Zdjąłem kaptur i przywróciłem moim uszom normalny, człowieczy wygląd, po
czym ze znudzeniem rozsiadłem się w fotelu i począłem obracać w rękach
czarne krucze pióro. Nie, żebym jadał kruki. Podobno nie są za dobre. I w
dodatku mają dziwny posmak...
Wszystkie istoty w Hidden są tak różne, że nawet nie zdziwiłbym się,
gdybym zobaczył tutaj jakiegoś stwora typu Minotaur. Są tu nawet
kotowate. I smoki. No i na moje nieszczęście likantropy...
Miałem okazję poobserwować sobie kilkoro z nich, siedząc w swym rudym futrze w okolicy ogniska.
Ale mniejsza z tym.
Rozejrzałem się po swojej jaskini. Wypadałoby zrobić coś, żeby było w
niej przytulnie. Jak na razie w grocie wielkości przeciętnego pokoju
miałem tylko ciężkie biuro, rozpadający się fotel, którego nie chciało
mi się naprawić przed chwilą, i łóżko, okropnie niewygodne. Już ten
kamień, na którym spałem jeszcze dwie noce temu był wygodniejszy. Może
by go tu przywlec?
Rozpiąłem płaszcz i wstałem, żeby rzucić go na oparcie fotela i usiąść
na łóżku. Jęknąłem, kiedy kilkanaście nierównych wąskich desek wbiło się
w moje pośladki. Chyba podziękuję za taki nocleg...
Mógłbym użyć jakiś zaklęć, przecież mam pół księgi w głowie, ale komu by
się chciało? Może mnie natchnie do tego, żeby coś zrobić. Mógłbym
cieszyć się ciszą, ale jak na złość jakiś ptak począł żałośnie śpiewać
swą pieśń od siedmiu boleści. Jak masz okropny głos, to po ch*j
śpiewasz?!
Zirytowany znowu przyodziałem się w płaszcz z kapturem, ale ten był
znacznie wygodniejszy, bardziej przystosowany do takich wędrówek.
W nie najlepszym humorze wybyłem z groty, nie martwiąc się nawet
zabezpieczeniem jej. Wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy mam pod
ręką. Jakby ukradli mi łóżko, nawet bym się cieszył. Byłby pretekst,
żeby w ogóle coś ze swoim miejscem zamieszkania zrobić. A może w ogóle
przeprowadzić się do lasu i zaszyć w chatce jak te zgrzybiałe wiedźmy i
obłąkani magowie? Ciszej by nie było, ale wygodniej z pewnością. Może do
miasta? O nie, tam na pewno nie... Przecież tam są istoty od świtu do
zachodu. A nawet po nim.
Począłem pałętać się po okolicy, aż w końcu zatrzymałem się w
sąsiedztwie jakiegoś samotnego krzewu i usiadłem obok niego. Podmuch
wiatru omiótł moją twarz.
- Cześć, wietrze, przyjacielu - szepnąłem, a w odpowiedzi dostałem
silniejszy powiew powietrza. - Co się dzieje z Kiette? - zapytałem po
chwili, jednak zanim uzyskałem jakikolwiek odzew, usłyszałem jakiś
szelest i nawet nie myśląc, przybrałem kocią postać. To był ogromny
błąd.
Usłyszałem głośne warczenie tuż za mną. No to pięknie, pomyślałem,
odwracając się i wpatrując się w czerwone ślepia wilkołaka... Szybko
wróciłem do ludzkiej postaci, a kaptur zsunął mi się z głowy. Zdążyłem
tylko wyciągnąć ręce i wytworzyć głaz.
Cisza. Okropna cisza.
Podniosłem się z ziemi, przeczesując dłonią rudoczerwone włosy i
obszedłem głaz. Wilkołaka nie było. Mam nadzieję, że nie zabiłem go tym
głazem. Ale nie sądzę. Są wystarczająco silne. Pewnie po prostu uciekł.
Odetchnąłem z ulgą. Trochę zapomniałem o tym, żeby uważać... Słuchać
ziemi przede wszystkim. Żywiołu, z którym byłem związany najmniej, a
który był mi niezbędny.
Obróciłem się, żeby udać się do swego obecnego mieszkania, kiedy to wyrosła przede mną nieznana mi postać...
Ktoś dokończy?
niedziela, 10 kwietnia 2016
niedziela, 3 kwietnia 2016
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Imię: Hanneon. Czyta się tak, jak pisze. W języku dzikich kotów zza
oceanu ,,hanne" oznacza zwycięstwo, zatem ,,hanneon" oznacza tego, który
zwycięża. Sam zastanawia się, czemu matka tak go nazwała.
Nazwisko: Chattres, takie nadała matka. Dzikie kotołaki nie używały nazwisk.
Przydomek: Rodzina mówiła mu Han. Śmiej go nazwać Dachowcem, a popamiętasz. Jak mu jakieś wymyślisz, i tak nie będzie go to obchodzić.
Rasa: matka była magiem, ojciec zmieniał się w kota. Kotomag? Powszechnie jednak przedstawia się jako mag, raczej nie mówi o tym drugim.
Wiek: Obecnie 22, ale jego wygląd nie zmienia się od trzech lat przez kotołacze geny, co często go irytuje. Ma wielką nadzieję, że nie jest nieśmiertelny albo nie utknie w dziewiętnastce do końca życia.
Płeć: mężczyzna czy kocur, jak kto woli. Nie mylić z kobietą, bo podrapie!
Stanowisko: Szpieg, chociaż mógłby być w oddziale magicznym.
Aparycja: Wzdłuż kręgosłupa ciągną się dziwne runy, które - jak powiedziała mu matka - są formułą zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, ale nie potrafi ich odczytać. Na prawej piersi ma bliznę po podrapaniu przez jednego ze swoich dawnych znajomych. Jest przeciętnego wzrostu i ma wątłą budowę. Jego kły są dłuższe niż te przeciętnych istot, ale ponieważ przeważnie się nie uśmiecha, nikt tego nie zauważa. Podobnie z noszeniem długich kapturów. Nosi je po to, by podczas nasłuchiwania nie było widać jego kocich uszu.
Zdolności: Ponieważ płynie w nim krew maga, potrafi władać żywiołami, jednak najlepiej dogaduje się z powietrzem. Han szanuje wszystkie cztery żywioły, traktuje je niczym żywe istoty i czasem rozmawia z nimi, głównie z wiatrem, prosząc o pomoc. Przez to wielu sądzi, ze zwariował i gada do siebie. Zna wiele zaklęć, ale używa tylko kilku i stosunkowo rzadko, ponieważ radzi sobie siłami naturalnymi. Korzystałby jedynie z lewitacji, chociaż o to również prosi wiatr. Jest zwinny, szybki i zmieści się niemal wszędzie. Może nie jest zbyt silny, ale nadrabia to umiejętnym ukrywaniem się. Potrafi w przeciągu kilku sekund zamienić się w rudego kota, bądź pół-kota. Postać pół-kota przybiera tak, jak sam chce. Tylko uszy, tylko ogon, tylko pazury, jedno z drugim albo wszytko na raz...
Zainteresowania: Czyżby to było spanie...? Po części tak, ale tym zajmuje się za dnia, w nocy ma ciekawsze zajęcia. Nikt by go o to nie posądzał, ale Hanneon uwielbia pisać. W swojej księdze z pustymi stronami zapisuje praktycznie wszystko, od snów po opisy napotkanych zwierząt i roślin, którym często dorysowuje ilustracje. Albo przemyślenia. Czasami stworzy też coś własnego, jakiś wiersz czy pieśń, bywa, że opowieść. Najbardziej lubi być sam w ciszy i świętym spokoju. Zdarzy mu się coś nucić, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. No i odradzam palenie w jego pobliżu jakichś światełek, które są w stanie drgać, zostawiania w pobliżu włóczek, szeleszczenia jakimiś rzeczami i ciągnięcie sznura. Zazwyczaj udaje mu się zapanować nad tą kocią stroną, ale nie zawsze. Zwłaszcza niedługo po przebudzeniu, kiedy jego umysł jeszcze nie otrzeźwiał.
Charakter: Zawsze chodził jak sam chciał i robił to, czego sam chciał i po dziś dzień wygląda to tak samo. Jest nad wyraz mądry i pomimo tego, że jest dość młody, ma spore życiowe doświadczenie. Nie ufa nikomu, czasami nawet sobie samemu. Jeśli w twojej obecności odezwie się nie pytany i dobrowolnie, czuj się wyróżniony. Ceni ciszę i nie lubi gaduł. Najchętniej udusiłby swoją naturę kotołaka, bo przez instynkt miewa dziwne, typowe dla zwykłych dachowców zachowania. Zazwyczaj jest podejrzliwy i w trzech czwartych życia znudzony. Twoim gadaniem, światem, życiem, padającym deszczem. Generalnie wszystkim. Ma dosyć silną samokontrolę. Jest raczej melancholikiem i najczęściej pesymistą. Bywa, że ma sarkastyczne poczucie humoru i jest po prostu wredny. Jest obserwatorem i słuchaczem. Stoi z boku i nasłuchuje, przez co wie wiele o mieszkańcach Hidden. Sprawia wrażenie chodzącej tajemnicy i to chyba jest prawdą. Nie zapominajmy też o tym, że płynie w nim kocia krew, przez co jego charakter potrafi zmienić się z osoby zupełnie niechętnej do życia w rozbrykanego, dziecinnego chłopaka. Ale o tym nie mówi i stara się te cechy wyeliminować. No i warto też wspomnieć o tym, że jest cierpliwy. Do czasu.
Historia: Urodził się w jednym miocie wraz z dwoma swoimi braćmi i jedną siostrą, w grocie pod wodospadem w kraju dzikich kotołaków. Jego ojciec już wtedy nie żył. Zginął pierwszy, kiedy tylko odkryto, że spoufalał się z magiem. Matka długo opiekowała się nim i jego rodzeństwem. Planowała ucieczkę wraz ze swoimi dziećmi do jakiegoś innego, spokojniejszego miejsca. W noc, w którą miała zamiar to zrobić, kiedy nie świecił księżyc a ona poszła zebrać jakieś jedzenie, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, bo była świetnie zamaskowana. Han oraz jego rodzeństwo, mając niewyobrażalne szczęście, nie zostali zidentyfikowani jako istoty półkrwi, a jeden z kotołaków nawet ich przygarnął. Wychowywali się tam dosyć spokojnie. Kilka lat później Kiette przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności przy innych członkach sfory. Kotołaki postanowiły pozbyć się całej czwórki, wraz z ich opiekunem, ale Han i Kiet zdołali uciec, co niestety nie udało się ich rodzeństwu. Byli świadkami ich śmierci, podobnie ze śmiercią opiekuna. Długo szukali matki, ale nie udało im się jej znaleźć i postanowili ruszyć w świat. Z ostrożności nigdy nie zmieniali kociej postaci, przez co później miauczenie i mruczenie weszło im w nawyk. Wędrowali po różnych krajach, przez długi czas mając kotołaki na ogonie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Mając lat piętnaście rozstali się w porcie, gdzie znaleźli ucywilizowane kotołaki. Kiette postanowiła już tam zostać, ale Han chciał znaleźć innych magów. W końcu znalazł starego, posępnego starca, który nauczył go używania magii. Mieszkał u niego przez jakiś czas, aż ten nie stwierdził, że Hanneon jest w stanie dać sobie radę sam. Tak, po sześciu latach wędrówki, trzech nieszczęśliwych miłościach i zdobyciu kilku wrogów trafił do Hidden przez zupełny przypadek, spadając wraz z osunięciem ziemi podczas wspinaczki po górach.
Partner: Nie myśli o tym, ale może jak ktoś mu wpadnie w oko, to się to zmieni.
Rodzina:
* ojciec: nie zna jego imienia, ale mama mówiła na niego Wspaniały.
* matka: Minah-Tian
* siostra: Kiette, z języka kotów ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję,
* bracia: Jumon i Sarazion, imię pierwszego z kociego oznacza ,,ten, który jest mistrzem", zaś drugiego ,,ten, który jest cudem". Obaj nie żyją.
Towarzysz: Może by posiadał, gdyby nie kocia natura, przez którą ptaka mógłby zjeść, psowatych nie lubi, za owadami mógłby biegać, a z dachowcem musiałby obchodzić się jak z kolegą. Więc pupila raczej posiadać nie będzie...
Szczegóły:
*Kiedy nie używa magii ma ciemnobrązowe oczy, jednak kiedy panuje nad którymś z żywiołów powietrza, wody, ziemi bądź ognia, zmieniają się odpowiednio na szare, niebieskie, zielone lub żółte.
*Rzadko pije alkohol, bo po pijanemu nie jest w stanie używać swych umiejętności w pełni.
*Chciał przejść na wegetarianizm, ale mieszkał w pobliżu myszy no i mu nie wyszło.
*Czasami odzywają się w nim zwierzęce instynkty.
*Jego wzrok bywa hipnotyzujący.
*Ma w sobie coś, co przyciąga do niego inne osoby, ale nie wie, czemu. Irytuje go to, bo nie jest kontaktowy i nie lubi nawiązywać nowych znajomości.
*Chce dowiedzieć się, co stało się z matką i dlaczego nadała mu takie, a nie inne imię.
*Aury jego zaklęć przybierają kolor amarantowy, złoty albo niebieski.
Autor: Lucy321
Nazwisko: Chattres, takie nadała matka. Dzikie kotołaki nie używały nazwisk.
Przydomek: Rodzina mówiła mu Han. Śmiej go nazwać Dachowcem, a popamiętasz. Jak mu jakieś wymyślisz, i tak nie będzie go to obchodzić.
Rasa: matka była magiem, ojciec zmieniał się w kota. Kotomag? Powszechnie jednak przedstawia się jako mag, raczej nie mówi o tym drugim.
Wiek: Obecnie 22, ale jego wygląd nie zmienia się od trzech lat przez kotołacze geny, co często go irytuje. Ma wielką nadzieję, że nie jest nieśmiertelny albo nie utknie w dziewiętnastce do końca życia.
Płeć: mężczyzna czy kocur, jak kto woli. Nie mylić z kobietą, bo podrapie!
Stanowisko: Szpieg, chociaż mógłby być w oddziale magicznym.
Aparycja: Wzdłuż kręgosłupa ciągną się dziwne runy, które - jak powiedziała mu matka - są formułą zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, ale nie potrafi ich odczytać. Na prawej piersi ma bliznę po podrapaniu przez jednego ze swoich dawnych znajomych. Jest przeciętnego wzrostu i ma wątłą budowę. Jego kły są dłuższe niż te przeciętnych istot, ale ponieważ przeważnie się nie uśmiecha, nikt tego nie zauważa. Podobnie z noszeniem długich kapturów. Nosi je po to, by podczas nasłuchiwania nie było widać jego kocich uszu.
Zdolności: Ponieważ płynie w nim krew maga, potrafi władać żywiołami, jednak najlepiej dogaduje się z powietrzem. Han szanuje wszystkie cztery żywioły, traktuje je niczym żywe istoty i czasem rozmawia z nimi, głównie z wiatrem, prosząc o pomoc. Przez to wielu sądzi, ze zwariował i gada do siebie. Zna wiele zaklęć, ale używa tylko kilku i stosunkowo rzadko, ponieważ radzi sobie siłami naturalnymi. Korzystałby jedynie z lewitacji, chociaż o to również prosi wiatr. Jest zwinny, szybki i zmieści się niemal wszędzie. Może nie jest zbyt silny, ale nadrabia to umiejętnym ukrywaniem się. Potrafi w przeciągu kilku sekund zamienić się w rudego kota, bądź pół-kota. Postać pół-kota przybiera tak, jak sam chce. Tylko uszy, tylko ogon, tylko pazury, jedno z drugim albo wszytko na raz...
Zainteresowania: Czyżby to było spanie...? Po części tak, ale tym zajmuje się za dnia, w nocy ma ciekawsze zajęcia. Nikt by go o to nie posądzał, ale Hanneon uwielbia pisać. W swojej księdze z pustymi stronami zapisuje praktycznie wszystko, od snów po opisy napotkanych zwierząt i roślin, którym często dorysowuje ilustracje. Albo przemyślenia. Czasami stworzy też coś własnego, jakiś wiersz czy pieśń, bywa, że opowieść. Najbardziej lubi być sam w ciszy i świętym spokoju. Zdarzy mu się coś nucić, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. No i odradzam palenie w jego pobliżu jakichś światełek, które są w stanie drgać, zostawiania w pobliżu włóczek, szeleszczenia jakimiś rzeczami i ciągnięcie sznura. Zazwyczaj udaje mu się zapanować nad tą kocią stroną, ale nie zawsze. Zwłaszcza niedługo po przebudzeniu, kiedy jego umysł jeszcze nie otrzeźwiał.
Charakter: Zawsze chodził jak sam chciał i robił to, czego sam chciał i po dziś dzień wygląda to tak samo. Jest nad wyraz mądry i pomimo tego, że jest dość młody, ma spore życiowe doświadczenie. Nie ufa nikomu, czasami nawet sobie samemu. Jeśli w twojej obecności odezwie się nie pytany i dobrowolnie, czuj się wyróżniony. Ceni ciszę i nie lubi gaduł. Najchętniej udusiłby swoją naturę kotołaka, bo przez instynkt miewa dziwne, typowe dla zwykłych dachowców zachowania. Zazwyczaj jest podejrzliwy i w trzech czwartych życia znudzony. Twoim gadaniem, światem, życiem, padającym deszczem. Generalnie wszystkim. Ma dosyć silną samokontrolę. Jest raczej melancholikiem i najczęściej pesymistą. Bywa, że ma sarkastyczne poczucie humoru i jest po prostu wredny. Jest obserwatorem i słuchaczem. Stoi z boku i nasłuchuje, przez co wie wiele o mieszkańcach Hidden. Sprawia wrażenie chodzącej tajemnicy i to chyba jest prawdą. Nie zapominajmy też o tym, że płynie w nim kocia krew, przez co jego charakter potrafi zmienić się z osoby zupełnie niechętnej do życia w rozbrykanego, dziecinnego chłopaka. Ale o tym nie mówi i stara się te cechy wyeliminować. No i warto też wspomnieć o tym, że jest cierpliwy. Do czasu.
Historia: Urodził się w jednym miocie wraz z dwoma swoimi braćmi i jedną siostrą, w grocie pod wodospadem w kraju dzikich kotołaków. Jego ojciec już wtedy nie żył. Zginął pierwszy, kiedy tylko odkryto, że spoufalał się z magiem. Matka długo opiekowała się nim i jego rodzeństwem. Planowała ucieczkę wraz ze swoimi dziećmi do jakiegoś innego, spokojniejszego miejsca. W noc, w którą miała zamiar to zrobić, kiedy nie świecił księżyc a ona poszła zebrać jakieś jedzenie, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, bo była świetnie zamaskowana. Han oraz jego rodzeństwo, mając niewyobrażalne szczęście, nie zostali zidentyfikowani jako istoty półkrwi, a jeden z kotołaków nawet ich przygarnął. Wychowywali się tam dosyć spokojnie. Kilka lat później Kiette przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności przy innych członkach sfory. Kotołaki postanowiły pozbyć się całej czwórki, wraz z ich opiekunem, ale Han i Kiet zdołali uciec, co niestety nie udało się ich rodzeństwu. Byli świadkami ich śmierci, podobnie ze śmiercią opiekuna. Długo szukali matki, ale nie udało im się jej znaleźć i postanowili ruszyć w świat. Z ostrożności nigdy nie zmieniali kociej postaci, przez co później miauczenie i mruczenie weszło im w nawyk. Wędrowali po różnych krajach, przez długi czas mając kotołaki na ogonie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Mając lat piętnaście rozstali się w porcie, gdzie znaleźli ucywilizowane kotołaki. Kiette postanowiła już tam zostać, ale Han chciał znaleźć innych magów. W końcu znalazł starego, posępnego starca, który nauczył go używania magii. Mieszkał u niego przez jakiś czas, aż ten nie stwierdził, że Hanneon jest w stanie dać sobie radę sam. Tak, po sześciu latach wędrówki, trzech nieszczęśliwych miłościach i zdobyciu kilku wrogów trafił do Hidden przez zupełny przypadek, spadając wraz z osunięciem ziemi podczas wspinaczki po górach.
Partner: Nie myśli o tym, ale może jak ktoś mu wpadnie w oko, to się to zmieni.
Rodzina:
* ojciec: nie zna jego imienia, ale mama mówiła na niego Wspaniały.
* matka: Minah-Tian
* siostra: Kiette, z języka kotów ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję,
* bracia: Jumon i Sarazion, imię pierwszego z kociego oznacza ,,ten, który jest mistrzem", zaś drugiego ,,ten, który jest cudem". Obaj nie żyją.
Towarzysz: Może by posiadał, gdyby nie kocia natura, przez którą ptaka mógłby zjeść, psowatych nie lubi, za owadami mógłby biegać, a z dachowcem musiałby obchodzić się jak z kolegą. Więc pupila raczej posiadać nie będzie...
Szczegóły:
*Kiedy nie używa magii ma ciemnobrązowe oczy, jednak kiedy panuje nad którymś z żywiołów powietrza, wody, ziemi bądź ognia, zmieniają się odpowiednio na szare, niebieskie, zielone lub żółte.
*Rzadko pije alkohol, bo po pijanemu nie jest w stanie używać swych umiejętności w pełni.
*Chciał przejść na wegetarianizm, ale mieszkał w pobliżu myszy no i mu nie wyszło.
*Czasami odzywają się w nim zwierzęce instynkty.
*Jego wzrok bywa hipnotyzujący.
*Ma w sobie coś, co przyciąga do niego inne osoby, ale nie wie, czemu. Irytuje go to, bo nie jest kontaktowy i nie lubi nawiązywać nowych znajomości.
*Chce dowiedzieć się, co stało się z matką i dlaczego nadała mu takie, a nie inne imię.
*Aury jego zaklęć przybierają kolor amarantowy, złoty albo niebieski.
Autor: Lucy321
wtorek, 29 marca 2016
Od Dheraia - Bajeczki
Smokobójca uderzył pustym kuflem w stół i oblizał wąsy z piwa.
Rozochocony którąś już kolejką dalej zażarcie rozprawiał jak to udało mu
się ujść z życiem, podczas gdy jego kamratów spotkał jakiś okrutny los.
Siedząca z nim trójka towarzyszy nastawiała uszu. Byli głodni plotek -
najbardziej rozpowszechnionej waluty we wsiach. Nie mając dostępu do
informacji z dworów i zza granicy nie wahali się opłacać podróżnym pobyt
w tawernach w zamian za choćby kilka niezbyt pewnych pogłosek. Teraz
chłopi patrzyli z wyczekiwaniem w smokobójcę aż ten się zrewanżuje. Nie W
tawernie o tej porze było wielu gości. Hałas nie wypuszczał rzucanych
przy stole słów zbyt daleko, nie było też nikogo chętnego, kto by te
słowa łapał. Wszyscy mieli coś ciekawszego do omówienia. Wszyscy, poza
jednym, tajemniczym jegomościem siedzącym w kącie. Nie miał przy sobie
żadnych rozpraszających kompanów, przed nim nie stało żadne jadło ani
napitek. Po prostu siedział jak mysz pod miotłą, nie zwracając na siebie
żadnej uwagi, wsłuchując się w każde słowo smokobójcy. Czujny,
anonimowy słuchacz. Gdyby się do nich dosiadł pewnie słyszałby więcej,
jednakże znając ludzkie reakcje na jego obecność, Dherai wolał nie
ryzykować zamieszania. Był właściwie niewidzialny i lepiej, by tak
pozostało.
- No opowiadajcież, mistrzu smokobójco! - nalegał pierwszy z chłopów. - Cóże was napadło?
- Nie napadło nic - poprawił go najemnik.
- To co się stało?
- Wypadek przy pracy, nic interesującego... - uśmiechnął się podle
widząc, jak jego towarzysze nachylają się bliżej, doskonale wiedząc, że
to musi być coś ciekawego. - No dobra! - powiedział smokobójca, jakby
dopiero teraz przekonując się co do podzielenia się historią.
Dherai również się uśmiechnął. Co za amatorskie metody. Gdyby to od
niego zależało, najemnik zacząłby śpiewać o wiele wcześniej, a chłopi
nie trawiliby na niego pieniędzy. Ale po co się spieszyć? Przecież on ma
na wszystko czas. Całą wieczność właściwie. Mów przyjacielu, pomyślał.
Co też się za granicami dzieje?
- No więc zaczęło się od smoka - rozpoczął mężczyzna. Bo jakżeby
inaczej, przeszło Dherowi przez myśl. - W takiej wiosce jak ta, jakieś
dziesięć mil stąd, ktoś obiecywał nagrodę za ubicie gada mieszkającego w
pobliskich lasach. Sprawa śmierdziała, że tak powiem. Ani owiec nie
kradł, ani żadnej baby nie porwał...po prostu siedział w lesie. Ale
wiadomo jak to jest - gad straszy, nawet jeśli nie robi. Myśleliśmy, że
pewnie stary i tylko dogorywa, bo nawet sobie cichszego miejsca na zgon
nie wybrał, jeno walnął byle gdzie koło wioski. No to zgłosiliśmy się z
chłopakami, zapłacili nam z góry i rura w las. Smoka wytropilimy szybko.
I tu dziwy: smok wcale nie stary. Ba! Młody, silny, ino jakiś dziwny.
Jakby nie obeznany ze zwyczajami własnego gatunku. Zranilimy go, a ten
zwiał. Ze skrzydła krew mu się lała niby deszcz, drażniąc konie i
parząc, jeśli który oberwał kroplą. No to posyłamy przodem naszych dwóch
specjalistów, by pułapkę zastawili. I wkrótce ŁUP! - walnął ręką w stół
dla efektu. - Gad w sieci na ziemi! Dojechalimy do niego zadowoleni.
Teraz tylko łeb uciąć i z łusek oprawić...
- Ale ten się uwolnił? - zgadywał jeden z kmiotów. - Napadł was i zeżarł ci kompanów?
- Skądże! - zaprzeczył smokobójca. - Proszę mi nie przerywać. Za słaby
był, zmęczony lotem i krwi utracił sporo. Poza tym zgaduję, że gdyby
się wyplątał, znowu by uciekał. Takie to dziwne, strachliwe bydle było.
No to bierem topory i miecze, już gad miał łeb stracić...I wtedy z lasu
wypadli ONI...
- K-kto?
- MIESZAŃCY! - ryknął najemnik. - Wybiegli z lasu, otoczyli nas! Zanim
zdążyłem zareagować, już trzech naszych zatłukli! Na moich oczach jeden
z nich wyrwał naszemu szefowi głowę razem z kręgosłupem, a drugiego
spalił ognistym oddechem!
Dherai nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Całe szczęście nikt go nie
usłyszał przez harmider. Biorąc pod uwagę zapał z jakim mężczyzna
wszystko opisywał oraz jego oczywistą chęć zaimponowania kmiotom,
oczywiście zmyślał. A takiej bajeczki Dher nie słyszał jeszcze nigdy. O
nim samym niegdyś głosiły legendy, że wyrywa ręce i łamie niczym
zapałki, ale to biło wszystko na głowę. Doprawdy, lepszy bajarz niż
wojownik. Nic dziwnego, że uciekł.
- Uciekłem stamtąd co sił w nogach, ale diabelstwa mnie jeszcze
goniły! - opisywał dalej mężczyzna. - Dopiero przed wieczorem, gdy byłem
jakąś milę stąd zostawiły mnie i wróciły do lasu.
- Mieszańce? U nas w lasach? - mówił z przestrachem, jakby do siebie, drugi z kmiotów. - Jak do tego doszło?
- Powiem ci jak! - rzekł pierwszy. - Wojna! Ot co! Narobiliśmy bigosu
ciągnąc te wszystkie dziwadła do swoich konfliktów i teraz musimy to
zeżreć!
- Mszczą się? - wtrącił się z ironią trzeci. - Jak dla mnie to się
pewnie tylko kryją. A że ludzi nie lubią, to już nie nasza wina.
- Nie nasza, tak sądzisz? - zaśmiał się posępnie smokobójca. - Oj
bardziej nasza, niżbyś się spodziewał. To wszystko sięga daleko wstecz,
jeszcze przed wojną.
- To dlaczego, wedle twoich słów, dopiero teraz mieszańce zaczęły bruździć? - kłócił się dalej trzeci.
- Powiem ci tak - najemnik zaczął bawić się nożem. - Dlaczego wilk samotnie nie napada na owce?
- Bo się boi?
- Bo jest sprytny. Wie, że samemu rady przeciwko pasterzowi i
owczarkom nie da. Dlatego zbiera pobratymców i wraca po kilku tygodniach
na to samo stado ze wsparciem. Dlatego problemy zaczynają się dopiero
teraz - nieuważny pasterz zignorował jednego wilka, a teraz Sorsinie
grozi cała wataha. Czają się w lasach, zbierają siły, pewnie nawet już
myślą nad założeniem własnego państwa.
- A władcę mają?
Dherai wyprostował się nagle.
- No ba, że mają! Mówią, że Arsmanowi zerwała się z łańcucha Bestyjka.
Kto jak kto, ale ten to ma już pewne doświadczenie wojskowe. Sam bym go
wybrał na władcę, gdybym był mieszańcem.
Nagle nóż wyrwał mu się samoistnie z ręki i popędził w stronę jego
twarzy, otoczony zielonkawą aurą. Zatrzymał się centymetr od oka
najemnika, po czym trwał tak w całkowitym bezruchu grożąc, że przesunie
się jeszcze bardziej. Chłopi cofnęli się zaskoczeni. Drgnęli na dźwięk
odsuwanego krzesła i z przestrachem spojrzeli w bok na zakapturzonego
jegomościa, który pojawił się jakby znikąd. Dherai usiadł, jak gdyby
nigdy nic, i splótł palce opierając się łokciami o stół.
- Piękna bajka - powiedział spokojnie. - A teraz powiedz nam, bez kolorowania, gdzie zgubiliście tego smoka?
* * *
Pobojowisko wyglądało dokładnie tak jak się spodziewał - żadnych wyrwanych kręgosłupów.
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.
Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.
Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<
środa, 9 marca 2016
Nie być najgorszym, jest to już zaletą w zepsuciu tego świata
Imię: Dherai (w wolnym tłumaczeniu oznacza ,,Wielu”). Skracać nie ma
potrzeby. Jeśli już się ktoś uprze to niech poprzestanie na zwykłym
Dher.
Nazwisko: Brak. Uznaje to za przymiot typowo ludzki. Dherai nie widzi powodu, by się w jakiś sposób wyróżniać barwnym nazwiskiem. Już bez tego jest dość... ,,niepowtarzalną” osobistością.
Przydomek: Żołnierze wojsk Arsmana nazywali go najzwyczajniej w życiu czarnoksiężnikiem, demonem i upiorem. Jednakże gdy już zdobył pewną sławę zyskał nowe, zdecydowanie szerzej znane imię: Legion.
Rasa: Trudno określić czym właściwie jest Dher. Ni to nieumarły, ni to upiór. Po prostu twór jakiegoś szurniętego czarnoksiężnika.
Wiek: Sam Dherai jako jedna, spójna istota ma ponad 60 lat. Jednak zamieszkujące jego ciało dusze umarły będąc w różnym wieku, przez co on sam ma problem z dokładnym określeniem własnego.
Płeć: Mężczyzna...samiec...w każdym razie po prostu ,,on”.
Stanowisko: Mędrzec, mag
Aparycja: Dherai jest dość wysoki i raczej niepozornej budowy. Nie jest mięśniakiem, ale na zupełne chuchro również nie wygląda. Tym, co zapada głęboko w pamięć jest jego twarz. Trudno już to w sumie nazwać ,,twarzą”. Prawdziwa ukryta jest pod pasmami ciemnego, przypominającego bandaże materiału. Oblicze Dhera przywodzi na myśl mumię w średnim stadium rozkładu, podczas którego materiał przylega na stałe do skóry. Otóż ,,maska” Dheraia jest rzeczywiście na stałe przytwierdzona, a raczej przyszyta do jego twarzy, tak jak do całej głowy. Odkryte są jedynie błyszczące upiorną zielenią oczy bez źrenic i usta, aby Dher mógł się w jakiś sposób kontaktować z innymi. Głowa zawsze skryta jest pod kapturem obszarpanego, jakby krzywo skrojonego spinanego klamerkami na paskach płaszcza sięgającego mu zgięcia kolan. Czerwony kaftan i spodnie również wydają się skrojone z przypadkowo znalezionych szmat. Jedynie okryte lekkim pancerzem buty dają wrażenie solidnej roboty. Całe ciało Dheraia jest dokładnie przykryte odzieniem. Nielicznym udaje się zobaczyć jego suchą skórę w kolorze bladej, trupiej zieleni. Charakterystyczną cechą Dhera jest także jego głos: zawsze towarzyszą mu jakby echa jeszcze trzech innych. Gdy unosi się gniewem jest to jeszcze bardziej słyszalne.
Zdolności: Główną i najczęściej wykorzystywaną przez niego mocą jest telekineza. Dherai jest pod tym względem całkiem potężnym magiem. Jego wpływ można rozpoznać po otaczającej chwycony obiekt delikatnej zielonej aurze. Potrafi zmienić każdy przedmiot w śmiercionośny pocisk, jest nawet w stanie unieść w powietrze oraz rzucić żywą istotą. Wszystko zależy od rozmiaru i wagi, bo logiczne, że okrętu nie byłby w stanie długo utrzymać w powietrzu. Też ma swoje ograniczenia, chociaż nie są one takie jak u zwykłych magów. Wszystko dzięki faktowi, że Dherai jest stworzony z tysiąca dusz poległych wojowników, a co za tym idzie potrafi czerpać z nich energię - w razie czego nawet przekazać ją komuś trzeciemu - oraz wiedzę. Tak, Dher jest prawdziwą skarbnicą wiedzy z różnych dziedzin. Nie pamięta może wszystkiego własnym umysłem - tyle informacji nawet dla niego byłoby zbyt trudne do ogarnięcia. Woli jednorazowo wyszukiwać potrzebne wiadomości we wspomnieniach zmarłych, których dusze musi nosić. Wszyscy byli żołnierzami, ale większość przed wstąpieniem do wojska lub przymusowym do niego wcieleniem zajmowała się medycyną, sztuką, magią, kupiectwem czy choćby rolnictwem i rzemieślnictwem. Wiadomo jednak, że Dher nie jest w stanie w pełni zastąpić medyka czy szermierza, bo sama wiedza nie może zastąpić doświadczenia, ale zawsze chętnie służy radą. Nie korzysta z broni, co najwyżej wyszarpniętego komuś sztyletu. Woli walkę wręcz i magię. Dzięki swojej mocy Dherai jest także w stanie lewitować. Jeśli nie musi przy tym zużywać energii na coś innego może całkiem długo utrzymać się w powietrzu.
Zainteresowania: Dher jako mieszanka różnorakich osobowości ma także różne zainteresowania. Przez dusze wojowników lubi dobry trening, chociaż nie wymęcza się bez potrzebnie cały wolny czas. Maga fascynują przede wszystkim wszelkie formy życia. Najmniejsza jaszczurka potrafi go zająć na jakąś godzinę. Będzie pozwalał jej łazić sobie między palcami, przekładając ją z jednej ręki na drugą i zastanawiając się co też siedzi takiej gadzinie w głowie, jak wyglądają jej narządy, czy ma jakieś uczucia. W końcu i tak każde takowe żyjątko wypuszcza, bo nie widzi powodu aby je więzić czy rozpruwać. Fascynuje go także sfera psychiczna ludzi. Jako, że sam nie jest człowiekiem nie posiada takich samych potrzeb ani problemów. Dlatego też każdy jego ludzki czy mniej ludzki kompan musi się liczyć z zadawanymi sporadycznie dziwnymi, często niewygodnymi pytaniami. Dherai widzi także rozrywkę w samej rozmowie. Zanim trafił do Hidden nikt nie odważył się zamienić z nim więcej niż kilka słów, dlatego gdy teraz nadarza się okazją do przyjaznej pogawędki o niczym, chętnie ją wykorzystuje. Lubi zwłaszcza zagadnienia filozoficzne i...kulturalne. Dher zaskakująco dobrze orientuje się w sztuce, zwłaszcza w literaturze. Rozpoznaje cytaty, wiersze i ballady, czasem nawet pieśni, ale nigdy nie śpiewa (nie ma do tego nie tylko słuchu, ale i głosu).
Nazwisko: Brak. Uznaje to za przymiot typowo ludzki. Dherai nie widzi powodu, by się w jakiś sposób wyróżniać barwnym nazwiskiem. Już bez tego jest dość... ,,niepowtarzalną” osobistością.
Przydomek: Żołnierze wojsk Arsmana nazywali go najzwyczajniej w życiu czarnoksiężnikiem, demonem i upiorem. Jednakże gdy już zdobył pewną sławę zyskał nowe, zdecydowanie szerzej znane imię: Legion.
Rasa: Trudno określić czym właściwie jest Dher. Ni to nieumarły, ni to upiór. Po prostu twór jakiegoś szurniętego czarnoksiężnika.
Wiek: Sam Dherai jako jedna, spójna istota ma ponad 60 lat. Jednak zamieszkujące jego ciało dusze umarły będąc w różnym wieku, przez co on sam ma problem z dokładnym określeniem własnego.
Płeć: Mężczyzna...samiec...w każdym razie po prostu ,,on”.
Stanowisko: Mędrzec, mag
Aparycja: Dherai jest dość wysoki i raczej niepozornej budowy. Nie jest mięśniakiem, ale na zupełne chuchro również nie wygląda. Tym, co zapada głęboko w pamięć jest jego twarz. Trudno już to w sumie nazwać ,,twarzą”. Prawdziwa ukryta jest pod pasmami ciemnego, przypominającego bandaże materiału. Oblicze Dhera przywodzi na myśl mumię w średnim stadium rozkładu, podczas którego materiał przylega na stałe do skóry. Otóż ,,maska” Dheraia jest rzeczywiście na stałe przytwierdzona, a raczej przyszyta do jego twarzy, tak jak do całej głowy. Odkryte są jedynie błyszczące upiorną zielenią oczy bez źrenic i usta, aby Dher mógł się w jakiś sposób kontaktować z innymi. Głowa zawsze skryta jest pod kapturem obszarpanego, jakby krzywo skrojonego spinanego klamerkami na paskach płaszcza sięgającego mu zgięcia kolan. Czerwony kaftan i spodnie również wydają się skrojone z przypadkowo znalezionych szmat. Jedynie okryte lekkim pancerzem buty dają wrażenie solidnej roboty. Całe ciało Dheraia jest dokładnie przykryte odzieniem. Nielicznym udaje się zobaczyć jego suchą skórę w kolorze bladej, trupiej zieleni. Charakterystyczną cechą Dhera jest także jego głos: zawsze towarzyszą mu jakby echa jeszcze trzech innych. Gdy unosi się gniewem jest to jeszcze bardziej słyszalne.
Zdolności: Główną i najczęściej wykorzystywaną przez niego mocą jest telekineza. Dherai jest pod tym względem całkiem potężnym magiem. Jego wpływ można rozpoznać po otaczającej chwycony obiekt delikatnej zielonej aurze. Potrafi zmienić każdy przedmiot w śmiercionośny pocisk, jest nawet w stanie unieść w powietrze oraz rzucić żywą istotą. Wszystko zależy od rozmiaru i wagi, bo logiczne, że okrętu nie byłby w stanie długo utrzymać w powietrzu. Też ma swoje ograniczenia, chociaż nie są one takie jak u zwykłych magów. Wszystko dzięki faktowi, że Dherai jest stworzony z tysiąca dusz poległych wojowników, a co za tym idzie potrafi czerpać z nich energię - w razie czego nawet przekazać ją komuś trzeciemu - oraz wiedzę. Tak, Dher jest prawdziwą skarbnicą wiedzy z różnych dziedzin. Nie pamięta może wszystkiego własnym umysłem - tyle informacji nawet dla niego byłoby zbyt trudne do ogarnięcia. Woli jednorazowo wyszukiwać potrzebne wiadomości we wspomnieniach zmarłych, których dusze musi nosić. Wszyscy byli żołnierzami, ale większość przed wstąpieniem do wojska lub przymusowym do niego wcieleniem zajmowała się medycyną, sztuką, magią, kupiectwem czy choćby rolnictwem i rzemieślnictwem. Wiadomo jednak, że Dher nie jest w stanie w pełni zastąpić medyka czy szermierza, bo sama wiedza nie może zastąpić doświadczenia, ale zawsze chętnie służy radą. Nie korzysta z broni, co najwyżej wyszarpniętego komuś sztyletu. Woli walkę wręcz i magię. Dzięki swojej mocy Dherai jest także w stanie lewitować. Jeśli nie musi przy tym zużywać energii na coś innego może całkiem długo utrzymać się w powietrzu.
Zainteresowania: Dher jako mieszanka różnorakich osobowości ma także różne zainteresowania. Przez dusze wojowników lubi dobry trening, chociaż nie wymęcza się bez potrzebnie cały wolny czas. Maga fascynują przede wszystkim wszelkie formy życia. Najmniejsza jaszczurka potrafi go zająć na jakąś godzinę. Będzie pozwalał jej łazić sobie między palcami, przekładając ją z jednej ręki na drugą i zastanawiając się co też siedzi takiej gadzinie w głowie, jak wyglądają jej narządy, czy ma jakieś uczucia. W końcu i tak każde takowe żyjątko wypuszcza, bo nie widzi powodu aby je więzić czy rozpruwać. Fascynuje go także sfera psychiczna ludzi. Jako, że sam nie jest człowiekiem nie posiada takich samych potrzeb ani problemów. Dlatego też każdy jego ludzki czy mniej ludzki kompan musi się liczyć z zadawanymi sporadycznie dziwnymi, często niewygodnymi pytaniami. Dherai widzi także rozrywkę w samej rozmowie. Zanim trafił do Hidden nikt nie odważył się zamienić z nim więcej niż kilka słów, dlatego gdy teraz nadarza się okazją do przyjaznej pogawędki o niczym, chętnie ją wykorzystuje. Lubi zwłaszcza zagadnienia filozoficzne i...kulturalne. Dher zaskakująco dobrze orientuje się w sztuce, zwłaszcza w literaturze. Rozpoznaje cytaty, wiersze i ballady, czasem nawet pieśni, ale nigdy nie śpiewa (nie ma do tego nie tylko słuchu, ale i głosu).
Charakter: Jest jedna dość znacząca wada bycia żywym pojemnikiem dla
tysiąca poległych na wojnie dusz: konflikt osobowości. Dherai zmagał się
z tym kilkanaście lat, zanim zdołał to opanować. Mag od zawsze czuł się
rozdzierany między tysiącem wariantów charakterów. Musiał się
ustatkować przy jednej z nich, aby nie rozerwać własnego umysłu na
strzępy. W końcu do tego dotarł, ale kosztowało go to sporo wysiłku i
czasu. Tak więc po wielu próbach Dherai zdołał dotrzeć do własnego
charakteru, czerpiąc wspólne cechy dla większości z zamieszkujących jego
ciało dusz, dzięki czemu wewnętrzny konflikt został zażegnany. Pierwszą
z wyróżniających Dhera cech jest nieludzka obojętność. Świat wokół może
się palić, niebo runąć na ziemię, a jego będzie to obchodzić jak
zeszłoroczny śnieg. Sądzi, że jeśli coś nie ma na niego bezpośredniego
wpływu, to nie jest warte zachodu. Mało rusza go także widok krwawych
masakr. I tak nie jest w stanie nic dla martwych zrobić, więc po co się
przejmować? Jednak mimo wszystko nie może być tak, że nie ma się w życiu
celu, nieprawdaż? Każdy żyje dla czegoś. Nawet najbardziej zatwardziali
w swoim zdaniu ,,obojętni” w głębi duszy mają swoje cele i powody,
chociaż ich nie widzą. Także i Dherai ma prosty powód do życia: został
stworzony na sługę. Jego stwórca stworzył go z myślą o oddanym pachołku
(nie przewidział może tylko, że pionek ucieknie z planszy) i nawet po
jego śmierci Dher nie jest w stanie żyć bez władcy, którego rozkazy
będzie wykonywał. Może to ironiczne, ale naprawdę wolny czuje się
dopiero pod czyimś autorytetem. Głównie dlatego, że owy autorytet może
wybrać sobie sam i w każdej chwili z niego dobrowolnie zrezygnować.
Dopóki więc władca traktuje go z takim samym szacunkiem jak on jego, mag
wykonuje każde polecenie bez mrugnięcia okiem. Jest
dość...nieprzewidywalny. Zawsze wygląda na istną oazę spokoju. Oazę, w
której ktoś podłożył ładunek wybuchowy. Jeśli ma w intencji zaatakowanie
kogoś, zawsze robi to znienacka, bez jakichkolwiek oznak. Mimo, iż nie
wygląda, Dher ceni sobie towarzystwo innych. Zyskanie jego szacunku to
robota trudna, ale wykonalna. Podobnie jest z kwestią przyjaźni, jednak
mężczyzna ma co do niej dość niekonwencjonalne podejście. Można
powiedzieć, że tylko wobec prawdziwego przyjaciela będzie się zachowywał
złośliwie, a jego odzywki na pewno będą przesycone sarkazmem. Jeśli
więc ci dokucza w taki czy inny sposób, znaczy to tyle, że lubi twoje
towarzystwo. Przyjaciele także zawsze mogą liczyć na jego wsparcie. Nie
bywa może bezpośrednio miły w słowach, ale za to często pomaga innym.
Nierzadko robi to w sposób dyskretny, tak, że nikt tego nie zauważy. Nie
czuje z tego jakiejś satysfakcji ani nie oczekuje podziękowań - po
prostu pomaga. Mag nie ma żadnych problemów z okazywaniem uczuć.
Prawdziwy problem tkwi w odpowiedniej ich interpretacji. To, że się do
ciebie uśmiecha nie świadczy jeszcze, że nic ci nie zrobi (że też
zacytuję: ,,Mogę sobie przecież wyobrażać, że płoniesz na stosie”).
Ogólnie mimika jego twarzy jest raczej ograniczona. Nigdy nie widać na
niej pełnego gniewu ani rozweselenia, a raczej lekkie ich oznaki. Umie
się śmiać, ale przez jego upiorny głos bywa, że niektórzy wprost proszą
go, by tego więcej nie robił.
Historia: Wojna popycha ludzi do radykalnych i nieprzemyślanych czynów.
Jedni widzą w niej czyste piekło i brak jakiegokolwiek sensu, a inni
uznają to za świetnie pole do popisu. Tak więc ponad 60 lat temu,
jeszcze pod chorągwią Amirsa Gafonra, służył pewien nie pamiętany już z
imienia czarnoksiężnik. Nie pamiętany, bo niczego wielkiego nie dokonał,
więc uznano jego imię za nieistotne dla historii tej wojny. Cóż, nie
jest to do końca prawdą. Dokonał czegoś wielkiego i
przełomowego...jednak to jego dzieło zebrało laury.
Wszystko zaczęło się od bitwy pod Maingotą, małym państwem-miastem broniącym się przed zjednoczeniem Sorsiny. Była to warownia nie do zdobycia. Wysłana tutaj mała armia złożona z tysiąca i dwustu wojowników miała już na koncie odbite warownie, ale nigdy nie mierzyli się z czymś takim. Jednak zachęceni świadomością, że mają po swojej stronie potężnego maga ruszyli po dwóch miesiącach oblężenia na Maingotę. Może grododzierżca przegapił lekcje taktyki traktującą o oblężeniach, może był zbyt pyszny i chciał się pochwalić swoimi siłami. W każdym razie, zrobił coś czego nikt rozsądny by nie zrobił: wystawił własną armię na otwarte pole. Pomysł radykalny oraz zuchwały, a jednak niewiele liczniejsze siły starły najeźdźcę niemal bez strat. Ludzie Amirsa ginęli stratowani, zgnieceni pociskami trebuszy, zasypani gradami strzał, rozpruci i pozbawieni głów. Ginęli z tą samą upartością z jaką ruszyli. I tak do obozu wróciło równo dwieście rannych. Tysiąc poległo w boju. Czarnoksiężnik widział jednak w tej liczbie moc. Mało kiedy się zdarza, by na polu życie oddała tak równa liczba. Obiecał więc załamanemu generałowi, że da mu broń, przed którą Maingota odda zaciągnięty w ludzkim życiu dług z nawiązką, a następnie zrobią to wszystkie pozostałe buntownicze państewka. W zamian potrzebował jedynie ,,pojemnika” - ludzkiego, martwego ciała.
Dowódca nie miał nic do stracenia. Zgodził się. Ciało znaleziono jeszcze przed zmierzchem: jakiś biedak zmarł po tygodniu gorączkowania. Na zlecenie maga zaszyto wszystkie rany zmarłego i przynoszono wszystkie potrzebne mu przedmioty. W końcu czarnoksiężnik został sam. Wypowiedział ułożone przez siebie eksperymentalne zaklęcie, wymagające potężnej odmiany czarnej magii. W martwym ciele zebrały się dusze poległych pod Maingotą. Wszystkie cierpiące jeszcze bóle niedawnej śmierci, umęczone żądały pozwolenie im na odejście. Ale mag okiełznał je...
I następnego dnia przedstawił przerażonemu widokiem generałowi jego nową broń - Dheraia.
Odwet nadszedł szybko. Po niecałych dwóch tygodniach od porażki, na gród natarto ponownie. Miasto dało się zaskoczyć - nikt nie spodziewał się, że Amirs pozwoli od tak posłać niedobitków na pewną śmierć. Przegrupowali się i tym razem bronili miasta z murów. Obrońcy śmiali się widząc biegnący ku nim oddział liczący zaledwie - jak przekazali im zwiadowcy - dwustu ludzi. Może i ludzi było dwustu...ale wojowników dwieście jeden. Jeden z trebuszy wystrzelił. Tak na dobrą sprawę, to jeden porządny strzał, taki jak ten, rozproszyłby łatwo atakujących, a co za tym idzie byłby jedyną przyczyną ostatniej już klęski. Jakież więc było zaskoczenie oblężonych, gdy wystrzelony kamień wrócił i rozbił trebusz w drzazgi. Drugi i trzeci również długo nie stały, trafione wyrwanym drzewem lub gruzem. Obrońcy wystraszyli się - po stronie najeźdźcy stała jakaś diabelska siła. Ta sama siła kilka minut potem wyprzedziła zwarty oddział, podleciała na wysokość murów i zmiotła z nich nieprzygotowanych obrońców. Dalsza część walki była istną jatką.
W ten więc sposób Dherai na czele dwustu osobowego oddziału podbił Maingotę. Co zabawne, zrobił to mając zaledwie dwa tygodnie co czyni go chyba najmłodszym zdobywcą fortów w historii.
I tak wyglądało jego życie. Gdy w którejś części kraju wojskom Amirsa się nie powodziło, na miejsce przybywał czarnoksiężnik ze swoją niepokonaną jak dotąd bronią i szybko równoważył siły. Żołnierze, mimo iż stali po tej samej stronie barykady, obawiali się. Zyskał wśród nich budzące grozę imię Legion, bo ,,powstał z poległego legionu i siłą tysiąca dusz władał”, jak to mawiali. Wielu nawet w niego nie wierzyło. Opisy jego dokonań brzmiały tak absurdalnie, że sam Legion stał się mitem do zastraszania wrogich sił. Dopiero gdy osobiście pojawiał się na polu walki, niedowiarki na obu frontach pluły sobie w brodę. Dherai był bezmyślną maszyną do zabijania. Robił co mu kazano, nawet o tym nie myśląc. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy ani jak, zdecydował się zmienić swojego pana. Czarnoksiężnik traktował go jak broń. Tak więc i ta broń go zniszczyła. Może nie dosłownie. Pewnego dnia Dherai po prostu zniknął w trakcie walki. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Gdy do tego doszło, oddział Amirsa nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. A skoro sam Dherai był jedynie bronią, to na kogo spadała wina? Na wynalazcę. Dalsze losy szurniętego nekromanty nie są już znane.
Legion, zdobywca Maingoty, zniknął. Został Dherai - zagubiony ni to człowiek, ni to nieumarły z mętlikiem w głowie i chęcią znalezienia sobie władcy, któremu będzie gotów służyć po wieczność.
Partner: Dla osób pokroju Dheraia chyba nie ma większych szans na historię miłosną. I twarzy ładnej nie ma, a charakter tym bardziej.
Rodzina: Brak. Teoretycznie ciało, z którego został stworzony może mieć jeszcze gdzieś jakichś krewnych, ale myśląc logiczne to Dherai nie jest z nimi związany niczym.
Towarzysz: Brak
Szczegóły:
~ Dheraiowi zdarza się mówić o sobie w liczbie mnogiej. Raz powie o sobie ,,ja”, a już w następnym zdaniu ,,my”. W sumie obie wersje są poprawne, bo Dher jest równocześnie jednym i tysiącem ludzi.
~ Dusze umarłych także miewają sny. Chociaż sam Dherai nigdy nie śpi, z nudów oraz dla odpoczynku często medytuje. Wtedy nachodzą go wizje z przeszłości którejś z tysiąca dusz. Raz więc wydaje mu się, że tańczy z jakąś dziewczyną w tawernie, innym razem podrzyna komuś gardło w bocznej uliczce. ,,Sny” zawsze mają tą samą długość i kończą się w kluczowych momentach. Po wybudzeniu Dher nie może już do nich wrócić. Zaglądanie we wspomnienia nie jest równe szukaniu informacji - mag nie może zrobić tego kiedy zechce ani wybrać w czyją pamięć chce zajrzeć. Jest to sfera bardziej emocjonalna, chaotyczna, nie da się jej uporządkować jak wiadomości.
~ Nie wiadomo dlaczego, ale do mężczyzny zawsze lgną nieprzyjemne dla większości żyjątka. Owady, szczury, węże, jaszczurki...jakby wszystko co jest oślizgłe i roznosi choroby tylko w jego towarzystwie czuło się dobrze. Samemu Dheraiowi to zupełnie nie przeszkadza. Jak już wspomniałam, uwielbia małe żyjątka.
Autor: RedRidingHood
Wszystko zaczęło się od bitwy pod Maingotą, małym państwem-miastem broniącym się przed zjednoczeniem Sorsiny. Była to warownia nie do zdobycia. Wysłana tutaj mała armia złożona z tysiąca i dwustu wojowników miała już na koncie odbite warownie, ale nigdy nie mierzyli się z czymś takim. Jednak zachęceni świadomością, że mają po swojej stronie potężnego maga ruszyli po dwóch miesiącach oblężenia na Maingotę. Może grododzierżca przegapił lekcje taktyki traktującą o oblężeniach, może był zbyt pyszny i chciał się pochwalić swoimi siłami. W każdym razie, zrobił coś czego nikt rozsądny by nie zrobił: wystawił własną armię na otwarte pole. Pomysł radykalny oraz zuchwały, a jednak niewiele liczniejsze siły starły najeźdźcę niemal bez strat. Ludzie Amirsa ginęli stratowani, zgnieceni pociskami trebuszy, zasypani gradami strzał, rozpruci i pozbawieni głów. Ginęli z tą samą upartością z jaką ruszyli. I tak do obozu wróciło równo dwieście rannych. Tysiąc poległo w boju. Czarnoksiężnik widział jednak w tej liczbie moc. Mało kiedy się zdarza, by na polu życie oddała tak równa liczba. Obiecał więc załamanemu generałowi, że da mu broń, przed którą Maingota odda zaciągnięty w ludzkim życiu dług z nawiązką, a następnie zrobią to wszystkie pozostałe buntownicze państewka. W zamian potrzebował jedynie ,,pojemnika” - ludzkiego, martwego ciała.
Dowódca nie miał nic do stracenia. Zgodził się. Ciało znaleziono jeszcze przed zmierzchem: jakiś biedak zmarł po tygodniu gorączkowania. Na zlecenie maga zaszyto wszystkie rany zmarłego i przynoszono wszystkie potrzebne mu przedmioty. W końcu czarnoksiężnik został sam. Wypowiedział ułożone przez siebie eksperymentalne zaklęcie, wymagające potężnej odmiany czarnej magii. W martwym ciele zebrały się dusze poległych pod Maingotą. Wszystkie cierpiące jeszcze bóle niedawnej śmierci, umęczone żądały pozwolenie im na odejście. Ale mag okiełznał je...
I następnego dnia przedstawił przerażonemu widokiem generałowi jego nową broń - Dheraia.
Odwet nadszedł szybko. Po niecałych dwóch tygodniach od porażki, na gród natarto ponownie. Miasto dało się zaskoczyć - nikt nie spodziewał się, że Amirs pozwoli od tak posłać niedobitków na pewną śmierć. Przegrupowali się i tym razem bronili miasta z murów. Obrońcy śmiali się widząc biegnący ku nim oddział liczący zaledwie - jak przekazali im zwiadowcy - dwustu ludzi. Może i ludzi było dwustu...ale wojowników dwieście jeden. Jeden z trebuszy wystrzelił. Tak na dobrą sprawę, to jeden porządny strzał, taki jak ten, rozproszyłby łatwo atakujących, a co za tym idzie byłby jedyną przyczyną ostatniej już klęski. Jakież więc było zaskoczenie oblężonych, gdy wystrzelony kamień wrócił i rozbił trebusz w drzazgi. Drugi i trzeci również długo nie stały, trafione wyrwanym drzewem lub gruzem. Obrońcy wystraszyli się - po stronie najeźdźcy stała jakaś diabelska siła. Ta sama siła kilka minut potem wyprzedziła zwarty oddział, podleciała na wysokość murów i zmiotła z nich nieprzygotowanych obrońców. Dalsza część walki była istną jatką.
W ten więc sposób Dherai na czele dwustu osobowego oddziału podbił Maingotę. Co zabawne, zrobił to mając zaledwie dwa tygodnie co czyni go chyba najmłodszym zdobywcą fortów w historii.
I tak wyglądało jego życie. Gdy w którejś części kraju wojskom Amirsa się nie powodziło, na miejsce przybywał czarnoksiężnik ze swoją niepokonaną jak dotąd bronią i szybko równoważył siły. Żołnierze, mimo iż stali po tej samej stronie barykady, obawiali się. Zyskał wśród nich budzące grozę imię Legion, bo ,,powstał z poległego legionu i siłą tysiąca dusz władał”, jak to mawiali. Wielu nawet w niego nie wierzyło. Opisy jego dokonań brzmiały tak absurdalnie, że sam Legion stał się mitem do zastraszania wrogich sił. Dopiero gdy osobiście pojawiał się na polu walki, niedowiarki na obu frontach pluły sobie w brodę. Dherai był bezmyślną maszyną do zabijania. Robił co mu kazano, nawet o tym nie myśląc. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy ani jak, zdecydował się zmienić swojego pana. Czarnoksiężnik traktował go jak broń. Tak więc i ta broń go zniszczyła. Może nie dosłownie. Pewnego dnia Dherai po prostu zniknął w trakcie walki. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Gdy do tego doszło, oddział Amirsa nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. A skoro sam Dherai był jedynie bronią, to na kogo spadała wina? Na wynalazcę. Dalsze losy szurniętego nekromanty nie są już znane.
Legion, zdobywca Maingoty, zniknął. Został Dherai - zagubiony ni to człowiek, ni to nieumarły z mętlikiem w głowie i chęcią znalezienia sobie władcy, któremu będzie gotów służyć po wieczność.
Partner: Dla osób pokroju Dheraia chyba nie ma większych szans na historię miłosną. I twarzy ładnej nie ma, a charakter tym bardziej.
Rodzina: Brak. Teoretycznie ciało, z którego został stworzony może mieć jeszcze gdzieś jakichś krewnych, ale myśląc logiczne to Dherai nie jest z nimi związany niczym.
Towarzysz: Brak
Szczegóły:
~ Dheraiowi zdarza się mówić o sobie w liczbie mnogiej. Raz powie o sobie ,,ja”, a już w następnym zdaniu ,,my”. W sumie obie wersje są poprawne, bo Dher jest równocześnie jednym i tysiącem ludzi.
~ Dusze umarłych także miewają sny. Chociaż sam Dherai nigdy nie śpi, z nudów oraz dla odpoczynku często medytuje. Wtedy nachodzą go wizje z przeszłości którejś z tysiąca dusz. Raz więc wydaje mu się, że tańczy z jakąś dziewczyną w tawernie, innym razem podrzyna komuś gardło w bocznej uliczce. ,,Sny” zawsze mają tą samą długość i kończą się w kluczowych momentach. Po wybudzeniu Dher nie może już do nich wrócić. Zaglądanie we wspomnienia nie jest równe szukaniu informacji - mag nie może zrobić tego kiedy zechce ani wybrać w czyją pamięć chce zajrzeć. Jest to sfera bardziej emocjonalna, chaotyczna, nie da się jej uporządkować jak wiadomości.
~ Nie wiadomo dlaczego, ale do mężczyzny zawsze lgną nieprzyjemne dla większości żyjątka. Owady, szczury, węże, jaszczurki...jakby wszystko co jest oślizgłe i roznosi choroby tylko w jego towarzystwie czuło się dobrze. Samemu Dheraiowi to zupełnie nie przeszkadza. Jak już wspomniałam, uwielbia małe żyjątka.
Autor: RedRidingHood
poniedziałek, 7 marca 2016
Od Ziio cd Halta - Pierwsze wrażenie
Zapadła niezręczna cisza. Ziio stała jak wryta nie za bardzo wiedząc co
zrobić. Wszyscy wokół ogniska patrzyli na nią z ciekawością. Jedynie
Halt wydawał się w owej scence żywy - jak gdyby nigdy nic wrócił na
swoje miejsce. Harpia uniosła dłoń w geście przywitania i uśmiechnęła
się nerwowo.
- No proszę, wystarczy naszego łucznika do lasu puścić i od razu coś przywlezie - rzuciła żartobliwie kobieta w kapturze. Po morderczym spojrzeniu Halta widać było, że miłymi uczuciami to oni się raczej nie darzą.
- Witamy w Hidden! - ktoś podniósł się z miejsca: rogaty młodzieniec o przyjaznym uśmiechu. - Trochę już nas tu jest, ale dobrego towarzystwa nigdy za wiele...
- Zwłaszcza minstrela - rzucił humanoidalny kot z kapturem kiwając głową w stronę wystającego ponad ramieniem Ziio gryfu lutni.
- Muzyka?! - ożywiła się ta sama dziewczyna co wcześniej. - Trzeba było tak od razu! - wstała, podeszła do harpii i bezpardonowo zaciągnęła ją na wolne miejsce.
Kyra spodziewała się po wspomnianej przez łucznika ,,gromadce” grupy uciekinierów składającej się głównie z chorych, rannych i starych lub zbyt młodych. Takiego typu uchodźców nie widziała jeszcze nigdy. W krótkim czasie starała się rozpoznać rasę każdej z obecnych osób: ludzie, elfy, felin, leonis, nawet smok i dwójkę w maskach, którzy przynajmniej z sylwetki przypominali człowieka. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, dziewczyna posadziła ją na pniaku w centrum zainteresowania reszty.
- Squall, może daj jej odetchnąć co? - rzucił kotowaty. - Nawet się z imion nie znamy.
- Pardon - leonis uśmiechnął się przepraszająco. Ziio już domyśliła się, że pełni tu funkcję władcy. - Atlant Lakoo - mężczyzna skłonił się lekko. - A pani nazwisko...?
- Neomë'thakkí - Kyra odkłoniła się. - Wśród ludzi znana jako Kyra.
- Wśród ludzi? - zainteresowała się kobieta z czerwoną bandaną. - Czyżby w tych czasach harpie blisko ludzkich siedzib nie wzbudzały już żadnych podejrzeń?
- Muzyka potrafi niejednego cudu dokonać - Ziio uśmiechnęła się tajemniczo.
- No to przejdźmy do prezentacji! - upierała się dziewczyna nazwana wcześniej Squall.
Felin ponownie zgromił ją wzrokiem, ale minstrelka machnęła ręką pojednawczo.
- Nic się nie stało - wyjaśniła. - Poza tym takiego pierwszego wrażenie nie będę już miała okazji zrobić.
Zdjęła lutnię z pleców i usadowiła na kolanie. Wszyscy wokół nagle ucichli. Mała elfka - przez wiek zapewne najśmielsza - przysunęła się bliżej, a biały smok nachylił łeb nad grupką. Harpia odchrząknęła, namyśliła się, po czym zagrała pierwsze akordy...
Zdecydowała się na krótszy utwór, nie posiadający zbyt przytłaczającego nastroju, ale również nie całkowicie wesoły. Takie medium między wydarzeniami wojny, a nadzieją na lepsze jutro. Robiła tak już nie pierwszy raz, gdyż i nie pierwszy raz przychodziło jej się w taki sposób ,,przedstawiać”. Zawsze wolała się upewnić, że ludzie zapamiętają ją w ten właściwy sposób.
Ktoś? Weny brakło :< Może reszta ma ciekawsze pomysły ;P
- No proszę, wystarczy naszego łucznika do lasu puścić i od razu coś przywlezie - rzuciła żartobliwie kobieta w kapturze. Po morderczym spojrzeniu Halta widać było, że miłymi uczuciami to oni się raczej nie darzą.
- Witamy w Hidden! - ktoś podniósł się z miejsca: rogaty młodzieniec o przyjaznym uśmiechu. - Trochę już nas tu jest, ale dobrego towarzystwa nigdy za wiele...
- Zwłaszcza minstrela - rzucił humanoidalny kot z kapturem kiwając głową w stronę wystającego ponad ramieniem Ziio gryfu lutni.
- Muzyka?! - ożywiła się ta sama dziewczyna co wcześniej. - Trzeba było tak od razu! - wstała, podeszła do harpii i bezpardonowo zaciągnęła ją na wolne miejsce.
Kyra spodziewała się po wspomnianej przez łucznika ,,gromadce” grupy uciekinierów składającej się głównie z chorych, rannych i starych lub zbyt młodych. Takiego typu uchodźców nie widziała jeszcze nigdy. W krótkim czasie starała się rozpoznać rasę każdej z obecnych osób: ludzie, elfy, felin, leonis, nawet smok i dwójkę w maskach, którzy przynajmniej z sylwetki przypominali człowieka. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, dziewczyna posadziła ją na pniaku w centrum zainteresowania reszty.
- Squall, może daj jej odetchnąć co? - rzucił kotowaty. - Nawet się z imion nie znamy.
- Pardon - leonis uśmiechnął się przepraszająco. Ziio już domyśliła się, że pełni tu funkcję władcy. - Atlant Lakoo - mężczyzna skłonił się lekko. - A pani nazwisko...?
- Neomë'thakkí - Kyra odkłoniła się. - Wśród ludzi znana jako Kyra.
- Wśród ludzi? - zainteresowała się kobieta z czerwoną bandaną. - Czyżby w tych czasach harpie blisko ludzkich siedzib nie wzbudzały już żadnych podejrzeń?
- Muzyka potrafi niejednego cudu dokonać - Ziio uśmiechnęła się tajemniczo.
- No to przejdźmy do prezentacji! - upierała się dziewczyna nazwana wcześniej Squall.
Felin ponownie zgromił ją wzrokiem, ale minstrelka machnęła ręką pojednawczo.
- Nic się nie stało - wyjaśniła. - Poza tym takiego pierwszego wrażenie nie będę już miała okazji zrobić.
Zdjęła lutnię z pleców i usadowiła na kolanie. Wszyscy wokół nagle ucichli. Mała elfka - przez wiek zapewne najśmielsza - przysunęła się bliżej, a biały smok nachylił łeb nad grupką. Harpia odchrząknęła, namyśliła się, po czym zagrała pierwsze akordy...
Zdecydowała się na krótszy utwór, nie posiadający zbyt przytłaczającego nastroju, ale również nie całkowicie wesoły. Takie medium między wydarzeniami wojny, a nadzieją na lepsze jutro. Robiła tak już nie pierwszy raz, gdyż i nie pierwszy raz przychodziło jej się w taki sposób ,,przedstawiać”. Zawsze wolała się upewnić, że ludzie zapamiętają ją w ten właściwy sposób.
Ktoś? Weny brakło :< Może reszta ma ciekawsze pomysły ;P
poniedziałek, 15 lutego 2016
Od Halta cd Viserany - Nietypowa gromada
Haltowi dawno nie było dane spędzać czas w towarzystwie, którego nie miał okazji z miejsca powystrzelać...no dobra, może było tu kilka ,,ewenementów", ale po co marnować strzały? Poza tym Atlant okazał się wyjątkowo gościnnym gościem i łucznik nie miał ochoty zajść mu za skórę. Gdy Squall przyniosła rum towarzystwo z miejsca poweselało. Największy entuzjazm okazał, ku jego zaskoczeniu - smok. Frelser słysząc nuty pieśni marynarskiej i prawdopodobnie już czując trunek wyprostował szyję na całą długość i utkwił wąskie gadzie źrenice w pani kapitan. Wyglądał przy tym jak pies myśliwski. Halt aż odchylił się do tyłu sprawdzić, czy zaraz z radości nie walnie ogonem w plecy Mild i Viserany. Szczęśliwie dla dziewcząt, chyba aż takich odruchów kanapowca nie miał.
Obieżyświat przyjął podany kubek, nawet nieco ufając, że piratka niczego mu tam nie dosypała. Poprzestał na jednym - wolał być w razie czego trzeźwy - i przysłuchiwał się opowieściom swoich nowych towarzyszy niedoli. Malik (Wiedziałem, że ma jakieś imię) streścił jak dostali się ze Squall do Hidden, ignorując jej docinki. Piratka natomiast opowiedziała jak wyratowała z opałów Frelsera, zupełnie nie zwracając uwagi na złośliwe uśmieszki Alta i felina, którzy - wnioskując po tym - również tam byli. Pałeczka przeszła na Frela. Gad po namowie opisał jak był zmuszony uciekać przed smokobójcami. Gdy zapadła cisza, Vis nie mogąc się powstrzymać przerwała ciszę całkiem zabawną historią, jak to Mild zniszczyła jakiejś kokietce sukienkę. Małej elfce pozostało zarumienić się ze wstydu. Po minucie jednak zrekompensowała się przypominając Viserany jak złamała nogę jakiemuś wieśniakowi. Ta dała młodej kuksańca i szybko uzupełniła, że to była wina Halta. Phester westchnął, po czym mruknął coś w stylu ,,No i się zaczęło". Łucznik ze złośliwym uśmiechem rzucił jedynie, że nie przypisuje sobie żadnych zasług, a w owym ,,przedsięwzięciu" był jedynie pomocnikiem. Rozpętał przy tym trwającą następne dwadzieścia minut wojnę na argumenty.
Gdy oboje w końcu się znudzili, reszta już dawno skupiała się na ciekawszych zajęciach. Mild gadała z Frelserem, wyraźnie nim zaintrygowana. Haltowi obiła się o uszy czyjaś wzmianka o sytuacji na północy i już chciał się wtrącić, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Właściwie nawet nie ,,coś". Po prostu nagle coś w głowie podpowiedziało mu, że powinien się mieć na baczności. Ktoś się zbliżał. Łucznik zaufał instynktowi. Nie chcąc niepotrzebnie przerywać innym rzucił niedbale, że musi się przewietrzyć, po czym wziął do ręki łuk. Lisbeth jako jedyna zwróciła na ten fakt większą uwagę.
- ,,Przewietrzyć"? - rzuciła niedowierzająco i kiwnęła głową w stronę broni.
- Przezorny jest zawsze ubezpieczony - odparł z uśmiechem Halt. - Poza tym słyszałaś Atlanta - w pobliżu poniekąd jest całkiem sporo ,,nieciekawych stworzeń".
- A ich szczególne skupisko odnotowano na pewnej opuszczonej polanie - dodała z przekąsem. Mężczyzna nie był pewny, czy w jej oczach zobaczył błysk wesołości, czy tylko mu się zdawało.
Gdy tylko zagłębił się nieco w las porzucił pozory spokoju. Wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na nienaciągniętą cięciwę, idąc przed siebie wolno. Stawiał kroki z już wrodzoną ostrożnością. Omijał suche, szeleszczące liście oraz nadłamane gałązki, całkowicie skupiony na otoczeniu. Nie był nawet w stanie określić ile czasu minęło - każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Ale wokół panowała upiorna cisza, przez którą Halt nawet obawiał się wziąć głębszy oddech. Las milczał.
Łucznik ostatni raz omiótł skąpane w świetle księżyca pnie drzew. Chyba mi odbija, pomyślał. Był tego już niemal pewny, gdy nagle coś zaszeleściło na lewo od niego. W jednym płynnym ruchu poderwał łuk, naciągnął cięciwę po rąbek ust i wypuścił strzałę w koronę drzew. Nie trafił - poinformował go o tym głuchy stuk wbijającej się w pień strzały...oraz zaskoczony, kobiecy okrzyk.
- Patrz gdzie strzelasz, barani łbie! - wyrwało się nieznajomej. Właścicielka głosu chyba jednak zrozumiała, że zrobiła coś wyjątkowo głupiego, bo szybko ucichła.
Halt stał w tym samym miejscu, mierząc w liście. Nie speszył go fakt, że strzelił do kobiety. Doświadczenie minionych dni nauczyło go jednego - ładna buzia czy uwodzicielski głos to jedynie przykrywki dla podłego charakteru.
- Złaź na dół - powiedział spokojnie.
Nieznajoma wahała się moment zanim zdecydowała się zeskoczyć z drzewa. Gdy już to zrobiła, łucznika ogarnęło niemałe zaskoczenie. Jakieś dwa metry od niego stała najprawdziwsza harpia, tego był pewien. Ptasie szpony zamiast stóp, brązowe pióra, rozłożyste skrzydła zrośnięte z rękoma i biały czub zamiast włosów. Dziewczyna jednak zdecydowanie nie była typową harpią. Miała twarz młodej kobiety, a nie wiedźmy. Poza tym, gdyby była typową przedstawicielką swojej rasy, odpowiedziałaby na posłany w jej stronę strzał czymś zdecydowanie bardziej nieprzyjemnym niż nazwanie ,,baranim łbem". Mężczyźnie rzuciła się w oczy także przewieszona na plecach lutnia z jasnego drewna.
- Dobrze, jestem na ziemi - powiedziała melodyjnie harpia. - Możesz już chyba opuścić łuk, nie sądzisz? To trochę...krępujące, mieć wycelowaną w pierś strzałę.
- Od kiedy w okolicy mieszkają harpie? - zapytał Halt, nie obniżając łuku. - Z tego co słyszałem pełno tu jakiegoś dziadostwa, ale o harpiach ani słowa.
- Bo nie mieszkają w Sorsinie dobre trzy wieki? - odpowiedziała nieznajoma jakby mówiła coś oczywistego.
- W takim razie co tu robisz?
- Zwiedzam.
- Las?
- Wiesz, mogłabym cię zapytać o to samo.
Łucznik prychnął uśmiechając się lekko. Zdjął strzałę z cięciwy.
- Niech ci będzie - powiedział. - Wnioskuję, że również trafiłaś tu cudownym zrządzeniem losu uciekając przed wojskami?
- ,,Również"? - zainteresowała się. - Czyli jest tu więcej uciekinierów?
- Całkiem spora gromadka - Obieżyświat machnął ręką w kierunku, z którego tu przyszedł. - Chyba moim obowiązkiem jako nowo mianowanego obywatela tego skrawka lasów jest zaprowadzenie cię do reszty. Pani pozwoli?
Harpia uśmiechnęła się i ruszyła za nim. Przez chwilę panowała cisza.
- A tak w ogóle to z kim mam przyjemność? - zapytała nagle dziewczyna.
- Z tego co pamiętam to prędzej tobie wypada się przedstawić, biorąc pod uwagę fakt, że jestem uzbrojony, a ty nieproszonym gościem - zauważył mężczyzna.
- A savoir vivre? - sparowała z lekką wesołością. - Jeszcze wczoraj to mężczyźnie wypadało się przedstawić pierwszemu...zwłaszcza , jeśli wcześniej nieopatrznie strzelił w stronę damy.
- Cwana jesteś - łucznik już zaczynał ją lubić. - Halt, do usług. A ty?
- Kaniehtí:io Neomë'thakkí.
Halt bezskutecznie próbował kilka razy powtórzyć skomplikowane imię harpii, ale szybko się poddał.
- A jakaś krótsza wersja? - rzucił z nadzieją.
- Ziio - odparła teraz już wyraźnie rozbawiona kobieta.
W końcu las ustąpił miejsca znajomej polanie z dalej płonącym ogniskiem i zadowolonym towarzystwem. Squall widząc wychodzącego spomiędzy drzew łucznika już otworzyła usta, by rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale urwała gdy zauważyła harpię. Zresztą nie tylko ona - wszyscy nagle ucichli zaskoczeni.
- Panie, panowie i inne gady! - zaanonsował teatralnie Obieżyświat, przy ostatnich słowach rzucając wymowne spojrzenie w stronę co poniektórych, dając im do zrozumienia, że to nie Frelsera miał na myśli. - Oto panna Ziio we własnej osobie!
Ziio? Ktoś inny? Skombinowałam muzykę! x3
Obieżyświat przyjął podany kubek, nawet nieco ufając, że piratka niczego mu tam nie dosypała. Poprzestał na jednym - wolał być w razie czego trzeźwy - i przysłuchiwał się opowieściom swoich nowych towarzyszy niedoli. Malik (Wiedziałem, że ma jakieś imię) streścił jak dostali się ze Squall do Hidden, ignorując jej docinki. Piratka natomiast opowiedziała jak wyratowała z opałów Frelsera, zupełnie nie zwracając uwagi na złośliwe uśmieszki Alta i felina, którzy - wnioskując po tym - również tam byli. Pałeczka przeszła na Frela. Gad po namowie opisał jak był zmuszony uciekać przed smokobójcami. Gdy zapadła cisza, Vis nie mogąc się powstrzymać przerwała ciszę całkiem zabawną historią, jak to Mild zniszczyła jakiejś kokietce sukienkę. Małej elfce pozostało zarumienić się ze wstydu. Po minucie jednak zrekompensowała się przypominając Viserany jak złamała nogę jakiemuś wieśniakowi. Ta dała młodej kuksańca i szybko uzupełniła, że to była wina Halta. Phester westchnął, po czym mruknął coś w stylu ,,No i się zaczęło". Łucznik ze złośliwym uśmiechem rzucił jedynie, że nie przypisuje sobie żadnych zasług, a w owym ,,przedsięwzięciu" był jedynie pomocnikiem. Rozpętał przy tym trwającą następne dwadzieścia minut wojnę na argumenty.
Gdy oboje w końcu się znudzili, reszta już dawno skupiała się na ciekawszych zajęciach. Mild gadała z Frelserem, wyraźnie nim zaintrygowana. Haltowi obiła się o uszy czyjaś wzmianka o sytuacji na północy i już chciał się wtrącić, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Właściwie nawet nie ,,coś". Po prostu nagle coś w głowie podpowiedziało mu, że powinien się mieć na baczności. Ktoś się zbliżał. Łucznik zaufał instynktowi. Nie chcąc niepotrzebnie przerywać innym rzucił niedbale, że musi się przewietrzyć, po czym wziął do ręki łuk. Lisbeth jako jedyna zwróciła na ten fakt większą uwagę.
- ,,Przewietrzyć"? - rzuciła niedowierzająco i kiwnęła głową w stronę broni.
- Przezorny jest zawsze ubezpieczony - odparł z uśmiechem Halt. - Poza tym słyszałaś Atlanta - w pobliżu poniekąd jest całkiem sporo ,,nieciekawych stworzeń".
- A ich szczególne skupisko odnotowano na pewnej opuszczonej polanie - dodała z przekąsem. Mężczyzna nie był pewny, czy w jej oczach zobaczył błysk wesołości, czy tylko mu się zdawało.
Gdy tylko zagłębił się nieco w las porzucił pozory spokoju. Wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na nienaciągniętą cięciwę, idąc przed siebie wolno. Stawiał kroki z już wrodzoną ostrożnością. Omijał suche, szeleszczące liście oraz nadłamane gałązki, całkowicie skupiony na otoczeniu. Nie był nawet w stanie określić ile czasu minęło - każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Ale wokół panowała upiorna cisza, przez którą Halt nawet obawiał się wziąć głębszy oddech. Las milczał.
Łucznik ostatni raz omiótł skąpane w świetle księżyca pnie drzew. Chyba mi odbija, pomyślał. Był tego już niemal pewny, gdy nagle coś zaszeleściło na lewo od niego. W jednym płynnym ruchu poderwał łuk, naciągnął cięciwę po rąbek ust i wypuścił strzałę w koronę drzew. Nie trafił - poinformował go o tym głuchy stuk wbijającej się w pień strzały...oraz zaskoczony, kobiecy okrzyk.
- Patrz gdzie strzelasz, barani łbie! - wyrwało się nieznajomej. Właścicielka głosu chyba jednak zrozumiała, że zrobiła coś wyjątkowo głupiego, bo szybko ucichła.
Halt stał w tym samym miejscu, mierząc w liście. Nie speszył go fakt, że strzelił do kobiety. Doświadczenie minionych dni nauczyło go jednego - ładna buzia czy uwodzicielski głos to jedynie przykrywki dla podłego charakteru.
- Złaź na dół - powiedział spokojnie.
Nieznajoma wahała się moment zanim zdecydowała się zeskoczyć z drzewa. Gdy już to zrobiła, łucznika ogarnęło niemałe zaskoczenie. Jakieś dwa metry od niego stała najprawdziwsza harpia, tego był pewien. Ptasie szpony zamiast stóp, brązowe pióra, rozłożyste skrzydła zrośnięte z rękoma i biały czub zamiast włosów. Dziewczyna jednak zdecydowanie nie była typową harpią. Miała twarz młodej kobiety, a nie wiedźmy. Poza tym, gdyby była typową przedstawicielką swojej rasy, odpowiedziałaby na posłany w jej stronę strzał czymś zdecydowanie bardziej nieprzyjemnym niż nazwanie ,,baranim łbem". Mężczyźnie rzuciła się w oczy także przewieszona na plecach lutnia z jasnego drewna.
- Dobrze, jestem na ziemi - powiedziała melodyjnie harpia. - Możesz już chyba opuścić łuk, nie sądzisz? To trochę...krępujące, mieć wycelowaną w pierś strzałę.
- Od kiedy w okolicy mieszkają harpie? - zapytał Halt, nie obniżając łuku. - Z tego co słyszałem pełno tu jakiegoś dziadostwa, ale o harpiach ani słowa.
- Bo nie mieszkają w Sorsinie dobre trzy wieki? - odpowiedziała nieznajoma jakby mówiła coś oczywistego.
- W takim razie co tu robisz?
- Zwiedzam.
- Las?
- Wiesz, mogłabym cię zapytać o to samo.
Łucznik prychnął uśmiechając się lekko. Zdjął strzałę z cięciwy.
- Niech ci będzie - powiedział. - Wnioskuję, że również trafiłaś tu cudownym zrządzeniem losu uciekając przed wojskami?
- ,,Również"? - zainteresowała się. - Czyli jest tu więcej uciekinierów?
- Całkiem spora gromadka - Obieżyświat machnął ręką w kierunku, z którego tu przyszedł. - Chyba moim obowiązkiem jako nowo mianowanego obywatela tego skrawka lasów jest zaprowadzenie cię do reszty. Pani pozwoli?
Harpia uśmiechnęła się i ruszyła za nim. Przez chwilę panowała cisza.
- A tak w ogóle to z kim mam przyjemność? - zapytała nagle dziewczyna.
- Z tego co pamiętam to prędzej tobie wypada się przedstawić, biorąc pod uwagę fakt, że jestem uzbrojony, a ty nieproszonym gościem - zauważył mężczyzna.
- A savoir vivre? - sparowała z lekką wesołością. - Jeszcze wczoraj to mężczyźnie wypadało się przedstawić pierwszemu...zwłaszcza , jeśli wcześniej nieopatrznie strzelił w stronę damy.
- Cwana jesteś - łucznik już zaczynał ją lubić. - Halt, do usług. A ty?
- Kaniehtí:io Neomë'thakkí.
Halt bezskutecznie próbował kilka razy powtórzyć skomplikowane imię harpii, ale szybko się poddał.
- A jakaś krótsza wersja? - rzucił z nadzieją.
- Ziio - odparła teraz już wyraźnie rozbawiona kobieta.
W końcu las ustąpił miejsca znajomej polanie z dalej płonącym ogniskiem i zadowolonym towarzystwem. Squall widząc wychodzącego spomiędzy drzew łucznika już otworzyła usta, by rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale urwała gdy zauważyła harpię. Zresztą nie tylko ona - wszyscy nagle ucichli zaskoczeni.
- Panie, panowie i inne gady! - zaanonsował teatralnie Obieżyświat, przy ostatnich słowach rzucając wymowne spojrzenie w stronę co poniektórych, dając im do zrozumienia, że to nie Frelsera miał na myśli. - Oto panna Ziio we własnej osobie!
Ziio? Ktoś inny? Skombinowałam muzykę! x3
czwartek, 11 lutego 2016
Od Ziio - Wielkie wyjście
- Bis! Bis! - rozległy się wesołe wołania.
Ziio uśmiechnęła się promiennie. Tak fantastycznej publiczności nie miała od kilku lat. Stuletnia wojna może się skończyła, pozostawiła jednak w Sorsinie głęboką, niezabliźnioną jeszcze szramę. Podczas gdy żołnierze mogli sobie pozwalać na wszystko co chcieli, ludność dalej żyła w przestrachu, że ich dom spłonie następnej nocy. Co za tym idzie, do obcych odnosili się niemal z wrogością. A gdy jakiś przyjezdny jest na dodatek potworem?
Cóż, naszej harpii w żadnym wypadku potworem nazwać się nie da. Ani to z wyglądu (bo przecież mimo piór, skrzydeł i ptasich łap jest całkiem ładną osobą), a tym bardziej z jej charakteru. Jednak ,,nieludzie”, jak się tego wieczoru przekonała, dalej w wielu zakamarkach kraju robią niemałą sensację. Całe szczęście ludzie wymęczeni stanem powojennym gdy usłyszeli, że dziewczyna jest minstrelem, pozwolili jej zostać na jeden utwór. Wesoła piosenka zrobiła swoje - zaciekawiła, zasiała ziarenko błogości. A gdy harpia rzekła z teatralnym westchnieniem, że zrobiła swoje i czas jej iść, widownia aż zbyt wylewnie zaprotestowała prosząc o jeszcze jeden występ. Ziio szybko więc wróciła na swoje miejsce i śpiewała dalej.
Tak oto docieramy do chwili obecnej. Kyra siedząc na belce pod stropem tuż pod szklanym świetlikiem stroiła lutnię, a na dole wyczekująco patrzyli na nią uśmiechnięci ludzie.
- Cóż jeszcze mogę zaśpiewać? - zawołała z udawanym oburzeniem. - Cały repertuar mi zużyjecie!
- Nie daj się prosić! - odparł raźnie jeden z siedzących pod ścianą weteranów wojskowych.
- Właśnie! - poparli go naraz wszyscy.
Harpia skrzywiła się teatralnie. Po chwili jednak na powrót się uśmiechnęła.
- Niech wam będzie! Jak się bawić, to do rana! - zakrzyknęła i cała karczma zatrzęsła się od popierających ten pomysł okrzyków.
Zarzuciła nogę na nogę, oparła na udzie lutnię i zamyśliła się chwilę. Niewiele kłamała z tym repertuarem - gdy przybyła do zajazdu dopiero zaczynało zmierzchać, a obecnie już chyba zbliżała się północ. Noc była młoda, a jej kończyły się piosenki. Po jakiejś minucie podjęła w końcu spokojną, rytmiczną, aczkolwiek nieco nostalgiczną melodię na niskich tonach. Wieśniacy zamilkli wsłuchani w skupieniu, wpatrzeni w drgające struny i zręczne palce dziewczyny. Melodia ciągnęła się dobre dwie minuty, zanim Ziio zaczęła śpiewać:
Nie, już nie pamiętam
Co zniosło tu nas.
Czy był to wiatr psotny?
Czy płynący czas?
Cóż znowu chce patrzeć
Na łzy tych rozstań?
Co znów chce nas zmusić
Do ckliwych wyznań?
Nie, już nie chcę wiedzieć
Co...
W tym momencie trzasnęły głośno drzwi, wytrącając zupełnie Kyrę z rytmu. Już miała rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę gbura, który jej tak chamsko przerywa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Do karczmy wparowało pięciu strażników miejskich. Zamarła. Nie miała pojęcia jak tutejsza władza odnosi się w temacie nieludzi i ich obecności w miejscach publicznych. Po minie komendanta wyczytała jedynie, że czekają ją kłopoty.
- Nie ruszać się! - zakomenderował mędrkowatym tonem.
- Ależ ja się wcale nie ruszam, panie władzo - powiedziała spokojnie Ziio.
Strażnik podniósł głowę do góry. Najwyraźniej nie zauważył jej już w wejściu.
- O co chodzi? - zapytała harpia, gdy milczenie przeciągnęło się niezręcznie dla najwyraźniej początkującego dowódcy.
- Jest pani aresztowana! - zaczął przypominając sobie swoją rolę.
- Ale za co? - szczerze zdziwiła się Kyra. Niby znała już odpowiedź, ale niemniej dalej zaskoczyła ją. Do tej pory jeszcze nie spotkała się z takim przejawem braku tolerancji wobec rasy.
- Za zakłócanie spokoju!
- Proszę pana - wtrącił się cierpliwie starszy oberżysta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Panna Ziio jest minstrelem. Z tego co pamiętam żyją oni właśnie z zakłócania ciszy nocnej.
- Co przepra...? Nie! Nie o ciszę nocną tu chodzi mości gospodarzu - strażnik potrząsnął głową.
- To o co? - przerwała mu lekko już zirytowana harpia.
Człowiek popatrzył na nią jakby go właśnie śmiertelnie obraziła.
- No słucham - wzruszyła ramionami. - Jeśli się mnie ktoś boi, to może opuścić lokal. Nikogo tu przymusem nie trzymam. Aczkolwiek nie widzę żadnego powodu do strachu.
- Słuchaj no, ty...
- Harpio?
- ...potworze! Masz się zaraz wynieść z tego miasta, bo inaczej...
Ziio zeskoczyła z belki, lądując tuż przed chuderlawym mężczyzną, który wzdrygnął się i odskoczył. Przewiesiła swój instrument na plecach za umocowany do gryfu pasek i wyprostowała się dumnie, zaplatając ręce na piersi.
- Bo inaczej co? - powtórzyła pytająco.
- Ha! Grozisz mi! - komendant jakby zadowolony sięgnął ku rękojeści miecza.
- Co przepraszam? - harpia zamrugała kilka razy.
- Nikt nie będzie groził przedstawicielowi prawa!
Wyszarpnął - dość nieumiejętnie - miecz i skierował go w stronę Kyry. Dziewczyna cofnęła się przed ostrzem. Wielu wieśniaków widząc, że szykuje się burda, ruszyło w stronę drzwi. Harpia obejrzała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie miała zamiaru się z nikim pojedynkować. Gdyby teraz choćby drasnęła komendanta lub któregoś z jego ludzi, niewątpliwie przyznałaby w ten sposób rację nazwaniu jej ,,potworem”, nawet jeśli by się jedynie broniła. Podłapała spojrzenie gospodarza karczmy. Mężczyzna stał przy umocowanym na ścianie kołowrotku z dźwignią i owiniętą wokół liną. Kiwnął głową w górę. Dziewczyna podążyła za idącą po stropie liną...sięgała do świetlika. Natychmiast zrozumiała o co chodzi i skinęła głową z podziękowaniem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się i zakręcił dźwignią. Klapa w świetliku uchyliła się ze skrzypnięciem. Strażnicy spojrzeli w górę odruchowo. Harpia wykorzystała moment nieuwagi. Odbiła się od ziemi i pomagając machnięciem skrzydeł wylądowała z powrotem na belce stropowej. Posłała strażnikom ironicznego buziaka, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez świetlik.
Ziio uśmiechnęła się promiennie. Tak fantastycznej publiczności nie miała od kilku lat. Stuletnia wojna może się skończyła, pozostawiła jednak w Sorsinie głęboką, niezabliźnioną jeszcze szramę. Podczas gdy żołnierze mogli sobie pozwalać na wszystko co chcieli, ludność dalej żyła w przestrachu, że ich dom spłonie następnej nocy. Co za tym idzie, do obcych odnosili się niemal z wrogością. A gdy jakiś przyjezdny jest na dodatek potworem?
Cóż, naszej harpii w żadnym wypadku potworem nazwać się nie da. Ani to z wyglądu (bo przecież mimo piór, skrzydeł i ptasich łap jest całkiem ładną osobą), a tym bardziej z jej charakteru. Jednak ,,nieludzie”, jak się tego wieczoru przekonała, dalej w wielu zakamarkach kraju robią niemałą sensację. Całe szczęście ludzie wymęczeni stanem powojennym gdy usłyszeli, że dziewczyna jest minstrelem, pozwolili jej zostać na jeden utwór. Wesoła piosenka zrobiła swoje - zaciekawiła, zasiała ziarenko błogości. A gdy harpia rzekła z teatralnym westchnieniem, że zrobiła swoje i czas jej iść, widownia aż zbyt wylewnie zaprotestowała prosząc o jeszcze jeden występ. Ziio szybko więc wróciła na swoje miejsce i śpiewała dalej.
Tak oto docieramy do chwili obecnej. Kyra siedząc na belce pod stropem tuż pod szklanym świetlikiem stroiła lutnię, a na dole wyczekująco patrzyli na nią uśmiechnięci ludzie.
- Cóż jeszcze mogę zaśpiewać? - zawołała z udawanym oburzeniem. - Cały repertuar mi zużyjecie!
- Nie daj się prosić! - odparł raźnie jeden z siedzących pod ścianą weteranów wojskowych.
- Właśnie! - poparli go naraz wszyscy.
Harpia skrzywiła się teatralnie. Po chwili jednak na powrót się uśmiechnęła.
- Niech wam będzie! Jak się bawić, to do rana! - zakrzyknęła i cała karczma zatrzęsła się od popierających ten pomysł okrzyków.
Zarzuciła nogę na nogę, oparła na udzie lutnię i zamyśliła się chwilę. Niewiele kłamała z tym repertuarem - gdy przybyła do zajazdu dopiero zaczynało zmierzchać, a obecnie już chyba zbliżała się północ. Noc była młoda, a jej kończyły się piosenki. Po jakiejś minucie podjęła w końcu spokojną, rytmiczną, aczkolwiek nieco nostalgiczną melodię na niskich tonach. Wieśniacy zamilkli wsłuchani w skupieniu, wpatrzeni w drgające struny i zręczne palce dziewczyny. Melodia ciągnęła się dobre dwie minuty, zanim Ziio zaczęła śpiewać:
Nie, już nie pamiętam
Co zniosło tu nas.
Czy był to wiatr psotny?
Czy płynący czas?
Cóż znowu chce patrzeć
Na łzy tych rozstań?
Co znów chce nas zmusić
Do ckliwych wyznań?
Nie, już nie chcę wiedzieć
Co...
W tym momencie trzasnęły głośno drzwi, wytrącając zupełnie Kyrę z rytmu. Już miała rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę gbura, który jej tak chamsko przerywa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Do karczmy wparowało pięciu strażników miejskich. Zamarła. Nie miała pojęcia jak tutejsza władza odnosi się w temacie nieludzi i ich obecności w miejscach publicznych. Po minie komendanta wyczytała jedynie, że czekają ją kłopoty.
- Nie ruszać się! - zakomenderował mędrkowatym tonem.
- Ależ ja się wcale nie ruszam, panie władzo - powiedziała spokojnie Ziio.
Strażnik podniósł głowę do góry. Najwyraźniej nie zauważył jej już w wejściu.
- O co chodzi? - zapytała harpia, gdy milczenie przeciągnęło się niezręcznie dla najwyraźniej początkującego dowódcy.
- Jest pani aresztowana! - zaczął przypominając sobie swoją rolę.
- Ale za co? - szczerze zdziwiła się Kyra. Niby znała już odpowiedź, ale niemniej dalej zaskoczyła ją. Do tej pory jeszcze nie spotkała się z takim przejawem braku tolerancji wobec rasy.
- Za zakłócanie spokoju!
- Proszę pana - wtrącił się cierpliwie starszy oberżysta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Panna Ziio jest minstrelem. Z tego co pamiętam żyją oni właśnie z zakłócania ciszy nocnej.
- Co przepra...? Nie! Nie o ciszę nocną tu chodzi mości gospodarzu - strażnik potrząsnął głową.
- To o co? - przerwała mu lekko już zirytowana harpia.
Człowiek popatrzył na nią jakby go właśnie śmiertelnie obraziła.
- No słucham - wzruszyła ramionami. - Jeśli się mnie ktoś boi, to może opuścić lokal. Nikogo tu przymusem nie trzymam. Aczkolwiek nie widzę żadnego powodu do strachu.
- Słuchaj no, ty...
- Harpio?
- ...potworze! Masz się zaraz wynieść z tego miasta, bo inaczej...
Ziio zeskoczyła z belki, lądując tuż przed chuderlawym mężczyzną, który wzdrygnął się i odskoczył. Przewiesiła swój instrument na plecach za umocowany do gryfu pasek i wyprostowała się dumnie, zaplatając ręce na piersi.
- Bo inaczej co? - powtórzyła pytająco.
- Ha! Grozisz mi! - komendant jakby zadowolony sięgnął ku rękojeści miecza.
- Co przepraszam? - harpia zamrugała kilka razy.
- Nikt nie będzie groził przedstawicielowi prawa!
Wyszarpnął - dość nieumiejętnie - miecz i skierował go w stronę Kyry. Dziewczyna cofnęła się przed ostrzem. Wielu wieśniaków widząc, że szykuje się burda, ruszyło w stronę drzwi. Harpia obejrzała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie miała zamiaru się z nikim pojedynkować. Gdyby teraz choćby drasnęła komendanta lub któregoś z jego ludzi, niewątpliwie przyznałaby w ten sposób rację nazwaniu jej ,,potworem”, nawet jeśli by się jedynie broniła. Podłapała spojrzenie gospodarza karczmy. Mężczyzna stał przy umocowanym na ścianie kołowrotku z dźwignią i owiniętą wokół liną. Kiwnął głową w górę. Dziewczyna podążyła za idącą po stropie liną...sięgała do świetlika. Natychmiast zrozumiała o co chodzi i skinęła głową z podziękowaniem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się i zakręcił dźwignią. Klapa w świetliku uchyliła się ze skrzypnięciem. Strażnicy spojrzeli w górę odruchowo. Harpia wykorzystała moment nieuwagi. Odbiła się od ziemi i pomagając machnięciem skrzydeł wylądowała z powrotem na belce stropowej. Posłała strażnikom ironicznego buziaka, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez świetlik.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

