Smokobójca uderzył pustym kuflem w stół i oblizał wąsy z piwa.
Rozochocony którąś już kolejką dalej zażarcie rozprawiał jak to udało mu
się ujść z życiem, podczas gdy jego kamratów spotkał jakiś okrutny los.
Siedząca z nim trójka towarzyszy nastawiała uszu. Byli głodni plotek -
najbardziej rozpowszechnionej waluty we wsiach. Nie mając dostępu do
informacji z dworów i zza granicy nie wahali się opłacać podróżnym pobyt
w tawernach w zamian za choćby kilka niezbyt pewnych pogłosek. Teraz
chłopi patrzyli z wyczekiwaniem w smokobójcę aż ten się zrewanżuje. Nie W
tawernie o tej porze było wielu gości. Hałas nie wypuszczał rzucanych
przy stole słów zbyt daleko, nie było też nikogo chętnego, kto by te
słowa łapał. Wszyscy mieli coś ciekawszego do omówienia. Wszyscy, poza
jednym, tajemniczym jegomościem siedzącym w kącie. Nie miał przy sobie
żadnych rozpraszających kompanów, przed nim nie stało żadne jadło ani
napitek. Po prostu siedział jak mysz pod miotłą, nie zwracając na siebie
żadnej uwagi, wsłuchując się w każde słowo smokobójcy. Czujny,
anonimowy słuchacz. Gdyby się do nich dosiadł pewnie słyszałby więcej,
jednakże znając ludzkie reakcje na jego obecność, Dherai wolał nie
ryzykować zamieszania. Był właściwie niewidzialny i lepiej, by tak
pozostało.
- No opowiadajcież, mistrzu smokobójco! - nalegał pierwszy z chłopów. - Cóże was napadło?
- Nie napadło nic - poprawił go najemnik.
- To co się stało?
- Wypadek przy pracy, nic interesującego... - uśmiechnął się podle
widząc, jak jego towarzysze nachylają się bliżej, doskonale wiedząc, że
to musi być coś ciekawego. - No dobra! - powiedział smokobójca, jakby
dopiero teraz przekonując się co do podzielenia się historią.
Dherai również się uśmiechnął. Co za amatorskie metody. Gdyby to od
niego zależało, najemnik zacząłby śpiewać o wiele wcześniej, a chłopi
nie trawiliby na niego pieniędzy. Ale po co się spieszyć? Przecież on ma
na wszystko czas. Całą wieczność właściwie. Mów przyjacielu, pomyślał.
Co też się za granicami dzieje?
- No więc zaczęło się od smoka - rozpoczął mężczyzna. Bo jakżeby
inaczej, przeszło Dherowi przez myśl. - W takiej wiosce jak ta, jakieś
dziesięć mil stąd, ktoś obiecywał nagrodę za ubicie gada mieszkającego w
pobliskich lasach. Sprawa śmierdziała, że tak powiem. Ani owiec nie
kradł, ani żadnej baby nie porwał...po prostu siedział w lesie. Ale
wiadomo jak to jest - gad straszy, nawet jeśli nie robi. Myśleliśmy, że
pewnie stary i tylko dogorywa, bo nawet sobie cichszego miejsca na zgon
nie wybrał, jeno walnął byle gdzie koło wioski. No to zgłosiliśmy się z
chłopakami, zapłacili nam z góry i rura w las. Smoka wytropilimy szybko.
I tu dziwy: smok wcale nie stary. Ba! Młody, silny, ino jakiś dziwny.
Jakby nie obeznany ze zwyczajami własnego gatunku. Zranilimy go, a ten
zwiał. Ze skrzydła krew mu się lała niby deszcz, drażniąc konie i
parząc, jeśli który oberwał kroplą. No to posyłamy przodem naszych dwóch
specjalistów, by pułapkę zastawili. I wkrótce ŁUP! - walnął ręką w stół
dla efektu. - Gad w sieci na ziemi! Dojechalimy do niego zadowoleni.
Teraz tylko łeb uciąć i z łusek oprawić...
- Ale ten się uwolnił? - zgadywał jeden z kmiotów. - Napadł was i zeżarł ci kompanów?
- Skądże! - zaprzeczył smokobójca. - Proszę mi nie przerywać. Za słaby
był, zmęczony lotem i krwi utracił sporo. Poza tym zgaduję, że gdyby
się wyplątał, znowu by uciekał. Takie to dziwne, strachliwe bydle było.
No to bierem topory i miecze, już gad miał łeb stracić...I wtedy z lasu
wypadli ONI...
- K-kto?
- MIESZAŃCY! - ryknął najemnik. - Wybiegli z lasu, otoczyli nas! Zanim
zdążyłem zareagować, już trzech naszych zatłukli! Na moich oczach jeden
z nich wyrwał naszemu szefowi głowę razem z kręgosłupem, a drugiego
spalił ognistym oddechem!
Dherai nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Całe szczęście nikt go nie
usłyszał przez harmider. Biorąc pod uwagę zapał z jakim mężczyzna
wszystko opisywał oraz jego oczywistą chęć zaimponowania kmiotom,
oczywiście zmyślał. A takiej bajeczki Dher nie słyszał jeszcze nigdy. O
nim samym niegdyś głosiły legendy, że wyrywa ręce i łamie niczym
zapałki, ale to biło wszystko na głowę. Doprawdy, lepszy bajarz niż
wojownik. Nic dziwnego, że uciekł.
- Uciekłem stamtąd co sił w nogach, ale diabelstwa mnie jeszcze
goniły! - opisywał dalej mężczyzna. - Dopiero przed wieczorem, gdy byłem
jakąś milę stąd zostawiły mnie i wróciły do lasu.
- Mieszańce? U nas w lasach? - mówił z przestrachem, jakby do siebie, drugi z kmiotów. - Jak do tego doszło?
- Powiem ci jak! - rzekł pierwszy. - Wojna! Ot co! Narobiliśmy bigosu
ciągnąc te wszystkie dziwadła do swoich konfliktów i teraz musimy to
zeżreć!
- Mszczą się? - wtrącił się z ironią trzeci. - Jak dla mnie to się
pewnie tylko kryją. A że ludzi nie lubią, to już nie nasza wina.
- Nie nasza, tak sądzisz? - zaśmiał się posępnie smokobójca. - Oj
bardziej nasza, niżbyś się spodziewał. To wszystko sięga daleko wstecz,
jeszcze przed wojną.
- To dlaczego, wedle twoich słów, dopiero teraz mieszańce zaczęły bruździć? - kłócił się dalej trzeci.
- Powiem ci tak - najemnik zaczął bawić się nożem. - Dlaczego wilk samotnie nie napada na owce?
- Bo się boi?
- Bo jest sprytny. Wie, że samemu rady przeciwko pasterzowi i
owczarkom nie da. Dlatego zbiera pobratymców i wraca po kilku tygodniach
na to samo stado ze wsparciem. Dlatego problemy zaczynają się dopiero
teraz - nieuważny pasterz zignorował jednego wilka, a teraz Sorsinie
grozi cała wataha. Czają się w lasach, zbierają siły, pewnie nawet już
myślą nad założeniem własnego państwa.
- A władcę mają?
Dherai wyprostował się nagle.
- No ba, że mają! Mówią, że Arsmanowi zerwała się z łańcucha Bestyjka.
Kto jak kto, ale ten to ma już pewne doświadczenie wojskowe. Sam bym go
wybrał na władcę, gdybym był mieszańcem.
Nagle nóż wyrwał mu się samoistnie z ręki i popędził w stronę jego
twarzy, otoczony zielonkawą aurą. Zatrzymał się centymetr od oka
najemnika, po czym trwał tak w całkowitym bezruchu grożąc, że przesunie
się jeszcze bardziej. Chłopi cofnęli się zaskoczeni. Drgnęli na dźwięk
odsuwanego krzesła i z przestrachem spojrzeli w bok na zakapturzonego
jegomościa, który pojawił się jakby znikąd. Dherai usiadł, jak gdyby
nigdy nic, i splótł palce opierając się łokciami o stół.
- Piękna bajka - powiedział spokojnie. - A teraz powiedz nam, bez kolorowania, gdzie zgubiliście tego smoka?
* * *
Pobojowisko wyglądało dokładnie tak jak się spodziewał - żadnych wyrwanych kręgosłupów.
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.
Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.
Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<

