niedziela, 10 kwietnia 2016

Od Hanneona

Zdjąłem kaptur i przywróciłem moim uszom normalny, człowieczy wygląd, po czym ze znudzeniem rozsiadłem się w fotelu i począłem obracać w rękach czarne krucze pióro. Nie, żebym jadał kruki. Podobno nie są za dobre. I w dodatku mają dziwny posmak...
Wszystkie istoty w Hidden są tak różne, że nawet nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył tutaj jakiegoś stwora typu Minotaur. Są tu nawet kotowate. I smoki. No i na moje nieszczęście likantropy...
Miałem okazję poobserwować sobie kilkoro z nich, siedząc w swym rudym futrze w okolicy ogniska.
Ale mniejsza z tym.
Rozejrzałem się po swojej jaskini. Wypadałoby zrobić coś, żeby było w niej przytulnie. Jak na razie w grocie wielkości przeciętnego pokoju miałem tylko ciężkie biuro, rozpadający się fotel, którego nie chciało mi się naprawić przed chwilą, i łóżko, okropnie niewygodne. Już ten kamień, na którym spałem jeszcze dwie noce temu był wygodniejszy. Może by go tu przywlec?
Rozpiąłem płaszcz i wstałem, żeby rzucić go na oparcie fotela i usiąść na łóżku. Jęknąłem, kiedy kilkanaście nierównych wąskich desek wbiło się w moje pośladki. Chyba podziękuję za taki nocleg...
Mógłbym użyć jakiś zaklęć, przecież mam pół księgi w głowie, ale komu by się chciało? Może mnie natchnie do tego, żeby coś zrobić. Mógłbym cieszyć się ciszą, ale jak na złość jakiś ptak począł żałośnie śpiewać swą pieśń od siedmiu boleści. Jak masz okropny głos, to po ch*j śpiewasz?!
Zirytowany znowu przyodziałem się w płaszcz z kapturem, ale ten był znacznie wygodniejszy, bardziej przystosowany do takich wędrówek.
W nie najlepszym humorze wybyłem z groty, nie martwiąc się nawet zabezpieczeniem jej. Wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy mam pod ręką. Jakby ukradli mi łóżko, nawet bym się cieszył. Byłby pretekst, żeby w ogóle coś ze swoim miejscem zamieszkania zrobić. A może w ogóle przeprowadzić się do lasu i zaszyć w chatce jak te zgrzybiałe wiedźmy i obłąkani magowie? Ciszej by nie było, ale wygodniej z pewnością. Może do miasta? O nie, tam na pewno nie... Przecież tam są istoty od świtu do zachodu. A nawet po nim.
Począłem pałętać się po okolicy, aż w końcu zatrzymałem się w sąsiedztwie jakiegoś samotnego krzewu i usiadłem obok niego. Podmuch wiatru omiótł moją twarz.
  - Cześć, wietrze, przyjacielu - szepnąłem, a w odpowiedzi dostałem silniejszy powiew powietrza. - Co się dzieje z Kiette? - zapytałem po chwili, jednak zanim uzyskałem jakikolwiek odzew, usłyszałem jakiś szelest i nawet nie myśląc, przybrałem kocią postać. To był ogromny błąd.
Usłyszałem głośne warczenie tuż za mną. No to pięknie, pomyślałem, odwracając się i wpatrując się w czerwone ślepia wilkołaka... Szybko wróciłem do ludzkiej postaci, a kaptur zsunął mi się z głowy. Zdążyłem tylko wyciągnąć ręce i wytworzyć głaz.
Cisza. Okropna cisza.
Podniosłem się z ziemi, przeczesując dłonią rudoczerwone włosy i obszedłem głaz. Wilkołaka nie było. Mam nadzieję, że nie zabiłem go tym głazem. Ale nie sądzę. Są wystarczająco silne. Pewnie po prostu uciekł.
Odetchnąłem z ulgą. Trochę zapomniałem o tym, żeby uważać... Słuchać ziemi przede wszystkim. Żywiołu, z którym byłem związany najmniej, a który był mi niezbędny.
Obróciłem się, żeby udać się do swego obecnego mieszkania, kiedy to wyrosła przede mną nieznana mi postać...


Ktoś dokończy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz