Cóż, chciałam trafić jedynie do miasta, w którym znalazłby się jakiś przytulny nocleg, a trafiłam na awanturę...
- Arogancka. - skwitowałam gdy wyjątkowo pewna siebie kokietka odeszła ze swoim nowym "towarzyszem".
- Arogancka?! To paskudna lafirynda! W dodatku ma się za nie wiadomo
kogo! Argh... - Viserany warknęła ze złością. Skierowałam swój wzrok na
małą Mild.
- Wszystko w porządku? - W zasadzie nie obchodziło mnie to za bardzo, ale elfka trzęsła się lekko, więc wolałam zapytać.
- Ja... Zgadzam się z Tobą co do słowa. - Momentalnie zacisnęła drobne
dłonie w piąstki, a zawstydzenie zastąpił kamienny wyraz twarzy. Nie
sądziłam, że potrafi zebrać się do kupy.
- Więc... Chyba nadszedł czas rozstania. Jesteśmy w miasteczku, prawda? -
Spróbowałam zmienić temat i przy okazji pozbyć się nowo poznanych.
- Tak, to miasteczko. - Vis uspokoiła się nieco - Zdaje się, że dzisiaj
mają jakieś targi, czy coś. W każdym razie chyba otworzyli bazar. -
Wskazała na całą masę straganów stojących nieopodal. - Ale chyba długo
nie posprzedają, bo pogoda jak pod psem. - Rzeczywiście na niebie było
więcej szarości niż błękitu.
- Ile owoców! - Mild zaklaskała wesoło i podbiegła bliżej, całe
szczęście chyba przeszła jej złość. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że
kompletnie nie potrafię się tutaj poruszać. To znaczy wokół straganów
zgromadziło się sporo ludzi co nie sprzyjało przeprowadzeniu konia,
musiałabym obejść wszystko dookoła, ale to i tak nie oznaczałoby, że w
tamtej części miasta znalazłabym gospodę, w której mogłabym się
zatrzymać. Błądzenie nie sprzyjało mi specjalnie, gdyż w każdej chwili
mógł złapać mnie deszcz. Chyba znowu byłam zmuszona poprosić o pomoc tę
chłopczycę.
- Um... Czy wiesz może, gdzie można się tutaj zatrzymać na noc?
- Gospoda ze stajnią, co? - Vis kiwnęła głową w stronę mojego rumaka i uśmiechnęła się pod nosem.
- Dokładnie.
- Pewnie coś się znajdzie... Dawno tu nie byłam, ale z tego co
pamiętam... Za dużo by tłumaczyć, po prostu chodź za mną. - Ruszyła
pewnym krokiem w jedną z bocznych ulic, a ja za nią.
- Zaczekajcie! - Elfka biegła w naszą stronę z kilkoma siatkami dojrzałych, niesamowicie smacznie wyglądających owoców.
- Nieźle się obkupiłaś młoda. - Zaśmiała się Viserany, a zaraz po niej Mild. Wyglądały jakby dobrze się ze sobą dogadywały.
Wkrótce dotarłyśmy na miejsce, nie był to raczej na luksusowy hotel,
zwykła chata i oddalona od niej ze sto metrów drewniana stajnia, ale
cóż, jestem tu tylko przejazdem, na jeden nocleg musi wystarczyć.
Dogadałam się z właścicielami i po chwili mogłam już spokojnie
rozsiodłać Leonorę i zaprowadzić ją na zasłużony odpoczynek.
- Od dawna podróżujesz? - Usłyszałam głos za sobą, byłam pewna, że one
opuściły już to miejsce... Mała elfka przechyliła głowę w bok oczekując
na odpowiedź.
- Praktycznie od urodzenia. - skłamałam, chociaż zrobiłam to trochę
nieświadomie. - A Wy... Nie wracacie do domu...lasu... Czy gdzie tam
mieszkacie?
- W taką pogodę? Po za tym... Nie mieszkamy razem... - Mild zmieszała
się trochę i spojrzała w stronę okna, okazało się, że gdy ja spokojnie
rozsiodływałam moją klacz na dworze rozpętała się niezła burza.
Zagrzmiało groźnie, gdy Viserany weszła do środka stajni, cała
przemoczona.
- Z cukru nie jestem, ale zerwał się taki wiatr, że ja pierdziele!
Westchnęłam zrezygnowana, będę skazana na ich towarzystwo jeszcze przez
jakiś czas. Obraz na zewnątrz faktycznie przypominał apokalipsę. Drzewa
pod naporem wiatru uginały się prawie do samej ziemi, cały czas błyskały
pioruny, a ciszę co chwilę przerywał głośny huk. Dziesięć minut później
wszystkie trzy siedziałyśmy na słomie w pustym boksie. Po prostu
świetnie. Otaczała nas ciemność, tylko delikatne światło starej świecy,
którą znalazłam gdzieś w kącie rozpraszało ją odrobinę. Zapanowała nieco
niezręczna cisza.
- Hmm... Mam pomysł. - Ostre jak brzytwa zęby Viserany zabłysły w
uśmiechu - Może by tak poopowiadać jakieś straszne historie o duchach,
czy czymś?
Rzeczywiście, klimat pasował idealnie, a ja znałam wiele miejskich
legend, toteż zaklaskałam delikatnie i uśmiechnęłam się pod nosem.
- Świetnie. Ja pierwsza. - Zmrużyłam powieki i ściszyłam głos do szeptu -
Istnieje pewna legenda... O demonie. Demon ten żywi się strachem i
śmiercią. Powiadają, że nie posiada on ust, a jego oczodoły są zupełnie
puste. Pojawia się zawsze, gdy wypowie się jego imię. Pod warunkiem, że
przebywa się w zamkniętym, ciemnym pomieszczeniu. Zaczyna się od trzech
puknięć. Gdziekolwiek będziecie, usłyszycie trzy puknięcia. Od
ostatniego z nich macie równe sześćdziesiąt sześć sekund żeby zgasić
wszystkie światła w pobliżu i usypać dookoła siebie krąg z soli. Jeśli
zdążycie jesteście bezpieczne, musicie zostać w środku koła do
następnego wschodu słońca. Co prawda w ciemności będą pojawiały się
różne przerażające obrazy jak i dźwięki, jednak pod żadnym pozorem nie
możecie zapalić światła, ani wyjść z kręgu. Jednak jeżeli krąg zostanie
przerwany, opuścicie go zbyt wcześnie, lub co gorsza nie zdążycie go
usypać, albo zgasić światła na czas, wtedy będziecie musiały zmierzyć
się z czymś najbardziej przerażającym w całym piekle. Usłyszycie śmiech,
prawdziwy rechot, a później okropnie głośny pisk w głowie. Tak głośny,
że bez wątpienia skulicie się trzymając za głowę. Wtedy ON wejdzie do
środka i po pokazaniu Wam najgorszych, najbardziej krwawych i
przerażających wizji wydłubie Wam oczy, odetnie język, a na końcu
przebije serce. Wtedy cały budynek w jakim przebywałyście spłonie razem z
Waszymi zwłokami i pozostałymi mieszkańcami. - Na zewnątrz ponownie
rozległ się głośny huk. Uśmiechnęłam się szerzej widząc, że moja
historia zrobiła wrażenie na obu dziewczynach. Zanim którakolwiek z nich
zdążyła się odezwać, kontynuowałam - A jego imię brzmi... Diabhal.
Puk! Puk! Puk!
Rytmiczny, głośny dźwięk rozległ się nagle z całej stajni, a wszystkie
konie zaczęły kopać i rżeć w swoich boksach. Przeszły mnie ciarki i
pojawiła się gęsia skórka, chociaż nie pokazywałam tego po sobie.
- To... to nie jest śmieszne, Ash... - Odezwała się mała elfka zakrywając usta dłońmi.
- Zluzujcie, przecież to nie może być... - Zaczęła Vis, jednak urwała,
gdy zobaczyła jak wstaję i kieruję się w stronę drzwi. Jedną ręką
odruchowo złapałam za szpadę przy moim boku, nie spodziewałam się
takiego obrotu spraw i nie wiedziałam czy powinnam iść sprawdzać kto
to, ale nie mogłam przecież pokazać, że boję się jakiegoś demona, o
którym przeczytałam w jakiejś tam księdze...
Mild nagle złapała mnie za jedną z falbanek przy moim pasie, odwróciłam
się i ujrzałam jej zaniepokojone spojrzenie - Ashlotte... - Szepnęła -
Nie idź tam...
< Viserany? Mild? Ja również przepraszam, że dopiero teraz, ale
szkoła i te sprawy, każdy chyba wie o czym mówię. W każdym razie czekam
na ciąg dalszy opowiadania c; >
środa, 9 września 2015
czwartek, 27 sierpnia 2015
Od Emmy cd Mild, Viserany i Ashlotte
Niemal od razu po rzuceniu moją cenną parasolką, skarciłam się w duchu za to, że wybuchłam i użyłam niepoprawnego języka. Ale po prostu to był odruch, nagły przypływ emocji. Ta sukienka była bardzo, ale to bardzo droga! A zaraz potem dowiaduję się, że to głupi kawał jakiegoś bachora! To zdecydowanie za dużo, jak na moją piękną głowę.
Patrząc z nienawiścią na to dziecko, zaraz potem usłyszałam krzyk jakiejś dziewczyny. Obróciłam się w jej stronę i… Co ja ujrzałam! Z tłumu wyłoniły się dwie osoby, z czego jedna była naprawdę przyzwoicie ubrana, ale ta druga… Wyglądała na niecałe dwadzieścia lat, ale za to spójrzcie na jej wygląd!
Krótko ścięte, niezadbane włosy, brak makijażu i jeszcze te łachy! Jak, powiedzcie mi JAK można się tak ubierać? Przecież to niewybaczalne!
– KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? – warknęła i przeleciała wzrokiem po wszystkich osobach naprzeciwko niej, a jej wzrok spoczął na mnie.
„Uspokój się, uspokój. Dama się tak nie zachowuje. Jest opanowana i wyrafinowana w przeciwieństwie do… tego czegoś”
Obrzuciłam ją pogardliwym wzrokiem i zadarłam do góry głowę, by patrzeć na nią z góry, co nie było specjalnie trudne, ponieważ i tak była niska. Plus dla mnie!
Prychnęłam i płynnym ruchem sięgnęłam do mojej torebki, po to, by wyrwać z małego pudełeczka dwie chusteczki. Przejechałam nimi po „pozostałości” po tym idiotycznym kawale i ścisnęłam w małą kulkę. Podeszłam dumnie do Sama-Nie-Wiem-Kto-To-I-Jakiej-Jest-Płci i wyrwałam z jej zaciśniętej łapy moją parasolkę, która była dla mnie niczym skarb i w zamian dałam jej te chusteczki.
– Dziękuję – odparłam i otrzepałam parasol. Rzuciłam ją rozłożoną, więc byłam szczęśliwa, że nic jej się nie stało.
– A więc to ty! – zapytała z jadem w głosie, rzucając mój podarunek na brukową ulicę i przygniatając go butem – Nie daruję Ci! – krzyknęła i zrobiła dwa duże kroki w jej stronę, lecz przed następnymi, powstrzymała ją jej towarzyszka, chwytając ją za ramiona. Lecz to i tak wystarczyło, bym zdążyła cofnąć się odrobinę, widocznie oburzona takim zachowaniem. – Puść mnie do niej! – zawołała do swojej koleżanki ostrym tonem.
– Viserany! Nie warto! – syknęła w jej stronę karcąco.
– Ten wasz dzieciak jest niewychowany! – zawołałam, wtrącając się do ich wymiany zdań – Powinnyście coś z nim zrobić! – powiedziałam poirytowana, wskazując palcem na owego bachora, który dalej stał jak wryty, najpewniej kuląc się w środku.
– To ty jesteś nie wychowana! – krzyknęła Virsenay, chociaż dalej pozostaję przy przekonaniu, że to zwykła obdartuska.
– To nie ja rzucam się na ludzi i im nie grożę! – odpyskowałam jej, ponownie posyłając jej pogardliwe spojrzenie i opierając parasolkę o moje ramię, tym samym chroniąc się przed słońcem.
– Yhg! Wkurzasz mnie! – wrzasnęła, jeszcze bardziej się szarpiąc i siłowa ze swoją towarzyszką.
Zdecydowanie dość już miałam tej bezsensownej rozmowy i chciałam jak najszybciej znaleźć się w moim ulubionym butiku. Rozejrzałam się dookoła i dopiero teraz zorientowałam się, że wokół nas zebrał się już duży tłum gapiów. Uśmiechnęłam się przebiegle pod nosem, po czym przybrałam kokieteryjną pozycję, przejeżdżając wzrokiem po ludziach koło nas.
– Panowie… – zaczęłam uwodzicielskim tonem – Który z was ma ochotę towarzyszyć mi na zakupach? – zapytałam i niby przypadkiem zsunęłam swój szal, odsłaniając ramię i pokazując goły kawałek mojej skóry.
Niemal od razu zobaczyłam przeciskającego się przez tłum mężczyznę, który podszedł do mnie i, jak przystało na porządnego faceta, ukłonił mi się elegancko po czym wyciągnął rękę w moją stronę. Położyłam z wdziękiem swoją dłoń odzianą w białą rękawiczkę na jego i skinęłam głową. Mężczyzna ujął mnie pod ramię.
Odwróciłam głowę w stronę awanturniczki i uśmiechnęłam się zwycięsko, po czym ruszyłam przed siebie z przystojnym i wysokim towarzyszem.
Virsenay? Mild? Ashlotte? Przepraszam, że tak późno ;-;
Patrząc z nienawiścią na to dziecko, zaraz potem usłyszałam krzyk jakiejś dziewczyny. Obróciłam się w jej stronę i… Co ja ujrzałam! Z tłumu wyłoniły się dwie osoby, z czego jedna była naprawdę przyzwoicie ubrana, ale ta druga… Wyglądała na niecałe dwadzieścia lat, ale za to spójrzcie na jej wygląd!
Krótko ścięte, niezadbane włosy, brak makijażu i jeszcze te łachy! Jak, powiedzcie mi JAK można się tak ubierać? Przecież to niewybaczalne!
– KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? – warknęła i przeleciała wzrokiem po wszystkich osobach naprzeciwko niej, a jej wzrok spoczął na mnie.
„Uspokój się, uspokój. Dama się tak nie zachowuje. Jest opanowana i wyrafinowana w przeciwieństwie do… tego czegoś”
Obrzuciłam ją pogardliwym wzrokiem i zadarłam do góry głowę, by patrzeć na nią z góry, co nie było specjalnie trudne, ponieważ i tak była niska. Plus dla mnie!
Prychnęłam i płynnym ruchem sięgnęłam do mojej torebki, po to, by wyrwać z małego pudełeczka dwie chusteczki. Przejechałam nimi po „pozostałości” po tym idiotycznym kawale i ścisnęłam w małą kulkę. Podeszłam dumnie do Sama-Nie-Wiem-Kto-To-I-Jakiej-Jest-Płci i wyrwałam z jej zaciśniętej łapy moją parasolkę, która była dla mnie niczym skarb i w zamian dałam jej te chusteczki.
– Dziękuję – odparłam i otrzepałam parasol. Rzuciłam ją rozłożoną, więc byłam szczęśliwa, że nic jej się nie stało.
– A więc to ty! – zapytała z jadem w głosie, rzucając mój podarunek na brukową ulicę i przygniatając go butem – Nie daruję Ci! – krzyknęła i zrobiła dwa duże kroki w jej stronę, lecz przed następnymi, powstrzymała ją jej towarzyszka, chwytając ją za ramiona. Lecz to i tak wystarczyło, bym zdążyła cofnąć się odrobinę, widocznie oburzona takim zachowaniem. – Puść mnie do niej! – zawołała do swojej koleżanki ostrym tonem.
– Viserany! Nie warto! – syknęła w jej stronę karcąco.
– Ten wasz dzieciak jest niewychowany! – zawołałam, wtrącając się do ich wymiany zdań – Powinnyście coś z nim zrobić! – powiedziałam poirytowana, wskazując palcem na owego bachora, który dalej stał jak wryty, najpewniej kuląc się w środku.
– To ty jesteś nie wychowana! – krzyknęła Virsenay, chociaż dalej pozostaję przy przekonaniu, że to zwykła obdartuska.
– To nie ja rzucam się na ludzi i im nie grożę! – odpyskowałam jej, ponownie posyłając jej pogardliwe spojrzenie i opierając parasolkę o moje ramię, tym samym chroniąc się przed słońcem.
– Yhg! Wkurzasz mnie! – wrzasnęła, jeszcze bardziej się szarpiąc i siłowa ze swoją towarzyszką.
Zdecydowanie dość już miałam tej bezsensownej rozmowy i chciałam jak najszybciej znaleźć się w moim ulubionym butiku. Rozejrzałam się dookoła i dopiero teraz zorientowałam się, że wokół nas zebrał się już duży tłum gapiów. Uśmiechnęłam się przebiegle pod nosem, po czym przybrałam kokieteryjną pozycję, przejeżdżając wzrokiem po ludziach koło nas.
– Panowie… – zaczęłam uwodzicielskim tonem – Który z was ma ochotę towarzyszyć mi na zakupach? – zapytałam i niby przypadkiem zsunęłam swój szal, odsłaniając ramię i pokazując goły kawałek mojej skóry.
Niemal od razu zobaczyłam przeciskającego się przez tłum mężczyznę, który podszedł do mnie i, jak przystało na porządnego faceta, ukłonił mi się elegancko po czym wyciągnął rękę w moją stronę. Położyłam z wdziękiem swoją dłoń odzianą w białą rękawiczkę na jego i skinęłam głową. Mężczyzna ujął mnie pod ramię.
Odwróciłam głowę w stronę awanturniczki i uśmiechnęłam się zwycięsko, po czym ruszyłam przed siebie z przystojnym i wysokim towarzyszem.
Virsenay? Mild? Ashlotte? Przepraszam, że tak późno ;-;
środa, 26 sierpnia 2015
Uwaga!
Przykro mi przypominać się po raz wtóry, ale jak mus to mus... Niestety aktywność na blogu można przedstawić sinusoidą której najwyższy punkt jest tuż po moich upomnieniach, a najniższy niedługo po. No ale na prawdę, przyjrzyjcie się, najwięcej opowiadań pojawia się tuż po moich prośbach a później znikają gdzieś... gdzieś... chen daleko... Mogę się bawić w ciągłe prośby o aktywność, ale mnie też się czasem nie chce :P
Wiem doskonale, że wakacje, wyjazdy, znajomi itp. itd. dlatego nie wyrzucam nikogo mimo naruszenia regulaminu. Dlatego co bym mogła okazać miłosierdzie oraz wy, daję czas od dziś do 6 IX. Na wysłanie opowiadań, bądź usprawiedliwień a ci którzy się nie odezwą zostaną zawieszeni i do końca września usunięci jeśli wciąż będę musiała gadać do ściany.
Tak wiem... jojczę... czasem muszę sobie pomarudzić, a wreszcie skończyłam wyjazdy i mam kompa i mogę pomarudzić młuhahahaha~! >:D
~Pełna nadziei że jeszcze jej nie nienawidzą Ursa ;)
Wiem doskonale, że wakacje, wyjazdy, znajomi itp. itd. dlatego nie wyrzucam nikogo mimo naruszenia regulaminu. Dlatego co bym mogła okazać miłosierdzie oraz wy, daję czas od dziś do 6 IX. Na wysłanie opowiadań, bądź usprawiedliwień a ci którzy się nie odezwą zostaną zawieszeni i do końca września usunięci jeśli wciąż będę musiała gadać do ściany.
Tak wiem... jojczę... czasem muszę sobie pomarudzić, a wreszcie skończyłam wyjazdy i mam kompa i mogę pomarudzić młuhahahaha~! >:D
~Pełna nadziei że jeszcze jej nie nienawidzą Ursa ;)
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Od Squall c.d. Malika - Kapitan hak, kot w butach i śpiąca królewna
-Lubię karty, jednak jak każdy wilk morski preferuję kości.- Oznajmiła dziewczyna sięgając do sakiewki. Kot udawał że się chwile zastanawia.
-A jakie gry proponujesz?- Zapytał niby to mimochodem.
-Znasz może "łgarza"? Na statkach często się w to grywa.- Squall potrząsnęła swoimi kośćmi w zaciśniętej dłoni.
-Chętnie partyjkę rozegram.- Gambit położył na wieku beczki kilka swoich sześciościanów. Oboje nie spuszczali z siebie wzroku pewni że to drugie będzie oszukiwać. Kości zadźwięczały w kubeczkach po czym nastała cisza gdy każdy wykonał ruch i trzymał na prowizorycznym stole zasłonięta pulę.
-Sześć dwójek.- Oznajmiła pewnie kapitan. Felin zdziwił się nieco, ale nie dał tego po sobie poznać. Na stole leżało dziesięć kości, mógł przebijać, ale zachowywał ciszę mającą trzymać napięcie. Gdy już miał otworzyć usta zmożony chorobą Halt wpadł na beczkę i przewrócił wszystko rozsypując kości za którymi popędzili właściciele.
-Nosz k**wa mać! Halt! Bo przywiąże cię do masztu za jaja! Co to wesoła załoga kapitana haka? Na pokładzie kot w butach i śpiąca królewna! Ogarnij się!- Warknęła rozwścieczona utratą kości, która wypadła za burtę. Chłopak nie odpowiedział, tylko zakrył usta powstrzymując odruch wymiotny i wychylił się szybko. Squall ponownie puściła wiązankę pod nosem i powiedziała coś jeszcze żeby tamten nie napaskudził bo będzie musiał to wylizać. Następnie dalej klnąc ruszyła do kajuty pod mostkiem.
-A ty gdzie?- Zawołał za nią Gambit, chyba niezadowolony że zostawia go samego z łucznikiem.
-Zastanowić się nad którym rowem was wyrzucić!- Odkrzyknęła trzaskając za sobą drzwiami. W rzeczywistości musiała usiąść do mapy by zaznaczyć trasę bo około pięciu mil temu ląd zniknął im z horyzontu.
-Przez tego obszczymurka straciłam moją obsydianową kość...- Warknęła jeszcze nakreślając kolejną linię na i tak już mocno zapisanej mapie rozciągniętej na stole. Długo nie cieszyła się samotnością bo zaraz rozległo się pukanie do drzwi.
-Kogo niesie?!
-Okres masz czy jak?- Rozległ się jeszcze słaby, acz nieco pewniejszy głos Halta.
-A bo ciebie to obchodzi? Między nogi i tak mi nie zajrzysz!- Odkrzyknęła nie odrywając cyrkla od papieru a gość wszedł d środka nie czekając na pozwolenie. Brunet kręcił się po pomieszczeniu z niemałym zaciekawieniem oglądając dziwaczne przyrządy oraz pamiątki z dalekich stron. W końcu jego wzrok padł na mapę nad którą pochylała się kobieta.
-Naprawdę aż tyle przepłynęłaś?- Zapytał nie mogąc się odnaleźć w plątaninie linii i kresek symbolizujących trasy podróży.
-I przeszłam.- Mruknęła a mężczyzna dopiero teraz zwrócił uwagę, że i ląd jest po bazgrolony. -Przylazłeś tutaj aby mnie podenerwować czy popatrzeć jak wyznaczam nam kolejną trasę? A może zanurkowałaś na dno morza i odzyskałeś moją kość?- Dziewczyna nakreśliła ostatnią linię i w końcu podniosła wzrok na rozmówcę.
-Nic z tych rzeczy, jestem tu zapytać kiedy dopłyniemy na ląd i gdzie?- Odpowiedział spokojnie, a dziewczyna z westchnieniem uderzyłam palcem w mapę.
-Widzisz tę zatoczkę? To biała plama na mapie imperium, więc będę mogła tam ze spokojem ukryć sztorm a wy wyruszycie w swoją stronę. I myślę że już jutro wieczorem przyjdzie nam się rozstać.- Uśmiechnęła zalotnie i wstała podchodząc bliżej chłopaka. Ten był raczej obojętny na to co robiła, nawet się nie cofnął. Dopiero gdy dziewczyna uniosła swój koci wzrok, spojrzała głęboko jego oczy i zarzuciła mu ramiona na szyję zdał się być lekko zakłopotany i zapewne zastanawiał się czy nie jest ona pijana. Squall nie zwracała na to jednak uwagi zbliżyła się jeszcze trochę sprawiając że Halt czuł się coraz bardziej nieswojo, ale tym razem przyjął inną taktykę odwzajemnił ten uwodzicielski uśmiech udając że odwzajemnia zainteresowanie dziewczyny.
-Pamiętaj tylko...- Szepnęła w końcu przerywając ciszę. -Żeby posprzątać po swoim kucyku.- Dodała odpychając go na bok z szelmowskim uśmiechem. Po czym wyszła zostawiając nieco zdezorientowanego i złego chłopaka. Przysłoniła oczy by nie oślepił jej blask słońca po wyjściu z ciemnicy i rozejrzała się po pokładzie.
-Nawet nie wiesz z jaką ulgą odetchnę gdy w końcu się rozstaniemy.- Mruknął za jej plecami, ona jedynie odpowiedziała skromnym uśmieszkiem.
-Hej, a gdzie jest nasz pu...- Nie dokończyła pytania bo poczuła zbliżająca się obcą rękę po jej szablę. Błyskawicznym ruchem dobrała jej nim intruz zdołał choćby tknąć jej skarb. Była bardzo wyczulona na punkcie swojej klingi i nim niedoszły złodziej zdążył pisnąć słówko stał już z uniesionymi w górę łapkami i niewinnym uśmieszkiem.
-Podoba Ci się moja szabla co kotku?- Zapytała sykliwie i wolno ale głos przepełniała jej furia. -Mogę tobie pokazać jak rozpłata cię na pół, albo nie... mam lepszy pomysł... Skoro tak bardzo jej pragniesz dam ci ją... A następnie popatrzę jak krzyczysz w męczarniach gdy przeniesie na ciebie swoją klątwę...- Felin zerknął niepewnie na kobietę i ostrzę. Cofnął się jeszcze o krok przybierając minę niewiniątka.
-Spokojnie, jedynie chciałem o coś zapytać.- Próbował się wyłgać.
-Tak? Na przykład czy mógłbyś sobie potrzymać?- Zapytała z przebiegłym uśmieszkiem Squall. -Proszę, dotknij sobie.- Dziewczyna podrzuciła broń, złapała za ostrze i wysunęła uchwyt w stronę Felina tak by ją chwycił. On jednak cofnął dłoń, możliwe że zrozumiał, że gadka o klątwie wcale nie była kłamstwem.
-Ależ pani kapitan, nie śmiałbym dotknąć twojej szabli.- Ukłonił się teatralnie cały czas uśmiechając się jak gdyby nigdy nic. Kobieta zwinnym ruchem wsunęła ostrzę do pochwy.
-Cieszę się że dotarło, szkoda by mi cię było mruczku.- Powiedziała zupełnie innym tonem i z miną słodkiej "ciotuni" uszczypnęła Gambita w policzek. Na co ten prychnął niezadowolony a jego mina wołała: "Miałaś mnie tak nie nazywać!"
-Nie nazwała cię puszkiem.- Odezwał się nagle Halt który przyglądał się wszystkiemu z boku. Miał niezwykle zadowoloną minę widząc że w końcu oberwało się kotu. A ten przeniósł swój oburzony wzrok na chłopaka.
<Gambit? Halt? Sorki jeśli uraziłam Malika ale chciałam się upewnić że nie zajuma mi broni :P>
-A jakie gry proponujesz?- Zapytał niby to mimochodem.
-Znasz może "łgarza"? Na statkach często się w to grywa.- Squall potrząsnęła swoimi kośćmi w zaciśniętej dłoni.
-Chętnie partyjkę rozegram.- Gambit położył na wieku beczki kilka swoich sześciościanów. Oboje nie spuszczali z siebie wzroku pewni że to drugie będzie oszukiwać. Kości zadźwięczały w kubeczkach po czym nastała cisza gdy każdy wykonał ruch i trzymał na prowizorycznym stole zasłonięta pulę.
-Sześć dwójek.- Oznajmiła pewnie kapitan. Felin zdziwił się nieco, ale nie dał tego po sobie poznać. Na stole leżało dziesięć kości, mógł przebijać, ale zachowywał ciszę mającą trzymać napięcie. Gdy już miał otworzyć usta zmożony chorobą Halt wpadł na beczkę i przewrócił wszystko rozsypując kości za którymi popędzili właściciele.
-Nosz k**wa mać! Halt! Bo przywiąże cię do masztu za jaja! Co to wesoła załoga kapitana haka? Na pokładzie kot w butach i śpiąca królewna! Ogarnij się!- Warknęła rozwścieczona utratą kości, która wypadła za burtę. Chłopak nie odpowiedział, tylko zakrył usta powstrzymując odruch wymiotny i wychylił się szybko. Squall ponownie puściła wiązankę pod nosem i powiedziała coś jeszcze żeby tamten nie napaskudził bo będzie musiał to wylizać. Następnie dalej klnąc ruszyła do kajuty pod mostkiem.
-A ty gdzie?- Zawołał za nią Gambit, chyba niezadowolony że zostawia go samego z łucznikiem.
-Zastanowić się nad którym rowem was wyrzucić!- Odkrzyknęła trzaskając za sobą drzwiami. W rzeczywistości musiała usiąść do mapy by zaznaczyć trasę bo około pięciu mil temu ląd zniknął im z horyzontu.
-Przez tego obszczymurka straciłam moją obsydianową kość...- Warknęła jeszcze nakreślając kolejną linię na i tak już mocno zapisanej mapie rozciągniętej na stole. Długo nie cieszyła się samotnością bo zaraz rozległo się pukanie do drzwi.
-Kogo niesie?!
-Okres masz czy jak?- Rozległ się jeszcze słaby, acz nieco pewniejszy głos Halta.
-A bo ciebie to obchodzi? Między nogi i tak mi nie zajrzysz!- Odkrzyknęła nie odrywając cyrkla od papieru a gość wszedł d środka nie czekając na pozwolenie. Brunet kręcił się po pomieszczeniu z niemałym zaciekawieniem oglądając dziwaczne przyrządy oraz pamiątki z dalekich stron. W końcu jego wzrok padł na mapę nad którą pochylała się kobieta.
-Naprawdę aż tyle przepłynęłaś?- Zapytał nie mogąc się odnaleźć w plątaninie linii i kresek symbolizujących trasy podróży.
-I przeszłam.- Mruknęła a mężczyzna dopiero teraz zwrócił uwagę, że i ląd jest po bazgrolony. -Przylazłeś tutaj aby mnie podenerwować czy popatrzeć jak wyznaczam nam kolejną trasę? A może zanurkowałaś na dno morza i odzyskałeś moją kość?- Dziewczyna nakreśliła ostatnią linię i w końcu podniosła wzrok na rozmówcę.
-Nic z tych rzeczy, jestem tu zapytać kiedy dopłyniemy na ląd i gdzie?- Odpowiedział spokojnie, a dziewczyna z westchnieniem uderzyłam palcem w mapę.
-Widzisz tę zatoczkę? To biała plama na mapie imperium, więc będę mogła tam ze spokojem ukryć sztorm a wy wyruszycie w swoją stronę. I myślę że już jutro wieczorem przyjdzie nam się rozstać.- Uśmiechnęła zalotnie i wstała podchodząc bliżej chłopaka. Ten był raczej obojętny na to co robiła, nawet się nie cofnął. Dopiero gdy dziewczyna uniosła swój koci wzrok, spojrzała głęboko jego oczy i zarzuciła mu ramiona na szyję zdał się być lekko zakłopotany i zapewne zastanawiał się czy nie jest ona pijana. Squall nie zwracała na to jednak uwagi zbliżyła się jeszcze trochę sprawiając że Halt czuł się coraz bardziej nieswojo, ale tym razem przyjął inną taktykę odwzajemnił ten uwodzicielski uśmiech udając że odwzajemnia zainteresowanie dziewczyny.
-Pamiętaj tylko...- Szepnęła w końcu przerywając ciszę. -Żeby posprzątać po swoim kucyku.- Dodała odpychając go na bok z szelmowskim uśmiechem. Po czym wyszła zostawiając nieco zdezorientowanego i złego chłopaka. Przysłoniła oczy by nie oślepił jej blask słońca po wyjściu z ciemnicy i rozejrzała się po pokładzie.
-Nawet nie wiesz z jaką ulgą odetchnę gdy w końcu się rozstaniemy.- Mruknął za jej plecami, ona jedynie odpowiedziała skromnym uśmieszkiem.
-Hej, a gdzie jest nasz pu...- Nie dokończyła pytania bo poczuła zbliżająca się obcą rękę po jej szablę. Błyskawicznym ruchem dobrała jej nim intruz zdołał choćby tknąć jej skarb. Była bardzo wyczulona na punkcie swojej klingi i nim niedoszły złodziej zdążył pisnąć słówko stał już z uniesionymi w górę łapkami i niewinnym uśmieszkiem.
-Podoba Ci się moja szabla co kotku?- Zapytała sykliwie i wolno ale głos przepełniała jej furia. -Mogę tobie pokazać jak rozpłata cię na pół, albo nie... mam lepszy pomysł... Skoro tak bardzo jej pragniesz dam ci ją... A następnie popatrzę jak krzyczysz w męczarniach gdy przeniesie na ciebie swoją klątwę...- Felin zerknął niepewnie na kobietę i ostrzę. Cofnął się jeszcze o krok przybierając minę niewiniątka.
-Spokojnie, jedynie chciałem o coś zapytać.- Próbował się wyłgać.
-Tak? Na przykład czy mógłbyś sobie potrzymać?- Zapytała z przebiegłym uśmieszkiem Squall. -Proszę, dotknij sobie.- Dziewczyna podrzuciła broń, złapała za ostrze i wysunęła uchwyt w stronę Felina tak by ją chwycił. On jednak cofnął dłoń, możliwe że zrozumiał, że gadka o klątwie wcale nie była kłamstwem.
-Ależ pani kapitan, nie śmiałbym dotknąć twojej szabli.- Ukłonił się teatralnie cały czas uśmiechając się jak gdyby nigdy nic. Kobieta zwinnym ruchem wsunęła ostrzę do pochwy.
-Cieszę się że dotarło, szkoda by mi cię było mruczku.- Powiedziała zupełnie innym tonem i z miną słodkiej "ciotuni" uszczypnęła Gambita w policzek. Na co ten prychnął niezadowolony a jego mina wołała: "Miałaś mnie tak nie nazywać!"
-Nie nazwała cię puszkiem.- Odezwał się nagle Halt który przyglądał się wszystkiemu z boku. Miał niezwykle zadowoloną minę widząc że w końcu oberwało się kotu. A ten przeniósł swój oburzony wzrok na chłopaka.
<Gambit? Halt? Sorki jeśli uraziłam Malika ale chciałam się upewnić że nie zajuma mi broni :P>
Od Mild cd Viserany i Emmy
Mild raźno ruszyła za Vis. Starsza dziewczyna bardzo jej
zaimponowała. Była niezależna od nikogo i niczego, chodziła własnymi
ścieżkami. Darim by ją polubił, pomyślała trzynastolatka wspominając
swojego nauczyciela. Ciekawiło ją też coś innego. Daya przeczuwała, że
Viserany coś...widziała. Jakąś wizję dotyczącą młodej elfki. I Mild na
pewno nie odpuści póki się nie dowie czegoś więcej na ten temat.
Okazało się, że Ashlotte miała także konia - klacz. Wyglądała na konia bojowego, zapewne dziewczyna kupiła ją z wojska. Szła jednak na piechotę, prowadząc rumaka za lejce. Daya poprawiła plecak na ramieniu i przyspieszyła kroku.
- A gdzie uszasty? - zapytała Vis.
- Dean? Nie mam pojęcia - odpowiedziała dziewczyna. - Gdy się obudziłam nie było ani ciebie ani jego. Zniknęła też część zapasów, więc zgarnęłam resztę do plecaka i ruszyłam za tobą.
- A to dlaczego? - krótkowłosa podniosła pytająco brew.
- Chyba dobrze trzymać się w grupie, prawda? - odpowiedziała niepewnie Mild. - W końcu trwa wojna, żołnierze wszędzie... - elfka urwała i w zamyśleniu zacisnęła ręce mocniej na rzemieniu plecaka, co nie uszło uwadze Viserany.
- Hej, coś się stało? - rzuciła dla pewności.
- Mam...niemiłe wspomnienia związane z wojną.
Starsza z dziewczyn nie pytała o więcej.
Nagle Ashlotte zagwizdała. Mild drgnęła zaskoczona kiedy nad jej głową przeleciał ciemny kształt. Był to kruk. Piękny czarny ptak wylądował lekko na ramieniu Ash. Mild nie ukrywała podziwu.
- Łał! Jest twój? - elfka wpatrywała się w pierzastego towarzysza.
- Tak. Oswoiłam go - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Nazywa się Rex.
- Jest piękny - Mild wyciągnęła rękę by pogładzić kruka po głowie, ale ten kłapnął na nią dziobem.
Elfka cofnęła rękę. Przypomniała sobie nagle o czymś spoczywającym w jej sakiewce. Zatrzymała się i zaczęła w niej grzebać. Zaskoczone Vis i Ashlotte również się zatrzymały. Zanim jednak którakolwiek z nich się odezwała, dziewczyna zacisnęła rękę na małym krysztale w kształcie ptasiej czaszki. Podrzuciła przedmiot wysoko w górę. Czaszka rozbłysła błękitem i w jej miejscu pojawił się dorosły kruk. Rex zakrakał na niego wrogo. Magiczny zwierzak zataczał koła nad Mild.
- Niezła sztuczka, młoda - powiedziała Viserany.
Daya rozpromieniła się, zadowolona z pokazu. Kruk tymczasem poleciał w stronę miasta. Gdy trzy dziewczyny tam dotarły czekał już na szyldzie tawerny na rozstajach dróg. Viserany rozejrzała się po ulicy.
- No, to chyba tyle z naszej wędrówki - powiedziała do Ashlotte.
Dalszej rozmowy Daya już nie słyszała. Stłumił ją gwar jakiejś kłótni obok. Mild przez moment przyglądała się kłócącym mężczyznom, kiedy nagle usłyszała głośne przekleństwo jakiejś kobiety. Spojrzała w górę. W stronę jej kruka poszybował jakiś przedmiot...złożona parasolka?
- Pie***lony ptak! - kobieta wrzasnęła po raz kolejny.
,,Pocisk" dosięgnął celu. Błysnęło niebieskie światło i w dół spadła zamiast zwierzęcia jedynie kryształowa czaszka. Mild złapała ją w ostatniej chwili.
- TY!
Dziewczyna obejrzała się. Ta sama kobieta, która strąciła jej podopiecznego z nieba zauważyła jak elfka złapała czaszkę. Była pewna, że Daya zrobiła to specjalnie.
- Ty niewychowana dzikusko! - warknęła nieznajoma.
Była to ładna kobieta o złotawych włosach. Miała perfekcyjny makijaż. Ubrana była w krwistoczerwoną sukienkę i nieco ciemniejszy od sukni szal. A ramię zdobiła biała plama ptasiego guana.
Viserany i Ashlotte wyszły z tłumu. Krótkowłosa trzymała w ręce czarną parasolkę. Była równie wściekła co kobieta w czerwieni.
- KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? - zapytała mierząc tłum morderczym wzrokiem.
Jej wzrok padł najpierw na zawstydzoną Mild, a potem na ,,poszkodowaną"...
Viserany? Emma? Ashlotte? Wywołałam wojnę? XD
Okazało się, że Ashlotte miała także konia - klacz. Wyglądała na konia bojowego, zapewne dziewczyna kupiła ją z wojska. Szła jednak na piechotę, prowadząc rumaka za lejce. Daya poprawiła plecak na ramieniu i przyspieszyła kroku.
- A gdzie uszasty? - zapytała Vis.
- Dean? Nie mam pojęcia - odpowiedziała dziewczyna. - Gdy się obudziłam nie było ani ciebie ani jego. Zniknęła też część zapasów, więc zgarnęłam resztę do plecaka i ruszyłam za tobą.
- A to dlaczego? - krótkowłosa podniosła pytająco brew.
- Chyba dobrze trzymać się w grupie, prawda? - odpowiedziała niepewnie Mild. - W końcu trwa wojna, żołnierze wszędzie... - elfka urwała i w zamyśleniu zacisnęła ręce mocniej na rzemieniu plecaka, co nie uszło uwadze Viserany.
- Hej, coś się stało? - rzuciła dla pewności.
- Mam...niemiłe wspomnienia związane z wojną.
Starsza z dziewczyn nie pytała o więcej.
Nagle Ashlotte zagwizdała. Mild drgnęła zaskoczona kiedy nad jej głową przeleciał ciemny kształt. Był to kruk. Piękny czarny ptak wylądował lekko na ramieniu Ash. Mild nie ukrywała podziwu.
- Łał! Jest twój? - elfka wpatrywała się w pierzastego towarzysza.
- Tak. Oswoiłam go - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Nazywa się Rex.
- Jest piękny - Mild wyciągnęła rękę by pogładzić kruka po głowie, ale ten kłapnął na nią dziobem.
Elfka cofnęła rękę. Przypomniała sobie nagle o czymś spoczywającym w jej sakiewce. Zatrzymała się i zaczęła w niej grzebać. Zaskoczone Vis i Ashlotte również się zatrzymały. Zanim jednak którakolwiek z nich się odezwała, dziewczyna zacisnęła rękę na małym krysztale w kształcie ptasiej czaszki. Podrzuciła przedmiot wysoko w górę. Czaszka rozbłysła błękitem i w jej miejscu pojawił się dorosły kruk. Rex zakrakał na niego wrogo. Magiczny zwierzak zataczał koła nad Mild.
- Niezła sztuczka, młoda - powiedziała Viserany.
Daya rozpromieniła się, zadowolona z pokazu. Kruk tymczasem poleciał w stronę miasta. Gdy trzy dziewczyny tam dotarły czekał już na szyldzie tawerny na rozstajach dróg. Viserany rozejrzała się po ulicy.
- No, to chyba tyle z naszej wędrówki - powiedziała do Ashlotte.
Dalszej rozmowy Daya już nie słyszała. Stłumił ją gwar jakiejś kłótni obok. Mild przez moment przyglądała się kłócącym mężczyznom, kiedy nagle usłyszała głośne przekleństwo jakiejś kobiety. Spojrzała w górę. W stronę jej kruka poszybował jakiś przedmiot...złożona parasolka?
- Pie***lony ptak! - kobieta wrzasnęła po raz kolejny.
,,Pocisk" dosięgnął celu. Błysnęło niebieskie światło i w dół spadła zamiast zwierzęcia jedynie kryształowa czaszka. Mild złapała ją w ostatniej chwili.
- TY!
Dziewczyna obejrzała się. Ta sama kobieta, która strąciła jej podopiecznego z nieba zauważyła jak elfka złapała czaszkę. Była pewna, że Daya zrobiła to specjalnie.
- Ty niewychowana dzikusko! - warknęła nieznajoma.
Była to ładna kobieta o złotawych włosach. Miała perfekcyjny makijaż. Ubrana była w krwistoczerwoną sukienkę i nieco ciemniejszy od sukni szal. A ramię zdobiła biała plama ptasiego guana.
Viserany i Ashlotte wyszły z tłumu. Krótkowłosa trzymała w ręce czarną parasolkę. Była równie wściekła co kobieta w czerwieni.
- KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? - zapytała mierząc tłum morderczym wzrokiem.
Jej wzrok padł najpierw na zawstydzoną Mild, a potem na ,,poszkodowaną"...
Viserany? Emma? Ashlotte? Wywołałam wojnę? XD
niedziela, 2 sierpnia 2015
Od Viserany do Mild i Ashlotte
< Z racji tego, że ostatnio kiedy napisałam opko do Mild i Dean'a nikt nie odpisał, napiszę sama CD>
Milczenie Młodej i likantropa się dłuży, a mój żołądek wciąż woła o żarcie. Wzdycham ciężko.
- Aleście są rozmowni, nie ma co! No, mniejsza. Mogę się przysiąść, prawda? Dziękuję.
Siadam na trawie koło ogniska i wyciągam ręce do ognia. Odprężam się, słucham cichych szeptów tamtej dwójki. Gadają o mnie, jak mniemam. Pewnie rozmyślają, czy nie jestem jakaś... Niebezpieczna albo coś. Noooooooooooo, może i jestem, ale oni nie wydają się szczególnie... Jakby to... Zdatni do moich zabaw.
Siedzę więc cicho z zamkniętymi oczami i wciągam ciepło ogniska.
- Jak ci na imię? - słyszę nagle, po swojej prawej.
Uchylam prawą powiekę żeby zerknąć na małą elfkę.
- Viserany. Ale mów mi Vis. Albo jak ci się spodoba.
- Jestem Mild. - Mała wyciąga rękę żeby się przywitać.
Ściskam ją mocno i energicznie potrząsam. Po chwili kładę się na plecach i obserwuję niebo.
Tymczasem mała syczy lekko i trzepie ręką po moim uścisku. Kładzie się obok, co mnie odrobinę dziwi.
- Widzisz ten kawałek pustego nieba? - pytam, wskazując na lewo od nas.
- Mhm...
- Tam... ja uważam, że tam jest miejsce na ogień z pyska z smoka.
- Co? Jakiego smoka? - Młoda nie wie o czym gadam i przekręca głowę tak, żeby na mnie spojrzeć.
- No jak to? - pytam. - Tego tam, zaraz obok niebieskiej dziury. Eh, zobacz. - Wyciągam rękę i wskazuję miejsce na niebie. - Tam ma głowę a potem jest długaśny tułów. Wiesz, on nie jest taki... wielki. Czasem się słyszy o tych dziwacznych smokach z kilkoma łbami, normalnymi łapami. A ten akurat, przypomina bardziej węża, rozumiesz?
- Tak, ale chyba nadal go nie widzę!
- Przyjrzyj się mała. Oooooooo, tam!
Chwila ciszy, a potem Mild poszerza oczy i wskazuje palcem na smoka.
- Widzę go! - krzyczy. - Skąd wiedziałaś, że tam jest?
- Bo zawsze go obserwuję. I myślę, że ta właśnie granatowa dziura to jego oddech śmierci...
- Śmierci?
- No wiesz, chyba że się jest ognioodpornym. - Wyszczerzam się.
Mała milknie na chwilę.
- No! Panie likantrop, co z żarciem? - Siadam rozbudzona, przypominając sobie, ze jestem głodna.
- Nazywam się Dean, królewno - prycha.
- Ej, ej, ej, ej! Tylko nie królewno, jasne? - warczę nie podnosząc się z ziemi.
- Jak sobie życzysz... - zaczyna z ironicznym uśmieszkiem.
- Vis. Spróbuj mnie nazwać znowu w ten sposób, a gwarantuję ci, że będziesz wyglądał jak po obcięciu kosą - grożę, pół żartem, pół serio. Nawet na niego nie patrzę, ale wiem że nadal się głupio uśmiecha. - Zetrę ci ten uśmieszek, Kāna, jak się nie przestaniesz głupio śmiać.
- A co to Ka-coś tam niby znaczy? - pyta zaciekawiony.
- No cóż, to już jest moja sprawa. Co z tym żarełkiem? Jesteśmy z młodą trochę głodne, co nie? - Szturcham Mild w ramię, na co ona kiwa głową z uśmiechem.
****** Następnego ranka ******
Budzę się wcześnie. Słońce nawet jeszcze nie wstało. Otwieram oczy powoli, podnosząc się na ręce. To co ukazuje się moim oczom jest... dziwne. Mild śpi tuż obok mnie, rękę ma wyciągniętą w stronę mojej, prawie jej dotyka. Natomiast Dean leży po drugiej stronie, rozwalony jak flaki po najgorszej rzezi.
Powstrzymuję sie przed parsknięciem. Wstaję i otrzepuję się z pyłu. Rozciągam się i ziewam. Wiem że już nie zasnę, więc nawet nie próbuję. Postanawiam pobiegać. Dobrze mi zrobi. Biegnę więc najpierw powoli, potem szybciej i szybciej...
Po jakimś czasie siedzę na drzewie i macham nogami w powietrzu.
- Przepraszam... - słyszę z dołu.
Spuszczam wzrok i widzę młodą panienkę wystrojoną tak, że o ranyyyyyyyyyy! Zeskakuję z gałęzi na nagi i ląduję lekko. Otrzepuję ciuchy, na co damusia marszczy nosek.
- Możesz mi powiedzieć w którą stronę jest jakieś miasto? - pyta, starając sie być uprzejma.
Myślę, że zaczynam sie robić fioletowa od duszenia śmiechu. Jej maniery mnie śmieszą. Ale zaprowadzę ją, po drodze może być zabawnie!
- Tak, jasne. Wiem gdzie to. Jak masz na imię?
- Ach, no tak nie przedstawiłam się. Jestem Ashlotte Cleverraven. A ty to...
- Vista jestem - mówię i wkładam ręce do kieszeni spodni.
- Tak, miło mi. No dobrze, to...
- Vis, czekaj! - słyszę nagle.
Znam ten głos. Odwracam się i widzę biegnącą do nas Mild.
- Ej, młoda co ty tu robisz? - pytam zdziwiona i rozglądam sie za Dean'em.
- No... poszłam za tobą - mówi lekko speszona. - Kto to?
- To jest... Ashlotte. Mogę mówić Ash, co nie? Świetnie! To co? Do miasta, taaaaaaaak?
<Ashlotte? Mild?>
Milczenie Młodej i likantropa się dłuży, a mój żołądek wciąż woła o żarcie. Wzdycham ciężko.
- Aleście są rozmowni, nie ma co! No, mniejsza. Mogę się przysiąść, prawda? Dziękuję.
Siadam na trawie koło ogniska i wyciągam ręce do ognia. Odprężam się, słucham cichych szeptów tamtej dwójki. Gadają o mnie, jak mniemam. Pewnie rozmyślają, czy nie jestem jakaś... Niebezpieczna albo coś. Noooooooooooo, może i jestem, ale oni nie wydają się szczególnie... Jakby to... Zdatni do moich zabaw.
Siedzę więc cicho z zamkniętymi oczami i wciągam ciepło ogniska.
- Jak ci na imię? - słyszę nagle, po swojej prawej.
Uchylam prawą powiekę żeby zerknąć na małą elfkę.
- Viserany. Ale mów mi Vis. Albo jak ci się spodoba.
- Jestem Mild. - Mała wyciąga rękę żeby się przywitać.
Ściskam ją mocno i energicznie potrząsam. Po chwili kładę się na plecach i obserwuję niebo.
Tymczasem mała syczy lekko i trzepie ręką po moim uścisku. Kładzie się obok, co mnie odrobinę dziwi.
- Widzisz ten kawałek pustego nieba? - pytam, wskazując na lewo od nas.
- Mhm...
- Tam... ja uważam, że tam jest miejsce na ogień z pyska z smoka.
- Co? Jakiego smoka? - Młoda nie wie o czym gadam i przekręca głowę tak, żeby na mnie spojrzeć.
- No jak to? - pytam. - Tego tam, zaraz obok niebieskiej dziury. Eh, zobacz. - Wyciągam rękę i wskazuję miejsce na niebie. - Tam ma głowę a potem jest długaśny tułów. Wiesz, on nie jest taki... wielki. Czasem się słyszy o tych dziwacznych smokach z kilkoma łbami, normalnymi łapami. A ten akurat, przypomina bardziej węża, rozumiesz?
- Tak, ale chyba nadal go nie widzę!
- Przyjrzyj się mała. Oooooooo, tam!
Chwila ciszy, a potem Mild poszerza oczy i wskazuje palcem na smoka.
- Widzę go! - krzyczy. - Skąd wiedziałaś, że tam jest?
- Bo zawsze go obserwuję. I myślę, że ta właśnie granatowa dziura to jego oddech śmierci...
- Śmierci?
- No wiesz, chyba że się jest ognioodpornym. - Wyszczerzam się.
Mała milknie na chwilę.
- No! Panie likantrop, co z żarciem? - Siadam rozbudzona, przypominając sobie, ze jestem głodna.
- Nazywam się Dean, królewno - prycha.
- Ej, ej, ej, ej! Tylko nie królewno, jasne? - warczę nie podnosząc się z ziemi.
- Jak sobie życzysz... - zaczyna z ironicznym uśmieszkiem.
- Vis. Spróbuj mnie nazwać znowu w ten sposób, a gwarantuję ci, że będziesz wyglądał jak po obcięciu kosą - grożę, pół żartem, pół serio. Nawet na niego nie patrzę, ale wiem że nadal się głupio uśmiecha. - Zetrę ci ten uśmieszek, Kāna, jak się nie przestaniesz głupio śmiać.
- A co to Ka-coś tam niby znaczy? - pyta zaciekawiony.
- No cóż, to już jest moja sprawa. Co z tym żarełkiem? Jesteśmy z młodą trochę głodne, co nie? - Szturcham Mild w ramię, na co ona kiwa głową z uśmiechem.
****** Następnego ranka ******
Budzę się wcześnie. Słońce nawet jeszcze nie wstało. Otwieram oczy powoli, podnosząc się na ręce. To co ukazuje się moim oczom jest... dziwne. Mild śpi tuż obok mnie, rękę ma wyciągniętą w stronę mojej, prawie jej dotyka. Natomiast Dean leży po drugiej stronie, rozwalony jak flaki po najgorszej rzezi.
Powstrzymuję sie przed parsknięciem. Wstaję i otrzepuję się z pyłu. Rozciągam się i ziewam. Wiem że już nie zasnę, więc nawet nie próbuję. Postanawiam pobiegać. Dobrze mi zrobi. Biegnę więc najpierw powoli, potem szybciej i szybciej...
Po jakimś czasie siedzę na drzewie i macham nogami w powietrzu.
- Przepraszam... - słyszę z dołu.
Spuszczam wzrok i widzę młodą panienkę wystrojoną tak, że o ranyyyyyyyyyy! Zeskakuję z gałęzi na nagi i ląduję lekko. Otrzepuję ciuchy, na co damusia marszczy nosek.
- Możesz mi powiedzieć w którą stronę jest jakieś miasto? - pyta, starając sie być uprzejma.
Myślę, że zaczynam sie robić fioletowa od duszenia śmiechu. Jej maniery mnie śmieszą. Ale zaprowadzę ją, po drodze może być zabawnie!
- Tak, jasne. Wiem gdzie to. Jak masz na imię?
- Ach, no tak nie przedstawiłam się. Jestem Ashlotte Cleverraven. A ty to...
- Vista jestem - mówię i wkładam ręce do kieszeni spodni.
- Tak, miło mi. No dobrze, to...
- Vis, czekaj! - słyszę nagle.
Znam ten głos. Odwracam się i widzę biegnącą do nas Mild.
- Ej, młoda co ty tu robisz? - pytam zdziwiona i rozglądam sie za Dean'em.
- No... poszłam za tobą - mówi lekko speszona. - Kto to?
- To jest... Ashlotte. Mogę mówić Ash, co nie? Świetnie! To co? Do miasta, taaaaaaaak?
<Ashlotte? Mild?>
Od Emmy - Dzień, jak co dzień
– Łamie pani mnóstwo zasad, panno Singer – wycharczał mężczyzna, gdy
popchnęłam go na ścianę i zaczęłam powoli rozpinać guziki jego koszuli.
– Och, jestem pewna, że ujdzie mi to płazem – mruknęłam uwodzicielsko, patrząc na niego sprytnie spod długich rzęs. Byłam już prawie u celu; jeszcze dwa guziki i mam załatwiony występ w najbardziej popularnym miejscu w tej krainie. Już czuję te oklaski, wiwaty oraz widzę rzucane w moją stronę kwiaty po skończonym występie!
Mężczyzna niespodziewanie ruszył ręką, sięgając za moje plecy i zamknął drzwi od małego pomieszczenia, w którym trzyma się przyrządy do sprzątania. Taki mały „schowek”. Następnie przylgnął do moich ust, a ja, w czasie tego namiętnego pocałunku nareszcie odpięłam te przeklęte guziki. Lekko zsunęłam biały materiał z jego ramion i położyłam delikatne dłonie na umięśnionym torsie mężczyzny. Tak, tego mężczyzny, który może załatwić mi przepustkę do rozwoju mojej kariery i, co najważniejsze, majątku. Chyba posada właściciela najbardziej znanego baru w Hidden jest warta wykorzystania, co?
Jego ręce powędrowały na moje łopatki, prosto do zapięcia stanika. Nim jednak zdążył go ściągnąć, nagle do schowka wpadła jasna smuga światła i dźwięk otwieranych drzwi. Oboje obróciliśmy głowy w tamtą stronę.
– Em, ja… Ja nie wie… Najmocniej przepraszam! – jąkał się wyraźnie skrępowany chłopak. Na oko miał z 17, ewentualnie 16 lat i najwyraźniej był pracownikiem tego miejsca Tak przynajmniej mówił jego obowiązkowy strój sprzątacza. W lewej dłoni trzymał długą miotłę, którą najwyraźniej chciał odłożyć i nie zauważył zawieszonego granatowego krawata na klamce.
Zaśmiałam się cicho i odsunęłam od mężczyzny zaczynając spokojnie poprawiać włosy i zmięte ubrania, które miałam na sobie. Właściciel wypuścił mnie z objęcia i spojrzał z wyrzutem na tego, który przerwał mu jego rozkosz.
– To ma się więcej nie powtórzyć – warknął w jego stronę – I nic tu nie widziałeś – dodał ostrzejszym tonem niż poprzednio.
– O-Oczywiście! – zawołał pośpiesznie młody pracownik i, zapominając o odstawieniu miotły, uciekł co sił w nogach.
– Przepraszam Cię za to – westchnął, przeczesując palcami swoje czarne włosy. Nie tracąc swoich chęci, znów przyciągnął mnie do siebie.
– A, a, a – upomniałam go i ponownie się odsunęłam – Wytrącono mnie z rytmu. Jak mam kontynuować? – zapytałam retorycznie, dalej patrząc uwodzicielsko na mężczyznę. Wszystkich osobników płci męskiej trzeba trzymać krótko. Już dawno się tego nauczyłam. Nie dam mu teraz tej satysfakcji.
O dziwo, na moje słowa uśmiechnął się do mnie zawadiacko.
– Ale jutro dopilnuję, by nikt nam nie przeszkodził – wychrypiał tym swoim seksownym głosem i złapał mnie w talii, złączając nasze usta. Ten „pożegnalny” pocałunek był jeszcze bardziej namiętny od poprzedniego. Cóż, znaczna większość mężczyzn tak robi. Gdy już się ode mnie oderwał, zrobiłam dwa kroki do tyłu i zaczęłam kierować się do drzwi, kusząco przy tym kręcąc biodrami. Wychodząc, oparłam się seksownie o framugę i lekko pomachałam do mężczyzny. Poprawiając spadające ramiączko mojej krwisto czerwonej sukienki, wyszłam dumnym krokiem z korytarza. Dalej poprawiając swoje włosy, stanęłam przed wielkim lustrem zawieszonym w holu. Widziałam siebie w nim całą. Pochyliłam się do szkła i zerknęłam na swój starannie wykonany makijaż. Nie miałam przy sobie potrzebnych mi kosmetyków, którymi mogłabym pomalować swoją twarz na nowo, więc tylko starłam niedoskonałości palcami. Wyprostowałam się i ponownie wygładziłam fałdy i załamania na swojej sukience. Gdy to uczyniłam jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w lustro, podziwiając swoją urodę i to, co ona jest w stanie zrobić. Odchrząknęłam i pełna seksapilu udałam się po swoje rzeczy do służby.
***
– Oto pani torebka i płaszcz – oznajmiła mała staruszka, ubrana w czarną, długą spódnicę i standardową, białą koszulę. Jej siwe włosy upięte były w schludny kok. Moje rzeczy wręczył mi wysoki chłopak, z wyglądu nie miał więcej niż ten sprzątacz, który wtargnął do schowka. Pewnie jego kolega.
Odwróciłam się do niego tyłem i oderwałam ręce od tułowia. On zaś pomógł mi ubrać moje ciemno-czerwone palto, które kolorystycznie zgrywało się świetnie z moją suknią. Kocham barwę czerwoną i (prawie) wszystkie jego odcienie, dlatego sprawiło mi przyjemność kupowanie tych ubrań.
Wzięłam moją torebkę, która tym razem była czarno-złota, jednak dalej równie piękna. Musicie zapamiętać, że ja nie posiadam w swojej kolekcji „brzydkich” według mnie rzeczy.
Uśmiechnęłam się perliście do młodego chłopaka i tej staruszki, a następnie wyszłam, zamykając za sobą duże, drewniane drzwi, na ulicę miasta. Słońce nie było jeszcze AŻ TAK wysoko na niebie jakbym się spodziewała, że jest, ale nie zniechęciło mnie to zbytnio do spacerowania koło sklepów z ubraniami.
Stałam w cieniu, bowiem nad wejściem do baru była zawieszona duża płachta, która na razie chroniła mnie przed promieniami słonecznymi.
– Ech, nie chcę się opalić… – mruknęłam do siebie niezadowolona. W mig zaczęłam szperać w mojej torbie w poszukiwaniu potrzebnego mi przedmiotu, który zawsze spoczywał na jej dnie.
W końcu udało mi się ów przedmiot znaleźć.
– Teraz lepiej! – westchnęłam, kiedy rozłożyłam już moją parasolkę przeciwsłoneczną. Jej „kapelusz” zdobiła lekka, ciemno-brązowa wstążka, która gdzieniegdzie posiadała jeszcze małe, sztuczne, czerwone róże. Sama natomiast była w kolorze piasku, podobny do tego, który znajdował się na mojej torebce. Tak, wszystko idealnie dobrane i zgrane.
Śmiało wyszłam na brukową uliczkę, zerkając co chwilę na wystawy sklepowe, co by mi w oko nie wpadło…
Ktoś? Coś?
– Och, jestem pewna, że ujdzie mi to płazem – mruknęłam uwodzicielsko, patrząc na niego sprytnie spod długich rzęs. Byłam już prawie u celu; jeszcze dwa guziki i mam załatwiony występ w najbardziej popularnym miejscu w tej krainie. Już czuję te oklaski, wiwaty oraz widzę rzucane w moją stronę kwiaty po skończonym występie!
Mężczyzna niespodziewanie ruszył ręką, sięgając za moje plecy i zamknął drzwi od małego pomieszczenia, w którym trzyma się przyrządy do sprzątania. Taki mały „schowek”. Następnie przylgnął do moich ust, a ja, w czasie tego namiętnego pocałunku nareszcie odpięłam te przeklęte guziki. Lekko zsunęłam biały materiał z jego ramion i położyłam delikatne dłonie na umięśnionym torsie mężczyzny. Tak, tego mężczyzny, który może załatwić mi przepustkę do rozwoju mojej kariery i, co najważniejsze, majątku. Chyba posada właściciela najbardziej znanego baru w Hidden jest warta wykorzystania, co?
Jego ręce powędrowały na moje łopatki, prosto do zapięcia stanika. Nim jednak zdążył go ściągnąć, nagle do schowka wpadła jasna smuga światła i dźwięk otwieranych drzwi. Oboje obróciliśmy głowy w tamtą stronę.
– Em, ja… Ja nie wie… Najmocniej przepraszam! – jąkał się wyraźnie skrępowany chłopak. Na oko miał z 17, ewentualnie 16 lat i najwyraźniej był pracownikiem tego miejsca Tak przynajmniej mówił jego obowiązkowy strój sprzątacza. W lewej dłoni trzymał długą miotłę, którą najwyraźniej chciał odłożyć i nie zauważył zawieszonego granatowego krawata na klamce.
Zaśmiałam się cicho i odsunęłam od mężczyzny zaczynając spokojnie poprawiać włosy i zmięte ubrania, które miałam na sobie. Właściciel wypuścił mnie z objęcia i spojrzał z wyrzutem na tego, który przerwał mu jego rozkosz.
– To ma się więcej nie powtórzyć – warknął w jego stronę – I nic tu nie widziałeś – dodał ostrzejszym tonem niż poprzednio.
– O-Oczywiście! – zawołał pośpiesznie młody pracownik i, zapominając o odstawieniu miotły, uciekł co sił w nogach.
– Przepraszam Cię za to – westchnął, przeczesując palcami swoje czarne włosy. Nie tracąc swoich chęci, znów przyciągnął mnie do siebie.
– A, a, a – upomniałam go i ponownie się odsunęłam – Wytrącono mnie z rytmu. Jak mam kontynuować? – zapytałam retorycznie, dalej patrząc uwodzicielsko na mężczyznę. Wszystkich osobników płci męskiej trzeba trzymać krótko. Już dawno się tego nauczyłam. Nie dam mu teraz tej satysfakcji.
O dziwo, na moje słowa uśmiechnął się do mnie zawadiacko.
– Ale jutro dopilnuję, by nikt nam nie przeszkodził – wychrypiał tym swoim seksownym głosem i złapał mnie w talii, złączając nasze usta. Ten „pożegnalny” pocałunek był jeszcze bardziej namiętny od poprzedniego. Cóż, znaczna większość mężczyzn tak robi. Gdy już się ode mnie oderwał, zrobiłam dwa kroki do tyłu i zaczęłam kierować się do drzwi, kusząco przy tym kręcąc biodrami. Wychodząc, oparłam się seksownie o framugę i lekko pomachałam do mężczyzny. Poprawiając spadające ramiączko mojej krwisto czerwonej sukienki, wyszłam dumnym krokiem z korytarza. Dalej poprawiając swoje włosy, stanęłam przed wielkim lustrem zawieszonym w holu. Widziałam siebie w nim całą. Pochyliłam się do szkła i zerknęłam na swój starannie wykonany makijaż. Nie miałam przy sobie potrzebnych mi kosmetyków, którymi mogłabym pomalować swoją twarz na nowo, więc tylko starłam niedoskonałości palcami. Wyprostowałam się i ponownie wygładziłam fałdy i załamania na swojej sukience. Gdy to uczyniłam jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w lustro, podziwiając swoją urodę i to, co ona jest w stanie zrobić. Odchrząknęłam i pełna seksapilu udałam się po swoje rzeczy do służby.
***
– Oto pani torebka i płaszcz – oznajmiła mała staruszka, ubrana w czarną, długą spódnicę i standardową, białą koszulę. Jej siwe włosy upięte były w schludny kok. Moje rzeczy wręczył mi wysoki chłopak, z wyglądu nie miał więcej niż ten sprzątacz, który wtargnął do schowka. Pewnie jego kolega.
Odwróciłam się do niego tyłem i oderwałam ręce od tułowia. On zaś pomógł mi ubrać moje ciemno-czerwone palto, które kolorystycznie zgrywało się świetnie z moją suknią. Kocham barwę czerwoną i (prawie) wszystkie jego odcienie, dlatego sprawiło mi przyjemność kupowanie tych ubrań.
Wzięłam moją torebkę, która tym razem była czarno-złota, jednak dalej równie piękna. Musicie zapamiętać, że ja nie posiadam w swojej kolekcji „brzydkich” według mnie rzeczy.
Uśmiechnęłam się perliście do młodego chłopaka i tej staruszki, a następnie wyszłam, zamykając za sobą duże, drewniane drzwi, na ulicę miasta. Słońce nie było jeszcze AŻ TAK wysoko na niebie jakbym się spodziewała, że jest, ale nie zniechęciło mnie to zbytnio do spacerowania koło sklepów z ubraniami.
Stałam w cieniu, bowiem nad wejściem do baru była zawieszona duża płachta, która na razie chroniła mnie przed promieniami słonecznymi.
– Ech, nie chcę się opalić… – mruknęłam do siebie niezadowolona. W mig zaczęłam szperać w mojej torbie w poszukiwaniu potrzebnego mi przedmiotu, który zawsze spoczywał na jej dnie.
W końcu udało mi się ów przedmiot znaleźć.
– Teraz lepiej! – westchnęłam, kiedy rozłożyłam już moją parasolkę przeciwsłoneczną. Jej „kapelusz” zdobiła lekka, ciemno-brązowa wstążka, która gdzieniegdzie posiadała jeszcze małe, sztuczne, czerwone róże. Sama natomiast była w kolorze piasku, podobny do tego, który znajdował się na mojej torebce. Tak, wszystko idealnie dobrane i zgrane.
Śmiało wyszłam na brukową uliczkę, zerkając co chwilę na wystawy sklepowe, co by mi w oko nie wpadło…
Ktoś? Coś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)