Cóż, chciałam trafić jedynie do miasta, w którym znalazłby się jakiś przytulny nocleg, a trafiłam na awanturę...
- Arogancka. - skwitowałam gdy wyjątkowo pewna siebie kokietka odeszła ze swoim nowym "towarzyszem".
- Arogancka?! To paskudna lafirynda! W dodatku ma się za nie wiadomo
kogo! Argh... - Viserany warknęła ze złością. Skierowałam swój wzrok na
małą Mild.
- Wszystko w porządku? - W zasadzie nie obchodziło mnie to za bardzo, ale elfka trzęsła się lekko, więc wolałam zapytać.
- Ja... Zgadzam się z Tobą co do słowa. - Momentalnie zacisnęła drobne
dłonie w piąstki, a zawstydzenie zastąpił kamienny wyraz twarzy. Nie
sądziłam, że potrafi zebrać się do kupy.
- Więc... Chyba nadszedł czas rozstania. Jesteśmy w miasteczku, prawda? -
Spróbowałam zmienić temat i przy okazji pozbyć się nowo poznanych.
- Tak, to miasteczko. - Vis uspokoiła się nieco - Zdaje się, że dzisiaj
mają jakieś targi, czy coś. W każdym razie chyba otworzyli bazar. -
Wskazała na całą masę straganów stojących nieopodal. - Ale chyba długo
nie posprzedają, bo pogoda jak pod psem. - Rzeczywiście na niebie było
więcej szarości niż błękitu.
- Ile owoców! - Mild zaklaskała wesoło i podbiegła bliżej, całe
szczęście chyba przeszła jej złość. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że
kompletnie nie potrafię się tutaj poruszać. To znaczy wokół straganów
zgromadziło się sporo ludzi co nie sprzyjało przeprowadzeniu konia,
musiałabym obejść wszystko dookoła, ale to i tak nie oznaczałoby, że w
tamtej części miasta znalazłabym gospodę, w której mogłabym się
zatrzymać. Błądzenie nie sprzyjało mi specjalnie, gdyż w każdej chwili
mógł złapać mnie deszcz. Chyba znowu byłam zmuszona poprosić o pomoc tę
chłopczycę.
- Um... Czy wiesz może, gdzie można się tutaj zatrzymać na noc?
- Gospoda ze stajnią, co? - Vis kiwnęła głową w stronę mojego rumaka i uśmiechnęła się pod nosem.
- Dokładnie.
- Pewnie coś się znajdzie... Dawno tu nie byłam, ale z tego co
pamiętam... Za dużo by tłumaczyć, po prostu chodź za mną. - Ruszyła
pewnym krokiem w jedną z bocznych ulic, a ja za nią.
- Zaczekajcie! - Elfka biegła w naszą stronę z kilkoma siatkami dojrzałych, niesamowicie smacznie wyglądających owoców.
- Nieźle się obkupiłaś młoda. - Zaśmiała się Viserany, a zaraz po niej Mild. Wyglądały jakby dobrze się ze sobą dogadywały.
Wkrótce dotarłyśmy na miejsce, nie był to raczej na luksusowy hotel,
zwykła chata i oddalona od niej ze sto metrów drewniana stajnia, ale
cóż, jestem tu tylko przejazdem, na jeden nocleg musi wystarczyć.
Dogadałam się z właścicielami i po chwili mogłam już spokojnie
rozsiodłać Leonorę i zaprowadzić ją na zasłużony odpoczynek.
- Od dawna podróżujesz? - Usłyszałam głos za sobą, byłam pewna, że one
opuściły już to miejsce... Mała elfka przechyliła głowę w bok oczekując
na odpowiedź.
- Praktycznie od urodzenia. - skłamałam, chociaż zrobiłam to trochę
nieświadomie. - A Wy... Nie wracacie do domu...lasu... Czy gdzie tam
mieszkacie?
- W taką pogodę? Po za tym... Nie mieszkamy razem... - Mild zmieszała
się trochę i spojrzała w stronę okna, okazało się, że gdy ja spokojnie
rozsiodływałam moją klacz na dworze rozpętała się niezła burza.
Zagrzmiało groźnie, gdy Viserany weszła do środka stajni, cała
przemoczona.
- Z cukru nie jestem, ale zerwał się taki wiatr, że ja pierdziele!
Westchnęłam zrezygnowana, będę skazana na ich towarzystwo jeszcze przez
jakiś czas. Obraz na zewnątrz faktycznie przypominał apokalipsę. Drzewa
pod naporem wiatru uginały się prawie do samej ziemi, cały czas błyskały
pioruny, a ciszę co chwilę przerywał głośny huk. Dziesięć minut później
wszystkie trzy siedziałyśmy na słomie w pustym boksie. Po prostu
świetnie. Otaczała nas ciemność, tylko delikatne światło starej świecy,
którą znalazłam gdzieś w kącie rozpraszało ją odrobinę. Zapanowała nieco
niezręczna cisza.
- Hmm... Mam pomysł. - Ostre jak brzytwa zęby Viserany zabłysły w
uśmiechu - Może by tak poopowiadać jakieś straszne historie o duchach,
czy czymś?
Rzeczywiście, klimat pasował idealnie, a ja znałam wiele miejskich
legend, toteż zaklaskałam delikatnie i uśmiechnęłam się pod nosem.
- Świetnie. Ja pierwsza. - Zmrużyłam powieki i ściszyłam głos do szeptu -
Istnieje pewna legenda... O demonie. Demon ten żywi się strachem i
śmiercią. Powiadają, że nie posiada on ust, a jego oczodoły są zupełnie
puste. Pojawia się zawsze, gdy wypowie się jego imię. Pod warunkiem, że
przebywa się w zamkniętym, ciemnym pomieszczeniu. Zaczyna się od trzech
puknięć. Gdziekolwiek będziecie, usłyszycie trzy puknięcia. Od
ostatniego z nich macie równe sześćdziesiąt sześć sekund żeby zgasić
wszystkie światła w pobliżu i usypać dookoła siebie krąg z soli. Jeśli
zdążycie jesteście bezpieczne, musicie zostać w środku koła do
następnego wschodu słońca. Co prawda w ciemności będą pojawiały się
różne przerażające obrazy jak i dźwięki, jednak pod żadnym pozorem nie
możecie zapalić światła, ani wyjść z kręgu. Jednak jeżeli krąg zostanie
przerwany, opuścicie go zbyt wcześnie, lub co gorsza nie zdążycie go
usypać, albo zgasić światła na czas, wtedy będziecie musiały zmierzyć
się z czymś najbardziej przerażającym w całym piekle. Usłyszycie śmiech,
prawdziwy rechot, a później okropnie głośny pisk w głowie. Tak głośny,
że bez wątpienia skulicie się trzymając za głowę. Wtedy ON wejdzie do
środka i po pokazaniu Wam najgorszych, najbardziej krwawych i
przerażających wizji wydłubie Wam oczy, odetnie język, a na końcu
przebije serce. Wtedy cały budynek w jakim przebywałyście spłonie razem z
Waszymi zwłokami i pozostałymi mieszkańcami. - Na zewnątrz ponownie
rozległ się głośny huk. Uśmiechnęłam się szerzej widząc, że moja
historia zrobiła wrażenie na obu dziewczynach. Zanim którakolwiek z nich
zdążyła się odezwać, kontynuowałam - A jego imię brzmi... Diabhal.
Puk! Puk! Puk!
Rytmiczny, głośny dźwięk rozległ się nagle z całej stajni, a wszystkie
konie zaczęły kopać i rżeć w swoich boksach. Przeszły mnie ciarki i
pojawiła się gęsia skórka, chociaż nie pokazywałam tego po sobie.
- To... to nie jest śmieszne, Ash... - Odezwała się mała elfka zakrywając usta dłońmi.
- Zluzujcie, przecież to nie może być... - Zaczęła Vis, jednak urwała,
gdy zobaczyła jak wstaję i kieruję się w stronę drzwi. Jedną ręką
odruchowo złapałam za szpadę przy moim boku, nie spodziewałam się
takiego obrotu spraw i nie wiedziałam czy powinnam iść sprawdzać kto
to, ale nie mogłam przecież pokazać, że boję się jakiegoś demona, o
którym przeczytałam w jakiejś tam księdze...
Mild nagle złapała mnie za jedną z falbanek przy moim pasie, odwróciłam
się i ujrzałam jej zaniepokojone spojrzenie - Ashlotte... - Szepnęła -
Nie idź tam...
< Viserany? Mild? Ja również przepraszam, że dopiero teraz, ale
szkoła i te sprawy, każdy chyba wie o czym mówię. W każdym razie czekam
na ciąg dalszy opowiadania c; >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz