak! Lodowego, konkretnie. Długi na jakieś trzy konie, szare łuski i pióra na zewnętrznej stronie skrzydeł - uściślił felin.
  - Nie przypominam sobie, niestety.
  - Ech, mówi się trudno - Selethen machnął niedbale ręką i już odwrócił się z powrotem.
  - Czekaj! - wtrącił się drugi z dwójki. Kot obrócił się w ich kierunku. - Jesteś jedną z mieszkających tu istot?
  - ,,Istot"? - Malik uniósł jedną brew. - Na temat co poniektórych to chyba trochę zbyt wiele powiedziane. A można wiedzieć czemu pytacie? - w jego głosie zabrzmiała podejrzliwość. Za granicami Hidden wciąż trwała wojna, a wnioskując po opowieściach niektórych, imperium mogło zacząć się interesować tutejszymi terenami. Nie chciał przyprowadzić Atlantowi pod nos imperialistów już drugiego dnia swojego pobytu tutaj.

Jumon? Sarazi? Wybaczcie długość tego właściwego cd, wenus brakus >.<