sobota, 19 grudnia 2015

Od Viserany c.d. Ashlotte - Przepis

Wiecie co? Tak sobie myślę... że lepiej trafić nie mogłam. Ja już nie mówię o tym, że znalazłam miejsce w którym najwyraźniej znajdę sobie dom, nie będę musiała przebywać w tłumie... No i jest tu smok! Wiecie, ja zawsze miałam pewną, hmm, słabość do zwierząt. Ale smoki to takie wyjątkowe stworzenia. Udało mi się kiedyś podsłuchać jak mój tata opowiadał mamie o wyprawie, na której tata spotkał jednego smoka. Tyle, że on uważał, że to Stworzenia Śmierci. Wiecie, takie stare przesądy. Ja natomiast od tamtego czasu marzyłam, żeby spotkać jakiegoś... No i jest! Hmmm, czy zasłużyłam? Nie wiem. Wątpię, żeby bogowie patrzyli na to co robię. Chociaż może jest jakiś takie jeden...?
W każdym razie, już wiecie czemu siedziałam jak zaczarowana przy ognisku patrząc na Frelsera. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widzi. To dosyć żenujące, ale silniejsze ode mnie. Po chwili jednak mój żołądek daje o sobie znać i kiedy towarzysze wspominają o jedzeniu... Skręca mnie od środka, dosłownie. Dziwi mnie nieco, że to akurat Ash zrywa się, by je przynieść. Ale skoro tak... Niech tylko zrobi to szybko.
Myślę, że moje postanowienia czasem są bezcelowe. Po minucie mam ochotę wystrzelić płomieniami jak Atlant. Jeść!, woła mój żołądek. Dlatego zajmuję się analizowaniem całej tej grandy. Tak, może mi to jakoś pomoże odciągnąć uwagę od gło...Szzzzzzzzzzz!
W tym momencie słyszę rozmowę Halta i Phestera, dlatego też wcinam się na moment. Potem jednak wracam do swoich planów.
Powiedzmy, że nie muszę się skupiać na analizowaniu Mild i Ash, bo je już jakoś poznałam ogólnikowo. Halt... Jego na razie odpuszczę. Inaczej mój żołądek będzie zmuszony zwracać powietrze. Phester to intrygujący i irytująco uparty mądrala, a niech mu tam będzie. Chce się chować to niech się chowa. Squall jest tym typem kobiety, z którą albo się dogadam albo się zabijemy. Wolałabym nie, bo wygląda na to, ze ona też ma utarczki z Haltem, a co dwie pary rąk sprawnie posługujących się ostrzem to nie jedna, prawda? (Halcik, nie zaśniesz :D) Lisbeth też się chowa, ale wydaje się w porządku choć mało mówi tego wieczoru. Atlant... No tego to ja już lubię! W końcu bawi się ogniem, to jest mój człowiek! No dobra, człowiek to za dużo powiedziane... Malik to taki wyrośnięty kocur. Przygarnęłam kiedyś jednego - nie, to że jestem wilkołakiem nie znaczy że zjadam koty na śniadanie, obiad i kolację. Lubię je. Ten tu pije trochę za dużo kawy, ale każdy z nas coś popija... tak, nawet wodę. Tak czy owak, jeszcze go dorwę. Ale może nie dziś. Frelser... No mój zachwyt jest oczywisty ale co do jego charakteru, może trochę nieśmiały, ale zobaczycie - my nim tak zakręcimy, że niedługo będzie taki!
A teraz wielki powrót żołądka! No, dosyć tego. Głód to głód - a przecież jutro pełnia! Podrywam się z pieńka mrucząc przekleństwa i idę twardo do piwnicy. Nie martwi mnie, że się pobrudzę - po tym całym pożarze jestem tak utytłana, że mogłabym robić za ziemię.
Wchodzę do piwnicy spodziewając się Ashlotte wybierającej bardziej odżywcze kąski, jednak... Ona klęczy na podłodze i czyta...
- Co z tym jedzeniem? - pytam.
Dziewczyna podskakuje nerwowo, szybko zwija papier i odwraca się, wstając.
- To przepis. Może być przydatny w następnych dniach, nie musimy przecież ciągle jeść surowych warzyw prawda? - Uśmiecha się ale jakoś tak... Hm, no kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną więc po prostu jej nie wierzę. Nie dopytuję - wyjątkowo - bo zaślepia mnie głód. Wzdycham tylko wznosząc oczy ku niebu. W ciszy zbieramy co popadnie do kieszeni i rąk i idziemy do reszty towarzystwa.
- Znajcie łaskę pani! - wołam kąśliwie dołączając do głodnego tłumku.
Zauważam jednak, że nie ma Squall... Może poszła na spacer? A mniejsza, głód wzywa!
Jakieś 15 minut jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby skupić się na czymkolwiek innym. Czuję na sobie co jakiś czas spojrzenia niektórych osób ale już przywykłam. Ludzie zawsze na mnie dziwacznie patrzyli - przez oczy, przez ubiór, przez mój apetyt... Potem jednak rozbrzmiewają pierwsze nuty piosenki marynarskiej, sięgam więc po swoją nienaruszoną jeszcze porcję rumu - cel Squall. Ciesze się, że go przyniosła. Dawno nie piłam zacnego trunku.
Wieczór powoli mija, śpiewamy, rozmawiamy, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Ku mojej uciesze - nie tylko ja mam głośny i niekontrolowany śmiech! Nareszcie! Robi się coraz weselej aż w końcu czuję, że rum zaczyna działać...
<No, to kto teraz opisze nocno-rumowe "konwersacje" towarzystwa? Ze swojej strony powiem tylko, że Vis robi się nieco drażliwa po rumie ale i bardziej złośliwa i wesoła niż normalnie. Tak, jak trzeba to zatańczy :D >

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Od Phestera - Zwykły wieczór przy ogniu

Towarzystwo zebrane przy ogniu zaczynało się nieco ożywiać. Powoli wszyscy zaczynali się otwierać, jeśli można to tak nazwać. Bo w końcu nikt z zebranych tutaj osób na chwilę obecną nie mógł, ani nie chciał mówić czegoś więcej o sobie. Każdy miał coś do ukrycia. Phester jednak czół że każdy z tych wyrzutków, uciekinierów czy też podróżników zostanie tu na dłużej i z czasem może się zżyją. Według niego to była tylko kwestia czasu. Obrócił delikatnie głowę by spojrzeć w stronę gór które oddzielały ich nowej Sorsiny. A coś mu się wydawało że okazja to tego by wszyscy tu zebrani połączyli się dla jednej sprawy mogła nadejść w każdej chwili.
 ~Dlaczego się nie odzywasz?~ Do myśli medyka wdarł się głos smoka. Phester nie blokował go, nie było takowej potrzeby, wiedział że smoki tylko tak się komunikują i inaczej nie umiały.
 ~Nie mam nic do powiedzenia, a skoro nic nie mam to po co miałbym mówić?~ Wyjaśnił spokojnie również drogą telepatii, na co Frelser aż otworzył szerzej oczy. Nie spodziewał się odpowiedzi taką drogą. Mężczyzna podniósł oczy na monumentalnego gada. Stworzenie to wydawało mu się dość osobliwe jak na swój gatunek. Mimo że zaczynał się oswajać z towarzystwem jak wszyscy, to zdawał się być nieco spłoszony.
 -A tak czysto teoretycznie, to znajdą się dla nas miejsca na nocleg?- Zapytał Halt. Lakoo przerwał rozmowę z felinem.
 -Jest, zdążyłem poznać tutejsze tereny i mogę stwierdzić że kiedyś, może nawet przed wojną, było tu coś jakby miasteczko czy osada. Zostało kilka budynków takich jak ta moja chałupa, w wielu nawet zostały ubrania. Co więcej była też tutaj karczma i jakaś biblioteka. Jest w niej archiwum, ale księgi wieczyste zapisane są w nieznanym mi dialekcie. Normalny księgozbiór za to jest w mowie wspólnej.
 -A wiesz co tutaj wcześniej było?- Zaciekawiła się nagle Viserany.
 -Niestety nie, resztek tego miejsca nie da się jednoznacznie przyporządkować do topografii miasta, osady, wsi czy nawet zakonu. Choć do ostatniego mu najbliżej. Bo za daleko stąd do szlaku, zbyt jałowa ziemia i za gęsty las na uprawy. Warowni też nie ma, ni zamku.
 -Może to jedno z tych ukrytych krain z baśni i podań?- Zażartowała Erany.
 -Zdziwiłabyś się ile potrafi być prawdy w legendach. Myślisz że potwory z portowych opowieści mogli stworzyć siedzący przy kielichu brodacze?- Piratka wyszczerzyła się, a w tym uśmiechu Phester wyczuł małą zmianę. Nie umiał jednak określić czym dokładnie ta zmiana mogła być ani czego dotyczyła.
 -Wracając do tematu.- Atlant ponownie się odezwał. -Jest tutaj blisko dwudziestu budynków, nie wszystkie nadają się do zamieszkania, ale na razie wystarczy. Po wieczerzy będę mógł wam pokazać kilka.- Taka odpowiedź w pełni usatysfakcjonowała wszystkich zebranych. Phester nawet już wiedział który budynek sobie obierze na najbliższy czas.
 -Długo nie wraca, nie?- Czerwonooka pół-elfka wychyliła się w stronę drzwi. Następnie wstała i ruszyła do domku Alta. Gwary nadal nie ustawały. Tylko Kruk siedział w ciszy obserwując ludzi na około. Nawet Lisabeth z zakrytą twarzą którą spotkali na szlaku rzucała półsłówkami do co poniektórych. Po drodze dała się podpuścić. Wcześniej nie miał pewności co do niej, ale zachowanie, zapach, wygląd, zakryte usta oraz poranny bieg były dla niego wystarczające. Wiedział już że ma tutaj pobratymca. Choć trochę odmiennego, to nawet lepiej. Nie zamierzał jej wydawać, nie była agresywna. A i zbędna w tej chwili była jakakolwiek panika. Z resztą nie tylko ona ukrywała swoją tożsamość. Pół-elfka, która ruszyła za biało-włosom. Obie miały zapach dziwnie znajomy, nie wydawał on jednak żadnych wyroków na nikogo. Nawet w małej i milutkiej Mild wyczuwał coś innego. Była jeszcze piratka teraz prowadząca względnie luźną rozmowę z innymi biesiadnikami. Była jedną z najgłośniejszych. Zagadywała, żartowała i była złośliwa. Względny spokój i wyluzowanie, jednak dawało się wychwycić u niej kilka dziwnych zachowań. Drapała co jakiś czas zażarcie policzki. Zdawało się że sprawdza czy nadal je ma, co zdawało się być zabawne. Obserwowała też zachmurzone niebo. Phester starał się dokładnie zanalizować jej zachowanie, jednak nie umiał go dokładnie zinterpretować.
 -Skoro tamta poszła po zagrychę, to ja skoczę sobie po popite!- Zawołał stając. Frelser uniósł gwałtownie głowę, zawadzając nieco o niższe gałęzie.
 ~Też poproszę!~ Rozochocił się nieco za bardzo bo jego słowa usłyszeli wszyscy zebrani.
 -Co ja browarnia?- Zakpiła błyskając zębami.
 -Czyżby przemawiała przez ciebie skąpość? Przecież taka biedna wcale nie jesteś.- Podpuszczał ją łucznik. Dziewczyn natomiast jedynie uśmiechnęła się zbójecko. Jeszcze na ułamek sekundy zerknęła raz jeszcze w niebo po czym zniknęła w ciemności. Na moment po jej odejściu zza chmur wyjrzał księżyc, a okolica zalśniła od rozświetlonych kropelek rosy.
 -Doprawdy trafiłem na niesamowite towarzytwo...- Mruknął niemal niesłyszalnym szeptem do siebie.

Gdy tylko dziewczyna znalazła się za linią drzew puściła się dzikim pędem w stronę swojego statku. Gęste zalesienie blokowało światło księżyca, co bardzo jej odpowiadało. Mimo wszechogarniającego mroku i ciągłego pędu widziała bardzo dobrze. To właśnie dawały jej te żółte oczy wąskimi źrernicami - doskonały wzrok po ciemku i... pod odom. Okręt nie mógł wpłynąć całkiem na mieliznę. Stał co prawda w zatoczce naprawdę dobrze ukryty. Nie mógł być zauważony czy uprowadzony. Szczególnie że tego okrętu nie dało się ruszyć bez jej zgody. Przy brzegu stała szalupa, jednak piratka zdecydowanie preferowała przepłynąć się. Zrzuciła ubrania i wskoczyła do wody. W momencie jak znikła pod taflą wody to aż do statku nic jej nie zmąciło, mimo że od brzegu było to nawet ponad pół mili. Wy nużyła głowę dopiero na metr czy dwa od statku. Nie było nawet możliwe by dostrzec jak to się stało. Ale ciemny kształt tak mignął wzdłuż burty i na moment później całkiem naga krzątała się po pokładzie. Zwinęła kilka rzeczy, zrzuciła dwie beczułki rumu i skoczyła za nimi z powrotem w morze. Na zacienioną plaże wypłynęły obie baryłki. Dopiero po dłuższej chwili zaś wyłoniła się Squall. Szybko ubrała się i nałożyła kilka dodatkowych szczegółów. Rekawiczki i czarnyą kominiarkę, do tego naciągnęła mocno kaptur. Zaśmiała się widząc soje odbicie składające się z masy ubrań i jaskrawożółtych ślepi. Zachichotała cicho. Teraz gdy wróci do ogniska łącznie z nią będą już trzy i pół zamaskowanych postaci. Pół bo Halt miał tylko kaptur na sobie. Pochwyciła alkohol i dziarskim krokiem ruszyła drogę powrotną.

 -No nareszcie! Już myśleliśmy że się utopiłaś!- Zawołał łucznik gdy tylko zobaczył dziewczynę.
 -To ty tutaj nadal jesteś? Ch*lera zapomniałam! Dla ciebie niestety nie mam… przykro mi bardzo.- Odgrywała scenkę jak profesjonalny aktor. Jednak posłała mu swój wredny uśmieszek, a raczej chciałaby bo i tak nikt nie mógł tego zauważyć przez kominiarkę. Zdawało się to dziwne, ale może po prostu było jej zimno, więc nikt nie pytał dlaczego ma rękawiczki i się zamaskowała. Phesterowi jednak takie założenie zdawało się podejrzane, bo przez plecy kaftana były mokre, czyli miała mokre włosy tak samo jak noe części garderoby. Nie miał jednak zamiaru zwracać na to uwagi czy pytać dlaczego się zasłoniła. Nie miał nawet do tego prawa w końcu sam nie pokazywał twarzy. w czasie jego przemyśleń towarzystwo zdążyło na powrót się rozweselić i to na tyle szybko że do jego uszu dotarły słowa znanej na całym świecie piosenki.

Kiedy rum zaszumi w głowie, 
Cały świat nabiera treści, 
Wtedy chętnie słucha człowiek 
Morskich opowieści… 


<Mam szczerą nadzieję Vis że mnie nie zaszlachtujesz ^^ , za to że się nieco wtrąciłam, ale uzględniłam też to że tak bardzo chciałaś dokończyć opko Asch, dlatego też tutaj nie przeszkodziłam :D Liczę również że reszta się nie pospała czytając (o ile wam się w ogóle chciało XD)>

Od Ashlotte cd Squall - Co kryje się w górach?

Nie rozumiałam za bardzo, dlaczego kotopodobny ubolewa nad stratą napoju jakim jest kawa. Nigdy specjalnie mi nie smakowała. Po względnym opanowaniu sytuacji odezwał się Halt, przedstawiając nam (to znaczy osobom, które nie miały wcześniej wątpliwej przyjemności się z nią zapoznać) kolejną osobę, której wcześniej nie było.
- Panie i Panowie, macie przyjemność poznać wielmożną władczynię mórz i oceanów, a przy okazji niezrównaną w swoim fachu egoistkę - Squall. - Powiedział z ironią i przekąsem łucznik. Na te słowa (jak się domyśliłam) piratka poderwała się natychmiast.
- Jeszcze słowo, a osobiście dopilnuję żeby Cię pożarły rekiny, kiedy następnym razem władujesz mi się na statek. - "Kto się czubi, ten się lubi" - od razu przyszło mi na myśl. Każdy z nas przedstawił się jeszcze raz i można było stwierdzić, że mniej więcej wiemy kto jest kto.
Cóż, cała sytuacja wydała mi się raczej zabawną. Oprócz jednego szczegółu. Zakurzonym przedmiotem, który sprawił tyle kłopotów, a którego pozwoliłam sobie bez pytania obejrzeć - był stary, pożółkły i zniszczony już nieco zwój. Zwój dotyczył linaktropii. Mogły znajdować się tam cenne informacje, które pozwoliłyby mi na kontrolowanie tego czegoś co siedziało wewnątrz mnie. Potwora. W pośpiechu upuściłam tak ważne dla mnie znalezisko i teraz leżało sobie gdzieś na podłodze w tej zakopconej chacie. Całe szczęście, że ten cały kruczy medyk ugasił pożar. W zasadzie to podziwiam go. Ten jego stoicki spokój, aurę tajemniczości i ten dziwny pierwotny strach, który wywołuje. Założę się, że nie tylko mnie przeszedł dreszcz, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. Oczywiście żadne z nas się do tego nie przyzna, zwłaszcza, że mężczyzna jest niezwykle uprzejmy. Trafiłam do dziwnego grona osób. Mała, jednak waleczna elfka, głośna dziewczyna kłócąca się ciągle z lubującym się w kapturach łucznikiem, lekarz z ptasią maską, tajemnicza dziewczyna z chustą na twarzy, wielki, chodzący na dwóch łapach kot, "tutejszy władca" - posiadacz rogów, kobieta wyglądająca jakby ją zdjęto ze statku pirackiego i smok. Teraz już jest nas łącznie dziesięcioro. Nigdy nie lubiłam przebywać w tak licznym towarzystwie, ale, o dziwo z nimi było całkiem...całkiem.... Nie jestem pewna jak to określić....fajnie? To takie prostackie słowo. Jednak frasowała mnie jeszcze jedna rzecz - moje ubrania. Całe czarne. I śmierdziałam dymem. I kawą. Od kawy zdecydowanie bardziej wolę herbatę. Śmiem twierdzić, że żadne z obecnych tutaj nie posiadało w swym ekwipunku perfum, czy choćby zwykłej wody toaletowej. Całe szczęście w poprzednim mieście zaopatrzyłam się w niezbędny flakonik pełen cudownego zapachu. Wyjęłam go z sakiewki, był niewielki, zajmował wyjątkowo mało miejsca, po czym zaczęłam bezceremonialnie opryskiwać się mgiełką słodkiej woni. Duży kocur, o ile dobrze pamiętam - Malik, natychmiastowo przerwał opłakiwanie ukochanego napoju, prychnął głośno i odskoczył niemalże na drugi koniec polany. Cała reszta zaśmiała się, bądź zachichotała chórem.
- Ja zamiast pryskać się pachnidełkami, proponowałabym zmyć tą sadzę w jakiejś rzece, czy czymś. - Wtrąciła Viserany, chociaż jej prawdopodobnie bród nie przeszkadzał tak bardzo jak mi.
- Mamy tutaj wodę, spokojnie, wszyscy będziecie mogli się umyć, gdy tylko budynek trochę się przewietrzy. - Odparł Atlant, właściciel domu. Ta wiadomość niesamowicie mnie ucieszyła, chociaż nie dałam tego po sobie poznać. Z braku zajęcia część towarzystwa wznowiła przygotowywanie ogniska, przytaszczyli jakieś pnie, lub duże kamienie, by każdy z nas miał gdzie usiąść. Ja zajęłam się czesaniem mojej klaczy, stałam na uboczu przyglądając się od czasu do czasu reszcie. Każdy tutaj wygląda raczej na samotnika, no może z wyjątkiem dwóch, trzech osób, a jednak wszyscy trafiliśmy tutaj z jakiegoś powodu. Tak myślę. Przeznaczenie bywa silne, tak silne, że gromadzi grupkę zupełnie obcych sobie, i różnych od siebie stworzeń w jednym miejscu. Moje przemyślenia przerwał nagle głośny trzepot kilkuset skrzydeł. Ogromne stado ptaków, przeróżnych gatunków przeleciało nagle nad naszymi głowami.
- Co...do.... - Mruknęła Squall wpatrując się w niebo.
- To nie wróży nic dobrego. - Stanowczo stwierdziła Lisbeth - dziewczyna z chustą na twarzy. Myślę, że jednak każdy z nas zdawał sobie z tego sprawę. Coś wydarzyło się w jakiejś odległości od nas i nie było to nic pozytywnego.
-...Co robimy? - Zapytała mała elfka, z nutką niepokoju w głosie.
- Na razie najlepiej nic. Te ptaki mają za sobą już kilka godzin drogi, coś musiało bardzo je wystraszyć, ale miało miejsce daleko stąd. Za górami. - Odpowiedział, jak zwykle spokojnym głosem Phester. Faktycznie, kierunek lotu wskazywał na to, że przyleciały znad gór, ponadto wyglądały na zmęczone.
- Tylko dlaczego nie zatrzymały się wcześniej?... - Halt zmrużył oczy nadal patrząc na oddalające się stado.
- Ptaki już tak mają, jak się czegoś wystraszą to lecą przed siebie póki nie wyda im się, że jest już bezpiecznie. A w tych górach raczej nie jest bezpiecznie. - Odparł Atlant.
- ...Co masz na myśli?
- No... Żyją tam różne nieciekawe stworzenia. Ale góry wystarczająco daleko, nic tutaj nie przyjdzie, raczej nie musicie się martwić. - Uśmiechnął się rogaty.
- Jakie "nieciekawe stworzenia"? - twarz Visty wyrażała bardziej zaciekawienie, niż strach.
- Mantikory, strzygi, bazyliszki, demony, stada dzikich likantropów, - na te słowa skrzywiłam się lekko, mam nadzieję, że nikt tego nie zauważył - samotne wiedźmy i wiele innych, nienazwanych jeszcze istot. Mało kto się tam zapuszcza.
~Niedawno byłem w ich pobliżu~ - rozbrzmiał w głowach wszystkich głos smoka - Frelsera. Swoją drogą, ze wszystkich towarzyszy, którzy mieli przyjemność być tu razem ze mną, on był najbardziej niezwykły. Piękny. Smoki od zawsze mnie fascynowały, ale zawsze trzymały się daleko. Oczywiście mówię o dzikich smokach, do tych hodowlanych nie miałam nawet okazji się zbliżyć. Jednak miałam wrażanie, że Frelser mi nie ufa, a przynajmniej mnie unika. Ciekawe czemu.
- I co? Widziałeś jakąś wiedźmę? - Zapytała z nieco drwiącym uśmiechem Squall. Smok zatrzepotał skrzydłami.
~Przecież mówię, że byłem w pobliżu! Wolałem nie podlatywać, bo czułem, że nie czeka tam nic dobrego~
Skończyliśmy rozmowę o górach, ponieważ okazało się, że o dziwo jest już wieczór, a słońce zaszło parę minut temu. Atlant rozpalił ognisko używając swoich mocy, tym razem nie podpalając przy okazji całego lasu. Na szczęście. W trakcie rozpalania skupiłam wszystkie zmysły na unikaniu wszelkiego kurzu. Tak na wszelki wypadek.
Wszyscy usiedliśmy dookoła paleniska, na kamieniach i pieńkach.
- Ej, a co z jedzeniem? Chyba nie będziemy siedzieć przy ognisku bez żadnego żarcia? - Halt rozejrzał się błagająco.
- Wolałbym napić się kawy... - Jęknął Malik.
- Jak jesteś śpiący, to droga wolna. Nikt cię tu nie trzyma. - Powiedziała Squall drapiąc się po policzku.
- Nie o to chooodzi... - Wbrew swoim słowom, kocur ziewnął przeciągle.
- Kawy raczej już nie ma... - W tym momencie "właściciel" krainy zrobił jakby pauzę, przypominając sobie wcześniejsze wydarzenia, przez które tę kawę straciliśmy - Ale gdzieś w domu powinno być schowane jeszcze jakieś jedzenie. Pod stołem była klapa do piwnicy...
- Ja pójdę! - Wstałam nagle. Nikt się tego po mnie raczej nie spodziewał. Jednak przypomniałam sobie o zwoju. On musi gdzieś tam być, a ja muszę go znaleźć. Nikt nie zaprotestował, więc ruszyłam w stronę budynku. Za moimi plecami znowu rozległa się wrzawa rozmowy. Weszłam do środka. Podłoga była czarna. Nie jestem pewna, czy to przez wylaną kawę, czy po prostu się zwęgliła. Nie dostrzegłam zwoju. Klęknęłam i zaczęłam przeszukiwać każdy skrawek pomieszczenia. Zajęło mi to trochę czasu, liczyłam na to, że nikt tego nie zauważy, ale w końcu miałam przynieść jedzenie... Odnalazłam go wreszcie. Nie powstrzymałam ciekawości i rozwinęłam go czytając zawartość. Nie przeczytałam nawet dwóch zdań, gdy do chaty ktoś wszedł.
- Co z tym jedzeniem?

Przepraszam, że tyle nie pisałam, ale już jestem. Too... Ktoś miałby ochotę odpisać? C:

wtorek, 8 grudnia 2015

Od Squall c.d. Mild - Ciekawy ciąg przyczynowo-skutkowy

Dziewczyna nie zdążyła nawet odejść gdzieś dalej, jak usłyszała dodatkowe głosy dochodzące z miejsca gdzie zostawiła towarzyszy. Zapewne nawet tym by się nie przejęła zbytnio gdyby nie to że wyłapała wśród wielu słów znajomy już głos. W tym właśnie momencie ciekawość, a może część jej wrednego charakteru, wzięła górę. Kapitan zawróciła, gdy wyszła na krawędź polany zamarła na chwilę. Faktycznie stał tam zakapturzony łucznik. Reszcie towarzystwa nawet nie zdążyła się uważniej przyjrzeć, nie z braku uwagi, raczej chwilowo mało ją to obchodziło. Wszyscy prócz felina, Halta i smoka. Ostatni wszedł Atlant dokładnie przyglądając się piratce, jakby pytał ją czy aby na pewno nic nie wymyśli co miałoby skończyć się ofiarami. Ta w odpowiedzi wysłała jedynie nie jednoznaczny uśmiech.
 -Cholera... a miałem nadzieję, że utkniesz gdzieś na tym morzu, najlepiej na dnie...- Westchnął głośno niby to mimochodem.
 -Niestety... Ponoć diabli sego nie biorą.- Dorzuciła wzruszając ramionami. -Za to dobrze że na ciebie natrafiłam.- Dodała po chwili, a Gambit wyszczerzył się domyślając się co takiego kobieta może mieć na myśli. Tym samym Halt nie wiedząc co się dzieje, ale czując zdrętwiał nieco.
 -Potrzebne będą: siekiera, piła, liny, dziekć, spore drzewo i...- Wyliczała na palcach.- Ach tak! I duuużo czasu oraz energii.- Założyła ręce na piersi, zadowolona z niewyraźnej miny chłopaka.
 -Chwila, moment! W co ty chcesz mnie znów wrobić?- Patrzył nieufnie w jej oczy.
 -Wrobić? Ja? Ciebie? Skądże! Jedynie chce żebyś pomógł mi naprawić szkody.- Malik zachichotał, Squall jednak szybko ukróciła jego radość.
 -Nie mówiłam tobie? Ciebie też to dotyczy.
 -Coooo?!
 -Ponad metr masztu pękł, trzeba je tym zająć, czarodziejem nie jestem, a wy byliście wtedy na okręcie. Musicie mi jakoś zapłacić za podróż na pokładzie Sztormu.- Szturchnęła palcem w pierś chłopaka kilkukrotnie. Ten już otwierał usta do odpowiedzi gdy nagle Frelser który dotychczas trzymał głowę w otwartym oknie, tak by obserwować co się dzieje w środku, wyjął ją gwałtownie. Chwile później drzwi się otworzyły a z środka wybiegła cała ferajna głośno kasłając i krztusząc się.
 -Co jest?- Zdziwił się głośno Gambit. Squall natomiast nie zwracając uwagi na protesty wskoczyła się na ramiona Halta by zobaczyć ponad głowami małego tłumku co się dzieje.
 -Są wszyscy?- Zapytał głośno Lakoo, policzył wszystkich i dopiero wtedy się roześmiał.
 -Czy mi się wydaje? Czy właśnie spaliliście tę ruderę?- Zapytała z powątpierwaniem Squall obserwując kłęby dymu.
 -Nie całkiem...- Z środka wyszła ostatnia postać. A konkretnie mężczyzna w białej masce.
 -O k*rwa! Co wy tam spaliliście że widzę człowieko-ptaka? Bo tyle jeszcze dziś nie wypiłam.- Zawołała, mężczyzna jednak puścił to mimo uszu.
 -Dom z kamienia, więc stoi, księgi też ocalone. Chyba jedyna twoja strata to łóżko, część garderoby i stół.- Wyliczył wszystko i otrzepał się. Ubranie było nadpalone, ale wciąż nie odkrywało nawet skrawka ciała. W sumie ubrania wszystkich były nadpalone najbardziej jednak u Vis, Mild i Alta, który już praktycznie nie miał góry stroju. Nie wiedzieć dlaczego to u nich sytuacja wywołała najwięcej śmiechu.
 -Co tam się u diabła działo?- Zapytał Halt zrzucając Sztorm która cały czas siedziała mu na ramionach. Wylądowała na nogach i zaraz doskoczyła do wejścia domku z ciekawością zaglądając do środka.
 -No więc... to trochę wina tej tam.- Alt wskazał na piratkę.
 -Moja? Mnie tam nawet nie było!
 -Daj nam wyjaśnić.- Odezwała się kobieta z bandamką na twarzy. -Otóż ta mała.- Tu wskazała na Mild. -Gdy tylko ten tam.- Jej palec przesunął się na władce, który już wyszczerzył się jak niewiniątko.    
 -Powiedział że zna sztuczki z ogniem, to ona zaczęła go podpuszczać.
 -Hej! Nie tylko ja! Vist też chciała zobaczyć- Oburzyła się
 -W każdym razie, jak go podpuszczały, tak zrobił. Zaczął się popisywać i wszystko było by fajnie, gdyby nie ta tutaj- Znów pokazała palcem kolejnego "winowajce" czyli Ashlotte. -Nie zaczęła grzebać po kontach. Wyjęła jakiś rupieć pana ogniowego i postanowiła zdmuchnąć z tego czegoś kurz... wprost na pysk tego tutaj łuskowca. Oczywiście ten kichnął...- Nie trzeba było kończyć bo ta trójka już domyślała sie ciągu dalszego.
 -A nie mówiłem żebyś tego nie robiła?- Zadowolony z siebie Felin spojrzał na Squall.
 -Nie... Nie wmówicie mi że te kilka łyków rumu i od jego kichnięcia zajęło się łóżko.
 -Po pradzie to najpierw zajął się Atlant, od niego Mild która mimo protestów starała się go ugasić, a od niej łóżko...- Uzupełniła informacje Viserany.
 -Chwila. Podsumujmy, ty bawiłeś się ogniem, ty go do tego namówiłaś, ty dmuchnęłaś kurzem w jego nos, a ty kichnięciem wywołałeś pożar i na koniec on go ugasił?- Felin pokolei zwracał sie do sprawców sypadku.
 -Ta... Oblał nas jeszcze ciepłą kawą...- Burknęła Vis.
 -Kawą?!- W głosie kotowatego zabrzmiała nutka mutku i rozpaczy. W tym momencie dwójka która nie była naocznym świadkiem zdarzenia wybuchła śmiechem.
 -No... Chciałeś ognisko to masz.- Wydusiła przez śmiech Squall.




Kto odpisuje? Trochę to trwało, ale nie bardzo miałam czas, wybaczcie :)

poniedziałek, 30 listopada 2015

Wiesz, bo kiedy jest smutno, to się kocha zachody słońca. Ściga się konie, roznieca ogień, uwielbia kradzieże. Do póki tłumaczysz, że robisz wszystko w dobrej wierze.


Imię: Erin
Nazwisko: Flynn (nazwisko, podobnie jak imię nadała sobie sama. Nie dlatego, że chce „uciec przed przeszłością”, czy inne bzdety. Po prostu… prawdziwe wyleciało jej z głowy.)
Przydomek: Przez wielu (zwłaszcza na morzach) nazywana jest Jednonogą, choć bardzo nie lubi tego przezwiska. Woli, jak znajomi wołają na nią Pokrzywka, bądź Jaskółka.
Rasa: Człowiek, choć wiele osób szczerze w to wątpi. Najczęściej po prostu okrzykują ją szatanem, lub pomiotem diabła. Nie żeby bardzo jej to przeszkadzało.
Wiek: 17 lat
Płeć: Kobieta, choć przez ubiór i sposób bycia często brana jest za mężczyznę (a właściwie to za chłopca). Niekiedy jest w stanie takowego udawać.
Stanowisko: Wynalazca, Zielarz
Aparycja: Erin jest chyba jedną z najniższych osób, jakie chodzą po świecie. Dziewczyna jest bardzo drobnej budowy i posiada wieczną niedowagę. W dodatku przez jej dziecięcą (a nawet trochę chłopięcą) twarz często brana jest za dużo młodszą, niż jest w rzeczywistości. Mało kto wierzy, że chłopczyca, która posyła każdemu złośliwe uśmieszki, jest prawie dorosłą kobietą. Choć jeśli mam być szczera, to Erin nigdy nie zachowywała się i nie ubierała, jak „przystało”. Zazwyczaj zakłada na siebie proste i trochę za duże męskie ubrania (nigdy nie zobaczysz jej w sukience). Bardzo lubi ciąć, lub pruć swoje ubrania i chodzi w takich „łachmanach” nawet w zimę, podczas najgorszych zamieci. Jej ciemne włosy zawsze są w nieładzie, a żeby podkreślić swoją „odmienność” Jaskółka wpina w nie mnóstwo kolorowych ptasich piór, bądź związuje niektóre pasemka, robiąc z nich małe warkoczyki. Od czasu do czasu lubi zakładać swoją „zbroję” (niech was nie zwiedzie ta nazwa, w rzeczywistości jest bardzo wygodna) nawet jeśli nie szykuje się na bitwę. Po prostu, przypominają jej się stare czasy, nic więcej. Jak już pewnie zauważyliście, Erin nie ma jednej nogi. Utraciła ją lata temu i przez ten czas zdążyła przywyknąć do metalowej kończyny. Poważnie, biega bardzo szybko i doskonale radzi sobie podczas długich wędrówek, czy wspinaczki po zboczach i drzewach. Nie jest może specjalnie ładna, nie widać też u niej żadnych, typowo kobiecych kształtów. Właściwie, gdyby chciała to mogłaby dalej uchodzić za chłopaka.
Zdolności: Przede wszystkim dziewczyna ma umysł wynalazcy. Jest gotowa na nowe pomysły i rady, które często wykorzystuje przy tworzeniu swych dzieł. A co takiego tworzy? Wszystko, poważnie. Mogą to być proste rzeczy, takie jak wisiorki, czy ozdobne zawieszki, albo bardziej skomplikowane urządzenia, chociażby nakręcane zabawki. Wszystkie drobne narzędzia tworzy z niezwykłą precyzją, nie pomijając przy tym żadnych, chociażby najdrobniejszych szczegółów. Zna się również na wszelkich roślinach. Oficjalnie zajmuje się tworzeniem leków, choć tak naprawdę największą wiedzę (i wprawę) ma w sporządzaniu trucizn. Ciężko powiedzieć, czy ta wiedza faktycznie była jej aż tak potrzebna. Po prostu Erin znacznie szybciej uczyła się nazw i właściwości trujących roślin, niż tych, które są w stanie pomóc człowiekowi. Poza tym ma duszę artystyczną. Kocha rysować i malować, choć preferuje szkicowanie wszystkiego ołówkiem. Czasem zdarzy jej się ułożyć jakiś wiersz, zaśpiewać piosenkę, ale też bez przesady. Nie nadaje się na poetkę. Oprócz tego (mimo kalectwa) bardzo dobrze się wspina i dalej uwielbia wdrapywać się na czubki drzew.
Zainteresowania: W wolnym czasie, kiedy Erin nie jest zajęta tworzeniem kolejnych „małych wynalazków” bardzo lubi wędrować. Już dawno temu przyrzekła sobie, że jej kalectwo nie będzie miało wpływu na zainteresowania, dlatego też do tej pory nie odważyła się zrezygnować z żadnej przygody, ani dalekiej podróży. Poza tym bardzo lubi pisać wiersze, nawet jeśli są to krótsze „bazgroły”, jak to je nazywa. Wszystkie dzieła, czy to wiersze, czy opowiadania, zapisuje w swoim skórzanym brulionie, który zawsze nosi przy sobie. A niech tylko ktoś odważy się go wziąć, bądź co gorsza, przeczytać bez pozwolenia… Pokrzywka interesuje się różnego rodzaju brońmy, więc nawet jeśli wygląda niepozornie, to radziłabym nie zadzierać. Poza tym w wolnym czasie lubi płatać figle i robić psikusy ludziom dookoła (nawet jeśli są to nieznajomi). Lubi od czasu do czasu zabrać komuś cenny przedmiot, a potem śmiać się z miny okradzionego, gdy zwraca mu jego zgubę.
Charakter: Erin jest wolnym duchem. Zawsze chodzi dokąd chce i robi to co jej się podoba, kierując się w życiu własnymi, ustalonymi przez siebie zasadami. Uważa, że każdy powinien żyć życiem, które będzie w stanie zapamiętać, dlatego też nigdy nie słucha innych. Nie znosi zakazów, ani wszelkich ograniczeń. Właściwie to jest w stanie zrobić wszystko, by złamać jakieś zasady i udowodnić innym do czego jest zdolna. Z tego samego powodu nie wykonuje też niczyich rozkazów i sama dumna jest z faktu, iż nikomu nie podlega. Nie wstydzi się tego kim jest i nigdy nie próbowała przed nikim ukrywać swej osobowości. Włóczęga inwalida, w dodatku sierota… no i co z tego? Jakoś nigdy jej to nie przeszkadzało. Poza tym Erin ma na tyle dziwaczny sposób bycia, że mało kto jest w stanie domyślić się przez co tak naprawdę przeszła. Dziewczyna zawsze chodzi rozradowana, posyłając nieznajomym szeroki zestaw uśmiechów, uśmieszków i grymasów. Ciężko znaleźć kogoś tak odważnego i łaknącego przygody, jak Erin. Niekiedy odnosi się wrażenie, że dziewczyna zawsze gdzieś pędzi, a wiadomo- im niebezpieczniej, tym lepiej! Otwarty na nowe znajomości, wulgarny, głośny i zawsze wyszczerzony diablik, który uwielbia wtykać nos w nie swoje sprawy. Wiele razy przez swą wścibskość wpadała w tarapaty, choć dzięki przebiegłości i nie małej inteligencji, zawsze znajdowała jakieś wyjście z każdej sytuacji. Choć na pozór miła i przyjacielska, to w rzeczywistości jest świetną aktorką. Sarkazm i ironia są u niej na porządku dziennym, a jeśli wymaga tego sytuacja potrafi kłamać, jak z nut. Zazwyczaj jednak ludzie mają ją za wariatkę i chłopczycę, która żyje chwilą. Taka wersja siebie najbardziej jej odpowiada.
Historia: Dziewczyna urodziła się w niewielkiej nadmorskiej wiosce. Nie znała swoich rodziców, ani dalszych krewnych… tak naprawdę to nie przypuszcza, że ma gdzieś jakąkolwiek rodzinę. Z początku małe (i sprawiające niemałe kłopoty) dziecko było przekazywane z rąk do rąk różnym rodzinom, które miały choć trochę czasu (doświadczenia już nie koniecznie) by zająć się małą dziewczynką. Kiedy Jaskółka miała nieco ponad sześć lat, zaopiekował się nią pewien przemiły pan, na którego (choć nie był bardzo wiekowy) bez przerwy krzyczała „starcze”, lub „staruszku”. No, ale cóż począć? Kiedy ktoś jest młody, każdy dookoła wydaje się znacznie starszy. Owy człowiek przedstawił się Pokrzywce, jako dawny przyjaciel jej ojca. Ciężko powiedzieć, czy to co mówił było prawdą, czy nie, choć z początku Erin nie miała żadnych wątpliwości co do historii Staruszka. Poza tym, nawet jeśli była zmyślona, to nie sądzę by dziewczynie specjalnie to przeszkadzało. Bądź co bądź to właśnie on nauczył ją wszystkiego, co wie do dzisiaj. Starzec był wielkim artystą i wynalazcą. Miał nawet własny warsztat, który Erin od wczesnego dzieciństwa pomagała mu prowadzić. Początkowo były to drobne sprawy, takie jak obsługa klientów, czy sprzątanie półek. Dopiero w wieku kilkunastu lat zaczęła uczyć się wyrabiania przeróżnych narzędzi, od zabawek, po niewielką broń (była zbyt słaba i drobna, by własnoręcznie wykuć coś większego, to chyba jasne). Nowe życie bardzo się jej podobało. Zarabiała na swoje utrzymanie, zyskała kogoś, kogo mogła nazwać rodziną i jeszcze zdobyła wykształcenie dotyczące zielarstwa, oraz tworzenia narzędzi. Staruszek był kimś, kogo w dzisiejszych czasach można nazwać „człowiekiem renesansu”. Pokazał Erin wiersze i sprawił, że dziewczyna pokochała sztukę. W wolnych chwilach uczył dziewczynę walki na krótkie miecze, bądź noże, a także pokazał swej podopiecznej kilka prostych zaklęć (nie korzysta z nich zbyt często). Wspaniałe życie musiało się jednak skończyć. Bowiem pewnej nocy do warsztatu Staruszka przybyli uzbrojeni żołnierze. Jak się okazało, Starzec od bardzo dawna produkował broń po części dla pieniędzy, choć potajemnie wspierał małe grupy ludzi, sprzeciwiające się rządom nowego władcy- Arsmana. Kiedy fakt też wyszedł na jaw, wojownicy wtargnęli do warsztatu i zabili Starca na miejscu. To właśnie podczas tej bójki (jeśli tak można to nazwać) Erin straciła nogę. Całe szczęście, uciekła zanim żołnierze zdążyli ją pojmać, a dzięki nabytym umiejętnością, własnoręcznie zrobiła sobie sztuczną kończynę. Przez kilka kolejnych lat dziewczyna wędrowała od jednego miasta, do drugiego, od jednej wsi, do następnej. Włóczyła się po świecie i choć w życiu spotkało ją wiele złego, to nie przestała psocić (czasem dokonywała też drobnych kradzieży). W końcu jednak znudziło się jej takie życie. Mieszkanie w miastach, w których władzę sprawowali zabójcy jej opiekuna najzwyczajniej ją męczyło. Do Hidden trafiła przez przypadek, ale uwierzcie mi, bardzo ucieszyła się z takiego obrotu spraw.
Partner: Powiedzmy, że nie wierzy w takie rzeczy. Każdego traktuje tak samo, więc dlaczego miałaby robić choć jeden wyjątek?
Rodzina: Jaka tam rodzina? Toż to sierota, wychowywana przez pewnego wynalazcę, który był dawnym przyjacielem jej ojca. Poza tym nie zna nikogo, z kim mogłaby być spokrewniona.
Towarzysz: Póki co brak. Choć nie ukrywam, Erin bardzo lubi zwierzęta i jeśli znajdzie jakieś odpowiednie, to możliwe, że zdecyduje się je zatrzymać.
Szczegóły:
~Erin kocha zwierzęta i choć zawsze chciała mieć jakieś „na własność” to nigdy żadnego nie zatrzymała na dłużej. Zawsze twierdziła, że na wolności będzie im lepiej.
~Dziewczyna ma tendencję do zasypiania w różnych, przypadkowych miejscach. Znaleźć ją można śpiącą chociażby na drzewie, podłodze, dachu domu, czy po prostu gdzieś w trawie… ale nigdy w łóżku.
~Czasem, przez to, że w wielu miastach, by dostać pracę musiała udawać chłopaka, zdarza jej się mówić o sobie w męskiej, a potem w żeńskiej osobie.
Autor: Annabeth

poniedziałek, 23 listopada 2015

Od Mild cd Viserany - Spotkanie

        Mild uśmiechnęła się dwuznacznie.
  - Nic, nic - próbowała się wykręcić, ale powstrzymywanie złośliwego uśmieszku wychodziło jej coraz gorzej. - Po prostu widzę, że miło spędzasz czas z Haltem...
  Ta drobna sugestia wystarczyła. Reakcja Vis była natychmiastowa. Zebrała luźno wiszące wodze swojego wierzchowca i zamachnęła się nimi, by trzepnąć dzieciaka w łeb. Daya zgrabnie uniknęła ciosu. Viserany całe szczęście nie była tak szczerze wściekła. Wiedziała dobrze, że młoda się z nią droczy.
  - Oj, kiedyś się doigrasz - pomachała jej ostrzegawczo palcem wskazującym. - Twój refleks nie przed wszystkim cię uratuje.
  - Na twoje ślimacze ruchy wystarczy - Mild wystawiła starszej dziewczynie język.
  Ta udała teatralne oburzenie, uśmiechu nie powstrzymywała.
  - No proszę! Jaka wyszczekana! A może wyrwę ci ten twój język i każę ci go połknąć? - zaproponowała i w momencie doskoczyła do elfki. 
  Dziewczynka uchyliła się przed chwytem Vis. Odbiegła śmiejąc się, jednak brunetka szybko ją dogoniła. Nie jest może zbyt silna, ale zgarnięcie upierdliwego dzieciaka i wrzucenie go do sterty liści pod drzewem nie było wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza, że wszystko było tylko i wyłącznie wygłupem. Mild poleżała chwilę w liściach dalej parskając śmiechem, aż w końcu Viserany ze zdecydowanie poprawionym humorem podała jej rękę i pomogła wstać.
  Następny fragment podróży na wschód okazał się ich ostatnim. Nie, nie umarli za zakrętem. Dotarli do celu, choć nie było to z miejsca tak oczywiste jakby się można spodziewać...
  Gwizdacz, miedziany ogier Halta, nagle zakwiczał i zaczął się cofać, niemal wpadając na konia Viserany. Łucznik ściągnął wodzę w ostatniej chwili, lecz koń dalej był niespokojny. Mild, jadąca razem z Lisbeth na jednym karoszu, ściągnęła wodze i obejrzała się na nich do tyłu. Phester i Ashlotte zrobili podobnie.
  - Hej! - warknęła na łucznika Bherini. - Daruj sobie, to już nie jest śmieszne!
  - To nie ja - zaparł się chłopak.
  - Tak, poprzednie trzy razy to też nie ty? Nudzi ci się czy jak?!
  Jak się można było spodziewać, Halt po prostu nie mógł przepuścić okazji do rzucenia złośliwym komentarzem. Rozpętało to kolejną przepychankę słowną, tym razem jednak na sporą skalę. Lisbeth westchnęła zniecierpliwiona nad uchem Mild.
  - Oni tak zawsze? - rzuciła, na co Daya jedynie wzruszyła ramionami.
  - Przysięgam, że tym razem to nie ja - powiedział w końcu Halt i dodał, gdy Viserany już otwierała usta do kolejnego komentarza: - Gwizdacz jest po prostu tak wyszkolony.
  - Do denerwowania reszty? - rzuciła kąśliwie dziewczyna.
  - Spokojnie - wtrącił się Phester. Nie mówił głośno, a jednak jego stoicki spokój natychmiast uciszył obu. - Czuje krew, prawda? - dodał kiwając blaszanym dziobem w stronę niespokojnego rumaka.
  Halt zmarszczył brwi podejrzliwie, co nie było oczywiście zbytnio widoczne przez kaptur.
  - Skąd wiesz? - spytał.
  - Zgadywałem - odpowiedział medyk. - Zachowajcie czujność.
  Łucznik bez ociągania zdjął z pleców łuk i nałożył strzałę na cięciwę nie naciągając jej jeszcze, kierując teraz wierzchowcem jedynie nogami. Nie ufał zbytnio temu facetowi, ale wierzył Gwizdaczowi. Ogier nigdy go nie zawiódł. Reszta poszła w ślady Halta. Mild poluzowała nieco pas pochwy na plecach, aby w razie czego mogła wysunąć z niej miecz samym szarpnięciem ramienia i od razu go chwycić. Vis (mimo ciągłej niechęci do łucznika) jechała dalej trzymając w ręce sztylet. Ashlotte, jakby w zamyśleniu, gładziła rękojeść szabli. Lisbeth także trzymała rękę na nożu przy pasie. Tylko Phester dalej jechał, jakby jego własne słowa go ominęły. Dziwny z niego facet, pomyślała Daya.
  W końcu odnaleźli źródło niepokoju Gwizdacza. Wjechali na wydeptaną polankę, która niedawno musiała być miejscem poważnej walki. Pierwszym, co rzuciło się w oczy Mild była rozcięta stalowa siatka, od wewnętrznej strony pokryta cienkimi kolcami. Ziemia pod nią była zakrwawiona i rozorana. Dopiero potem dziewczynka zauważyła ciała jakichś nieznanych sobie mężczyzn. Wyglądali jej na najzwyklejszych bandytów. Lisbeth i Halt zeskoczyli z siodeł. Dziewczyna podeszła do siatki, łucznik natomiast obserwował ślady.
  - Smokobójcy - powiedziała po chwili Lis. - Siatka stworzona do łapania latających gadów.
  - Nie będę się kłócił. Ziemia pod nią jest rozryta i ugnieciona, a tamta sosna ma połamany wierzchołek - dodał Halt. - Coś wielkiego spadło z nieba i uderzyło w polankę...
  - Smok?! - zapytała podniecona Mild. 
  - Dobra, ale gdzie on w takim razie jest? - zaciekawiła się Vis. - Ci mili panowie nie wyglądają jak po walce ze smokiem. 
  - To robota człowieka...a w każdym bądź razie istoty humanoidalnej - odpowiedział chłopak.
  - Rany, to ty takie trudne słowa znasz? - rzuciła złośliwie Viserany.
  Nie skomentował tego.
  - Złapali smoka, ale jakaś obca grupa musiała go uwolnić i zatłuc smokobójców - podsumowała Lisbeth. - Nic tu po nas.
  - Przeciwnie - Halt z uśmieszkiem wskazał szlak prowadzący na wschód. - Zostawili trop...
  - Chcesz iść za tymi wariatami ratującymi smoki? - był to raczej domysł, niźli pytanie.
  - I tak mamy po drodze, prawda panie Kruku?
  Phester jedynie wzruszył ramionami. Łucznik uznał to za zezwolenie i wskoczył na siodło z miejsca ruszając kłusem, a za nim reszta. Mild zaczekała na Lisbeth i popędziła karosza. 
  Wkrótce dotarli do kolejnej polany. Ta była bardziej rozległa...a niemalże na wprost nich znajdował się jakiś domek. Przed nim leżał na słońcu wyciągnięty niczym kot spory jasnoszary kształt...
  - Smok! - pisnęła elfka nie mogąc się powstrzymać.
  Wszyscy wstrzymali oddech. Gad podniósł zaciekawiony łeb i wpatrywał się w nich błękitnymi oczyma. Mimo, iż był jakieś kilkadziesiąt metrów dalej, widział ich jak na dłoni, każdy szczegół, kolor oczu, wyraz twarzy...i broń. Smok nie wiedzieć czemu podniósł się nagle i zaczął cofać, wydając dźwięki niczym wieloryb.
  - Czy on się nas...boi? - powiedział z niedowierzaniem Halt.
  - Ale niby dlaczego? - zdziwiła się Daya. - To przecież smok! Może nie tak wielki, ale jednak smok.
  Grupa niepewnie ruszyła konie i zaczęli zbliżać się do domku. Smok zaczął warczeć ostrzegawczo. Teraz Mild zauważyła opatrunek na jego przedniej łapie. Gdy byli już jakieś dziesięć metrów od chaty, z lasu nagle wyszły dwie postacie: jakiś chłopak z rogami i kot poruszający się na dwóch nogach. Nieśli w rękach drewno na opał. Na widok tego drugiego Halt zamarł.
  - Nie wierzę... - powiedział tylko.
  W tym samym momencie felin zauważył także i jego. Upuścił opał na ziemię, a na jego pysku wykwitł pełen złośliwości uśmiech.
  - Halt! - krzyknął. - Sporo czasu się nie widzieliśmy! - kot ruszył w ich kierunku.
  - Zdecydowanie za krótko, Gambit - warknął łucznik. Zsiadł jednak z konia i pokazał reszcie, że nie ma się czego obawiać.
  - To ty ich znasz? - zdziwił się rogaty.
  - Pewnie Wasza Wysokość - powiedział dalej uśmiechnięty kocur, którego Halt nazwał Gambitem. - A przynajmniej tego w płaszczu...Gdzieś ty wytrzasnął te dziwadła?
  Mild obejrzała się po sobie nie rozumiejąc dlaczego została nazwana dziwadłem. Reszta nie poczuła się urażona. Smok zaskomlał wychylając łeb zza domku. Gambit obejrzał się w jego stronę.
  - Spokojnie, Frel - powiedział. - Nic ci nie zrobią.
  - Nic ci...? - powtórzyła szeptem Lisbeth nie dowierzając w to co słyszy. Od kiedy smoki obawiają się bandy włóczykijów?
  - Wiesz co Alt? - powiedział nagle kot. - Chyba przyda się nam to ognisko nieco większe.
  - Racja, ale najpierw chyba przyda się nieco wyjaśnień - chłopak położył drewno na stosie obok werandy i zwrócił się do nowo przybyłych:  - Nazywam się Atlant Lakoo, tutejszy, w pewnym sensie, władca. Mogę poznać wasze imiona?
  Na chwilę zapadła cisza. Mild obejrzała się na resztę i pierwsza wystąpiła naprzód prostując się dumnie.
  - Jestem Mild Aldre - dygnęła wedle wpojonych jej w dzieciństwie zasad.
  Atlant uśmiechnął się lekko widząc to i również lekko teatralnie się ukłonił. Halt widząc, że obcy nie jest wrogo nastawiony przedstawił się drugi. Po nim Viserany, Phester, Ashlotte i w końcu Lisbeth.Nagle - ku zdziwieniu Atlanta i Halta - odezwał się Gambit:
  - Dobra, skoro po szczerości do po szczerości: Malik Seley el'then - skłonił się lekko przed towarzystwem wzdychając lekko.
  Atlant podniósł pytająco brew. 
  - Czyli to to chciałeś wcześniej mi i Squall powiedzieć, co? - zauważył.
  Halt zesztywniał.
  - Tobie...i komu? - jęknął.
  Malik uśmiechnął się diabolicznie. I wtedy z lasu wyłoniła się kolejna postać. Tym razem była to kobieta. Zastygła w miejscu - nie tyle, co na widok obcej grupy. Raczej gdy zobaczyła samego Halta. Mild obserwowała to jedno to drugie. Atlant widząc co się święci zaprosił grupkę do chaty. Nikt nie oponował. Na podwórzu zostali tylko Halt, Squall i Gambit...no i oczywiście Frelser, który nie mógł wejść do domku Alta, a obecnie patrzył zaciekawiony na człowieka w zielonym płaszczu.

Squall? Nikomu innemu nie mogłam tego dać do dokończenia XD

sobota, 21 listopada 2015

Od Viserany c.d. Lisbeth - Hidden

Nie bardzo wiem gdzie jedziemy. Ale jest w porządku. Jadę sobie w środku pochodu. Jadę, co jest dziwne bo ja zazwyczaj biegam własnonożnie. Ale to miła odmiana. Cieszę sie ze jedziemy lasem, nie główną drogą. Po pierwsze - zasze wolałam lasy. Po drugie jesteśmy bardzo zwracajacą uwagę grupką. Mężczyzna z dziobem, elfie dziecko, biegnąca kobieta-cień, Robin Hood, cicha dama i ja. Ale wiecie co? Bardzo mi dobrze tak jechać...
Do czasu.
- Stchórzyłaś - słyszę nagle obok.
Odwracam się i widzę zacienioną kapturem twarz. Znów się zacznie...
- Nie rozmawiam z tobą - mówie oschle.
- A to czemu? Nadal winisz mnie za tego mężczyznę obok gospody?
- A może mam siebie winić?!
- Szczerze? Tak.
- Szczerze? Nie interesuje mnie co mówisz.
Przez chwilę milczy ale irytująco się uśmiecha. Denerwuje mnie to dlatego po chwili pospieszam lekko konia i zajmuję sie obserwowaniem wszystkiego poza nim. Myślę też o tym dokąd jedziemy. Możliwe ze coś wspominali ale byłam zbyt zdenerwowana całą sytuacją...
- A mi się wydaje, że ciebie bardzo interesuje co mówię. Zwłaszcza jeśli powiem, że stchórzyłaś.
- Och przestań! Jakbyś mnie wtedy nie sprowokował to bym nie rzuciła tym nożem.
- Tak, czyli to moja wina.
- Właśnie tak.
- Aha. No to może jak dotrzemy na miejsce to spróbujemy znowu?
Brzmi to dla mnie nieco śmiesznie, więc parskam śmiechem. Halt nie wie co się dzieje więc mierzy mnie wzrokiem i czeka. Ale nie doczeka się. Słyszę bowiem, że kobieta-cień pyta Mild o miejsce na koniu. Zrywam sie szybko żeby jej odstapić - świetna okazja żeby uwolnić się od tego... osobnika i trochę pobiegać. Zanim jednak zdążę zeskoczyć, nasza droga Mild robi miejsce nowej i już, moja nadzieja odjeżdża razem z nimi. Świetnie.
- Nie zadowolona?
- Skąd!
Halt śmieje się ale ja tylko wywracam oczami i ruszam dalej. Przez jakiś czas jedziemy stałym tempem, bez żadnych przygód. Potem jednak robimy krótki postój. Zsiadam z konia i wdrapuję sie na drzewo. Siadam na wysokiej gałęzi i machając nogami oglądam krajobraz. Jest ładnie. Wiosna, wiadomo. Lubię patrzeć na te wszystkie strumyki które odmarzają, przede wszystkim na nie i na wodospady które zwalczają lód. Uwielbiam na to patrzeć, ale rzadko mam okazję.
- Co tam widzisz? - słyszę znów. No nie, myślałam że tu mnie nie znajdzie.
- Coś, co mnie nie denerwuje - odwarkuję.
- Popatrzę z tobą.
Odwracam do niego głowę i miażdże go wzrokiem. Czy jemu się wydaje, że go nie zrzucę z tego drzewa?! Bardzo się myli...
- Nie, dzięki. Znajdź sobie inne drzewo co?
- Daj spokój, nie jesteś taka gruba, ja tez nie, zmieścimy się.
- Taaaak? - Unoszę brew. - Nie jestem pewna... - Szybko wyciągam ręce i dotykam barku Halta... W tym samym momencie mam wizje.
Otwieram oczy siedząc nadal na gałęzi. Wzdycham cicho i rozglądam się. Halt siedzi obok i trzyma mnie za ramiona.
- W porządku? - pyta.
- Taak...? Puść mnie.
- Pewna jesteś.
- Tak. Mówie niewyraźnie?! - Szarpię sie i szybko schodzę z drzewa. Wskakuję na konia a zaraz potem ruszmay dalej. Przez resztę drogi nie odzywam sie słowem...
W końcu dojeżdżamy do jakiegoś miejsca. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy. Czuję tylko że sie zatrzymujemy więc zsiadam z konia. Głaszczę wierzchowca i mruczę coś do niego. Nagle ktoś kładzie rękę obok mojej na szyi konia. Odwracam się szybko by zmiażdżyć wzrokiem... Mild?
- No i jak ci sie podoba? - pyta.
- Ale co? - odowiadam niemrawo. Szybko zmieniam minę.
<Mild?>