Blade, kościste dłonie jak u kostuchy delikatnie wygrzebały coś z trawy i
mchu. Czemu bacznie przyglądały się błyszczące oczy ciekawskiej elfki.
Omal nie wybiła sobie brody o ramię mężczyzny gdy tuż koło niej coś
głośno zakrakało.
-Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.- Skomentował półgłosem medyk, na co dziewczyna odpowiedziała niewinnym uśmieszkiem.
-To co takiego tam chowasz?- spięła się na palce próbując dojrzeć
przedmiot schowany w dłoniach mężczyzny. W czym już nie przeszkadzał jej
czarny kruk na gałęzi obok. Wampir powoli pokazał jej swoje znalezisko,
a konkretnie małe, jeszcze nieopierzone pisklę. Mild nieznacznie
skrzywiła się patrząc na stworzenie które przypominało raczej
przerośniętego robaka nieżeli jakiegoś ptaka.
-Co z nim zrobisz?- Przeniosła wzrok na maskę usilnie dopatrując czegoś
co świadczyłoby o obecności kogokolwiek pod nią. Medyk bez słowa
podsunął maleństwo pod dziób swojego towarzysza. Elfka aż otworzyła
szerzej oczy.
-Nie! On go zje!- Zaprotestowała głośno i spruowała wyrwać pisklę z rąk
mędrca, ale Gienah był szybszy i pochwycił małego ptaka.
-Czemu to zrobiłeś?- Oburzyła się, a lekarz dostrzegł że oczy jej się
lekko zaszkliły. -Zabiłeś go, a on jeszcze żył! Mogłeś dać go mnie,
zaopiekowałabym się nim!- Zaczęła machać w złości rękoma i podnosić
głos. Co jednak nie prawiło na mężczyźnie najmniejszego wrażenia. Długi
dziób jego maski powoli się podniusł, mimowolnie dziewczyna podążyła za
nim wzrokiem i od razu się uśmiechnęła. Okromny czarny ptak, wcale nie
zjadł pisklęcia, tylko zaniusł je do gniazda.
-To gniazdo pustułki. W gnieździe jest pięć skorup jaj, mimo że te
ptaki składają zazwyczaj tylko cztery.- Mówił spokojnie, nawet nie
spuszczając wzroku z gniazda. Mimo że opowiadał o ptakach, jego jak
zwykle beznamiętny ton sprawiał że wokoło robiło sie jakby chłodniej.
-Jaskółka.- Dodał po chwili. -Podrzuca swoje dzieci innym, a te nieraz
wyrzucają soich przyranych braci.- Wyjaśnił jeszcze do końc i zamilkł.
Mild poczuła się niezręcznie, że naskoczyła na mężczyznę jak się okazało
bezpodstawnie. Spojrzała w kierunku Kruka, ale jego czarnej postaci już
tam nie było. Obróciła się wokół własnej osi szukając wzrokiem czarnej
postaci, ale nigdzie nie mogła go dostrzec, jakby rozpłynął się w
powietrzu.
-Phester?- Cicho mruknęła licząc na odpowiedź, zamiast niej dostała
tylko głośne krakanie. Na jej ramieniu wylądowała Kraz. Rozpoznała w
stworzeniu jednego z towarzyszy medyka, co znaczyło że jest w pobliżu.
-Gdzie twój pan ptaszku?- Zapytała na co kruk zatrzepotał skrzydłami i
wzbił się w powietrze. Elfka obróciła się za nim i zobaczyła ponownie
smukłą postać w masce powoli idącą przez las. Dziewczyna zamrugała kilka
razy zdezorientowana, o czym puściła się pędem w stronę towarzysza.
-Przepraszam...- Wysapała gdy zrównała z nim kroku, mężczyzna w ciszy kontynuował marsz, tak jakby jej nie było.
-Jesteś zły?- Zerknęła na niego jak zbity szczeniak.
-Nie mam do tego powodów.- Końcówka jego maski skierowała się w stronę
elfki co od razu wprawiło ją w lepszy humor. Mimo że był to minimalny
ruch to u niego zdawał się on być niczym w porównaniu z nawet najżywszą
reakcją u kogokolwiek. Mild od razu zaczęła raźniej maszerować ramię w
ramię z nieco przerażającym mężczyzną i lecącymi po bokach krukami.
-Na prawdę nie jesteś zły?- zapytała raz jeszcze dla pewności
-Nie.- Rzucił krótko już nie patrząc w jej stronę. Dziewczyna chwilę
milczała, ale Phester wiedział że to tylko wstęp do kolejnego, długiego
pytania.
-Nigdy nie jesteś zły?
-Nie.
-Dlaczego?- Zdawało się że odpowiedź nigdy nie nadejdzie, więc od razu
przeszła do kolejnego pytania. -A szczęśliwy? Albo smutny? Też nigdy nie
jesteś?
-Jestem, jak każdy
-Jakoś nie widać...- Burknęła tak by nie słyszał, a przy najmniej tak jej się zdawało.
-W ogóle to gdzie idziesz?- Znów pytanie.
-Do biblioteki.- Tradycyjnie nie dodawał nic więcej.
-Jest tu taka?- Medyk uznając zbędnym udzielanie odpowiedzi tylko nieznacznie skinął głową.
-A gdzie jest?- Dziób maski delikatnie drgnął wskazując jakiś kierunek.
-A po co tam idziesz?
-Dowiedzieć się czegoś.
-A czego?
-Wielu rzeczy.- Po długie serii pytań dziewczyny zapadła chwilowa
cisza. Której Mild jednak nie zniosła i od razu zadała kolejne.
-A daleko to?
-Nie.- Rzucił i zatrzymał się. Elfka energicznie zaczęła machać głową w
poszukiwaniu owej biblioteki. Ale jedyne co dostrzegła to niezwykle
gęste zarośla. Starą bukowinę obrośniętą ciemnym bluszczem i skalną
ścianę.
-To tu?- Zdziwiła się wychylając tak by choć spróbować zajrzeć mu w
oczy. Ponownie jej jedyną odpowiedzią była cisza. Phester postąpił kilka
kroków i za nużył dłoń w gęstych liściach pnączy. Coś zachrobotało,
zaskrzypiało. Kruk jednym szybkim ruchem zerwał sporą część bluszczu
odkrywając fragment starego muru i zbutwiałe już drzwi.
-Skąd wiedziałeś że to tutaj jest?!- Dziewczyna aż szerzej otworzyła
oczy widząc znalezisko. Mędrzec podniósł chudy palec wskazując coś nad
nimi, a konkretnie komin, który jako jedyny wystawał znad zarośli.
<Mild? Mam nadzieję że zadowolona :)>
piątek, 10 czerwca 2016
Od Malika cd Ziio - ,,Niebezpieczni" intruzi
Gambitowi raczej średnio podobała się wizja łażenia po lesie i, co gorsza, pracowania. To chyba nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt jak bardzo dużo w genach udzieliło mu się typowo kociej natury. Tyle dobrze, że w końcu dostał swoją kawę. Może to powstrzyma go przed uduszeniem minstrelki za podpuszczanie Alta do rozdzielania pożytecznych zadań...
Za domkiem władcy znajdował się mały skład materiałów. Krzywe, sękate deski leżały we względnym ładzie na stosie po pięć w jednym rzędzie i po dwie ułożone poziomo przy końcach tworząc ,,pięterka". Malik wziął pięć z samej góry, po czym bezpardonowo wepchnął je w ręce harpii.
- Masz, przydaj się na coś - powiedział i zabrał się za następne pięć. Tyle powinno wystarczyć do tymczasowego zaznaczenia kształtu strażnicy. Będą musieli potem obrócić się po kolejne...
- Hola! - zbuntowała się Ziio z powrotem oddając deski felinowi. - Po cholerę mam to nosić?
- Tak będzie szybciej? - doparł sarkastycznie Malik.
- Oj, nie nie nie, kochany! Mam lepszy pomysł - zaproponowała, a kot skrzywił się lekko za nazwanie go ,,kochanym". - Mogę przelecieć nad lasem i znaleźć zawczasu jakieś dobre miejsce, a potem zawrócić i ci je wskazać. Nie sądzisz, że tak będzie lepiej?
- To weź to miejsce znajdź od razu przynosząc tam deski - upierał się Gambit.
- Niby jak? Nie mam osobnej pary skrzydeł!
- Ale masz orle szpony - chłopak przewrócił oczami. - Od czegoś ptaki drapieżne je mają, prawda?
Dziewczyna fuknęła niezadowolona z obrotu spraw, ale po minucie dąsów podleciała lekko nad stosik z drewnem i chwyciła w szpony trzy deski. Lepsze to niż nic, pomyślał Malik śledząc wzrokiem lecącą nad las Ziio, po czym wziął jeszcze młotek oraz gwoździe do sakwy i ruszył jej śladem między drzewa. Nie wiedzieć czemu widok obruszonej harpii nieco poprawił mu humor.
Śpiewaczka chyba się na nim mściła. A przynajmniej tak się wydawało sfrustrowanemu Gambitowi, gdy po raz piąty zmieniała kierunek lotu wołając ,,Nie, czekaj, to chyba było jednak tam!", by zaraz potem znowu zmienić zdanie. Zamruczał pod nosem gdzie też może sobie wsadzić to swoje ,,tam" i skręcił poprawiając w rękach ciążące mu już deski. W końcu jednak chyba już jej wystarczyło, albo sama się zmęczyła, bo w końcu wylądowała na całkiem sporym, rozłożystym dębie. Kot zrzucił deski u jego korzeni i gdy otrzepywał dłonie nagle tuż przed jego nosem poleciały w dół trzy inne, niemal miażdżąc mu stopy. Spojrzał w górę wściekły.
- Ups - powiedziała złośliwie harpia. - Chyba mi wypadły.
- To teraz się pofatyguj, by je tam wywlec z powrotem - odparł.
- Nie marudź. Wiesz jaki stąd jest wspaniały widok?
Nie widział. Skąd mógł to ocenić? Podszedł więc do grubego pnia i odbił się od wystającego korzenia. Chwycił się kory wbijając w nią kocie pazury, sprawnie wspiął się na górę i usiadł na konarze naprzeciwko Ziio. Rzeczywiście, widok niczego sobie. Co najważniejsze, dobrze było stąd widać szlak...a na nim obecnie dwie znajome Malikowi sylwetki. Zmrużył oczy.
- Czy to Halt i Squall? - zdziwił się.
- I ktoś trzeci - dodała minstrelka.
Dopiero teraz felin dostrzegł małą sylwetkę między nimi. Jakiś dzieciak? Nie, nawet na pięciolatka za małe...skrzat? Machnął łapą niedbale, nie chcąc teraz się nad tym zastanawiać.
- Kolejny włóczęga - powiedział. - Lepiej zajmijmy się już tymi strażnicami. Jeśli się pospieszymy, jutro będzie już można zacząć właściwą budowę.
Ziio wzruszyła ramionami i zeskoczyła z drzewa, by podać kotu deski. Gambit cierpliwie i starannie poprzybijał je tworząc szkielet półkolistej platformy ciągnącej się na trzy konary. Na więcej nie starczyło im materiału. Na razie jednak wystarczało jedynie zaznaczyć ogólny kształt. Jutro Frelser już powinien być w stanie latać i zajmie się noszeniem desek do oznaczonych drzew. Trzeba będzie też zaciągnąć jeszcze kogoś do roboty, na przykład Halta i Atlanta. Może i leonis był władcą, ale Malik już zdołał się przekonać, że do typowych to on raczej nie należał i propozycja pomocy w budowie raczej go nie urazi.
W końcu zadowolony z siebie felin zeskoczył z drzewa lądując miękko na ugiętych nogach.
- No, to możemy iść do nastę...O BOGOWIE! - krzyknął nagle, bowiem tuż koło jego stopy coś białego nagle warknęło wściekle.
Harpia spojrzała zdziwiona na powód całej paniki i nie mogła powstrzymać śmiechu. Był to mały, biały terrier z lśniącą, czyściutką pokrywą włosową zamiast sierści. Właściciel aby podkręcić to wrażenie grozy zawiązał mu na szyi czerwoną kokardę. Ziio roześmiała się.
- To tylko szczeniak! - zawołała szukając wzrokiem Malika, który nagle gdzieś zniknął. W końcu spojrzała w górę - felin trzymał się kurczowo pnia na wysokości około dwóch metrów. Pokręciła głową z niedowierzaniem i wzięła terrierka na ręce. - Spokojnie, bestia spacyfikowana! Możesz już zejść!
Gambit lekko zażenowany swoją gwałtowną reakcją zsunął się z powrotem na dół.
- Prawie mnie w stopę użarł... - starał się wybronić otrzepując ubranie z kawałków kory. Ziio jednak przerwała mu chwytając go za czubek głowy i odwracając w stronę lasu.
A tam na ścieżce stała jak słup soli młoda dziewczyna w nienagannej czerwonej sukience i dobranym pod kolor kapeluszu z szerokim rondem.
Emma? Ziio? Obiecałam ci to opo Ri :P
Za domkiem władcy znajdował się mały skład materiałów. Krzywe, sękate deski leżały we względnym ładzie na stosie po pięć w jednym rzędzie i po dwie ułożone poziomo przy końcach tworząc ,,pięterka". Malik wziął pięć z samej góry, po czym bezpardonowo wepchnął je w ręce harpii.
- Masz, przydaj się na coś - powiedział i zabrał się za następne pięć. Tyle powinno wystarczyć do tymczasowego zaznaczenia kształtu strażnicy. Będą musieli potem obrócić się po kolejne...
- Hola! - zbuntowała się Ziio z powrotem oddając deski felinowi. - Po cholerę mam to nosić?
- Tak będzie szybciej? - doparł sarkastycznie Malik.
- Oj, nie nie nie, kochany! Mam lepszy pomysł - zaproponowała, a kot skrzywił się lekko za nazwanie go ,,kochanym". - Mogę przelecieć nad lasem i znaleźć zawczasu jakieś dobre miejsce, a potem zawrócić i ci je wskazać. Nie sądzisz, że tak będzie lepiej?
- To weź to miejsce znajdź od razu przynosząc tam deski - upierał się Gambit.
- Niby jak? Nie mam osobnej pary skrzydeł!
- Ale masz orle szpony - chłopak przewrócił oczami. - Od czegoś ptaki drapieżne je mają, prawda?
Dziewczyna fuknęła niezadowolona z obrotu spraw, ale po minucie dąsów podleciała lekko nad stosik z drewnem i chwyciła w szpony trzy deski. Lepsze to niż nic, pomyślał Malik śledząc wzrokiem lecącą nad las Ziio, po czym wziął jeszcze młotek oraz gwoździe do sakwy i ruszył jej śladem między drzewa. Nie wiedzieć czemu widok obruszonej harpii nieco poprawił mu humor.
Śpiewaczka chyba się na nim mściła. A przynajmniej tak się wydawało sfrustrowanemu Gambitowi, gdy po raz piąty zmieniała kierunek lotu wołając ,,Nie, czekaj, to chyba było jednak tam!", by zaraz potem znowu zmienić zdanie. Zamruczał pod nosem gdzie też może sobie wsadzić to swoje ,,tam" i skręcił poprawiając w rękach ciążące mu już deski. W końcu jednak chyba już jej wystarczyło, albo sama się zmęczyła, bo w końcu wylądowała na całkiem sporym, rozłożystym dębie. Kot zrzucił deski u jego korzeni i gdy otrzepywał dłonie nagle tuż przed jego nosem poleciały w dół trzy inne, niemal miażdżąc mu stopy. Spojrzał w górę wściekły.
- Ups - powiedziała złośliwie harpia. - Chyba mi wypadły.
- To teraz się pofatyguj, by je tam wywlec z powrotem - odparł.
- Nie marudź. Wiesz jaki stąd jest wspaniały widok?
Nie widział. Skąd mógł to ocenić? Podszedł więc do grubego pnia i odbił się od wystającego korzenia. Chwycił się kory wbijając w nią kocie pazury, sprawnie wspiął się na górę i usiadł na konarze naprzeciwko Ziio. Rzeczywiście, widok niczego sobie. Co najważniejsze, dobrze było stąd widać szlak...a na nim obecnie dwie znajome Malikowi sylwetki. Zmrużył oczy.
- Czy to Halt i Squall? - zdziwił się.
- I ktoś trzeci - dodała minstrelka.
Dopiero teraz felin dostrzegł małą sylwetkę między nimi. Jakiś dzieciak? Nie, nawet na pięciolatka za małe...skrzat? Machnął łapą niedbale, nie chcąc teraz się nad tym zastanawiać.
- Kolejny włóczęga - powiedział. - Lepiej zajmijmy się już tymi strażnicami. Jeśli się pospieszymy, jutro będzie już można zacząć właściwą budowę.
Ziio wzruszyła ramionami i zeskoczyła z drzewa, by podać kotu deski. Gambit cierpliwie i starannie poprzybijał je tworząc szkielet półkolistej platformy ciągnącej się na trzy konary. Na więcej nie starczyło im materiału. Na razie jednak wystarczało jedynie zaznaczyć ogólny kształt. Jutro Frelser już powinien być w stanie latać i zajmie się noszeniem desek do oznaczonych drzew. Trzeba będzie też zaciągnąć jeszcze kogoś do roboty, na przykład Halta i Atlanta. Może i leonis był władcą, ale Malik już zdołał się przekonać, że do typowych to on raczej nie należał i propozycja pomocy w budowie raczej go nie urazi.
W końcu zadowolony z siebie felin zeskoczył z drzewa lądując miękko na ugiętych nogach.
- No, to możemy iść do nastę...O BOGOWIE! - krzyknął nagle, bowiem tuż koło jego stopy coś białego nagle warknęło wściekle.
Harpia spojrzała zdziwiona na powód całej paniki i nie mogła powstrzymać śmiechu. Był to mały, biały terrier z lśniącą, czyściutką pokrywą włosową zamiast sierści. Właściciel aby podkręcić to wrażenie grozy zawiązał mu na szyi czerwoną kokardę. Ziio roześmiała się.
- To tylko szczeniak! - zawołała szukając wzrokiem Malika, który nagle gdzieś zniknął. W końcu spojrzała w górę - felin trzymał się kurczowo pnia na wysokości około dwóch metrów. Pokręciła głową z niedowierzaniem i wzięła terrierka na ręce. - Spokojnie, bestia spacyfikowana! Możesz już zejść!
Gambit lekko zażenowany swoją gwałtowną reakcją zsunął się z powrotem na dół.
- Prawie mnie w stopę użarł... - starał się wybronić otrzepując ubranie z kawałków kory. Ziio jednak przerwała mu chwytając go za czubek głowy i odwracając w stronę lasu.
A tam na ścieżce stała jak słup soli młoda dziewczyna w nienagannej czerwonej sukience i dobranym pod kolor kapeluszu z szerokim rondem.
Emma? Ziio? Obiecałam ci to opo Ri :P
niedziela, 5 czerwca 2016
Od Tenzina - Uratował Wilk Jagnięcie...
~ Tenzinie!
Łowca uniósł gwałtownie szare powieki. Nie spał. Nie musiał. Jego organizm do najnormalniejszych pod względem podtrzymywania funkcji życiowych nie należał. Nie potrzebował jedzenia, odpoczynku, a nawet i tlenu. Zupełnie jakby jego ciało było tylko zlepkiem samowystarczalnych mięśni przywiązanych do kości ścięgnami. Gdyby z jego skóry wyrastały liście, można by wytłumaczyć to wszystko procesem fotosyntezy, ale do wszelkich dziwactw Tenzina listki zamiast wełny nie należały. Gdy więc kilka godzin temu wspiął się na drzewo, ułożył wygodnie na konarze i tak trwał w tej samej pozycji do teraz, to nie po to, by zasnąć. To on tutaj tulił śmiertelników do snu. Po prostu potrzebował na chwilę zamknąć oczy. Każdy tego potrzebuje. Raz na jakiś czas człowiek musi się położyć lub odchylić na krześle, założyć ręce za głowę i po prostu zmrużyć powieki. Odciąć się od światła. Od męczących obrazów. Na chwilę nie robić nic, nie istnieć dla reszty świata. Niech cię wołają, szukają, ale ciebie teraz nie ma. Jesteś gdzieś indziej. Trudno określić gdzie dokładnie, ale stamtąd nie da się ,,od tak" wrócić.
Dla Tenzina takie zamknięcie oczu było czymś niezbędnym. Ta czynność zastępowała mu stulecie bez snu, tlenu i pokarmu. Nie potrzebował odpoczynku, a jednak go znajdował. Pogrążony w błogim letargu miał czas myśleć o sprawach, na które normalnie nie miał czasu, bo w porównaniu do jego obowiązków wydawały się po prostu głupie i nieistotne. Mimo wszystko jednak życie służącego śmierci nie pozwala na zbyt długie przerwy. Wystarczyło więc tylko jedno ostrzegawcze warknięcie Suowei, a Owca chwyciła łuk i z pozycji leżącej zerwała się w kucki, czujnie rozglądając dookoła.
~ Ktoś tu idzie... ~ Wilk niespokojnie owijał się wokół drzewa.
- To gościniec, Su. Jedyny w okolicy - zauważył Łowca z westchnieniem. - To raczej nic nadzwyczajnego, że ktoś nim idzie w naszym kierunku. Nie ma innego wyboru.
~ Ale oni idą po NAS, Owieczko. Czuję to...
Tenzin spoważniał. Przyklęknął na gałęzi, twarzą w stronę, z której mieli nadejść obcy. Na przemian rozprostowywał i zaciskał palce na łuku, gotowy w każdej chwili oddać strzał. Ufał instynktowi swojej przyjaciółki. Nigdy go nie zawiodła. Tym razem też nie mogło być inaczej.
Owca i Wilk zdawali sobie sprawę, że nie każde ludzkie plemię widząc ich od razu pada na kolana. Nie byli czczeni na skalę światową, mało która religia obejmuje cały świat. Zdarzały się kultury, w których ich sylwetki gnębiono za samo bycie powiernikami śmierci. Jednak zgoła częściej trafiali na przypadki, w których przypadkowi świadkowie ich polowań w ogóle nie zdawali sobie sprawy kim właściwie są. Dla niczego nieświadomego wieśniaka Tenzin był jakimś humanoidalnym mutantem, który właśnie zastrzelił człowieka, a warcząca na intruza Suowei wcale nie poprawiała sytuacji. Skąd mógłby wiedzieć, że Łowca nie zrobiłby mu krzywdy, póki sama śmierć by się o niego nie upomniała? Przerażony kmieć wracał pędem do domu i relacjonował, że widział w lesie potwora. Wtedy z reguły następowała powszechna mobilizacja i już wieczorem szykowano obławę na mieszańca. Jakby nie patrzeć, wszelkie konflikty, od zwykłych kłótni po całe wojny, z reguły zaczynają się od zwykłych nieporozumień. Taka pierdoła, a cały świat mógłby się zawalić, bo jakiś ważny człowiek nieopatrznie zrozumiał jeszcze ważniejszego człowieka lub zaszła jakaś literówka w ważnym dokumencie. Przecież wystarczyłoby poczekać, aż Tenzin się wytłumaczy ze swoich czynów...
Niestety, w parze z niecierpliwością czasem idzie pochopność. Jeśli dodamy do tego skłonności do histerii, wyniki będą katastrofalne. A biedna Owieczka miała to szczęście, że zawsze trafiała na niecierpliwych histeryków wyciągających pochopne wnioski z zaistniałej sytuacji.
Oczywiście przyszli w sześciu. Magiczna liczba. Gdziekolwiek nie udawaliby się gotowi na bijatykę, ludzie zawsze zabierali ze sobą towarzyszy. Wedle dalej nie zrozumiałej przez Tenzina zasady, liczba kompanów nie powinna być mniejsza niż pięć, ani większa od siedmiu. Tak więc sześć stanowiło to święte medium. Trzymała się ona za to tylko przypadków skrajnego zidiocenia, gdy ktoś był na tyle przestraszony by iść na spotkanie samemu, ale równocześnie nie chciał stracić w oczach towarzyszy za sprowadzanie całej wioski przeciwko jednej osobie.
Teraz jednak coś się Owcy nie podobało - przybysze byli odziani w grube pancerze porządnej roboty. Przygotowali się na to, że ktoś będzie do nich strzelał. Łowca na wszelki wypadek zaczął celować nieco wyżej, w odsłoniętą przerwę między hełmem a zbroją. Suowei oczywiście nie zamierzała się ukrywać. Zawarczała groźnie opływając dookoła drzewo, na którym czaił się Tenzin. Mężczyźni od razu sięgnęli po broń, chociaż uwadze obojgu Wiecznych Łowców nie umknął fakt, że trójce z nich ręce zaczęły się trząść.
- Wyłaź, poczwaro! - zakrzyknął gromko ten na przedzie, zapewne lider, po czym ruszył naprzód. Zatrzymał się, gdy tuż koło jego stopy wbiła się biała eteryczna strzała.
- Ani kroku dalej - ostrzegł go Tenzin. - Nie mam zamiaru was skrzywdzić...
- Powiedz to Wasilowi i Anielce! - odpowiedział drugi grożąc zaciśniętą pięścią.
Owca westchnęła. No właśnie. Zupełne nieporozumienie. Cała historia z Wasilem i Anielką ogółem brzmiała dosyć niedorzecznie. Dwójka chciała uciec gdzieś daleko, gdzie nic nie mogłoby ich powstrzymać przed małżeństwem. Anielka wpadła więc na pomysł, by udać własną śmierć, a gdy rodzina wedle zwyczaju zostawiłaby otwartą trumnę, dziewczyna ocknęłaby się i uciekła do Wasila. Wysłała do chłopaka posłańca z wyjaśnieniami...ale ten nie dotarł. Anielka zażyła truciznę z ryby najeżki, która pogrążyła ją w letargu na kilka dni, przekonując co do swojej śmierci nie tylko rodziców, ale i samego Wasila. Chłopak pod osłoną nocy udał się zobaczyć trumnę. Widząc ukochaną ,,martwą", wbił sobie sztylet w serce...a przynajmniej taki był plan, bo zrobił to niecelnie i zamiast zabić się od razu zadał sobie zbędne męki. Dopiero cicha strzała Owcy dała mu to czego chciał. Śmierć z jakiegoś powodu naznaczyła Anielkę jako następną, więc Tenzin przeczekał z Suowei aż się obudzi. Zobaczyła ciało ukochanego i również zapragnęła śmierci. A ponieważ Owca stała tuż obok, wyręczyła ją. Patrząc jak wcześniej jej kochanek na głupa wbił sobie ostrze nie tam gdzie trzeba, tak chyba było lepiej.
Niestety, do pomieszczenia wparowali ściągnięci krzykiem rozpaczy domownicy. I co zastali? Tenzina strzelającego prosto w serce zaskakująco żywej córki. Co tam fakt, że jeszcze przed chwilą była dla nich martwa! Teraz przynajmniej umarła na serio i mieli ,,mordercę" przed sobą.
A teraz wysłali swoich triumfatorów na krwawy pojedynek.
Problem w tym, że Owca przecież nie chciała walki.
- I jak się z tego wytłumaczysz, mieszańcu?! - trzeci na tę przeciągającą się ciszę nagle nabrał odwagi.
~ Zabijmy ich ~ syczała w jego głowie Su.
~ Spokojnie, to można jeszcze załatwić pokojowo ~ upierał się Łowca.
~ To próbuj ~ parsknęła sarkastycznie.
- Szlachetni panowie - zaczął już na głos, z trudem wyduszając ,,szlachetni". - Nie miałem nic wspólnego ze śmiercią tej dwójki. Nie spisuję wyroków...
- ...tylko z miejsca strzelasz, załapaliśmy - przerwał mu pierwszy. - Nie pozwolimy, by takie paskudztwa jak ty panoszyły się w naszej okolicy! Żadnych więcej mieszańców!
- Żadnych więcej! - podłapali okrzyk jego towarzysze.
~ Teraz, Tenzinie! Atakujmy! Nie zdążą zareagować!
~ Nie możemy od tak zabijać ~ Owca mimowolnie zacisnęła palce ciaśniej na łęku. - Dajcie nam odejść w spokoju. Obiecuję, że znikniemy stąd jeszcze przed następnym porankiem!
- To koniec, potworze! - trzymał się swojego dowódca grupy. - Takim jak ty przewidziany jest tylko jedno: ostrze miecza i groty włóczni!
Reszta poparła to gromkim okrzykiem. Tenzin rozejrzał się jakby w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki. Suowei zaczynała coraz głośniej warczeć, opływając wokoło pień drzewa. Czas podjąć decyzję, Jagniątko. Tyle lat stawiania wyborów śmiertelnikom, a teraz sam trzęsiesz się jak jeden z nich. Dalej, Owieczko! Ześlij na nich grady strzał, spuść głodnego Wilka! Zeskocz z drzewa i tańcz wśród śmierci, jak to robisz zawsze! Ci głupcy nie mają szans! Obrażają cię, wyzywając od mieszańców, ale nie kłamią nazywając cię potworem. Chcą tego? Chcą zobaczyć potwora?! Tchórze chcą umrzeć w płonącej paszczy?! Daj im to, czego chcą!
Lecz zanim Tenzin zdążył zrobić cokolwiek, okoliczności wybrały za niego. Jeden z mężczyzn stojących z tyłu dzierżył włócznię. Rozochocony słowami przywódcy bandy uniósł drzewce nad ramię i z całą swoją siłą cisnął w stronę Owcy. Roztargniony Łowca zeskoczył z gałęzi o sekundę za późno - jego bok musnęła zimna stal, grot pociągnął za sobą ciemną stróżkę. Chłopak sapnął czując nagły ból. Nienaturalnie ciemna krew splamiła białą wełnę.
Niczym atrament na akcie zgonu, posoka spisała szóstkę śmiałków na straty. Coś w Suowei pękło. Ostatnie wodze trzymające jej morderczą naturę na uwięzi puściły. Jak to możliwe? Kto odważył się podnieść rękę na jej kochane Jagniątko?! Który splamił biel krwią?! Z jej pyska wydobył się pełen wściekłości ryk. Wilk z furią rzucił się na tyły grupy. Ci z przodu się uchylili, ale to i tak nie o nich chodziło. Jej wielkie szczęki zacisnęły się na ciele obecnie bezbronnego chłystka. Zmiażdżyła zębami jego barki i żebra, napawając się krzykiem bólu. A gdy niebawem ucichły zwróciła się z powrotem do zastygłej w przerażeniu reszty. Strach. Jeden, wielki, wszechogarniający strach przed śmiercią. Nawet śmiałemu do tej pory dowódcy zaczęły się trząść kolana. Su rozdziawiła paszczę i zaatakowała ponownie mierząc w najbliżej stojącego. Kolejne wrzaski wypełniły las. Pozostała czwórka już wcześniej zaczęła biec w przeciwnym kierunku, ale wtedy z tyłu głowy tego na przedzie wykwitła biała strzała. Owca zastąpiła im drogę trzymając już z powrotem napięty łuk. Teraz już nie miał wyboru. Musiał ich zabić, inaczej zrobi to Suowei, a ona, ogarnięta furią matki pilnującej dziecka, zadawała przed śmiercią zbyt wiele bólu. I tak następna strzała powaliła jeszcze jednego z nich, trudno już stwierdzić którego, a tego z tyłu porwał Wilk. Ten w środku, ostatni, upadł na klęczki błagając, lecz zanim Tenzin zdołał spełnić jego życzenie, zrobiła to Su.
Nastała cisza. Wszystko trwało tylko chwilę. Chwilę, którą las przemilczał, starając się zapomnieć.
Suowei oblizała zęby z krwi. Jej temperament ostudził się. Wtedy przypomniała sobie o swojej Owieczce. Podpłynęła do niego skamląc i popchnęła nosem zakrywającą ranę rękę.
~ Pokaż to ~ niemal rozkazała. ~ Mocno cię zranił?
Tenzin odsunął pobrudzoną rękę. Z rozcięcia już nie sączyła się krew - regeneracja zaczęła działać niemal natychmiast. Pogłaskał przyjaciółkę po łbie.
- To nic wielkiego - uspokoił ją. Spojrzał na pobojowisko. - Chodźmy stąd, proszę. Znajdźmy jakieś inne miejsce na odpoczynek.
Tym razem zeszli ze ścieżki. Łowca parł naprzód dość długo, starając się oddalić od szlaku jak najbardziej. Zagłębili się w inną stronę tutejszych lasów. Teraz otaczały ich cienkie pnie młodych jodeł. Wokół panował straszliwy mrok, przez ciasną koronę igieł. Nie widać było nieba, gwiazd, księżyca. W zgęstniałej czerni wyraźnie błyszczały dwie pary błękitno fioletowych wyzierających w drewnianych maskach, a spod wełny prześwitywały świecące blado zawijane znamiona. W końcu, gdy zdążył już zapaść zmrok, zatrzymali się na małej polance. Tenzin spojrzał w górę - w tym miejscu nie rosły drzewka i w kożuchu wytworzyło się idealnie okrągłe okienko, z którego widać było gwiazdy. Tu, w zupełnie niezamieszkanej części puszczy, było ich mnóstwo, zupełnie jakby delikatne stworzonka na nieboskłonie bały się ludzi. Suowei opadła w grubą, miękką trawę. Owca usiadła obok niej po turecku i gładząc wielki łeb zaczęła bezwiednie nucić:
Tak uratował Wilk Jagnięcie
Przed światem okrutnym i złym
Owca teraz służyć mu będzie
Aż po kres swoich dni...
Łowca uniósł gwałtownie szare powieki. Nie spał. Nie musiał. Jego organizm do najnormalniejszych pod względem podtrzymywania funkcji życiowych nie należał. Nie potrzebował jedzenia, odpoczynku, a nawet i tlenu. Zupełnie jakby jego ciało było tylko zlepkiem samowystarczalnych mięśni przywiązanych do kości ścięgnami. Gdyby z jego skóry wyrastały liście, można by wytłumaczyć to wszystko procesem fotosyntezy, ale do wszelkich dziwactw Tenzina listki zamiast wełny nie należały. Gdy więc kilka godzin temu wspiął się na drzewo, ułożył wygodnie na konarze i tak trwał w tej samej pozycji do teraz, to nie po to, by zasnąć. To on tutaj tulił śmiertelników do snu. Po prostu potrzebował na chwilę zamknąć oczy. Każdy tego potrzebuje. Raz na jakiś czas człowiek musi się położyć lub odchylić na krześle, założyć ręce za głowę i po prostu zmrużyć powieki. Odciąć się od światła. Od męczących obrazów. Na chwilę nie robić nic, nie istnieć dla reszty świata. Niech cię wołają, szukają, ale ciebie teraz nie ma. Jesteś gdzieś indziej. Trudno określić gdzie dokładnie, ale stamtąd nie da się ,,od tak" wrócić.
Dla Tenzina takie zamknięcie oczu było czymś niezbędnym. Ta czynność zastępowała mu stulecie bez snu, tlenu i pokarmu. Nie potrzebował odpoczynku, a jednak go znajdował. Pogrążony w błogim letargu miał czas myśleć o sprawach, na które normalnie nie miał czasu, bo w porównaniu do jego obowiązków wydawały się po prostu głupie i nieistotne. Mimo wszystko jednak życie służącego śmierci nie pozwala na zbyt długie przerwy. Wystarczyło więc tylko jedno ostrzegawcze warknięcie Suowei, a Owca chwyciła łuk i z pozycji leżącej zerwała się w kucki, czujnie rozglądając dookoła.
~ Ktoś tu idzie... ~ Wilk niespokojnie owijał się wokół drzewa.
- To gościniec, Su. Jedyny w okolicy - zauważył Łowca z westchnieniem. - To raczej nic nadzwyczajnego, że ktoś nim idzie w naszym kierunku. Nie ma innego wyboru.
~ Ale oni idą po NAS, Owieczko. Czuję to...
Tenzin spoważniał. Przyklęknął na gałęzi, twarzą w stronę, z której mieli nadejść obcy. Na przemian rozprostowywał i zaciskał palce na łuku, gotowy w każdej chwili oddać strzał. Ufał instynktowi swojej przyjaciółki. Nigdy go nie zawiodła. Tym razem też nie mogło być inaczej.
Owca i Wilk zdawali sobie sprawę, że nie każde ludzkie plemię widząc ich od razu pada na kolana. Nie byli czczeni na skalę światową, mało która religia obejmuje cały świat. Zdarzały się kultury, w których ich sylwetki gnębiono za samo bycie powiernikami śmierci. Jednak zgoła częściej trafiali na przypadki, w których przypadkowi świadkowie ich polowań w ogóle nie zdawali sobie sprawy kim właściwie są. Dla niczego nieświadomego wieśniaka Tenzin był jakimś humanoidalnym mutantem, który właśnie zastrzelił człowieka, a warcząca na intruza Suowei wcale nie poprawiała sytuacji. Skąd mógłby wiedzieć, że Łowca nie zrobiłby mu krzywdy, póki sama śmierć by się o niego nie upomniała? Przerażony kmieć wracał pędem do domu i relacjonował, że widział w lesie potwora. Wtedy z reguły następowała powszechna mobilizacja i już wieczorem szykowano obławę na mieszańca. Jakby nie patrzeć, wszelkie konflikty, od zwykłych kłótni po całe wojny, z reguły zaczynają się od zwykłych nieporozumień. Taka pierdoła, a cały świat mógłby się zawalić, bo jakiś ważny człowiek nieopatrznie zrozumiał jeszcze ważniejszego człowieka lub zaszła jakaś literówka w ważnym dokumencie. Przecież wystarczyłoby poczekać, aż Tenzin się wytłumaczy ze swoich czynów...
Niestety, w parze z niecierpliwością czasem idzie pochopność. Jeśli dodamy do tego skłonności do histerii, wyniki będą katastrofalne. A biedna Owieczka miała to szczęście, że zawsze trafiała na niecierpliwych histeryków wyciągających pochopne wnioski z zaistniałej sytuacji.
Oczywiście przyszli w sześciu. Magiczna liczba. Gdziekolwiek nie udawaliby się gotowi na bijatykę, ludzie zawsze zabierali ze sobą towarzyszy. Wedle dalej nie zrozumiałej przez Tenzina zasady, liczba kompanów nie powinna być mniejsza niż pięć, ani większa od siedmiu. Tak więc sześć stanowiło to święte medium. Trzymała się ona za to tylko przypadków skrajnego zidiocenia, gdy ktoś był na tyle przestraszony by iść na spotkanie samemu, ale równocześnie nie chciał stracić w oczach towarzyszy za sprowadzanie całej wioski przeciwko jednej osobie.
Teraz jednak coś się Owcy nie podobało - przybysze byli odziani w grube pancerze porządnej roboty. Przygotowali się na to, że ktoś będzie do nich strzelał. Łowca na wszelki wypadek zaczął celować nieco wyżej, w odsłoniętą przerwę między hełmem a zbroją. Suowei oczywiście nie zamierzała się ukrywać. Zawarczała groźnie opływając dookoła drzewo, na którym czaił się Tenzin. Mężczyźni od razu sięgnęli po broń, chociaż uwadze obojgu Wiecznych Łowców nie umknął fakt, że trójce z nich ręce zaczęły się trząść.
- Wyłaź, poczwaro! - zakrzyknął gromko ten na przedzie, zapewne lider, po czym ruszył naprzód. Zatrzymał się, gdy tuż koło jego stopy wbiła się biała eteryczna strzała.
- Ani kroku dalej - ostrzegł go Tenzin. - Nie mam zamiaru was skrzywdzić...
- Powiedz to Wasilowi i Anielce! - odpowiedział drugi grożąc zaciśniętą pięścią.
Owca westchnęła. No właśnie. Zupełne nieporozumienie. Cała historia z Wasilem i Anielką ogółem brzmiała dosyć niedorzecznie. Dwójka chciała uciec gdzieś daleko, gdzie nic nie mogłoby ich powstrzymać przed małżeństwem. Anielka wpadła więc na pomysł, by udać własną śmierć, a gdy rodzina wedle zwyczaju zostawiłaby otwartą trumnę, dziewczyna ocknęłaby się i uciekła do Wasila. Wysłała do chłopaka posłańca z wyjaśnieniami...ale ten nie dotarł. Anielka zażyła truciznę z ryby najeżki, która pogrążyła ją w letargu na kilka dni, przekonując co do swojej śmierci nie tylko rodziców, ale i samego Wasila. Chłopak pod osłoną nocy udał się zobaczyć trumnę. Widząc ukochaną ,,martwą", wbił sobie sztylet w serce...a przynajmniej taki był plan, bo zrobił to niecelnie i zamiast zabić się od razu zadał sobie zbędne męki. Dopiero cicha strzała Owcy dała mu to czego chciał. Śmierć z jakiegoś powodu naznaczyła Anielkę jako następną, więc Tenzin przeczekał z Suowei aż się obudzi. Zobaczyła ciało ukochanego i również zapragnęła śmierci. A ponieważ Owca stała tuż obok, wyręczyła ją. Patrząc jak wcześniej jej kochanek na głupa wbił sobie ostrze nie tam gdzie trzeba, tak chyba było lepiej.
Niestety, do pomieszczenia wparowali ściągnięci krzykiem rozpaczy domownicy. I co zastali? Tenzina strzelającego prosto w serce zaskakująco żywej córki. Co tam fakt, że jeszcze przed chwilą była dla nich martwa! Teraz przynajmniej umarła na serio i mieli ,,mordercę" przed sobą.
A teraz wysłali swoich triumfatorów na krwawy pojedynek.
Problem w tym, że Owca przecież nie chciała walki.
- I jak się z tego wytłumaczysz, mieszańcu?! - trzeci na tę przeciągającą się ciszę nagle nabrał odwagi.
~ Zabijmy ich ~ syczała w jego głowie Su.
~ Spokojnie, to można jeszcze załatwić pokojowo ~ upierał się Łowca.
~ To próbuj ~ parsknęła sarkastycznie.
- Szlachetni panowie - zaczął już na głos, z trudem wyduszając ,,szlachetni". - Nie miałem nic wspólnego ze śmiercią tej dwójki. Nie spisuję wyroków...
- ...tylko z miejsca strzelasz, załapaliśmy - przerwał mu pierwszy. - Nie pozwolimy, by takie paskudztwa jak ty panoszyły się w naszej okolicy! Żadnych więcej mieszańców!
- Żadnych więcej! - podłapali okrzyk jego towarzysze.
~ Teraz, Tenzinie! Atakujmy! Nie zdążą zareagować!
~ Nie możemy od tak zabijać ~ Owca mimowolnie zacisnęła palce ciaśniej na łęku. - Dajcie nam odejść w spokoju. Obiecuję, że znikniemy stąd jeszcze przed następnym porankiem!
- To koniec, potworze! - trzymał się swojego dowódca grupy. - Takim jak ty przewidziany jest tylko jedno: ostrze miecza i groty włóczni!
Reszta poparła to gromkim okrzykiem. Tenzin rozejrzał się jakby w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki. Suowei zaczynała coraz głośniej warczeć, opływając wokoło pień drzewa. Czas podjąć decyzję, Jagniątko. Tyle lat stawiania wyborów śmiertelnikom, a teraz sam trzęsiesz się jak jeden z nich. Dalej, Owieczko! Ześlij na nich grady strzał, spuść głodnego Wilka! Zeskocz z drzewa i tańcz wśród śmierci, jak to robisz zawsze! Ci głupcy nie mają szans! Obrażają cię, wyzywając od mieszańców, ale nie kłamią nazywając cię potworem. Chcą tego? Chcą zobaczyć potwora?! Tchórze chcą umrzeć w płonącej paszczy?! Daj im to, czego chcą!
Lecz zanim Tenzin zdążył zrobić cokolwiek, okoliczności wybrały za niego. Jeden z mężczyzn stojących z tyłu dzierżył włócznię. Rozochocony słowami przywódcy bandy uniósł drzewce nad ramię i z całą swoją siłą cisnął w stronę Owcy. Roztargniony Łowca zeskoczył z gałęzi o sekundę za późno - jego bok musnęła zimna stal, grot pociągnął za sobą ciemną stróżkę. Chłopak sapnął czując nagły ból. Nienaturalnie ciemna krew splamiła białą wełnę.
Niczym atrament na akcie zgonu, posoka spisała szóstkę śmiałków na straty. Coś w Suowei pękło. Ostatnie wodze trzymające jej morderczą naturę na uwięzi puściły. Jak to możliwe? Kto odważył się podnieść rękę na jej kochane Jagniątko?! Który splamił biel krwią?! Z jej pyska wydobył się pełen wściekłości ryk. Wilk z furią rzucił się na tyły grupy. Ci z przodu się uchylili, ale to i tak nie o nich chodziło. Jej wielkie szczęki zacisnęły się na ciele obecnie bezbronnego chłystka. Zmiażdżyła zębami jego barki i żebra, napawając się krzykiem bólu. A gdy niebawem ucichły zwróciła się z powrotem do zastygłej w przerażeniu reszty. Strach. Jeden, wielki, wszechogarniający strach przed śmiercią. Nawet śmiałemu do tej pory dowódcy zaczęły się trząść kolana. Su rozdziawiła paszczę i zaatakowała ponownie mierząc w najbliżej stojącego. Kolejne wrzaski wypełniły las. Pozostała czwórka już wcześniej zaczęła biec w przeciwnym kierunku, ale wtedy z tyłu głowy tego na przedzie wykwitła biała strzała. Owca zastąpiła im drogę trzymając już z powrotem napięty łuk. Teraz już nie miał wyboru. Musiał ich zabić, inaczej zrobi to Suowei, a ona, ogarnięta furią matki pilnującej dziecka, zadawała przed śmiercią zbyt wiele bólu. I tak następna strzała powaliła jeszcze jednego z nich, trudno już stwierdzić którego, a tego z tyłu porwał Wilk. Ten w środku, ostatni, upadł na klęczki błagając, lecz zanim Tenzin zdołał spełnić jego życzenie, zrobiła to Su.
Nastała cisza. Wszystko trwało tylko chwilę. Chwilę, którą las przemilczał, starając się zapomnieć.
Suowei oblizała zęby z krwi. Jej temperament ostudził się. Wtedy przypomniała sobie o swojej Owieczce. Podpłynęła do niego skamląc i popchnęła nosem zakrywającą ranę rękę.
~ Pokaż to ~ niemal rozkazała. ~ Mocno cię zranił?
Tenzin odsunął pobrudzoną rękę. Z rozcięcia już nie sączyła się krew - regeneracja zaczęła działać niemal natychmiast. Pogłaskał przyjaciółkę po łbie.
- To nic wielkiego - uspokoił ją. Spojrzał na pobojowisko. - Chodźmy stąd, proszę. Znajdźmy jakieś inne miejsce na odpoczynek.
Tym razem zeszli ze ścieżki. Łowca parł naprzód dość długo, starając się oddalić od szlaku jak najbardziej. Zagłębili się w inną stronę tutejszych lasów. Teraz otaczały ich cienkie pnie młodych jodeł. Wokół panował straszliwy mrok, przez ciasną koronę igieł. Nie widać było nieba, gwiazd, księżyca. W zgęstniałej czerni wyraźnie błyszczały dwie pary błękitno fioletowych wyzierających w drewnianych maskach, a spod wełny prześwitywały świecące blado zawijane znamiona. W końcu, gdy zdążył już zapaść zmrok, zatrzymali się na małej polance. Tenzin spojrzał w górę - w tym miejscu nie rosły drzewka i w kożuchu wytworzyło się idealnie okrągłe okienko, z którego widać było gwiazdy. Tu, w zupełnie niezamieszkanej części puszczy, było ich mnóstwo, zupełnie jakby delikatne stworzonka na nieboskłonie bały się ludzi. Suowei opadła w grubą, miękką trawę. Owca usiadła obok niej po turecku i gładząc wielki łeb zaczęła bezwiednie nucić:
Tak uratował Wilk Jagnięcie
Przed światem okrutnym i złym
Owca teraz służyć mu będzie
Aż po kres swoich dni...
piątek, 3 czerwca 2016
Od Hanneona cd Viserany
Zirytowany przystawiłem palec do ust, a Vis na szczęście mnie posłuchała
i pozwoliła mi nasłuchiwać, co zresztą sama po chwili zrobiła. Pomińmy
fakt, że nie zbyt cieszyło mnie siedzenie w towarzystwie wilczycy. Nie
jestem rasistą, po prostu mój koci instynkt włącza alarm ,,zagrożenie"
na sam zapach, przez co automatycznie - w ludzkiej formie - jeżą mi się
włosy. A tego wprost nie znoszę.
Jej pojawienie się zepsuło mi troszkę plany, ale wszyscy tutaj jesteśmy po jednej stronie, a ona potrzebuje pomocy. W dodatku tak jakby Atlant prosił mnie o to, żebym nie odstawał. I po co ja się tu w ogóle przypałętałem? Im dłużej tu jestem, tym więcej istot i stworzeń spotykam... Gdzie jest cisza? Gdzie jest spokój? Mogłem zostać z Kiette wtedy w porcie... Wiatr mi świadkiem, że moja siostra nigdy, przenigdy mi nie przeszkadzała.
Przypominając sobie, co tu robię, wychyliłem się nieco zza drzewa i jeszcze na długo, zanim zobaczyłem, zdążyłem usłyszeć wściekłe elfki.Westchnąłem cicho. Widziałem je tutaj wcześniej, na nieszczęście mieszkają częściowo w moim sąsiedztwie. Wydawały się takie piękne, niegroźne, a teraz sypały wyzwiskami, przekleństwami i co gorsze, rzucały butami. Oczywiście butami z gazem usypiającym. Jakżeby inaczej...
Co ty im zrobiłaś, Viserany?
- Złap się czegoś - szepnąłem do dziewczyny.
- Co?
- Nie dyskutuj, tylko się czegoś złap.
Wiedziałem, że poprzednio usłyszała, mimo trzasku łamanych przez biegnące elfki gałęzi i innych rzeczy. W końcu to wilkołak, ma tak dobry słuch jak ja.
- Ale ja nie mogę - zwróciła mi uwagę i wskazała na swoją dłoń. Krwawiła. I to dość obficie.
- Choleraaa... - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby i wiedząc, że na leczenie tego w tym momencie nie mamy czasu, bo elfki były niemal dziesięć metrów przed nami (na co zresztą czekałem), zdecydowałem się po prostu złapać ją za zdrową rękę.
- Mogę wiedzieć, co robisz? - zapytała, instynktownie wyrywając dłoń.
Zanotować: następnym razem nie łapać nikogo za ręce bez ostrzeżenia. Chwila... Jakim ,,następnym razem"?! Żadnego następnego razu nie będzie i zaszyję się u siebie, żeby nikt mnie nie znalazł i wszyscy zostawili mnie w świętym spokoju. Chociaż z moim cudownym szczęściem to pewnie umierający człowiek dowlekłby się akurat pod moje drzwi.
- Chcesz się nauczyć latać? - Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu i odruchowo pokręciła głową. - To mnie nie puszczaj.
W tej chwili zduszonym szeptem zacząłem niecierpliwie prosić wiatr o pomoc, aż poczułem na twarzy pojedyncze mocniejsze podmuchy wiatru, coraz częstsze. W końcu zerwał się jeden bardzo silny, a ja sam, jedną ręką trzymając się drzewa, a drugą trzymając Vis, skuliłem się blisko ziemi, ciągnąc tym samym swoją zdezorientowaną towarzyszkę w dół, żeby stawiać podmuchom jak najmniejszy opór.
Przymknąłem oczy, czując, że wiatr zaczyna znosić piasek, liście i mniejsze gałązki, tworząc średniej wielkości huragan. Drzewa uginały się, a naszą skuloną dwójkę bardzo mocno ciągnęło w stronę powietrznego wiru. Tak, jak przypuszczałem - elfki podeszły zbyt blisko, przez co ,,pomoc" częściowo objęła też nas. Nie raz miałem podobnie. Osoba, którą chce się skądś ,,wywiać" powinna być najlepiej dokładnie dziesięć metrów przede mną, żebym miał czas na odwrót. Przy siedmiu zaczyna być nieciekawie. Przez podobne sytuacje mam już miarkę w głowie.
Takie cuda jak huragan nie zdarzają się raczej w środku lasu, toteż elfki niemal od razu zebrały się do ucieczki, piszcząc przy tym na tyle głośno, że przekrzyczały szum wiatru, a ja przywróciłem uszy do ludzkiej, mniej wrażliwej postaci. Przez te ich piski można ogłuchnąć.
Wiatr jeszcze długo je ścigał, niszcząc pobliską roślinność i zostawiając placek wyrwanej trawy w miejscu swojego powstania. Potem to naprawię.
Kiedy wszystko wokół ucichło - a nie trwało to wszystko więcej, niż pięć minut - odwróciłem się do Viserany, która trzymała dłoń w górze, aby spowolnić krwawienie.
- Zgaduję, że po tym biegu nie masz ze sobą nic, czym można by to opatrzyć.
Zdawałem sobie sprawę, czym się zajmuje, więc nie zdziwiłbym się, gdyby posiadała bandaże choćby w bucie.
- Nie mam. - Skrzywiła się i pokręciła głową nieszczególnie szczęśliwa. Wydawało mi się, że wolałaby się sama opatrzyć i pewnie radziła sobie z tym sama. Jednak teraz, zanim zdążyłaby sama znaleźć coś, czym mogłaby się opatrzyć, najpewniej straciłaby za dużo krwi i zemdlała.
W ogóle, z moich obserwacji była raczej gadatliwą osobą, więc dziwiło mnie, że tak niewiele mówiła, ale może po prostu zauważyła mój nastrój do rozmów. Raczej nie wyglądam na gościa, który całą swoją personą woła ,,Hej, pogadaj ze mną! Zaprzyjaźnijmy się!".
- Żeby tylko nie wdało się żadne zakażenie... - szepnąłem do siebie niemal niedosłyszalnie.
Skupiłem tyle pary wodnej, która po skropleniu zmieściłaby się w dużym kubku, po czym to właśnie zrobiłem - skropliłem ją, kierując płyn na dłoń dziewczyny. Obmyła ją sobie sama, ja tymczasem ddwiązałem jedną z przepasek, które czasem noszę, żeby nie kaleczyć dłoni w ekstremalnych przypadkach i zrobiłem jej prowizoryczny opatrunek.
Jak dobrze, że jednak postanowiłem przenieść się do lasu. Moja ,,nowa" chatka, która (wstyd przyznać, w końcu jestem magiem i mógłbym ją jakoś polepszyć) wygląda nie najlepiej, znajduje się parę metrów dalej, za krzakami. Właściwie wygląda... tak, jakby nikt jej nie odwiedzał od wieków. W zasadzie, możliwe, że tak właśnie było.
- Chodź. - Skinąłem na nią, żeby poszła za mną.
Powinienem mieć coś na taki lepszej jakości opatrunek, a jak nie, to księgi zaklęć służą pomocą.
- Jesteś czarodziejem? - zapytała, idąc jakiś metr za mną.
- Magiem - uściśliłem.
- A to jakaś różnica? - Czyżby wróciła jej rozmowność?
- Trochę - uciąłem i resztę krótkiej drogi przebyliśmy w milczeniu.
Znaleźliśmy się na niewielkiej polance obok strumyka, na której stała w części wkopana w pagórek chatka z ciemnego, wyblakłego drewna z drzwiami zakończonymi strzelistym łukiem i jednym, długim oknem od frontu. Nie miała żadnego ganku ani nic. W środku na szczęście było w miarę czysto, nie licząc stert papierów leżących na prawie rozpadającym się biurku.
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, puszczając Viserany przodem.
Wszedłem zaraz za nią, szukając od razu jakichś maści odkażających i innych takich. Przecież coś w swoich tobołkach za pamięci przyniosłem.
<Vis? Mam nadzieję, że nie zepsułam postaci, jest dość skomplikowana>
Jej pojawienie się zepsuło mi troszkę plany, ale wszyscy tutaj jesteśmy po jednej stronie, a ona potrzebuje pomocy. W dodatku tak jakby Atlant prosił mnie o to, żebym nie odstawał. I po co ja się tu w ogóle przypałętałem? Im dłużej tu jestem, tym więcej istot i stworzeń spotykam... Gdzie jest cisza? Gdzie jest spokój? Mogłem zostać z Kiette wtedy w porcie... Wiatr mi świadkiem, że moja siostra nigdy, przenigdy mi nie przeszkadzała.
Przypominając sobie, co tu robię, wychyliłem się nieco zza drzewa i jeszcze na długo, zanim zobaczyłem, zdążyłem usłyszeć wściekłe elfki.Westchnąłem cicho. Widziałem je tutaj wcześniej, na nieszczęście mieszkają częściowo w moim sąsiedztwie. Wydawały się takie piękne, niegroźne, a teraz sypały wyzwiskami, przekleństwami i co gorsze, rzucały butami. Oczywiście butami z gazem usypiającym. Jakżeby inaczej...
Co ty im zrobiłaś, Viserany?
- Złap się czegoś - szepnąłem do dziewczyny.
- Co?
- Nie dyskutuj, tylko się czegoś złap.
Wiedziałem, że poprzednio usłyszała, mimo trzasku łamanych przez biegnące elfki gałęzi i innych rzeczy. W końcu to wilkołak, ma tak dobry słuch jak ja.
- Ale ja nie mogę - zwróciła mi uwagę i wskazała na swoją dłoń. Krwawiła. I to dość obficie.
- Choleraaa... - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby i wiedząc, że na leczenie tego w tym momencie nie mamy czasu, bo elfki były niemal dziesięć metrów przed nami (na co zresztą czekałem), zdecydowałem się po prostu złapać ją za zdrową rękę.
- Mogę wiedzieć, co robisz? - zapytała, instynktownie wyrywając dłoń.
Zanotować: następnym razem nie łapać nikogo za ręce bez ostrzeżenia. Chwila... Jakim ,,następnym razem"?! Żadnego następnego razu nie będzie i zaszyję się u siebie, żeby nikt mnie nie znalazł i wszyscy zostawili mnie w świętym spokoju. Chociaż z moim cudownym szczęściem to pewnie umierający człowiek dowlekłby się akurat pod moje drzwi.
- Chcesz się nauczyć latać? - Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu i odruchowo pokręciła głową. - To mnie nie puszczaj.
W tej chwili zduszonym szeptem zacząłem niecierpliwie prosić wiatr o pomoc, aż poczułem na twarzy pojedyncze mocniejsze podmuchy wiatru, coraz częstsze. W końcu zerwał się jeden bardzo silny, a ja sam, jedną ręką trzymając się drzewa, a drugą trzymając Vis, skuliłem się blisko ziemi, ciągnąc tym samym swoją zdezorientowaną towarzyszkę w dół, żeby stawiać podmuchom jak najmniejszy opór.
Przymknąłem oczy, czując, że wiatr zaczyna znosić piasek, liście i mniejsze gałązki, tworząc średniej wielkości huragan. Drzewa uginały się, a naszą skuloną dwójkę bardzo mocno ciągnęło w stronę powietrznego wiru. Tak, jak przypuszczałem - elfki podeszły zbyt blisko, przez co ,,pomoc" częściowo objęła też nas. Nie raz miałem podobnie. Osoba, którą chce się skądś ,,wywiać" powinna być najlepiej dokładnie dziesięć metrów przede mną, żebym miał czas na odwrót. Przy siedmiu zaczyna być nieciekawie. Przez podobne sytuacje mam już miarkę w głowie.
Takie cuda jak huragan nie zdarzają się raczej w środku lasu, toteż elfki niemal od razu zebrały się do ucieczki, piszcząc przy tym na tyle głośno, że przekrzyczały szum wiatru, a ja przywróciłem uszy do ludzkiej, mniej wrażliwej postaci. Przez te ich piski można ogłuchnąć.
Wiatr jeszcze długo je ścigał, niszcząc pobliską roślinność i zostawiając placek wyrwanej trawy w miejscu swojego powstania. Potem to naprawię.
Kiedy wszystko wokół ucichło - a nie trwało to wszystko więcej, niż pięć minut - odwróciłem się do Viserany, która trzymała dłoń w górze, aby spowolnić krwawienie.
- Zgaduję, że po tym biegu nie masz ze sobą nic, czym można by to opatrzyć.
Zdawałem sobie sprawę, czym się zajmuje, więc nie zdziwiłbym się, gdyby posiadała bandaże choćby w bucie.
- Nie mam. - Skrzywiła się i pokręciła głową nieszczególnie szczęśliwa. Wydawało mi się, że wolałaby się sama opatrzyć i pewnie radziła sobie z tym sama. Jednak teraz, zanim zdążyłaby sama znaleźć coś, czym mogłaby się opatrzyć, najpewniej straciłaby za dużo krwi i zemdlała.
W ogóle, z moich obserwacji była raczej gadatliwą osobą, więc dziwiło mnie, że tak niewiele mówiła, ale może po prostu zauważyła mój nastrój do rozmów. Raczej nie wyglądam na gościa, który całą swoją personą woła ,,Hej, pogadaj ze mną! Zaprzyjaźnijmy się!".
- Żeby tylko nie wdało się żadne zakażenie... - szepnąłem do siebie niemal niedosłyszalnie.
Skupiłem tyle pary wodnej, która po skropleniu zmieściłaby się w dużym kubku, po czym to właśnie zrobiłem - skropliłem ją, kierując płyn na dłoń dziewczyny. Obmyła ją sobie sama, ja tymczasem ddwiązałem jedną z przepasek, które czasem noszę, żeby nie kaleczyć dłoni w ekstremalnych przypadkach i zrobiłem jej prowizoryczny opatrunek.
Jak dobrze, że jednak postanowiłem przenieść się do lasu. Moja ,,nowa" chatka, która (wstyd przyznać, w końcu jestem magiem i mógłbym ją jakoś polepszyć) wygląda nie najlepiej, znajduje się parę metrów dalej, za krzakami. Właściwie wygląda... tak, jakby nikt jej nie odwiedzał od wieków. W zasadzie, możliwe, że tak właśnie było.
- Chodź. - Skinąłem na nią, żeby poszła za mną.
Powinienem mieć coś na taki lepszej jakości opatrunek, a jak nie, to księgi zaklęć służą pomocą.
- Jesteś czarodziejem? - zapytała, idąc jakiś metr za mną.
- Magiem - uściśliłem.
- A to jakaś różnica? - Czyżby wróciła jej rozmowność?
- Trochę - uciąłem i resztę krótkiej drogi przebyliśmy w milczeniu.
Znaleźliśmy się na niewielkiej polance obok strumyka, na której stała w części wkopana w pagórek chatka z ciemnego, wyblakłego drewna z drzwiami zakończonymi strzelistym łukiem i jednym, długim oknem od frontu. Nie miała żadnego ganku ani nic. W środku na szczęście było w miarę czysto, nie licząc stert papierów leżących na prawie rozpadającym się biurku.
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, puszczając Viserany przodem.
Wszedłem zaraz za nią, szukając od razu jakichś maści odkażających i innych takich. Przecież coś w swoich tobołkach za pamięci przyniosłem.
<Vis? Mam nadzieję, że nie zepsułam postaci, jest dość skomplikowana>
czwartek, 2 czerwca 2016
Od Ziio cd Malika - Strażnice
- Nie da się ukryć - odparł z uśmiechem Leonis sącząc kawę.
Malik przeciągnął się zadowolony. Ziio dalej nie umiała pojąć jak zwykły człowiek może się uzależnić od kawy. Co w tym takiego jest, że nawet felin nie wytrzymuje dnia bez jednego kubka? Harpia powstrzymała się jednak od pytań. Byłoby to dość głupie pytać o takie rzeczy. Kyrze już zdarzało się zapytać o rzecz dla innych wręcz oczywistą, dając raczej nienajlepsze wrażenie o sobie. Może lepiej nie wywoływać kota z lasu...
- Gdzie reszta? - zapytał nagle Atlant z ciekawości zerkając na polanę.
- Frel chyba wrócił do tarzania się w trawie, elfi dzieciak Pogromca Ogonów gdzieś zniknął w lesie... - Gambit zastanowił się chwilę. - A resztę gdzieś chyba poniosło. Halta i Squall nie było tu od rana...powinniśmy się tym martwić?
- W wypadku Squall chyba należy martwić się o wszystko, tak ,,na zaś” - odparł Alt.
- Przyjemna dziewczyna - wtrąciła swoje Ziio, jakby do siebie. - Wesoła, obeznana w pieśniach...
- Jak to pirat - zauważył z przekąsem felin.
- Spędziłam sporo czasu z piratami. To, czym się normalnie zajmują, nie zalicza ich od razu do plag.
- Zdecydowanie za krótko znasz Squall - kot parsknął śmiechem.
Harpia prychnęła wracając do strojenia lutni.
- Właśnie, o czymś zapomniałam - odezwała się po chwili. - Idąc w tym kierunku znalazłam niezłe pobojowisko...to wasza sprawka?
- Tiaaa... - mruknął władca. - Tam właśnie znaleźliśmy Frelsera. Biedaka gonili łowcy smoków.
- I zapędzili się aż za granice Hidden? - Ziio uniosła pytająco brew.
- Widzisz, jeszcze nie mamy zbyt dobrze wytyczonych granic - Atlant zastanowił się chwilę. - Chyba trzeba coś z tym zrobić...
- Może strażnice? - zaproponowała minstrelka. - Wiesz, takie platformy na drzewach. Zwiadowcy mogli by biegać od jednej do drugiej i wypatrywać intruzów.
- Jakich intruzów? - wtrącił się kot. - Bez obrazy, ale mieszkamy na konkretnym zadupiu, w środku niczyjego lasu, blisko gór rzekomo obsianych różnymi nieprzyjemnymi ,,żyjątkami”. Kto by się tu zapuszczał?
- Smokobójcy? - harpia przekrzywiła łeb kpiąco. - Inne typy polujące na nam podobnych?
- Ziio ma rację - powiedział Atlant w namyśle, a Kyra wyszczerzyła się do Malika tryumfalnie. - Jakby nie było, kraj ciągle żyje minioną wojną. Ranek może i być spokojny, ale chole*a wie, czy już wieczorem ktoś nie będzie chciał nas stąd wykurzyć.
- Nikt jeszcze o nas nie wie - Selethen dopił kawę.
- Ale w końcu się dowiedzą - śpiewaczka odłożyła instrument. - Z tego co pamiętam jak na razie krążą o nas tylko plotki, ale z doświadczenia wiem, że plotka zdecydowanie mocniej popycha ludzi do działania niż pewna informacja. Jeśli jakiś chłop wie, że w lesie grasuje leszy, bo za dowód ma zagryzione owce i kilku przerażonych świadków, to będzie się trzymał z dala od jego terytoriów. Jednak jeśli tylko usłyszy to od jakiegoś przypadkowego podróżnego, który słyszał to od jeszcze innego włóczęgi, z ciekawości sam pójdzie sprawdzić. Nawet ja trafiłam w te okolice, bo co nieco podsłuchałam w karczmach. I daję głowę, że nie jestem ostatnia.
Zapadła pełna zamyślenia cisza. Atlant wpatrywał się niewidząco w jakiś punkt na blacie stolika, a Malik z utęsknieniem świdrował wzrokiem dno swojego kubka, jakby licząc, że zaraz wypłynie z niego więcej czarnego naparu.
- Malik, znasz się co nieco na majsterkowaniu? - powiedział nagle leonis. Kot drgnął słysząc swoje imię i spojrzał w jego stronę.
- No...tak - wzruszył ramionami. - A w czym rzecz?
- Chyba nie masz teraz nic ciekawego do roboty, prawda? - Alt uśmiechnął się lekko. - Idź z Ziio i zajmijcie się oznaczaniem miejsc na strażnice.
Tym razem to harpia drgnęła.
- A ja dlaczego mam się za nim wlec? - zapytała.
- To w końcu twój pomysł.
Gambit spiorunował ją wzrokiem. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się niewinnie i wzruszyła ramionami. Felin w końcu westchnął i wstał z miejsca, a harpia ruszyła za nim przekładając przez głowę rzemień lutni.
Malik? Chyba cię wrobiłam :P Wybacz długość, pomysłów brakło *^*
Malik przeciągnął się zadowolony. Ziio dalej nie umiała pojąć jak zwykły człowiek może się uzależnić od kawy. Co w tym takiego jest, że nawet felin nie wytrzymuje dnia bez jednego kubka? Harpia powstrzymała się jednak od pytań. Byłoby to dość głupie pytać o takie rzeczy. Kyrze już zdarzało się zapytać o rzecz dla innych wręcz oczywistą, dając raczej nienajlepsze wrażenie o sobie. Może lepiej nie wywoływać kota z lasu...
- Gdzie reszta? - zapytał nagle Atlant z ciekawości zerkając na polanę.
- Frel chyba wrócił do tarzania się w trawie, elfi dzieciak Pogromca Ogonów gdzieś zniknął w lesie... - Gambit zastanowił się chwilę. - A resztę gdzieś chyba poniosło. Halta i Squall nie było tu od rana...powinniśmy się tym martwić?
- W wypadku Squall chyba należy martwić się o wszystko, tak ,,na zaś” - odparł Alt.
- Przyjemna dziewczyna - wtrąciła swoje Ziio, jakby do siebie. - Wesoła, obeznana w pieśniach...
- Jak to pirat - zauważył z przekąsem felin.
- Spędziłam sporo czasu z piratami. To, czym się normalnie zajmują, nie zalicza ich od razu do plag.
- Zdecydowanie za krótko znasz Squall - kot parsknął śmiechem.
Harpia prychnęła wracając do strojenia lutni.
- Właśnie, o czymś zapomniałam - odezwała się po chwili. - Idąc w tym kierunku znalazłam niezłe pobojowisko...to wasza sprawka?
- Tiaaa... - mruknął władca. - Tam właśnie znaleźliśmy Frelsera. Biedaka gonili łowcy smoków.
- I zapędzili się aż za granice Hidden? - Ziio uniosła pytająco brew.
- Widzisz, jeszcze nie mamy zbyt dobrze wytyczonych granic - Atlant zastanowił się chwilę. - Chyba trzeba coś z tym zrobić...
- Może strażnice? - zaproponowała minstrelka. - Wiesz, takie platformy na drzewach. Zwiadowcy mogli by biegać od jednej do drugiej i wypatrywać intruzów.
- Jakich intruzów? - wtrącił się kot. - Bez obrazy, ale mieszkamy na konkretnym zadupiu, w środku niczyjego lasu, blisko gór rzekomo obsianych różnymi nieprzyjemnymi ,,żyjątkami”. Kto by się tu zapuszczał?
- Smokobójcy? - harpia przekrzywiła łeb kpiąco. - Inne typy polujące na nam podobnych?
- Ziio ma rację - powiedział Atlant w namyśle, a Kyra wyszczerzyła się do Malika tryumfalnie. - Jakby nie było, kraj ciągle żyje minioną wojną. Ranek może i być spokojny, ale chole*a wie, czy już wieczorem ktoś nie będzie chciał nas stąd wykurzyć.
- Nikt jeszcze o nas nie wie - Selethen dopił kawę.
- Ale w końcu się dowiedzą - śpiewaczka odłożyła instrument. - Z tego co pamiętam jak na razie krążą o nas tylko plotki, ale z doświadczenia wiem, że plotka zdecydowanie mocniej popycha ludzi do działania niż pewna informacja. Jeśli jakiś chłop wie, że w lesie grasuje leszy, bo za dowód ma zagryzione owce i kilku przerażonych świadków, to będzie się trzymał z dala od jego terytoriów. Jednak jeśli tylko usłyszy to od jakiegoś przypadkowego podróżnego, który słyszał to od jeszcze innego włóczęgi, z ciekawości sam pójdzie sprawdzić. Nawet ja trafiłam w te okolice, bo co nieco podsłuchałam w karczmach. I daję głowę, że nie jestem ostatnia.
Zapadła pełna zamyślenia cisza. Atlant wpatrywał się niewidząco w jakiś punkt na blacie stolika, a Malik z utęsknieniem świdrował wzrokiem dno swojego kubka, jakby licząc, że zaraz wypłynie z niego więcej czarnego naparu.
- Malik, znasz się co nieco na majsterkowaniu? - powiedział nagle leonis. Kot drgnął słysząc swoje imię i spojrzał w jego stronę.
- No...tak - wzruszył ramionami. - A w czym rzecz?
- Chyba nie masz teraz nic ciekawego do roboty, prawda? - Alt uśmiechnął się lekko. - Idź z Ziio i zajmijcie się oznaczaniem miejsc na strażnice.
Tym razem to harpia drgnęła.
- A ja dlaczego mam się za nim wlec? - zapytała.
- To w końcu twój pomysł.
Gambit spiorunował ją wzrokiem. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się niewinnie i wzruszyła ramionami. Felin w końcu westchnął i wstał z miejsca, a harpia ruszyła za nim przekładając przez głowę rzemień lutni.
Malik? Chyba cię wrobiłam :P Wybacz długość, pomysłów brakło *^*
wtorek, 31 maja 2016
Od Tenzina - Bitwa
Rzeź trwała w najlepsze. Dwie armie starły się na środku doliny, zderzając się niczym wzburzone fale morza. Broniących swojej ojczyzny było tu ponad dwa razy mniej. A mimo to byli gotowi polec w tej z góry spisanej na straty bitwie. Jeźdźcy po raz ostatni szarżowali na swoich nieugiętych rumakach, rycerze po raz ostatni dobierali mieczy, łucznicy po raz ostatni naciągali cięciwy. W ich sercach jednak nie gościł strach, a gorzała miłość do bronionego kraju, do ich ziemi ojczystej. Tenzin czuł tą miłość. Czuł całym sobą. I radował się razem z dzielnymi żołnierzami, że oddają tu swoje życia.
Nawet nie musiał się ukrywać. Zaaferowani bitwą ludzie nie zwracali na nich uwagi. Czasem któryś zamarł w bezruchu widząc dzierżącą łuk białą postać, czy szczerzącego czarne kły potwora bez ciała. A Owca tańczyła pośród bitwy. Z gracją skakała ponad pikami, robiła piruety wśród ludzkich strzał równocześnie posyłając własne w stronę gotowych na śmierć. Tenzin nie stał po żadnej stronie. Był sługą śmierci. Wezwanie tutaj zmuszało go do obiektywizmu. Nie wyrównywał szans, równocześnie nie pomagając przewadze jeszcze bardziej urosnąć. On po prostu był. Był i robił to, co do niego należało. Niech bitwa sama się rozstrzygnie. Tak zawsze było, tak też musi pozostać i dzisiaj. Śmierć nie może pomagać ludziom w rozwiązywaniu ich konfliktów.
Z brzdękiem żelaza mieszał się perlisty, młodzieńczy śmiech. Łowca odbił się od czyjejś tarczy i poszybował robiąc w powietrzu fikołek do tyłu. W powietrze bryzgnęła krew, lecz posoka jakby go omijała, wydawała się obawiać splamić śnieżną biel wełny, symbol niewinności. Wylądował lekko od razu przykucając i naciągając cięciwę. Na łuku pojawiła się biała strzała bez grotu i brzechwy. Tenzin wypuścił ją, a ta z melodycznym świstem, pieśnią śmierci, przeniknęła przez ścisk metalowych pancerzy i ugodziła umierającego, zalanego krwią jeźdźca z rozprutym brzuchem, kończąc jego męki. Owca okręciła się w miejscu na jednej nodze, podczas piruetu posyłając kolejny pocisk. I kolejna dusza oddała się w jej ramiona.
Za tańczącym na polu bitwy łowcą smętnie wlokła się Suowei. Wilk wcale nie podzielał radości podopiecznego. Nie mógł pożreć nikogo, kto dobrowolnie - świadomie lub nie - przyjmował litościwą strzałę Owcy. Brak zajęcia zdecydowanie źle wpływał na humor Su.
- Co za wspaniały dzień! - radował się Tenzin przeskakując nad powalonym koniem. - Nieprawdaż, Su?
~ Wspaniały, wspaniały... ~ odpowiedziała w jego głowie. Łowcy nie umknęła wcale nie skrywana nuta sarkazmu.
- Hej, co jest? - powiedział wesoło. - Masz muchy w nosie?
~ W rzyci ~ odgryzła się Suowei. ~ Zabierasz mi całą robotę, Owieczko. Dlaczego ci ludzie nie boją się śmierci?
- A dlaczego pytasz o to akurat mnie? - łuk z brzdękiem wypuścił kolejną strzałę. - Nie wpływam na decyzje śmiertelników, Wilku. To oni dobrowolnie oddają życie.
~ W imię czego? Skrawka ziemi? ~ Su prychnęła z dezaprobatą. ~ Im dłużej pałętamy się po tym świecie, tym bardziej zaczynam wątpić w stąpające po niej r o z u m n e istoty.
- Och, czemu tak sądzisz kochana?
~ Spójrz tylko, Tenzinie: za tymi pagórkami, dwadzieścia minut spacerem stąd leży ziemia taka sama jak ta. Za tymi górami i za tym lasem też. A jednak mimo to ci ludzie uparli się by bronić tego jednego skrawka. W imię czego, Jagniątko moje? Czy umiesz mi to wyjaśnić? Co jest lepsze w tej ziemi niż w tej za puszczą?
Tenzin umilkł. Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Dotarli za granicę bitwy. Nie byli niewidzialni, a jednak nikt ich nie widział. Wszyscy dalej skupieni byli na walce. Owca i Wilk stanowili jedynie nieistotnych obserwatorów. Nie wpływali na wynik tej wojny, bo nawet bez ich udziału liczba ofiar byłaby taka sama. Nie zabijali przecież nikogo, kto już z góry nie został spisany przez śmierć na straty. Nie mogli pomóc przegrywającym. Nie mogli też ich wgnieść ostatecznie w ziemię, przyspieszyć to, co nieuniknione. Oraz nie mogli zrozumieć. Nie było im dane dzielić zalewającego ludzkie serca głębokiego uczucia do tego kraju. Nie poczują bólu po jego utracie, po zadeptaniu tych pięknych, zalanych posoką łąkach przez obcych. Bo dla tych ludzi skrawek ziemi za górami, chociaż identyczny, nie mógł zastąpić tego. Ich skrawek ziemi to pot i krew, kołyska i mogiła, wesela i pogrzeby. Nie było innej ziemi. Była tylko ta. Ojczyzna może być tylko jedna.
- Nie, Suowei - Tenzin pogładził łeb Wilka. - Nie umiem na to odpowiedzieć. A teraz już nikt nie będzie umiał, bo wszyscy, dla których ta dolina coś znaczyła, właśnie giną jeden po drugim.
Su milczała. Takiej odpowiedzi się spodziewała. I chociaż początkowo niesprawiedliwie gniewała się na swoje Jagniątko, teraz poczuła dojmujący żal, że celowo je zasmuciła. Zaskomlała wpychając swój nos pod dłoń Owcy. Przebacz mi, malutki, mówiły jej oczy, chociaż wszyscy poza Tenzinem widzieli w nich tylko pustkę. Nie chciałam twojego smutku. Nie myśl o tym, to nie nasza sprawa. Robimy to, co nam kazano i nic nie możemy z tym zrobić. Niczemu nie jesteś winny, nikomu nie musisz się tłumaczyć. To wszystko kryło się pod jednym gestem. I Tenzin doskonale go rozumiał, głaszcząc czule łeb Suowei. Bo Wieczni Łowcy rozumieli się bez słów. Byli jednością. Oddzielnie, lecz nigdy osobno - takie było ich motto. Tylko razem byli silni.
Wtedy umysły obojga zalała nowa fala. Wezwanie...ale inne niż to, które pałało od pola bitwy. Tamto było gdzieś obok. Było inne. To nie gotowość do śmierci...
To był...strach.
Wilk wydał z siebie warkot podobny do śmiechu patrząc w stronę lasu. Tenzin również spojrzał w tamtym kierunku. Na skraju lasu, z mieczem w rękach, stał jakiś wyrostek. Miał może z siedemnaście lat. Giermek, tak świadczył jego ubiór. Patrzył niepewnie to na pole bitwy, to na Wiecznych Łowców. W jego sercu zaczynał tlić się strach. On wiedział. Znał ich z legend lub wierzeń. Czy do tej pory wierzył, czy też nie, teraz rozumiał: tej doliny nie dane jest nikomu opuścić z życiem. Łowcy już tu byli...
- Widzi nas - powiedziała Owca, chociaż było to oczywiste.
~ A teraz wybiera ~ zamruczał zadowolony Wilk czując coraz większą chęć ucieczki zbierającą w sercu chłopaka.
Spojrzał na łuk Tenzina. Łowca starał się posyłać mu łagodne myśli.
~ Nie bój się śmierci ~ mówił za pomocą telepatii.
Teraz giermek spojrzał na Suowei. Wilk wyszczerzył kły i szczeknął wyzywająco. Chcesz uciec? Zobaczymy jak daleko zajdziesz zanim cię dopadnę...
Podjął decyzję.
Rzucił miecz. Pobiegł w las.
Tenzin westchnął i skinął głową towarzyszce. Ta z radosnym warkotem poleciała za ofiarą.
Tchórzliwy giermek biegł przed siebie niemal na oślep. Oglądał się przez ramię, potykając o korzenie. Ale nie ważne jak bardzo chciał, by wszystko okazało się złudzeniem, za jego plecami wciąż błyszczała błękitna pustka rozwartej paszczy. Mamrotał pod nosem wszelkie modlitwy. Bogowie jednak, kimkolwiek by nie byli, nie mogli mu pomóc. Dezerterzy nie zasługują na ich litość. A z samą śmiercią nie mogą się kłócić. Dane mu tu było umrzeć i tak się stanie. Nie może uciec, nikomu się to nie udało. Jeśli wydostanie się z lasu, jeśli zgubi Wilka, Owca i tak go wytropi i wskaże potworowi właściwy trop. Dorwą go. Jeśli nie dziś, to jutro. A mimo to on dalej uciekał jak głupi. Uciekał, bo niósł go strach. Szeptał do uszu głupoty. Zapewniał, że będzie dobrze, jeśli tylko się nie zatrzyma.
Nagle warkot za jego plecami ustał. Chłopak dalej biegnąc obejrzał się z lękiem. Ale za nim były tylko drzewa. Zwolnił trochę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Udało się. Zgubił go. Z jego piersi urywkami wyrwał się śmiech. Zamknął oczy i odwrócił głową z powrotem naprzód, dalej się śmiejąc.
Gdy je otworzył, w mroku przed nim rozbłysły fioletowo błękitne ślepia.
Wrzask. Chrupnięcie kości. Cisza.
Tenzin dotarł na miejsce kilkanaście minut później. Suowei już chłeptała ciepłą krew z ciała giermka, rozkoszowała się jego śmiercią. Jej uniesienie powoli opadało, zapał przysychał. W końcu satysfakcja minęła całkowicie. Łowca odczekał, aż Su się nacieszy, siedząc spokojnie na pieńku.
~ Jeszcze... ~ zamruczała owijając się wokół niego. ~ Chcę jeszcze, Owieczko.
- Wróćmy na pole bitwy - zaproponował Tenzin. - Może niedobitki nie będą chciały zginąć w słusznej sprawie.
Z głębi pyska dobiegł niski wydźwięk aprobaty. Cieszący się szczęściem przyjaciółki łucznik poklepał ją po nosie i ruszyli z powrotem na skraj lasu.
Trwająca w dole bitwa dogasła, ku wyraźnej dezaprobacie Wiecznych Łowców. Dolina przypominała zieloną miskę, do której wlano dwie wysoko reaktywne ciekłe substancje. Ta, której było więcej, w zastraszającym tempie wyżarła drugą i teraz w misie pozostała jedynie obojętna, mętna mieszanina. Wezwanie śmierci, jeszcze chwilę temu burzące krew w żyłach, teraz umilkło. Bitwa dobiegła końca. Robota skończona. Kropka na końcu zdania. Dziękujemy za waszą uwagę, zapraszamy ponownie.
- Nic tu po nas - powiedział smutno Tenzin. Skierował swoje kroki z powrotem między drzewa, ale Suowei dalej tkwiła w miejscu. Owca zatrzymała się. - Coś się stało?
~ Nie czujesz tego?
Spojrzał na pole bitwy. Wygrani wiwatowali.
- Radości?
~ Nie. Zza wzgórz...
Teraz też to poczuł. Widmo śmierci. Nadchodziło w stronę nie spodziewających się niczego żołnierzy. I po kilku minutach do misy ktoś wlał złoty strumień kwasu. Armie Arsmana zalały nieprzygotowanych do kolejnej walki żołdaków.
- Dlaczego to robią? - oburzył się Tenzin. - Skoro chcieli ich pokonać, czemu w pierwszej kolejności tu nie przyszli i nie pomogli obrońców?
~ To polityka, Jagniątko ~ odpowiedziała Su. ~ Ludzie są podli. Arsman nie chciał mieć na głowie dwóch wrogich armii. Pozwolił jednej bestii pożreć drugą, by martwić się tylko jedną z nich naraz.
Owca milczała.
~ Tenzinie? ~ zapytał Wilk.
Łowca odwrócił się i ruszył w las.
- Nie będę w tym uczestniczył - oznajmił. - Idziesz ze mną?
~ Tak jak zawsze, moje kochane Jagniątko.
Nawet nie musiał się ukrywać. Zaaferowani bitwą ludzie nie zwracali na nich uwagi. Czasem któryś zamarł w bezruchu widząc dzierżącą łuk białą postać, czy szczerzącego czarne kły potwora bez ciała. A Owca tańczyła pośród bitwy. Z gracją skakała ponad pikami, robiła piruety wśród ludzkich strzał równocześnie posyłając własne w stronę gotowych na śmierć. Tenzin nie stał po żadnej stronie. Był sługą śmierci. Wezwanie tutaj zmuszało go do obiektywizmu. Nie wyrównywał szans, równocześnie nie pomagając przewadze jeszcze bardziej urosnąć. On po prostu był. Był i robił to, co do niego należało. Niech bitwa sama się rozstrzygnie. Tak zawsze było, tak też musi pozostać i dzisiaj. Śmierć nie może pomagać ludziom w rozwiązywaniu ich konfliktów.
Z brzdękiem żelaza mieszał się perlisty, młodzieńczy śmiech. Łowca odbił się od czyjejś tarczy i poszybował robiąc w powietrzu fikołek do tyłu. W powietrze bryzgnęła krew, lecz posoka jakby go omijała, wydawała się obawiać splamić śnieżną biel wełny, symbol niewinności. Wylądował lekko od razu przykucając i naciągając cięciwę. Na łuku pojawiła się biała strzała bez grotu i brzechwy. Tenzin wypuścił ją, a ta z melodycznym świstem, pieśnią śmierci, przeniknęła przez ścisk metalowych pancerzy i ugodziła umierającego, zalanego krwią jeźdźca z rozprutym brzuchem, kończąc jego męki. Owca okręciła się w miejscu na jednej nodze, podczas piruetu posyłając kolejny pocisk. I kolejna dusza oddała się w jej ramiona.
Za tańczącym na polu bitwy łowcą smętnie wlokła się Suowei. Wilk wcale nie podzielał radości podopiecznego. Nie mógł pożreć nikogo, kto dobrowolnie - świadomie lub nie - przyjmował litościwą strzałę Owcy. Brak zajęcia zdecydowanie źle wpływał na humor Su.
- Co za wspaniały dzień! - radował się Tenzin przeskakując nad powalonym koniem. - Nieprawdaż, Su?
~ Wspaniały, wspaniały... ~ odpowiedziała w jego głowie. Łowcy nie umknęła wcale nie skrywana nuta sarkazmu.
- Hej, co jest? - powiedział wesoło. - Masz muchy w nosie?
~ W rzyci ~ odgryzła się Suowei. ~ Zabierasz mi całą robotę, Owieczko. Dlaczego ci ludzie nie boją się śmierci?
- A dlaczego pytasz o to akurat mnie? - łuk z brzdękiem wypuścił kolejną strzałę. - Nie wpływam na decyzje śmiertelników, Wilku. To oni dobrowolnie oddają życie.
~ W imię czego? Skrawka ziemi? ~ Su prychnęła z dezaprobatą. ~ Im dłużej pałętamy się po tym świecie, tym bardziej zaczynam wątpić w stąpające po niej r o z u m n e istoty.
- Och, czemu tak sądzisz kochana?
~ Spójrz tylko, Tenzinie: za tymi pagórkami, dwadzieścia minut spacerem stąd leży ziemia taka sama jak ta. Za tymi górami i za tym lasem też. A jednak mimo to ci ludzie uparli się by bronić tego jednego skrawka. W imię czego, Jagniątko moje? Czy umiesz mi to wyjaśnić? Co jest lepsze w tej ziemi niż w tej za puszczą?
Tenzin umilkł. Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Dotarli za granicę bitwy. Nie byli niewidzialni, a jednak nikt ich nie widział. Wszyscy dalej skupieni byli na walce. Owca i Wilk stanowili jedynie nieistotnych obserwatorów. Nie wpływali na wynik tej wojny, bo nawet bez ich udziału liczba ofiar byłaby taka sama. Nie zabijali przecież nikogo, kto już z góry nie został spisany przez śmierć na straty. Nie mogli pomóc przegrywającym. Nie mogli też ich wgnieść ostatecznie w ziemię, przyspieszyć to, co nieuniknione. Oraz nie mogli zrozumieć. Nie było im dane dzielić zalewającego ludzkie serca głębokiego uczucia do tego kraju. Nie poczują bólu po jego utracie, po zadeptaniu tych pięknych, zalanych posoką łąkach przez obcych. Bo dla tych ludzi skrawek ziemi za górami, chociaż identyczny, nie mógł zastąpić tego. Ich skrawek ziemi to pot i krew, kołyska i mogiła, wesela i pogrzeby. Nie było innej ziemi. Była tylko ta. Ojczyzna może być tylko jedna.
- Nie, Suowei - Tenzin pogładził łeb Wilka. - Nie umiem na to odpowiedzieć. A teraz już nikt nie będzie umiał, bo wszyscy, dla których ta dolina coś znaczyła, właśnie giną jeden po drugim.
Su milczała. Takiej odpowiedzi się spodziewała. I chociaż początkowo niesprawiedliwie gniewała się na swoje Jagniątko, teraz poczuła dojmujący żal, że celowo je zasmuciła. Zaskomlała wpychając swój nos pod dłoń Owcy. Przebacz mi, malutki, mówiły jej oczy, chociaż wszyscy poza Tenzinem widzieli w nich tylko pustkę. Nie chciałam twojego smutku. Nie myśl o tym, to nie nasza sprawa. Robimy to, co nam kazano i nic nie możemy z tym zrobić. Niczemu nie jesteś winny, nikomu nie musisz się tłumaczyć. To wszystko kryło się pod jednym gestem. I Tenzin doskonale go rozumiał, głaszcząc czule łeb Suowei. Bo Wieczni Łowcy rozumieli się bez słów. Byli jednością. Oddzielnie, lecz nigdy osobno - takie było ich motto. Tylko razem byli silni.
Wtedy umysły obojga zalała nowa fala. Wezwanie...ale inne niż to, które pałało od pola bitwy. Tamto było gdzieś obok. Było inne. To nie gotowość do śmierci...
To był...strach.
Wilk wydał z siebie warkot podobny do śmiechu patrząc w stronę lasu. Tenzin również spojrzał w tamtym kierunku. Na skraju lasu, z mieczem w rękach, stał jakiś wyrostek. Miał może z siedemnaście lat. Giermek, tak świadczył jego ubiór. Patrzył niepewnie to na pole bitwy, to na Wiecznych Łowców. W jego sercu zaczynał tlić się strach. On wiedział. Znał ich z legend lub wierzeń. Czy do tej pory wierzył, czy też nie, teraz rozumiał: tej doliny nie dane jest nikomu opuścić z życiem. Łowcy już tu byli...
- Widzi nas - powiedziała Owca, chociaż było to oczywiste.
~ A teraz wybiera ~ zamruczał zadowolony Wilk czując coraz większą chęć ucieczki zbierającą w sercu chłopaka.
Spojrzał na łuk Tenzina. Łowca starał się posyłać mu łagodne myśli.
~ Nie bój się śmierci ~ mówił za pomocą telepatii.
Teraz giermek spojrzał na Suowei. Wilk wyszczerzył kły i szczeknął wyzywająco. Chcesz uciec? Zobaczymy jak daleko zajdziesz zanim cię dopadnę...
Podjął decyzję.
Rzucił miecz. Pobiegł w las.
Tenzin westchnął i skinął głową towarzyszce. Ta z radosnym warkotem poleciała za ofiarą.
Tchórzliwy giermek biegł przed siebie niemal na oślep. Oglądał się przez ramię, potykając o korzenie. Ale nie ważne jak bardzo chciał, by wszystko okazało się złudzeniem, za jego plecami wciąż błyszczała błękitna pustka rozwartej paszczy. Mamrotał pod nosem wszelkie modlitwy. Bogowie jednak, kimkolwiek by nie byli, nie mogli mu pomóc. Dezerterzy nie zasługują na ich litość. A z samą śmiercią nie mogą się kłócić. Dane mu tu było umrzeć i tak się stanie. Nie może uciec, nikomu się to nie udało. Jeśli wydostanie się z lasu, jeśli zgubi Wilka, Owca i tak go wytropi i wskaże potworowi właściwy trop. Dorwą go. Jeśli nie dziś, to jutro. A mimo to on dalej uciekał jak głupi. Uciekał, bo niósł go strach. Szeptał do uszu głupoty. Zapewniał, że będzie dobrze, jeśli tylko się nie zatrzyma.
Nagle warkot za jego plecami ustał. Chłopak dalej biegnąc obejrzał się z lękiem. Ale za nim były tylko drzewa. Zwolnił trochę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Udało się. Zgubił go. Z jego piersi urywkami wyrwał się śmiech. Zamknął oczy i odwrócił głową z powrotem naprzód, dalej się śmiejąc.
Gdy je otworzył, w mroku przed nim rozbłysły fioletowo błękitne ślepia.
Wrzask. Chrupnięcie kości. Cisza.
Tenzin dotarł na miejsce kilkanaście minut później. Suowei już chłeptała ciepłą krew z ciała giermka, rozkoszowała się jego śmiercią. Jej uniesienie powoli opadało, zapał przysychał. W końcu satysfakcja minęła całkowicie. Łowca odczekał, aż Su się nacieszy, siedząc spokojnie na pieńku.
~ Jeszcze... ~ zamruczała owijając się wokół niego. ~ Chcę jeszcze, Owieczko.
- Wróćmy na pole bitwy - zaproponował Tenzin. - Może niedobitki nie będą chciały zginąć w słusznej sprawie.
Z głębi pyska dobiegł niski wydźwięk aprobaty. Cieszący się szczęściem przyjaciółki łucznik poklepał ją po nosie i ruszyli z powrotem na skraj lasu.
Trwająca w dole bitwa dogasła, ku wyraźnej dezaprobacie Wiecznych Łowców. Dolina przypominała zieloną miskę, do której wlano dwie wysoko reaktywne ciekłe substancje. Ta, której było więcej, w zastraszającym tempie wyżarła drugą i teraz w misie pozostała jedynie obojętna, mętna mieszanina. Wezwanie śmierci, jeszcze chwilę temu burzące krew w żyłach, teraz umilkło. Bitwa dobiegła końca. Robota skończona. Kropka na końcu zdania. Dziękujemy za waszą uwagę, zapraszamy ponownie.
- Nic tu po nas - powiedział smutno Tenzin. Skierował swoje kroki z powrotem między drzewa, ale Suowei dalej tkwiła w miejscu. Owca zatrzymała się. - Coś się stało?
~ Nie czujesz tego?
Spojrzał na pole bitwy. Wygrani wiwatowali.
- Radości?
~ Nie. Zza wzgórz...
Teraz też to poczuł. Widmo śmierci. Nadchodziło w stronę nie spodziewających się niczego żołnierzy. I po kilku minutach do misy ktoś wlał złoty strumień kwasu. Armie Arsmana zalały nieprzygotowanych do kolejnej walki żołdaków.
- Dlaczego to robią? - oburzył się Tenzin. - Skoro chcieli ich pokonać, czemu w pierwszej kolejności tu nie przyszli i nie pomogli obrońców?
~ To polityka, Jagniątko ~ odpowiedziała Su. ~ Ludzie są podli. Arsman nie chciał mieć na głowie dwóch wrogich armii. Pozwolił jednej bestii pożreć drugą, by martwić się tylko jedną z nich naraz.
Owca milczała.
~ Tenzinie? ~ zapytał Wilk.
Łowca odwrócił się i ruszył w las.
- Nie będę w tym uczestniczył - oznajmił. - Idziesz ze mną?
~ Tak jak zawsze, moje kochane Jagniątko.
Suowei
[Widoczna na arcie właściciela]
Imię: Suowei. Często nazywana po prostu Wilkiem. Tenzin pieszczotliwie zwraca się do niej Su.
Rasa: Łącznik - tak jak właściciel, chociaż ona wydaje się mieć nieco więcej z ducha.
Wiek: Nieznany
Płeć: Samica, a w każdym razie głos ma kobiecy (oraz humorki)
Krótki opis: Krok w krok za Owcą, niczym potworny zmutowany cień, kroczy, a raczej płynie jego opiekunka, zwana mylnie Wilkiem (co poradzić - pod jej spódnicę zajrzeć się nie da). Suowei w większości jest zupełnym przeciwieństwem spokojnego, delikatnego Tenzina. Świadczy o tym chociażby jej wygląd: podczas gdy Tenzin zdecydował się przyjmować postać zupełnie materialną, Wilk jest właściwie jedynie lewitującą za nim czarną paszczą w drewnianej masce owcy, a za nią ciągnie się eteryczny fioletowo czarny woal. Oczy Su tak samo jak jej właściciela są jedynie zajętą widmowym płomieniem pustką. Gdy rozwiera paszczę okazuje się, że także i jej gardło jest istnym piekłem błękitnych języków ognia. Suowei jest wyjątkowo drażliwa i nieufna. Rządzi nią silny matczyny instynkt. Traktuje Tenzina zupełnie jak własne szczenię, nazywając go potulnie ,,moje malutkie jagniątko" i kłapiąc zębami w stronę każdego, kto odważy się zanadto do jej maleństwa zbliżyć. W przeciwieństwie do Owcy, jej zdolności telepatyczne nie mają granic. Mimo to praktycznie nigdy nie porozumiewa się z jakimkolwiek śmiertelnikiem. Jedyną osobą, do której ciągle się odzywa jest właśnie jej kochana owieczka.
Właściciel: Tenzin
Subskrybuj:
Posty (Atom)