poniedziałek, 30 listopada 2015

Wiesz, bo kiedy jest smutno, to się kocha zachody słońca. Ściga się konie, roznieca ogień, uwielbia kradzieże. Do póki tłumaczysz, że robisz wszystko w dobrej wierze.


Imię: Erin
Nazwisko: Flynn (nazwisko, podobnie jak imię nadała sobie sama. Nie dlatego, że chce „uciec przed przeszłością”, czy inne bzdety. Po prostu… prawdziwe wyleciało jej z głowy.)
Przydomek: Przez wielu (zwłaszcza na morzach) nazywana jest Jednonogą, choć bardzo nie lubi tego przezwiska. Woli, jak znajomi wołają na nią Pokrzywka, bądź Jaskółka.
Rasa: Człowiek, choć wiele osób szczerze w to wątpi. Najczęściej po prostu okrzykują ją szatanem, lub pomiotem diabła. Nie żeby bardzo jej to przeszkadzało.
Wiek: 17 lat
Płeć: Kobieta, choć przez ubiór i sposób bycia często brana jest za mężczyznę (a właściwie to za chłopca). Niekiedy jest w stanie takowego udawać.
Stanowisko: Wynalazca, Zielarz
Aparycja: Erin jest chyba jedną z najniższych osób, jakie chodzą po świecie. Dziewczyna jest bardzo drobnej budowy i posiada wieczną niedowagę. W dodatku przez jej dziecięcą (a nawet trochę chłopięcą) twarz często brana jest za dużo młodszą, niż jest w rzeczywistości. Mało kto wierzy, że chłopczyca, która posyła każdemu złośliwe uśmieszki, jest prawie dorosłą kobietą. Choć jeśli mam być szczera, to Erin nigdy nie zachowywała się i nie ubierała, jak „przystało”. Zazwyczaj zakłada na siebie proste i trochę za duże męskie ubrania (nigdy nie zobaczysz jej w sukience). Bardzo lubi ciąć, lub pruć swoje ubrania i chodzi w takich „łachmanach” nawet w zimę, podczas najgorszych zamieci. Jej ciemne włosy zawsze są w nieładzie, a żeby podkreślić swoją „odmienność” Jaskółka wpina w nie mnóstwo kolorowych ptasich piór, bądź związuje niektóre pasemka, robiąc z nich małe warkoczyki. Od czasu do czasu lubi zakładać swoją „zbroję” (niech was nie zwiedzie ta nazwa, w rzeczywistości jest bardzo wygodna) nawet jeśli nie szykuje się na bitwę. Po prostu, przypominają jej się stare czasy, nic więcej. Jak już pewnie zauważyliście, Erin nie ma jednej nogi. Utraciła ją lata temu i przez ten czas zdążyła przywyknąć do metalowej kończyny. Poważnie, biega bardzo szybko i doskonale radzi sobie podczas długich wędrówek, czy wspinaczki po zboczach i drzewach. Nie jest może specjalnie ładna, nie widać też u niej żadnych, typowo kobiecych kształtów. Właściwie, gdyby chciała to mogłaby dalej uchodzić za chłopaka.
Zdolności: Przede wszystkim dziewczyna ma umysł wynalazcy. Jest gotowa na nowe pomysły i rady, które często wykorzystuje przy tworzeniu swych dzieł. A co takiego tworzy? Wszystko, poważnie. Mogą to być proste rzeczy, takie jak wisiorki, czy ozdobne zawieszki, albo bardziej skomplikowane urządzenia, chociażby nakręcane zabawki. Wszystkie drobne narzędzia tworzy z niezwykłą precyzją, nie pomijając przy tym żadnych, chociażby najdrobniejszych szczegółów. Zna się również na wszelkich roślinach. Oficjalnie zajmuje się tworzeniem leków, choć tak naprawdę największą wiedzę (i wprawę) ma w sporządzaniu trucizn. Ciężko powiedzieć, czy ta wiedza faktycznie była jej aż tak potrzebna. Po prostu Erin znacznie szybciej uczyła się nazw i właściwości trujących roślin, niż tych, które są w stanie pomóc człowiekowi. Poza tym ma duszę artystyczną. Kocha rysować i malować, choć preferuje szkicowanie wszystkiego ołówkiem. Czasem zdarzy jej się ułożyć jakiś wiersz, zaśpiewać piosenkę, ale też bez przesady. Nie nadaje się na poetkę. Oprócz tego (mimo kalectwa) bardzo dobrze się wspina i dalej uwielbia wdrapywać się na czubki drzew.
Zainteresowania: W wolnym czasie, kiedy Erin nie jest zajęta tworzeniem kolejnych „małych wynalazków” bardzo lubi wędrować. Już dawno temu przyrzekła sobie, że jej kalectwo nie będzie miało wpływu na zainteresowania, dlatego też do tej pory nie odważyła się zrezygnować z żadnej przygody, ani dalekiej podróży. Poza tym bardzo lubi pisać wiersze, nawet jeśli są to krótsze „bazgroły”, jak to je nazywa. Wszystkie dzieła, czy to wiersze, czy opowiadania, zapisuje w swoim skórzanym brulionie, który zawsze nosi przy sobie. A niech tylko ktoś odważy się go wziąć, bądź co gorsza, przeczytać bez pozwolenia… Pokrzywka interesuje się różnego rodzaju brońmy, więc nawet jeśli wygląda niepozornie, to radziłabym nie zadzierać. Poza tym w wolnym czasie lubi płatać figle i robić psikusy ludziom dookoła (nawet jeśli są to nieznajomi). Lubi od czasu do czasu zabrać komuś cenny przedmiot, a potem śmiać się z miny okradzionego, gdy zwraca mu jego zgubę.
Charakter: Erin jest wolnym duchem. Zawsze chodzi dokąd chce i robi to co jej się podoba, kierując się w życiu własnymi, ustalonymi przez siebie zasadami. Uważa, że każdy powinien żyć życiem, które będzie w stanie zapamiętać, dlatego też nigdy nie słucha innych. Nie znosi zakazów, ani wszelkich ograniczeń. Właściwie to jest w stanie zrobić wszystko, by złamać jakieś zasady i udowodnić innym do czego jest zdolna. Z tego samego powodu nie wykonuje też niczyich rozkazów i sama dumna jest z faktu, iż nikomu nie podlega. Nie wstydzi się tego kim jest i nigdy nie próbowała przed nikim ukrywać swej osobowości. Włóczęga inwalida, w dodatku sierota… no i co z tego? Jakoś nigdy jej to nie przeszkadzało. Poza tym Erin ma na tyle dziwaczny sposób bycia, że mało kto jest w stanie domyślić się przez co tak naprawdę przeszła. Dziewczyna zawsze chodzi rozradowana, posyłając nieznajomym szeroki zestaw uśmiechów, uśmieszków i grymasów. Ciężko znaleźć kogoś tak odważnego i łaknącego przygody, jak Erin. Niekiedy odnosi się wrażenie, że dziewczyna zawsze gdzieś pędzi, a wiadomo- im niebezpieczniej, tym lepiej! Otwarty na nowe znajomości, wulgarny, głośny i zawsze wyszczerzony diablik, który uwielbia wtykać nos w nie swoje sprawy. Wiele razy przez swą wścibskość wpadała w tarapaty, choć dzięki przebiegłości i nie małej inteligencji, zawsze znajdowała jakieś wyjście z każdej sytuacji. Choć na pozór miła i przyjacielska, to w rzeczywistości jest świetną aktorką. Sarkazm i ironia są u niej na porządku dziennym, a jeśli wymaga tego sytuacja potrafi kłamać, jak z nut. Zazwyczaj jednak ludzie mają ją za wariatkę i chłopczycę, która żyje chwilą. Taka wersja siebie najbardziej jej odpowiada.
Historia: Dziewczyna urodziła się w niewielkiej nadmorskiej wiosce. Nie znała swoich rodziców, ani dalszych krewnych… tak naprawdę to nie przypuszcza, że ma gdzieś jakąkolwiek rodzinę. Z początku małe (i sprawiające niemałe kłopoty) dziecko było przekazywane z rąk do rąk różnym rodzinom, które miały choć trochę czasu (doświadczenia już nie koniecznie) by zająć się małą dziewczynką. Kiedy Jaskółka miała nieco ponad sześć lat, zaopiekował się nią pewien przemiły pan, na którego (choć nie był bardzo wiekowy) bez przerwy krzyczała „starcze”, lub „staruszku”. No, ale cóż począć? Kiedy ktoś jest młody, każdy dookoła wydaje się znacznie starszy. Owy człowiek przedstawił się Pokrzywce, jako dawny przyjaciel jej ojca. Ciężko powiedzieć, czy to co mówił było prawdą, czy nie, choć z początku Erin nie miała żadnych wątpliwości co do historii Staruszka. Poza tym, nawet jeśli była zmyślona, to nie sądzę by dziewczynie specjalnie to przeszkadzało. Bądź co bądź to właśnie on nauczył ją wszystkiego, co wie do dzisiaj. Starzec był wielkim artystą i wynalazcą. Miał nawet własny warsztat, który Erin od wczesnego dzieciństwa pomagała mu prowadzić. Początkowo były to drobne sprawy, takie jak obsługa klientów, czy sprzątanie półek. Dopiero w wieku kilkunastu lat zaczęła uczyć się wyrabiania przeróżnych narzędzi, od zabawek, po niewielką broń (była zbyt słaba i drobna, by własnoręcznie wykuć coś większego, to chyba jasne). Nowe życie bardzo się jej podobało. Zarabiała na swoje utrzymanie, zyskała kogoś, kogo mogła nazwać rodziną i jeszcze zdobyła wykształcenie dotyczące zielarstwa, oraz tworzenia narzędzi. Staruszek był kimś, kogo w dzisiejszych czasach można nazwać „człowiekiem renesansu”. Pokazał Erin wiersze i sprawił, że dziewczyna pokochała sztukę. W wolnych chwilach uczył dziewczynę walki na krótkie miecze, bądź noże, a także pokazał swej podopiecznej kilka prostych zaklęć (nie korzysta z nich zbyt często). Wspaniałe życie musiało się jednak skończyć. Bowiem pewnej nocy do warsztatu Staruszka przybyli uzbrojeni żołnierze. Jak się okazało, Starzec od bardzo dawna produkował broń po części dla pieniędzy, choć potajemnie wspierał małe grupy ludzi, sprzeciwiające się rządom nowego władcy- Arsmana. Kiedy fakt też wyszedł na jaw, wojownicy wtargnęli do warsztatu i zabili Starca na miejscu. To właśnie podczas tej bójki (jeśli tak można to nazwać) Erin straciła nogę. Całe szczęście, uciekła zanim żołnierze zdążyli ją pojmać, a dzięki nabytym umiejętnością, własnoręcznie zrobiła sobie sztuczną kończynę. Przez kilka kolejnych lat dziewczyna wędrowała od jednego miasta, do drugiego, od jednej wsi, do następnej. Włóczyła się po świecie i choć w życiu spotkało ją wiele złego, to nie przestała psocić (czasem dokonywała też drobnych kradzieży). W końcu jednak znudziło się jej takie życie. Mieszkanie w miastach, w których władzę sprawowali zabójcy jej opiekuna najzwyczajniej ją męczyło. Do Hidden trafiła przez przypadek, ale uwierzcie mi, bardzo ucieszyła się z takiego obrotu spraw.
Partner: Powiedzmy, że nie wierzy w takie rzeczy. Każdego traktuje tak samo, więc dlaczego miałaby robić choć jeden wyjątek?
Rodzina: Jaka tam rodzina? Toż to sierota, wychowywana przez pewnego wynalazcę, który był dawnym przyjacielem jej ojca. Poza tym nie zna nikogo, z kim mogłaby być spokrewniona.
Towarzysz: Póki co brak. Choć nie ukrywam, Erin bardzo lubi zwierzęta i jeśli znajdzie jakieś odpowiednie, to możliwe, że zdecyduje się je zatrzymać.
Szczegóły:
~Erin kocha zwierzęta i choć zawsze chciała mieć jakieś „na własność” to nigdy żadnego nie zatrzymała na dłużej. Zawsze twierdziła, że na wolności będzie im lepiej.
~Dziewczyna ma tendencję do zasypiania w różnych, przypadkowych miejscach. Znaleźć ją można śpiącą chociażby na drzewie, podłodze, dachu domu, czy po prostu gdzieś w trawie… ale nigdy w łóżku.
~Czasem, przez to, że w wielu miastach, by dostać pracę musiała udawać chłopaka, zdarza jej się mówić o sobie w męskiej, a potem w żeńskiej osobie.
Autor: Annabeth

poniedziałek, 23 listopada 2015

Od Mild cd Viserany - Spotkanie

        Mild uśmiechnęła się dwuznacznie.
  - Nic, nic - próbowała się wykręcić, ale powstrzymywanie złośliwego uśmieszku wychodziło jej coraz gorzej. - Po prostu widzę, że miło spędzasz czas z Haltem...
  Ta drobna sugestia wystarczyła. Reakcja Vis była natychmiastowa. Zebrała luźno wiszące wodze swojego wierzchowca i zamachnęła się nimi, by trzepnąć dzieciaka w łeb. Daya zgrabnie uniknęła ciosu. Viserany całe szczęście nie była tak szczerze wściekła. Wiedziała dobrze, że młoda się z nią droczy.
  - Oj, kiedyś się doigrasz - pomachała jej ostrzegawczo palcem wskazującym. - Twój refleks nie przed wszystkim cię uratuje.
  - Na twoje ślimacze ruchy wystarczy - Mild wystawiła starszej dziewczynie język.
  Ta udała teatralne oburzenie, uśmiechu nie powstrzymywała.
  - No proszę! Jaka wyszczekana! A może wyrwę ci ten twój język i każę ci go połknąć? - zaproponowała i w momencie doskoczyła do elfki. 
  Dziewczynka uchyliła się przed chwytem Vis. Odbiegła śmiejąc się, jednak brunetka szybko ją dogoniła. Nie jest może zbyt silna, ale zgarnięcie upierdliwego dzieciaka i wrzucenie go do sterty liści pod drzewem nie było wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza, że wszystko było tylko i wyłącznie wygłupem. Mild poleżała chwilę w liściach dalej parskając śmiechem, aż w końcu Viserany ze zdecydowanie poprawionym humorem podała jej rękę i pomogła wstać.
  Następny fragment podróży na wschód okazał się ich ostatnim. Nie, nie umarli za zakrętem. Dotarli do celu, choć nie było to z miejsca tak oczywiste jakby się można spodziewać...
  Gwizdacz, miedziany ogier Halta, nagle zakwiczał i zaczął się cofać, niemal wpadając na konia Viserany. Łucznik ściągnął wodzę w ostatniej chwili, lecz koń dalej był niespokojny. Mild, jadąca razem z Lisbeth na jednym karoszu, ściągnęła wodze i obejrzała się na nich do tyłu. Phester i Ashlotte zrobili podobnie.
  - Hej! - warknęła na łucznika Bherini. - Daruj sobie, to już nie jest śmieszne!
  - To nie ja - zaparł się chłopak.
  - Tak, poprzednie trzy razy to też nie ty? Nudzi ci się czy jak?!
  Jak się można było spodziewać, Halt po prostu nie mógł przepuścić okazji do rzucenia złośliwym komentarzem. Rozpętało to kolejną przepychankę słowną, tym razem jednak na sporą skalę. Lisbeth westchnęła zniecierpliwiona nad uchem Mild.
  - Oni tak zawsze? - rzuciła, na co Daya jedynie wzruszyła ramionami.
  - Przysięgam, że tym razem to nie ja - powiedział w końcu Halt i dodał, gdy Viserany już otwierała usta do kolejnego komentarza: - Gwizdacz jest po prostu tak wyszkolony.
  - Do denerwowania reszty? - rzuciła kąśliwie dziewczyna.
  - Spokojnie - wtrącił się Phester. Nie mówił głośno, a jednak jego stoicki spokój natychmiast uciszył obu. - Czuje krew, prawda? - dodał kiwając blaszanym dziobem w stronę niespokojnego rumaka.
  Halt zmarszczył brwi podejrzliwie, co nie było oczywiście zbytnio widoczne przez kaptur.
  - Skąd wiesz? - spytał.
  - Zgadywałem - odpowiedział medyk. - Zachowajcie czujność.
  Łucznik bez ociągania zdjął z pleców łuk i nałożył strzałę na cięciwę nie naciągając jej jeszcze, kierując teraz wierzchowcem jedynie nogami. Nie ufał zbytnio temu facetowi, ale wierzył Gwizdaczowi. Ogier nigdy go nie zawiódł. Reszta poszła w ślady Halta. Mild poluzowała nieco pas pochwy na plecach, aby w razie czego mogła wysunąć z niej miecz samym szarpnięciem ramienia i od razu go chwycić. Vis (mimo ciągłej niechęci do łucznika) jechała dalej trzymając w ręce sztylet. Ashlotte, jakby w zamyśleniu, gładziła rękojeść szabli. Lisbeth także trzymała rękę na nożu przy pasie. Tylko Phester dalej jechał, jakby jego własne słowa go ominęły. Dziwny z niego facet, pomyślała Daya.
  W końcu odnaleźli źródło niepokoju Gwizdacza. Wjechali na wydeptaną polankę, która niedawno musiała być miejscem poważnej walki. Pierwszym, co rzuciło się w oczy Mild była rozcięta stalowa siatka, od wewnętrznej strony pokryta cienkimi kolcami. Ziemia pod nią była zakrwawiona i rozorana. Dopiero potem dziewczynka zauważyła ciała jakichś nieznanych sobie mężczyzn. Wyglądali jej na najzwyklejszych bandytów. Lisbeth i Halt zeskoczyli z siodeł. Dziewczyna podeszła do siatki, łucznik natomiast obserwował ślady.
  - Smokobójcy - powiedziała po chwili Lis. - Siatka stworzona do łapania latających gadów.
  - Nie będę się kłócił. Ziemia pod nią jest rozryta i ugnieciona, a tamta sosna ma połamany wierzchołek - dodał Halt. - Coś wielkiego spadło z nieba i uderzyło w polankę...
  - Smok?! - zapytała podniecona Mild. 
  - Dobra, ale gdzie on w takim razie jest? - zaciekawiła się Vis. - Ci mili panowie nie wyglądają jak po walce ze smokiem. 
  - To robota człowieka...a w każdym bądź razie istoty humanoidalnej - odpowiedział chłopak.
  - Rany, to ty takie trudne słowa znasz? - rzuciła złośliwie Viserany.
  Nie skomentował tego.
  - Złapali smoka, ale jakaś obca grupa musiała go uwolnić i zatłuc smokobójców - podsumowała Lisbeth. - Nic tu po nas.
  - Przeciwnie - Halt z uśmieszkiem wskazał szlak prowadzący na wschód. - Zostawili trop...
  - Chcesz iść za tymi wariatami ratującymi smoki? - był to raczej domysł, niźli pytanie.
  - I tak mamy po drodze, prawda panie Kruku?
  Phester jedynie wzruszył ramionami. Łucznik uznał to za zezwolenie i wskoczył na siodło z miejsca ruszając kłusem, a za nim reszta. Mild zaczekała na Lisbeth i popędziła karosza. 
  Wkrótce dotarli do kolejnej polany. Ta była bardziej rozległa...a niemalże na wprost nich znajdował się jakiś domek. Przed nim leżał na słońcu wyciągnięty niczym kot spory jasnoszary kształt...
  - Smok! - pisnęła elfka nie mogąc się powstrzymać.
  Wszyscy wstrzymali oddech. Gad podniósł zaciekawiony łeb i wpatrywał się w nich błękitnymi oczyma. Mimo, iż był jakieś kilkadziesiąt metrów dalej, widział ich jak na dłoni, każdy szczegół, kolor oczu, wyraz twarzy...i broń. Smok nie wiedzieć czemu podniósł się nagle i zaczął cofać, wydając dźwięki niczym wieloryb.
  - Czy on się nas...boi? - powiedział z niedowierzaniem Halt.
  - Ale niby dlaczego? - zdziwiła się Daya. - To przecież smok! Może nie tak wielki, ale jednak smok.
  Grupa niepewnie ruszyła konie i zaczęli zbliżać się do domku. Smok zaczął warczeć ostrzegawczo. Teraz Mild zauważyła opatrunek na jego przedniej łapie. Gdy byli już jakieś dziesięć metrów od chaty, z lasu nagle wyszły dwie postacie: jakiś chłopak z rogami i kot poruszający się na dwóch nogach. Nieśli w rękach drewno na opał. Na widok tego drugiego Halt zamarł.
  - Nie wierzę... - powiedział tylko.
  W tym samym momencie felin zauważył także i jego. Upuścił opał na ziemię, a na jego pysku wykwitł pełen złośliwości uśmiech.
  - Halt! - krzyknął. - Sporo czasu się nie widzieliśmy! - kot ruszył w ich kierunku.
  - Zdecydowanie za krótko, Gambit - warknął łucznik. Zsiadł jednak z konia i pokazał reszcie, że nie ma się czego obawiać.
  - To ty ich znasz? - zdziwił się rogaty.
  - Pewnie Wasza Wysokość - powiedział dalej uśmiechnięty kocur, którego Halt nazwał Gambitem. - A przynajmniej tego w płaszczu...Gdzieś ty wytrzasnął te dziwadła?
  Mild obejrzała się po sobie nie rozumiejąc dlaczego została nazwana dziwadłem. Reszta nie poczuła się urażona. Smok zaskomlał wychylając łeb zza domku. Gambit obejrzał się w jego stronę.
  - Spokojnie, Frel - powiedział. - Nic ci nie zrobią.
  - Nic ci...? - powtórzyła szeptem Lisbeth nie dowierzając w to co słyszy. Od kiedy smoki obawiają się bandy włóczykijów?
  - Wiesz co Alt? - powiedział nagle kot. - Chyba przyda się nam to ognisko nieco większe.
  - Racja, ale najpierw chyba przyda się nieco wyjaśnień - chłopak położył drewno na stosie obok werandy i zwrócił się do nowo przybyłych:  - Nazywam się Atlant Lakoo, tutejszy, w pewnym sensie, władca. Mogę poznać wasze imiona?
  Na chwilę zapadła cisza. Mild obejrzała się na resztę i pierwsza wystąpiła naprzód prostując się dumnie.
  - Jestem Mild Aldre - dygnęła wedle wpojonych jej w dzieciństwie zasad.
  Atlant uśmiechnął się lekko widząc to i również lekko teatralnie się ukłonił. Halt widząc, że obcy nie jest wrogo nastawiony przedstawił się drugi. Po nim Viserany, Phester, Ashlotte i w końcu Lisbeth.Nagle - ku zdziwieniu Atlanta i Halta - odezwał się Gambit:
  - Dobra, skoro po szczerości do po szczerości: Malik Seley el'then - skłonił się lekko przed towarzystwem wzdychając lekko.
  Atlant podniósł pytająco brew. 
  - Czyli to to chciałeś wcześniej mi i Squall powiedzieć, co? - zauważył.
  Halt zesztywniał.
  - Tobie...i komu? - jęknął.
  Malik uśmiechnął się diabolicznie. I wtedy z lasu wyłoniła się kolejna postać. Tym razem była to kobieta. Zastygła w miejscu - nie tyle, co na widok obcej grupy. Raczej gdy zobaczyła samego Halta. Mild obserwowała to jedno to drugie. Atlant widząc co się święci zaprosił grupkę do chaty. Nikt nie oponował. Na podwórzu zostali tylko Halt, Squall i Gambit...no i oczywiście Frelser, który nie mógł wejść do domku Alta, a obecnie patrzył zaciekawiony na człowieka w zielonym płaszczu.

Squall? Nikomu innemu nie mogłam tego dać do dokończenia XD

sobota, 21 listopada 2015

Od Viserany c.d. Lisbeth - Hidden

Nie bardzo wiem gdzie jedziemy. Ale jest w porządku. Jadę sobie w środku pochodu. Jadę, co jest dziwne bo ja zazwyczaj biegam własnonożnie. Ale to miła odmiana. Cieszę sie ze jedziemy lasem, nie główną drogą. Po pierwsze - zasze wolałam lasy. Po drugie jesteśmy bardzo zwracajacą uwagę grupką. Mężczyzna z dziobem, elfie dziecko, biegnąca kobieta-cień, Robin Hood, cicha dama i ja. Ale wiecie co? Bardzo mi dobrze tak jechać...
Do czasu.
- Stchórzyłaś - słyszę nagle obok.
Odwracam się i widzę zacienioną kapturem twarz. Znów się zacznie...
- Nie rozmawiam z tobą - mówie oschle.
- A to czemu? Nadal winisz mnie za tego mężczyznę obok gospody?
- A może mam siebie winić?!
- Szczerze? Tak.
- Szczerze? Nie interesuje mnie co mówisz.
Przez chwilę milczy ale irytująco się uśmiecha. Denerwuje mnie to dlatego po chwili pospieszam lekko konia i zajmuję sie obserwowaniem wszystkiego poza nim. Myślę też o tym dokąd jedziemy. Możliwe ze coś wspominali ale byłam zbyt zdenerwowana całą sytuacją...
- A mi się wydaje, że ciebie bardzo interesuje co mówię. Zwłaszcza jeśli powiem, że stchórzyłaś.
- Och przestań! Jakbyś mnie wtedy nie sprowokował to bym nie rzuciła tym nożem.
- Tak, czyli to moja wina.
- Właśnie tak.
- Aha. No to może jak dotrzemy na miejsce to spróbujemy znowu?
Brzmi to dla mnie nieco śmiesznie, więc parskam śmiechem. Halt nie wie co się dzieje więc mierzy mnie wzrokiem i czeka. Ale nie doczeka się. Słyszę bowiem, że kobieta-cień pyta Mild o miejsce na koniu. Zrywam sie szybko żeby jej odstapić - świetna okazja żeby uwolnić się od tego... osobnika i trochę pobiegać. Zanim jednak zdążę zeskoczyć, nasza droga Mild robi miejsce nowej i już, moja nadzieja odjeżdża razem z nimi. Świetnie.
- Nie zadowolona?
- Skąd!
Halt śmieje się ale ja tylko wywracam oczami i ruszam dalej. Przez jakiś czas jedziemy stałym tempem, bez żadnych przygód. Potem jednak robimy krótki postój. Zsiadam z konia i wdrapuję sie na drzewo. Siadam na wysokiej gałęzi i machając nogami oglądam krajobraz. Jest ładnie. Wiosna, wiadomo. Lubię patrzeć na te wszystkie strumyki które odmarzają, przede wszystkim na nie i na wodospady które zwalczają lód. Uwielbiam na to patrzeć, ale rzadko mam okazję.
- Co tam widzisz? - słyszę znów. No nie, myślałam że tu mnie nie znajdzie.
- Coś, co mnie nie denerwuje - odwarkuję.
- Popatrzę z tobą.
Odwracam do niego głowę i miażdże go wzrokiem. Czy jemu się wydaje, że go nie zrzucę z tego drzewa?! Bardzo się myli...
- Nie, dzięki. Znajdź sobie inne drzewo co?
- Daj spokój, nie jesteś taka gruba, ja tez nie, zmieścimy się.
- Taaaak? - Unoszę brew. - Nie jestem pewna... - Szybko wyciągam ręce i dotykam barku Halta... W tym samym momencie mam wizje.
Otwieram oczy siedząc nadal na gałęzi. Wzdycham cicho i rozglądam się. Halt siedzi obok i trzyma mnie za ramiona.
- W porządku? - pyta.
- Taak...? Puść mnie.
- Pewna jesteś.
- Tak. Mówie niewyraźnie?! - Szarpię sie i szybko schodzę z drzewa. Wskakuję na konia a zaraz potem ruszmay dalej. Przez resztę drogi nie odzywam sie słowem...
W końcu dojeżdżamy do jakiegoś miejsca. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy. Czuję tylko że sie zatrzymujemy więc zsiadam z konia. Głaszczę wierzchowca i mruczę coś do niego. Nagle ktoś kładzie rękę obok mojej na szyi konia. Odwracam się szybko by zmiażdżyć wzrokiem... Mild?
- No i jak ci sie podoba? - pyta.
- Ale co? - odowiadam niemrawo. Szybko zmieniam minę.
<Mild?>

środa, 18 listopada 2015

Od Atlanta c.d. Frelser - Krótka rozmowa

Gambit fuknął po kociemu na dziewczynę, ale nie odezwał się do niej. Wręcz ceremonialnie przeszedł obok niej by dostać się do poszkodowanego. Na co dziewczyna jedynie roześmiała się.
 -Ty pewnie jak zwykle wiesz o czym rozmawia się w porcie prawda?- Atlant przychylił się do piratki, korzystając z okazji, że smok i Gambit byli zajęci czym innym. Squall zmarszczyła brwi, domyślała się jednak czego może chcieć mężczyzna. Przytaknęła powoli i nastawiła uszu, jednak wzrokiem śledziła tamtych dwoje.
 -Muszę wiedzieć co się dzieje na kontynencie. Jestem tutaj już dłuższy czas i ukrywam się przed wojskami. Historyjka o "władowaniu" była wymyślona na miejscu.- Mówił półgłosem, ale zachowywał się swobodnie, jaby rozmowa dotczyła pogody.
 -No proszę? Dezerter boi się armii?- Uśmiechnęła się jadowicie.
 -To miejsce - Hidden, jednak istnieje.- Kontynuował, nawet nie zwracając uwagi na słoa dziewczyny. -Co więcej jeszcze dziś powinna przybyć tutaj kolejna osoba. A może i więcej, prawda jest taka, że czy wtedy skłamałem czy nie Hidden powstaje, a równocześnie od tej chwili jest zagrożone. Arsman czuje się panem świata, też tego skrawka ziemi. Poznałem go na tyle dobrze by wiedzieć, że kiedy dojdą do niego wieści o istnieniu niezależnego państwa na terenie niczyim, wpadnie tutaj i zrówna wszystko z ziemią.- Tłumaczył dalej nieświadomie przybierając poważny ton, w oczach dziewczyny Lew zmienił się z starą Bestię. Nie dała jednak tego po sobie poznać.
 -I na co mnie to mówisz? Jakby obchodziła mnie twoja osoba, czy też twój "kraj" z dwojgiem poddanych.- Wskazała ręką na tamtych dwoje.
 -Kraj? Śmiesznie brzmi, bardziej "grupa buntowników, schowana za górami"- Drgnął w krótkim odruchu śmiechu. -Znam twoją kartotekę i wiem...
 -Gówno wiesz. Wiesz tyle ile pozwoliłam o sobie wiedzieć temu śmiesznemu "wywiadowi" króla. A ty wiesz tylko te bajki i portowe legendy zapisane w tych papierkach. Za dzień lub dwa wypłynę. Zostawię tobie Puszka i Jaszczura i tyle mnie zobaczysz.
 -Nie potrzebujesz przypadkiem bazy wypadowej? Proponuję układ, tutaj będziesz mogła trzymać łupy i chować się. Za jedyne chce tylko informacji ze świata, bo tutaj i ta jestem odcięty, a muszę wiedzieć co i jak gdyby miały zdarzać się tutaj jakieś najazdy.- Piratka znów się zaśmiała z drwiną.
 -Wiesz co? Zaczyna mnie to nawet ciekawić... może faktycznie tutaj zabawię? Nie myśl sobie jednak, że będę twoją usłuszną podwładną. To co chcesz wiedzieć?
 -Nie chcę wam przeszkadzać...- Oboje gwałtownie podnieśli wzrok na stojącego obok Felina. -...ale skończyliśmy i słyszeliśmy co-nieco tej waszej rozmowy. - Frelser również podniósł głowę i spojrzał na Atlanta, który jedynie pokiwał rozbawiony głową.
 -No proszę? Nie wiesz że starszych się nie podsłuchuję?
 -To nie było nic takiego, czego nie mogliby usłyszeć. -Chcieliśmy jedynie zgłosić swoje stanowisko w tej sprawie.- Uśmiechnął się szeroko i podjął pod boki.
 -A konkretnie?- Władca uniósł brew, nie do końca rozumiejąc intencje kotowatego.
 -A konkretnie to moje stanowisko mogłoby być medyczne i inżynierskie.- Zaśmiał się, na co tym samym odpowiedziała reszta grupki.
 ~Więc ja biorę lotnika i łowcę!~ Przekazał pośpiesznie Frelser i zaryczał cicho.
 -Więc tworzysz w Hidden własny wiek feniksa?- Squall zaśmiała się i uniosła kubek z kawo-rumem do toastu. -To niech ta twoja banda nie rozpadnie się z pierwszym najazdem.- Po czym wypiła resztę napoju i zamaszystym ruchem odłożyła kubek na stół, następnie wstała.
 -A ty gdzie? I co z...
 -Nie denerwuj się, jeszcze tutaj wrócę. Na razie jednak pędzi mnie alkohol, a później wybieram się na wycieczkę krajoznawczą. Wieczorem wrócę, albo nawet wcześniej.- Oznajmiła spokojnie, przeskoczyła przez barierkę i odeszła gdzieś między drzewa pogwizdując. Frelser spojrzał na pozostałych dwoje pytająco. Miał nadzieje że wiedzą coś więcej o Sztormie. Tamci jednak tylko wzruszyli ramionami równie zdziwieni.
 -Jestem głodny, jak się postaramy to do zachodu słońca przygotujemy ognisko i wieczerzę.- Atlant klasnął w dłonie i zatarł je z radością.

<??? No wiem trochę któtko, ale czekamy teraz tak naprawdę na resztę grupki :P>

środa, 11 listopada 2015

Od Lisbeth c.d. Phester’a - Tam, gdzie wschodzi słońce…

Dziewczyna delikatnie zmrużyła oczy, zupełnie jakby chciała uchronić je przed promieniami wschodzącego słońca. Choć, tym razem to nie ono kuło ją w oczy. Lis zawsze wykonywała tę czynność, gdy nie była czegoś pewna, lub chciała przejrzeć ludzi na wylot… albo i nie-ludzi, tak jak w tym wypadku. Mrużyła oczy i taksowała obcych szybkim spojrzeniem, od góry do dołu, jakby dzięki temu miała dowiedzieć się o nich absolutnie wszystkiego. Nie żeby ta czynność faktycznie jej coś dawała, ale niektórych nawyków po prostu ciężko jest się pozbyć. Nawet jeśli miało się na to dobre sto lat i dostanie się jeszcze wiele kolejnych wieków.
Zastanowiła się chwilkę nad odpowiedzią, ale niezbyt długo, by grupa nie musiała specjalnie na nią czekać. Z jednej strony właściwie w ogóle ich nie znała. Ale tak naprawdę to od wielu dekad nie znała na tym świecie już nikogo. Wszystko skończyło się dobre pięćdziesiąt lat temu, kiedy starszy brat postanowił opuścić ten świat. Choć już wtedy był wiekowy (a przynajmniej jak na czasy średniowiecza…) i bardzo rzadko się z nim widywała. Właściwie to wszystkich przyjaciół, jeśli kiedykolwiek mogła nazwać tak pozostałych Łowców straciła ponad wiek temu. Z drugiej strony było w tej bandzie coś wyjątkowego, czego nie spotykała u innych istot. Co to było? Nie miała pojęcia, a przynajmniej jeszcze nie. Ale przecież mogła się tego dowiedzieć, wystarczyło jeden gest, jedno słowo.
„Na wschód, co?”- pomyślała i uśmiechnęła się odrobinę, choć przez chustę, zasłaniającą jej pół twarzy nie można było tego dostrzec.- „Zapowiada się ciekawie. Czemu nie?”
W odpowiedzi wzruszyła odrobinę ramionami, po czym skinęła głową.
-Dobrze.- dodała krótko, na wypadek gdyby jej wcześniejsze gesty nie były dość jasne.
Pozostali członkowie grupy też najwyraźniej nie mieli zamiaru rezygnować z podróży na wschód. Każde z nich ruszyło więc z powrotem przed siebie. Prowadzili swoje wierzchowce przez las, depcząc tym samym własną ścieżkę wśród drzew, krzaków, czy też innych gęstych zarośli. Jedno było pewne, ta droga na pewno nie nadawała się na podróż. A już na pewno nie na dłuższą wyprawę, która wymagała przeprowadzania koni. Lisbeth szła tędy zaledwie wcześniejszej nocy, wiedziała więc doskonale, że przez dobre pół godziny szlak będzie robić się coraz gęstszy, węższy i trudniejszy do przejścia. Wiedziała jednak, że po tych kilkudziesięciu minutach męki, trafią na otwartą przestrzeń. I choć nie był to całkowicie odsłonięty teren to nadawał się do jazdy konnej. Ona nie miała wierzchowca, ale nie potrzebowała żadnego transportu. Na własnych nogach też da radę, a na początku wędrówki będzie to nawet znacznym ułatwieniem.
Nie musiała się pakować, bo nigdy nic ze sobą nie miała. A przynajmniej nie były to drobiazgi na tyle duże, by nie zmieściły się do kieszeni płaszcza. Najważniejsza była chusta, noże i kapelusz. Jeśli miała wszystko przy sobie, mogła wyruszyć w każdej chwili. Choć jakby się tak nad tym zastanowić to brakowało jeszcze jednej rzeczy… tym jednak mogła pomartwić się później.
-No i wszystko pięknie!- zauważyła jedna dziewczyna, kiedy kompania znów ruszyła w drogę. Ta sama, która wcześniej ochrzciła Lis „badziewiem”, choć kobieta nie czuła żadnej urazy. Raczej rozbawienie, nawet jeśli tego nie okazywała.
Gotka ruszyła za pozostałymi, trzymając się trochę z tyłu. Obserwowała każdego z nieznajomych, próbując dowiedzieć się chociaż tego z kim ma do czynienia. O dziwo, pierwsza rzuciła jej się w oczy niska, jeżeli nawet nie najniższa dziewczyna z grupy. Wyglądała jak… zwykła, ludzka kobieta, choć było w niej również coś nie-ludzkiego. Salander zbyt dużo czasu poświeciła na tropieniu i rozpoznawaniu wszelkich istot, by nie wiedzieć, że owa długowłosa nieznajoma może wcale nie być człowiekiem. Elegancka, koronkowa odzież sprawiała, że wyglądała bardzo poważnie, choć Lisbeth nigdy nie oceniała ludzi po wyglądzie. Zaraz obok niej swego konia prowadziła białowłosa dziewczynka. Szpiczaste uszy wyraźnie mówiły Gotce, że ma do czynienia z Elfką, do tego nie trzeba być żadnym ekspertem. Zaraz przed nią szła pewna dwójka, która wpadła na nią, gdy zmuszała się do wstawania. Brązowowłosą zdążyła już poznać i kilka zdań z nią zamienić. Co do jej „rasy” to… kobieta miała elfią urodę, która była naprawdę łatwo rozpoznawalna. Nie była jednak Elfką, tego Lisbeth była pewna. A zatem byli tutaj tacy mieszańcy jak ona? Dobrze wiedzieć. To nawet miła odmiana choć raz w życiu spotkać kogoś, kto nie jest pełnej krwi. Mężczyzna, który wędrował i kłócić się z krótkowłosą kobietą miał zasłoniętą twarz zielonym kapturem, więc ciężko było cokolwiek dostrzec. Choć Gotka nie wyczuła w nim niczego obcego… najprawdopodobniej był zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, którym niegdyś była i ona.
Dziewczyna skrzywiła się odrobinę. Poczuła ukłucie zazdrości, które opuściło ją tak szybko, jak się w niej zrodziło.
Wśród nich była jeszcze jedna postać, choć przyznam, że rozszyfrowanie go stanowiło dla byłej Łowczyni niełatwą zagadkę. A przecież w swoim fachu nauczyła się rozpoznawać każdego, nawet najdziwniejsze mieszanki… choć ten tutaj stanowił naprawdę wielkie wyzwanie. Może to przez jego tajemniczą aurę, która przez cały czas otaczała mężczyznę?
„No i przez to, że nie widać nawet milimetra jego twarzy.”- pomyślała.
No dobra, rozumiała, że nie każdy musi pokazywać całą twarz, zwłaszcza, że sama należała do wielbicieli chustek i kapturów. Ale na co komu taka wielka maska?! Z ptasim dziobem?! W dodatku mężczyźnie towarzyszyły dwa kruki, które albo latały gdzieś w pobliżu, albo przysiadywały na jego ramieniu.
„Wyglądają jak trzyosobowe stado.”- uznała ironicznie.
Najdziwniejsze było to, że im dłużej zdawała sobie sprawę z tego, iż jest wśród nich ktoś tak skryty i tajemniczy… w dodatku przez tą maskę nie potrafiła określić jego rasy, tym bardziej chciała mu ją zabrać. W końcu, po tych kilkudziesięciu minutach marszu i przepychania się przez gęstwinę roślin, udało im się wydostać z tej plątaniny gałęzi. I choć dalej znajdowali się w lesie, to te tereny nadawały się do jazdy konnej. Dlatego też kompanii (co poniektórzy nawet z ulgą) dosiedli swych wierzchowców. Właściwie to jedyna Lis nie miała swego rumaka, choć od początku uznała, że poradzi sobie bez transportu.
-Nie masz konia?- zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. Lisbeth odwróciła się i ujrzała młodą, białowłosą Elfkę. Dziewczyna trzymała wodze swego wierzchowca w jednej dłoni, drugą głaskała go po szyi.- Jak chcesz, to możemy pojechać razem, jakoś się zmieścimy.
Gotka uśmiechnęła się z wdzięcznością, choć przez chustkę nie było tego widać.
-Jak ci na imię?
-Mild.
-A więc Mild, dziękuję za propozycję. Ale chyba jakoś dam radę.- Elfka najwyraźniej nie była przekonana, gdyż przyjrzała się nieznajomej, unosząc lekko jedną brew.
-Będziemy jechać przez jakiś czas.- ten głos już nie należał do białowłosej. Był to głos mężczyzny, a Lis już wcześniej go słyszała. Za nią stał ten sam tajemniczy „ktoś”, dosiadający już swego konia.
-Pobiegnę obok.- zauważyła, jakby była to rzecz zupełnie normalna. Właściwie to nadludzka szybkość była jedyną zaletą, jaką otrzymała po swej „mutacji” dekady temu, choć nigdy jeszcze nie musiała biec za końmi.
-Zobaczymy.- ton w jakim to wypowiedział był spokojny, zimny i zdawałoby się nawet, że zupełnie obojętny. Może to było skrzywienie zawodowe, lub fakt, że Lisbeth rzadko kiedy rozmawiała z kimkolwiek, ale wyczuła w nim coś na kształt wyzwania. Choć równie dobrze to mogło być tylko złudzenie.
Kiedy kompania ruszyła, Gotka pobiegła za nimi. Właściwie to na początku, kiedy wierzchowce ruszyły stępa nie musiała się wysilać. Kłus tez nie stanowił żadnego problemu, bo choć musiała już biec, to nie bardzo szybko. Właściwie to przez większość czasu kompania poruszała się żwawym kłusem. Tylko jeden koń ruszył galopem… Gdy Lis zerknęła na wałacha, dostrzegła, że jego jeźdźcem jest nikt inny, jak zamaskowany mężczyzna. Nie miała pojęcia po co wybiegł na przód, choć odniosła dziwne wrażenie, że jest poddawana próbie. Cóż, skoro tak, to nie miała najmniejszego zamiaru się cofnąć.
Ruszyła przed siebie, zostawiając kłusujące towarzystwo. Po jakimś czasie dogoniła galopującego wałacha tak, że teraz biegła z nim na równi. Przez chwile przyszła jej do głowy myśl, by wyprzedzić wierzchowca… nie, wtedy pokazałaby na co ją stać. Poza tym za szybko by się zmęczyła. W końcu jednak i tak musiała przyspieszyć, gdyż zamaskowany mężczyzna pogonił swego konia. To jeszcze nie był cwał, ale daleko było temu do galopu… Mimo to biegła. Nie zatrzymała się, nie myślała nawet o zwolnieniu, choć wszystkie mięśnie bolały ją jak nigdy. Zerknęła w bok i posłała obcemu pełne nienawiści spojrzenie, ale ten nawet nie myślał by się zatrzymać. Dziewczyna wymieniła w myśli kilka przekleństw, które najlepiej pasowały do sytuacji i zwolniła biegu. Zdyszana dotruchtała do nieznajomego, który zatrzymał konia, najwyraźniej czekając na pozostałych.
-A mówiłaś, że dasz radę.- zauważył, znów tym zimnym i opanowanym głosem, który nie wyrażał żadnych emocji.
Lisbeth zaklęła najciszej jak było to możliwe i spiorunowała mężczyznę spojrzeniem, mroźniejszym niż najbardziej sroga zima.
-Zrobiłeś. To. Specjalnie.- wycedziła przez usta. Niestety, przez to, że dalej dyszała i próbowała złapać oddech, dało to mało groźny efekt.
-Zupełnie nie wiem o czym mówisz.- nieznajomy dalej utrzymywał przy swoim. Najgorsze było jednak to, że przez opanowany ton głosu ciężko było się z nim spierać.
„Jasne, bujać to my, nie nas.”
Dziewczyna zacisnęła pięść, choć zaraz zrobiła chyba najmniej oczekiwaną i, możliwe że najmniej odpowiednią rzecz. Zaczęła się śmiać, choć sama do końca nie wiedziała dlaczego. Zaraz jednak się opanowała. Usłyszała za sobą stukot kopyt, co świadczyło, że pozostali już do nich dotarli. Lisbeth wycelowała palcem wskazującym w mężczyznę z maską i, jakby nigdy nic odparła, dysząc jeszcze trochę ze zmęczenia:
-Świat jest stuknięty.- i tyle. Nic więcej. Tego typu zakończenia rozmów były jak najbardziej w jej stylu, zwłaszcza, gdy nie wiedziała co powiedzieć.
Jeszcze zmachana po, zaskakującym krótkim biegu (co jest dowodem, że „moc” jaką otrzymała, jeśli można tak ją nazwać, owszem daje jej szybkość, jednak zabiera wytrzymałość… aczkolwiek bieg za galopującym koniem bywa męczący) podeszła do karego konia, którego dosiadała młoda, białowłosa Elfka. Kaszląc i z trudem łapiąc oddech, spojrzała się w górę i zapytała:
-Czy ta propozycja podwózki… dalej jest aktualna?

Mild? Phester? A może ktoś inny...?

czwartek, 5 listopada 2015

Od Frelsera cd Atlanta - Wśród swoich

        Zanim Frelser cokolwiek odpowiedział ku wielkiemu zdziwieniu zebranych przybliżył łeb do zaskoczonej piratki. Dziewczyna odsunęła się odruchowo. Smok jednak jedynie wciągnął głęboko w nozdrza jej zapach. Nie ufał jej. Kotowaty i ten z rogami, który przedstawił się jako władca tej części kraju, nie wzbudzili jego podejrzeń. Na pewno nie byli ludźmi. Ale ona...ona wyglądała jak jedna z nich. Pachniała solą, mokrym drewnem, jej oddech lekko czuć było dawno już pitym alkoholem. Jednak ten podstawowy zapach, charakterystyczny dla każdego, wykluczał ją z grona ludzi. Uspokojony cofnął łeb i zaczął wyjaśniać:
  ~ Nazywam się Frelser, z linii Isbryter'ów. Od jakichś trzech lat błąkam się po świecie...
  - Hola! - przerwał felin, w którym obudził się dawno nieużywany instynkt medyka. - Jeśli to ma być dłuższa historia, to lepiej wracajmy. Wasza Wysokość ma może u siebie bandaże i spirytus? Medyczny - dodał widząc nagłe ożywienie dziewczyny.
  - Pewnie...ale nie mów do mnie ,,Wasza Wysokość" - odpowiedział rogaty.
  - A niech Waszej Wysokości będzie - kot wzruszył ramionami i machnął ręką do smoka by szedł za nimi. - No to co tam opowiadałeś Frel?
  Smok opowiedział im podczas drogi wszystko: od pierwszych naborów, aż po jego tułaczkę przez nieprzychylne tereny. 
  - Byłeś w armii Arsmana? - zaciekawił się Atlant.
  ~ Nie ~ sprzeciwił się Frelser. ~ Miałem walczyć przeciwko jego wojskom, o ile dobrze pamiętam...
  Felin zachichotał pod nosem.
  - Masz w takim razie niezłe wyczucie czasu gadzino - powiedział. - Arsman zajął całą Sorsinę. Teraz tylko podporządkowuje sobie mieszkańców...
  - Hidden nigdy sobie nie podporządkuje - przerwał mu Alt. - Nie ma tu miejsca dla takich jak on.
  ~ Czyli...nie ma tu ludzi? ~ dopytał się biały smok. Rogaty pokiwał głową. ~ Mogę tu zostać?
  - Oczywiście - władca uśmiechnął się przyjaźnie. - Póki co obawiam się, że Gambit i tak by cię nigdzie teraz nie puścił.
  Dotarli do jakiejś rozległej polany. Blisko ściany lasu stał nieco zarośnięty domek z werandą. Nagle kot rzucił się do przodu, przeskoczył barierkę i szybko wziął w łapy stojący na stoliku czajnik. Westchnął z ulgą.
  - Kawa jeszcze ciepła! - zawołał do reszty, jakby informacja ta była wagi międzynarodowej.
  - Ten sierściuch jest definitywnie uzależniony - stwierdziła piratka, po czym pacnęła smoka w bark. - A tak w ogóle to jestem Squall.
  Dziewczyna rozsiadła się na jednym z krzeseł. Tymczasem Gambit nagle oprzytomniał i rzucił smokowi, by się nigdzie nie wybierał, po czym zniknął z Atlantem w domku. Gad położył się na ziemi i ułożył łeb na łapach. Uważnie obserwował wszystko dookoła. Nagle Squall podniosła ze stołu jakąś manierkę. Po odkorkowaniu do nozdrzy samca dotarła znajoma woń. Podniósł łeb i gapiąc się w piersiówkę oblizał pysk. Piratka zwróciła na to uwagę. Uśmiechnęła się.
  - Co? Chcesz trochę rumu? - zażartowała, ale gdy gad pokiwał głową uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Dawaj! Łyknij sobie, póki kocur nie patrzy.
  Wystawiła rękę za barierkę, a Frel zadowolony podsunął łeb i lekko otworzył paszczę...
  - SQUALL! ANI MI SIĘ WAŻ!
  Smok spojrzał zawiedziony w stronę wejścia. Gambit ostrzegawczo mierzył w dziewczynę palcem. Atlant natomiast usiadł tylko na krześle i patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę.
  - Nie przesadzaj kotku - odparła przekomarzającym tonem piratka, dalej trzymając manierkę nad pyskiem gada, który pełen nadziei ponownie otworzył paszczę. - Alkohol rannemu nie zaszkodzi, a krzepy doda i te twoje męczarnie łatwiej zniesie.
  - Nie. Ruszaj. Tą. RĘKĄ! - z każdym słowem felina ręka  Squall przechylała się i w końcu wlała zawartość piersiówki do pyska smoka. Dla Frelsera było to co prawda nieco mało, ale wystarczyło, by mógł poczuć przyjemny mu posmak. Spojrzał dziękczynnie na dziewczynę, a potem tryumfalnie na kota.

Squall? Atlant? Staram się trzymać formę w opkach x3

środa, 4 listopada 2015

Od Atlanta c.d. Malika i Frelsera - Mała sprzeczka

Podczas gdy futrzasty towarzysz piratki zaglądał jej do kubka, Atlant uświadomił sobie że nie zna jeszcze imienia felina goszczącego w jego domostwie.
 -Swoją drogą, jakim mianem mogę się do ciebie zwracać?
 -Mali...- Wypalił bez namysł, ale zaraz się zreflektował. -Naczy się Gambit, wolę gdy tak się do mnie zwraca.- Uśmiechnął się niewinnie.
 -Chwila moment... Kiciu, coś ty chciał powiedzieć najpierw? Hm?- Squall zaraz wyłapała błąd chłopaka. Mali...co?- Prowokowała go z łobuzerskim uśmieszkiem. Gambit chciał się jakoś szybko wyłgać, ale uwagę wszystkich przykuł krzyk. Ale nie taki rzeczywisty krzyk, było to wołanie o pomoc słyszalne jedynie w ich głowach. Atlant zerwał się na równe nogi. Alt wyczulił zmysł którego tak dawno nie używał. Czuł zaniepokojenie, zainteresowanie i gotowość swoich gości i coś jeszcze. Strach utraty życia stworzenia gdzieś niedaleko. Zanim jednak zdołał powiedzieć o tym pani kapitan Przeskoczyła ganek i popędziła w kierunku z którego jak się wydawało dochodziło wołanie.
 -Za nią.- Rzucił twardo. Malikowi zdawało się że głos leonisa niejako zmienił się. Zignorował jednak w tym momencie kwestie głosu. Obaj ruszyli w ślad dziewczyny. W tym czasie Squall dodarła już do polany, na której zastała niecodzienny widok. Srebrny smok, wił się w gęstej siatce, a koło niego kręcili się niemali mężczyźni. Błagalnemu spojrzeniu gada zawtórowały słowa w jej głowie: "Proszę pomóż". Głupia nie była, wiedziała jaka to scena jest przed nią odgrywana, smokobójcy niemal mieli swój łup. Piratka naciągnęła kaptur na twarz i doskoczyła do herszta bandy zamachującego się na gada pokaźnych rozmiarów toporem. Kopnęła go w brzuch, na tyle mocno że wypuścił z dłoni broń i upadł na ziemie przewracając fikołka.
 -Panowie... Ładnie to tak na cudzą zdobycz czatować?- Demonstracyjnie kładąc stopę na cielsku smoka i uśmiechnęła się diabolicznie, prezentując ostre kły. Pobliźniony wojownik splunął i wstał, a jego towarzysze otoczyli kobietę.
 -Panieneczko, młode damy siedzą przy krośnie w chacie. A nie po lasach kłopotów szukają.- Jego głos był mocno zachrypnięty i głęboki. W miarę jak się przybliżali, krąg wokoło niej również się zacieśniał. Żaden z nich jeszcze nie rozpoznał kobiety, ani niebezpieczeństwa jakim ona była. Nawet ostrzegawczy grymas nieokiełznanej radości zakrywał szeroki kaptur.
 -Stać!.- Zdecydowany i twardy ton Atlanta sprawił że smoczy łowcy zatrzymali się i obrócili na nowego przybyłego. W oczy Malika rzucił się widok rannego stworzenia skrępowanego łańcuchami. Felin nie bacząc na resztę zajął się na chwilę obecną przynajmniej tamowaniem krwotoku i względnym opatrunkiem. Tyle o ile pozwalała na to siatka.
 -Ktoś ty?- Zawołał dowódca arogancko. Teraz cała uwaga skupiła się na Bestii.
 -To ja powinienem o to zapytać. Co robicie na moich ziemiach? I jak śmiecie polować tutaj?- Teraz jego postać faktycznie pokazywała surowego i bezwzględnego dowódcę. Nawet Squall zwróciła na niego uwagę i zwątpiła czy nie ma przed sobą starą Bestie.
 -Dogadajmy się. Myśmy zwykli łowcy, zabieramy zwierza i więcej nas już nie zobaczysz.- Mężczyzna próbował być cwany, jednak Alt, nie miał ochoty oddawać im smoka.
 -Smok zostaje, ale wy macie odejść.- Był nie ugięty, a wyprostowana sylwetka i chłodne spojrzenie nie pozwalało nawet myśleć że zmieni zdanie.
 -O nie... Nie po to targaliśmy się za tym potworem by teraz okiwał, nas tutejszy "Król"- Łowca wypowiedział te słowa w najbardziej obraźliwy i ohydny sposób jaki mógł. -Chłopcy brać chama i dziewkę!- Zakomenderował swoim podwładnym którzy ryknęli głośno. Atlant dobył miecza, a  na ustach Squall, widząc to "przyzwolenie" na walkę, ponownie rozkwitł zbójecki uśmieszek. Ostrza tych dwojga zabłysły w powietrzu i dwoje padło. Pozostała trójka wraz z przywódcą wcale nie miała zamiaru odpuszczać, wręcz przeciwnie ich zapał do walki stał się jeszcze zagorzalszy. Podczas gdy kapitan i Lew zajęci byli walką, herszt podkradł się by ponownie spróbować zabić smoka. Malik zajęty w tym czasie ranami nie zauważył zagrożenia. Dopiero ryk gada obudził wszystkich i to Atlant zdołał w porę zareagować i wdać się w walkę. Ciężki topór znacznie spowalniał przeciwnika. Jednak jego ciosy były tak silne że chłopakowi dzwoniły zęby. Cudem sparował cios na jego tors, jednak odbił ostrze i z nabranym impetem wykonał półobrót, następnie ciął od obojczyka aż po biodro. Smokobójca zachłysnął się krwią, charknął coś i upadł na kolana. W tym czasie dziewczynie został dwoje przeciwników.
 -Squall!- Atlant zawołał kobietę i oboje pożałowali. Bo odwróciła się, a przeciwnicy wykorzystując chwilę rozkojarzenia wymierzyli cios. Piratka cudem uniknęła rozbicia głowy. Jedynie Kaptur odsłonił jej twarz. Zwierzęce oczy błysnęły w słońcu, a do łowców dopiero teraz dotarło z kim mieli do czynienia. Było jednak dla nich za późno. Szelmowski uśmieszek wykrzywił jej usta i na chwilę później obaj padli martwi spod jej szabli. Atlant widząc tylko że dziewczyna jest cała podszedł do smoka.
 -Co z nim?- Zapytał felina, zajętego cały ten czas pilnowaniem by smok trzymał się przy życiu.
 -Nie widać hektolitrów krwi?! Łatwiej by mi było bez tej stalowej siatki.- Wskazał na wiążący problem. Chłopak z pomocą piratki w miarę sprawnie pozbyli się łańcuchów i odrzucili je w bok. Smok rozprostował skrzydła zapewniając dla okolicznych drzew nowy, czerwony wzorek w kropki.
 -Hej, hej, hej! Kolego połóż ty się na glebie!- Zawołała Squall wycierając krew.
 ~Przepraszam...~ Wszyscy usłyszeli ponownie głos w gada w swoich głowach.
 -I nie ruszaj się proszę, jeśli dasz się opatrzyć wyzdrowiejesz w kilka dni.- Kotowaty zerwał kolejny pas ubrania i ścisnął przy skrzydle.
 -Możesz być już spokojny. Tylko jak tutaj trafiłeś? I kim jesteś?- Zapytał Alt.

Malik? Frelser? Cza zrobić coś z trupami... I czekamy na dołączenie reszty grupki do nas :D