Malik złapał butelkę, ale na zawartość spoglądał z powątpiewaniem. Nie żeby podejrzewał kapitan o próbę otrucia go. To by było jak dla niej chyba zbyt proste. Przez ten krótki czas, który w jej towarzystwie spędził zdążył już domyślić się z jakiej gliny jest ulepiona. Takie osoby jak ona zdecydowanie nie lubiły prostych rozwiązań. Gdyby tylko chciała, pozbyłaby się go w bardziej widowiskowy sposób. A mimo to kocur wahał się. Znał starą jak świat zasadę ,,Nie pij ze swoim szefem". Póki siedział na tej łajbie, to Squall była szefem. Jednak z drugiej strony wiedział też, że odmowa przy takiej propozycji może panią kapitan urazić, a tego nie chciał. Za bardzo cenił sobie swoją skórę. Po chwili wahania uniósł lekko butelkę do toastu i pociągnął jeden łyk. Skrzywił się lekko. Nie był przyzwyczajony do alkoholu, poza spirytusem do odkażania ran. Squall widząc to parsknęła śmiechem.
- Cóż to, kiciu? - zadrwiła. - Za mocne dla ciebie?
- Wiesz, jedyny napój który zwykle piję o poranku to porządna kawa - odparł.
- Wybacz, księciulku, nie mamy jej obecnie na stanie - kapitan uśmiechnęła się złośliwie, po czym nagle zmarszczyła brwi z namysłem. - W sumie...czemu by nie uzupełnić zapasów.
Demoniczny uśmiech dziewczyny wcale nie podobał się Gambitowi.
Szybko dotarli na ląd. Plan Squall zakładał, że niedaleko prowadził trakt kupiecki. Sztorm czekał w naturalnym doku, gdzie nikt nie powinien go znaleźć. Piratka natomiast ,,porwała" ze sobą swojego dzielnego majtka i ruszyli w las. Znalezienie owego traktu nie było wielkim wyzwaniem. Problem polegał na czym innym...
- Emmm...Pani kapitan? - zapytał niepewnie Malik.
- Czego? - rzuciła Squall szukając miejsca na zasadzkę.
- Nie jestem perfekcyjnym tropicielem, ale ten szlak wygląda na nieużywany i to od dłuższego czasu - Gambit spoglądał na szeroką drogę z powątpiewaniem.
- Za długo żeś drogi nie widział i bajdurzysz - odparła dziewczyna podciągając się na jednej z grubszych gałęzi. Po chwili już na niej siedziała okrakiem.
- Moja rodzinna wioska zajmowała się kupiectwem. Wiem na czym stoję - upierał się kot. - Stare koleiny po wozach zniekształcone przez deszcze, ślady butów i kopyt zanikły zupełnie, a przede wszystkim nigdzie nie ma świeżych oznak bytności. Coś mi tu śmierdzi i tym razem nie jest to ściera z pokładu.
Squall już miała zripostować stwierdzenie felina. Nagle jednak zamarła w bezruchu i spojrzała w górę szlaku, znikającego w ciemnym lesie. Malik również coś usłyszał. Kroki. Natychmiast skoczył z miejsca i podciągnął się znikając w gęstym listowiu. Usiadł na osobnej gałęzi, naprzeciwko dziewczyny.
- I co teraz? - syknął do Squall.
- Daj mi się zastanowić...Masz przy sobie jakąś broń?
Gambit pogładził swój szeroki sztylet po rękojeści. Wtedy przypomniał sobie o czymś jeszcze. Z sakwy przy pasie wyjął dwa okrągłe przedmioty. Piratka rozpoznała je natychmiast i uśmiechnęła się szeroko.
- Bomby dymne. Niezły pomysł - przyznała.
Malik rzucił jedną kapitan. Oboje czekali na odpowiedni moment. Gdy tylko pod ich drzewem przebiegła trójka ludzi, równocześnie cisnęli im pod nogi bomby dymne. Rozległ się trzask i ścieżkę zakryły geste opary szarego, gryzącego w oczy dymu. Niedoszli rabusie zeskoczyli na ziemię i w chwilę przygnietli do ziemi zaskoczonych ludzi...
I dopiero gdy dym opadł do obu dotarło, że napadli nie tych co trzeba. może i byli to kupcy, ale nie mieli przy sobie nic. Co ciekawsze, nie wyglądali nawet na ofiary napaści: ich ubranie było całe, a sakiewki dalej ciężkie. Po prostu ich towary szlak trafił.
- Co to ma znaczyć, do cholery?! - wrzasnęła zawiedziona Squall i cisnęła trzymanym za kołnierz biedakiem. Malik tymczasem w zamieszaniu jednego zdążył spętać za ręce, a drugi leżał przybity do ziemi sztyletem za rękaw drogiej kurty.
- Kim jesteście? - zapytał. - Kupcami?
Biedacy pokiwali gorliwie głowami.
- To czym wy handlujecie? Powietrzem? - piratka założyła ręce na piersi.
- Nie! - zaprzeczył ten spętany. - Tylko...no...nas okradli.
- Kto? - warknął Malik.
Wtedy ten ciśnięty przez Squall na trawę zdołał niezgrabnie wstać i pobiegł przed siebie tak szybko jak tylko mógł.
- ODMIEŃCY! - wrzeszczał. - WSZĘDZIE ODMIEŃCY!
- Co z nim nie tak? - rzucił sam do siebie felin.
Przesłuchiwany uznał to za pytanie i szybko udzielił odpowiedzi:
- Oni! Tak! Odmieńcy! To oni nas napadli! Tacy jak WY!
- Znaczy się...nie napadli - poprawił go przybity do ziemi. - To my żeśmy im towary oddali...Jakem tylko ich obaczyli, tośmy się tak przerazili, żeśmy rzucili wszystko na ziemię i pobiegli. Znaczy się, tylko jednego my wiedzieli, ale gdzie jeden tam całe leże potworów. Prawdę gadali, że ten szlak już nieczynny...
Gambit spojrzał z tryumfem na Squall. Ta prychnęła, wyrwała z ziemi sztylet Malika uwalniając przybitego biedaka i warknęła do kupców:
- Spieprzać, póki mam dobry humor.
Posłuchali bez namysłu. Zniknęli w przeciwnym kierunku z którego przyszli. Piratka oddała felinowi jego sztylet wpatrując się z namysłem w ciemny las, z którego wybiegli kupcy.
- No to z kawy nici - powiedział kot. Squall nic nie mówiła. - Halo? Żyjesz? - dziewczyna otrząsnęła się nagle. - Coś ty tak zamarła jak słup soli?
Squall? Ruszamy do Hidden? x3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz