Zdjąłem kaptur i przywróciłem moim uszom normalny, człowieczy wygląd, po
czym ze znudzeniem rozsiadłem się w fotelu i począłem obracać w rękach
czarne krucze pióro. Nie, żebym jadał kruki. Podobno nie są za dobre. I w
dodatku mają dziwny posmak...
Wszystkie istoty w Hidden są tak różne, że nawet nie zdziwiłbym się,
gdybym zobaczył tutaj jakiegoś stwora typu Minotaur. Są tu nawet
kotowate. I smoki. No i na moje nieszczęście likantropy...
Miałem okazję poobserwować sobie kilkoro z nich, siedząc w swym rudym futrze w okolicy ogniska.
Ale mniejsza z tym.
Rozejrzałem się po swojej jaskini. Wypadałoby zrobić coś, żeby było w
niej przytulnie. Jak na razie w grocie wielkości przeciętnego pokoju
miałem tylko ciężkie biuro, rozpadający się fotel, którego nie chciało
mi się naprawić przed chwilą, i łóżko, okropnie niewygodne. Już ten
kamień, na którym spałem jeszcze dwie noce temu był wygodniejszy. Może
by go tu przywlec?
Rozpiąłem płaszcz i wstałem, żeby rzucić go na oparcie fotela i usiąść
na łóżku. Jęknąłem, kiedy kilkanaście nierównych wąskich desek wbiło się
w moje pośladki. Chyba podziękuję za taki nocleg...
Mógłbym użyć jakiś zaklęć, przecież mam pół księgi w głowie, ale komu by
się chciało? Może mnie natchnie do tego, żeby coś zrobić. Mógłbym
cieszyć się ciszą, ale jak na złość jakiś ptak począł żałośnie śpiewać
swą pieśń od siedmiu boleści. Jak masz okropny głos, to po ch*j
śpiewasz?!
Zirytowany znowu przyodziałem się w płaszcz z kapturem, ale ten był
znacznie wygodniejszy, bardziej przystosowany do takich wędrówek.
W nie najlepszym humorze wybyłem z groty, nie martwiąc się nawet
zabezpieczeniem jej. Wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy mam pod
ręką. Jakby ukradli mi łóżko, nawet bym się cieszył. Byłby pretekst,
żeby w ogóle coś ze swoim miejscem zamieszkania zrobić. A może w ogóle
przeprowadzić się do lasu i zaszyć w chatce jak te zgrzybiałe wiedźmy i
obłąkani magowie? Ciszej by nie było, ale wygodniej z pewnością. Może do
miasta? O nie, tam na pewno nie... Przecież tam są istoty od świtu do
zachodu. A nawet po nim.
Począłem pałętać się po okolicy, aż w końcu zatrzymałem się w
sąsiedztwie jakiegoś samotnego krzewu i usiadłem obok niego. Podmuch
wiatru omiótł moją twarz.
- Cześć, wietrze, przyjacielu - szepnąłem, a w odpowiedzi dostałem
silniejszy powiew powietrza. - Co się dzieje z Kiette? - zapytałem po
chwili, jednak zanim uzyskałem jakikolwiek odzew, usłyszałem jakiś
szelest i nawet nie myśląc, przybrałem kocią postać. To był ogromny
błąd.
Usłyszałem głośne warczenie tuż za mną. No to pięknie, pomyślałem,
odwracając się i wpatrując się w czerwone ślepia wilkołaka... Szybko
wróciłem do ludzkiej postaci, a kaptur zsunął mi się z głowy. Zdążyłem
tylko wyciągnąć ręce i wytworzyć głaz.
Cisza. Okropna cisza.
Podniosłem się z ziemi, przeczesując dłonią rudoczerwone włosy i
obszedłem głaz. Wilkołaka nie było. Mam nadzieję, że nie zabiłem go tym
głazem. Ale nie sądzę. Są wystarczająco silne. Pewnie po prostu uciekł.
Odetchnąłem z ulgą. Trochę zapomniałem o tym, żeby uważać... Słuchać
ziemi przede wszystkim. Żywiołu, z którym byłem związany najmniej, a
który był mi niezbędny.
Obróciłem się, żeby udać się do swego obecnego mieszkania, kiedy to wyrosła przede mną nieznana mi postać...
Ktoś dokończy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz