wtorek, 3 listopada 2015

Od Lisbeth- Upiór

Świat spowiła głęboka czerń. Na granatowym, nocnym niebie zaczęły pojawiać się pierwsze, jasne lecz zimne promienie gwiazd. Jeszcze zaledwie kilka godzin temu nieboskłon przybrał barwę zachodzącego słońca. Na górze dominowały wszelkie odcienie ognistej czerwieni, mieszających się z głębokim fioletem i różem. Teraz świat, który jeszcze tak niedawno spowijały ciepłe kolory, dające sercu i duszy ukojenie, pomagające znaleźć umysłowi spokój, zniknęły bez śladu, zdawałoby się nawet, że nieodwołalnie.
Świat spowiła mgła. Gęsta, mleczna zasłona, nadająca nocnemu krajobrazowi tajemniczy klimat. Tamtej nocy na niebie świeciły tylko nieliczne gwiazdy- księżyc przysłoniły szare, burzowe chmury. Zbierało się na deszcz.
Na ziemi dało się usłyszeć chlupot pierwszych kropli. Z początku spadały one rzadko, od razu wysychając lub wsiąkając w ziemię. Zaledwie kilkanaście minut później mała i niegroźna mżawka przekształciła się w ulewę. Ludzie uciekli z dworu, do swej gospody lub pobliskiego baru, by móc spokojnie przeczekać burzę w towarzystwie swego najlepszego przyjaciela- pełnego kufla. W ciągu zaledwie dwudziestu minut obszar wesołej, tętniącej życiem wioski zmienił się w odludzie… opustoszałą mieścinę, w której nie było słychać oznak życia nawet pojedynczej osoby. Hałas, dobiegający z karczmy został zagłuszony przez głośne i bezlitosne uderzenia setek kropli o ziemię, dachy, płoty… Nawet psy nie szczekały, kiedy to dostrzegły przechodzącego obok nieznajomego.
Z całej tej mrocznej aury, wśród domów i zagród, dało się dostrzec drobną postać. Kroczyła pewnym, lecz ostrożnym krokiem, a jej obecność zdawałaby się nawet niedostrzegalna. Zwłaszcza przez mieszkańców owej wioski, którzy już dawno temu schowali się w swych chatach.
Obca zdawała się wyłonić z tej mieszaniny mlecznej mgły, zamętu silnego wiatru i deszczu. Spowijał ją mrok, choć był on trochę inny od czerni, w jakiej kąpały się zimne gwiazdy na niebie. Było w niej coś tajemniczego. Nieznajoma postać miała w sobie jakąś dziwną cechę, czy też mieszankę wielu cech, przez które nikt nigdy nie mógł być jej pewien. Przedstawić swoje imię, czy może lepiej poczekać, aż ona poda swoje? Zaufać, czy lepiej nie? Poprosić o pomoc, czy może lepiej udawać, że nic się nie stało? Ale ona przecież zabija potwory! Może nam pomóc! Tak, owszem… zabija. Lecz jednocześnie sama jest potworem. Kimś, kogo ani ruchów, ani zachowań nigdy nie można przewidzieć. Nie da się jej niczym zaskoczyć, nie da się jej pokonać… tak w każdym bądź razie uważali wieśniacy.
W rzeczywistości kobieta, która spacerowała przez wioskę, w tę deszczową, pochmurną noc wcale nie była taka straszna, za jaką ją mieli. Owszem, zdarzało jej się wyglądać jak ponurak, czy gbur. Tak, faktycznie czasem niepotrzebnie była aż zbyt sarkastyczna w stosunku do innych i niepotrzebnie spławiała gapiów, którzy w rzeczywistości mogli okazać się dobrymi i przydatnymi kompanami, podczas tej niekończącej się podróży. Każdy ma swoje gorsze dni… no dobra, może grożenie kobiecie z dziećmi, lub celowanie w tamtego mężczyznę nożem też nie było najlepszym pomysłem, choć naprawdę ją denerwował, a w jej mniemaniu przestraszenie kogoś w taki sposób wcale nie było niewłaściwe.
Drobna postać zaklęła cicho i wcale nie tak delikatnie, gdy woda doszczętnie przemoczyła jej długie, skórzane buty. Nieznajoma odziana była w czarny, odrobinę przyduży płaszcz. Miała na sobie ciemne spodnie i koszulę tego samego koloru. Jedyną barwną rzeczą, jaka od razu rzucała się w oczy była szkarłatna chusta, która zakrywała niemalże połowę jej bladej twarzy. To właśnie przez nią tak wielu ludzi jej nie ufało… przez chustę, oraz przez jej burzowe, dzikie oczy. I to dziwne spojrzenie, które niemalże przewiercało ludzi na wylot.
Ale omijano ją szerokim łukiem również z innego powodu.
Choć kobieta na pierwszy rzut oka wyglądała jak człowiek, to po jakimś czasie dało się dostrzec, że było w niej coś nieczłowieczego. Zbyt blada cera, trochę szpiczaste uszy, ostre, białe kły również nie były do końca normalne, a przynajmniej nie u ludzi. Zamiast krwi, z jej ran wypływał czarny szlam. No i jeszcze te oczy… Było w nich coś nieludzkiego, coś dzikiego i jakby pierwotnego. Krążyły pogłoski, słuszne z resztą, że owa nieznajoma jest potworem. Kiedyś była zwykłą dziewczyną, lecz po spotkaniu z bestią i jej tragicznym wypadku przestała już należeć do tej części świata.
Miała swoje grosze dni, jak każdy. Może czasem odbijało jej trochę za bardzo, fakt. Z natury nie była bardzo niebezpieczna, ale zdarzało jej się zachowywać zbyt agresywnie w stosunku do innych, prowokować do bójek. Ciężko jednak być całkowicie spokojnym, gdy ludzie oblewają cię święconą wodą, próbują nabić na widły, spalić, lub oddać w ręce kościoła. Bo choć Lisbeth Salander za wcześniejszego życia była Łowczynią i dalej, nawet po swym wypadku nie przestała zabijać potworów, które stanowiły zagrożenie dla ludzi… cóż, nikt do tej pory nie myślał by w jakiś sposób się jej odwdzięczyć. No chyba, że próba wbicia kołka w serce jest tutejszą formą podzięki. Jeśli tak, powinna szybko stąd znikać. Najlepiej podczas ulewy, kiedy wieśniacy siedzą w swych domach. Razem z widłami i jeszcze nie zapalonymi pochodniami…
Szczerze, to czasem nachodziła ją myśl, by rzucić to wszystko w diabli. Kiedyś za to co robiła traktowano ją z szacunkiem. A teraz? Teraz była po prostu kolejnym z tych potworów, który „z niewyjaśnionych przyczyn”, jak to mawiali ludzie, zabijał swych groźnych pobratymców. Ratując tym samym wiele istnień. Co dostawała w zamian? Przepustki do kościoła i egzorcystów. Normalnie już dawno rzuciłaby to wszystko w cho*erę. Ale wśród ludzi byli też tacy, którzy doceniali jej starania, poświęcenie. Potrafili do niej podejść i powiedzieć dziękuję. Dla nich warto było się narażać przez te kolejne sto lat.
Do uszu dziewczyny dobiegł jakiś hałas. Obróciła się gwałtownie i ruszyła pędem przed siebie. Uciekała wręcz z nieludzką prędkością. Za nią biegli jacyś ludzie, ludzie z widłami. Czy w niektórych okolicach była aż tak rozpoznawalna?
Gdyby chciała, mogłaby stanąć z nimi do walki. Bo co zrobią jej tacy wieśniacy? Nic, absolutnie nic. Problem polegał jednak na tym, że to ona nie chciała im zrobić krzywdy, nie dzisiaj. Wolała uciec, choć ten jeden raz nie stawać do walki, nie wszczynać bójki.
Uciekła, zostawiając wieśniaków daleko z tyłu. Wtopiła się w mieszankę deszczu, mgły i nocy. Uciekła do lasu…

Resztę nocy spędziła wśród rozłożystych drzew. Zasnęła na ziemi, jak to samotne, zranione zwierze. Przez swoją dziwną mutację nie potrzebowała snu. Potrzebowała jednak odpoczynku i odcięcia się od tego skomplikowanego świata, chociaż na chwilę.
Jasne promienie słońca bezlitośnie raziły i kuły ją w twarz, przypominając, że pora już wstawać.
-A srał się pies.- warknęła, zasłaniając oczy kapeluszem.- Zjeżdżaj mi stąd, idę spać.- słońce miało jednak inne plany i nie przestało świecić. Mało tego! Lisbeth zdawało się, że po tych obelgach zaczęło razić ją jeszcze mocniej.
-Dobra, dobra, już otwieram oczy. Zadowolone?- ale słońce nie odpowiedziało.- Ech, marny z ciebie towarzysz podróży, nie ma co.- Cóż, może i marny, ale przynajmniej przez połowę dnia zawsze był przy niej.
Leżała tak jeszcze chwilę, z zamkniętymi oczami. Wśród rozłożystych drzew, jej ciemne ubranie zdawało się niemalże wtapiać w tło. A ponieważ do snu ściągnęła czerwoną chustę, nie miała na sobie żadnego elementu, który rzucałby się w oczy. Nic więc dziwnego, że ktoś się o nią potknął.
-Cho*era!- odezwał się głos.- Kto rozkłada na środku lasu jakieś badziewia pod nogami?!
„I państwu również dzień dobry”- pomyślała i mała brakowało, a wypowiedziała by te słowa na głos.
-Jak się patrzy pod nogi.- mruknęła, przecierając jeszcze zaspane oczy.- To się po tym „badziewiu” nie depcze.
Nie miała pojęcia kim byli nieznajomi, ile ich było i dlaczego nazwali ją „badziewiem”. Choć z pewnością byli troszkę zaskoczeni, że „to coś” potrafi gadać.

No więc… w końcu musiałam na kogoś wpaść ;p
Kto dokończy?

poniedziałek, 2 listopada 2015

Od Malika cd Squall - Witamy w Hidden

        Squall postawiła kosz na ziemi i stanęła na nim jedną nogą, po czym założyła ręce na piersi i już miała stanowczo odmówić, gdy nagle Gambit niespodziewanie stanął po stronie leonisa.
  - To będzie zaszczyt! - odpowiedział ochoczo i po odłożeniu kosza potrząsnął prawicą Atlanta.
  - Jak śmiesz mnie zdradzać? - fuknęła piratka. - Gdzie twoja piracka godność?!
  - Wolę już kradzioną kawę - Malik kiwnął głową zdecydowany.
  - Nie ,,kradzioną" - poprawił go Alt. - Przecież ci kupcy mi ją sprezentowali.
  - Święta racja. No to prowadź! Squall, idziesz?
  - A gdzie się podziało ,,pani kapitan"? - dziewczyna uśmiechnęła się zjadliwie, ale ruszyła za nimi w las.
  - Wybacz, ale staram się właśnie o obywatelstwo. A ,,panią kapitan" jesteś dla mnie tylko na pokładzie Sztormu - odparł Gambit.
  Squall nie skomentowała tego, choć na pewno miała na to ochotę. 

        - Uuuu...Ładna chata - rzuciła sarkastycznie dziewczyna wchodząc do domku pana Lakoo.
  - Od spania na statku nawet stodoła lepsza - odpowiedział felin.
  W rzeczywistości dom Atlanta daleki był od porównania do stodoły. Villa ani pałac królewski to nie był. Dawało to jednak pewne świadectwo o tym, jakim typem władcy jest leonis. I takich władców kot lubił najbardziej, a mało królów w ogóle lubił. 
  - Gdzie to postawić? - zapytał. Przez całą drogę niósł jeden kosz kawy, podczas gdy Alt wziął drugi. Trzeciego Squall jakoś nie kwapiła się targać, więc trzeba będzie pewnie po niego wrócić.
  - Tutaj - odparł rogaty chłopak i postawił kosz w rogu. Malik poszedł za jego przykładem. - To ja zaparzę tą kawę, a was zapraszam na werandę.
  Kot pokiwał głową i uśmiechnął się zadowolony. Wyszedł na zewnątrz ze Squall i zajęli dwa wolne krzesła przy stoliku. Gdy Atlant przyniósł gliniane kubki i aromatycznie pachnący czajnik Gambit poczęstował się pierwszy. Po kilku łykach smolistego napoju odchylił się do tyłu wzdychając z rozkoszy.
  - Tego mi brakowało - powiedział. - Całe trzy dni bez kawy! Nie do pomyślenia!
  Atlant parsknął śmiechem i sam chętnie upił trochę ze swojego kubka. Squall natomiast kręciła lekko naczynkiem z zamyśleniem wpatrując się w wirujący leniwie płyn.
  - A mi dalej czegoś brakuje - rzuciła stanowczo. - Masz może rum bestyjko? Nieważne, wezmę swój - po tym wyciągnęła znikąd piersiówkę i wlała trochę jej zawartości do kubka.
  Malik zamrugał kilka razy zdziwiony. Ani razu nie zauważył, żeby dziewczyna trzymała przy sobie piersiówkę.
  - Gdzie ty to trzymałaś? - wypalił głupkowato. 
  - W dupie. Tak jak resztę świata - odparowała ironicznie piratka i za jednym zamachem wypiła prawie połowę zawartości naczynia. Popatrzyła na nie z namysłem. - Ty...To nie takie złe.

Atlant? Squall? Wybacz mi zakończenie, ale pomysłów brakło xD

środa, 28 października 2015

Od Havara

Trudno jest nie zauważyć gnolla w karczmie. Może się ukryć pod czarnym płaszczem, w najdalszym kącie pomieszczenia i poprosić o skromny posiłek, ale i tak zwróci na siebie uwagę. Havar starał się unikać kłopotów na wszelkie możliwe sposoby. Jednak czułe ucho rozpozna go nawet po głosie. Wprawne oko dostrzeże ledwo widoczne uwypuklenia na głowie wskazujące na to iż jegomość posiada zwierzęce uszka.
Kilka osób go obserwowało. Niski, rudy mężczyzna o bladej skórze świdrował go spojrzeniem wielkich, niebieskich oczu. Siedzący w przeciwnym kącie, okuty w żelazo młodzieniec rzucał mu obojętne spojrzenia znad podniesionego do ust kufla. Natomiast dwóch starszych, siedzących przy barze, brodatych facetów rozmawiało cicho zerkając na gnolla co jakieś dwie minuty.
Co czuł Havar? Smak piwa w pysku. Taaak... Reszta zdawała się mu umykać lub zwyczajnie po nim spływać. ,,Patrzcie i podziwiajcie" pomyślał odstawiając pusty kufel na blat stołu i usadawiając się wygodniej w krześle. Rzucił pytające spojrzenie obserwującemu go rudemu. Ten z niewiadomych powodów uznał to chyba za wyzwanie, bo wstał i stanąwszy przed gnollem raczył wyrzucić z siebie kilka mało uprzejmych słów.
- Co taki parszywiec jak ty robi w cywilizowanym kraju.
Havar parsknął śmiechem. Być może nie zrobił by tego gdyby nie płynący w jego krwi alkohol.
- Co cię w tym bawi?- wycedził przez zęby mężczyzna.
Gnolla zastanawiało czy ten jegomość zawsze się tak zachowuje czy też tylko po zażyciu znacznej ilości chmielu. Nie chwiał się i patrzył dość trzeźwo więc chyba jednak nie.
- O co ci chodzi kolego?- spytał Havar.
Nie za bardzo wiedział jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie miał ochoty ani się tłuc, ani kłócić. Najchętniej dokończyłby zupę i wyszedł jak najszybciej.
- Brudne, plugawe, zapchlone...- mamrotał pod nosem rudy.
Pies Diabła podniósł do góry jedną brew, czego jego rozmówca nie mógł zauważyć z racji naciągniętego na twarz kaptura. Nic z tego nie rozumiał. Wielokrotnie go oczerniano, a na jego łagodne wypowiedzi odpowiadano pięścią, a ten tu stał przed nim jakby bał się podnieść na niego rękę. Havar miał jednak przeczucie, że to nie on jest tego przyczyną. Ledwo dostrzegalny ruch głowy rudego poinformował go o przyczynie niepokoju. Stojący przed nim mężczyzna zdawał się obawiać okutego w żelazo młodzieńca. ,,Strażnik pokoju? Obrońca praw zwierząt? Miecznik pacyfista?". Chłopak zmarszczył brwi awanturnik cofnął się od gnolla i usiadł na swoim miejscu.
,, Co kraj to obyczaj" pomyślał Havar. ,,Może to jakaś rzadka odmiana błędnego rycerza?". Tak czy inaczej coś mu tu nie pasowało i nie chciał sprawdzać co. Dokończył więc zupę i czym prędzej opuścił gospodę.
Ledwo podszedł do bułanej klaczy drzwi otworzyły się i z tawerny wyszedł okuty w żelazo jegomość. Począł uważnie przyglądać się Havarowi i trzymanemu w dłoni kawałkowi papieru, którego wcześniej gnoll nie zauważył. Młodzieniec zmrużył powieki.
,, No i wszystko jasne" pomyślał Pies Diabła gdy światło księżyca padło na cienki papier. Po drugiej jego stronie pojawił się ledwo dostrzegalny portret. ,,List gończy. Ciekawe czy w Hidden też mnie znają". Havar nie był szczególnie ,,popularny" bo od odłączenia się od kompanów napadał tylko na drobne gospodarstwa. Początkowo był niemalże ignorowany, ale gdy liczba napadanych w podobny sposób obiektów niepokojąco wzrosła zaczęto przykładać nieco większą wagę do pozbycia się szkodnika.
Gnoll spojrzał spode łba na rycerzyka. Chłopak nie bał się go, ale nie był też na tyle głupi by się na niego rzucić. Mogłoby to być fatalne w skutkach. Zapewne właśnie dlatego nie utrudniał Havarowi dalszej podróży. Pies Diabła nie wątpił jednak, że ma ograniczony czas na ucieczkę do Hidden. Prędzej czy później ludzie Arsmana zagrodzą mu drogę. A jeśli nawet uda mu się ich uniknąć znajdą się inni, żądni zysku, biedni desperaci.

Havar z powątpiewaniem spoglądał na odległą ścianę drzew. Jest już prawie u celu. Słońce jeszcze nie wstało. Udało mu się. Rozejrzał się dookoła by upewnić się, że żaden wiadrogłowy typ nie zepsuje mu planów. Jednak nikogo nie dostrzegł. Był sam, wolny, a niebawem, ułaskawiony. Czyste konto, poniekąd nowe życie.
- I co świecie?!- krzyknął wnosząc ręce ku niebu i popędzając konia do galopu- Możesz mnie cmoknąć w d*pę!
Wpadł między drzewa na udeptaną ścieżkę. Po paru minutach dróżka mocno odbiła w prawo. Uradowany gnoll jechał niemal na oślep, głównie przez walące mu po twarzy liście i drobne gałązki. Nagle klacz gwałtownie się zatrzymała. Havar omal nie przeleciał jej nad głową.
Przed nim stało pięciu zbrojnych. Trzech pikinierów i dwóch mieczników. Havar poczuł się lekko urażony.
- Poważnie? Świecie... Ja nie mówiłem serio...
Kątem oka gnoll dostrzegł jakiś ruch w zaroślach. Zmarszczył brwi. ,,Byle nie kusznik. Byle nie łucznik."pomyślał zsuwając się z konia i idąc prosto na żołnierzy. Bez tarczy, konkretnej zbroi, czy nawet płaszcza. Zważył Sifę w ręce.
- Panowie- powiedział rozkładając ramiona- dogadajmy się.
- Zabawny jesteś- mruknął wysoki mężczyzna z mieczem w ręce- Szkoda tylko, że nie będziemy mieli szansy lepiej się poznać.
Palce Psa mocniej zacisnęły się na broni gdy usłyszał cichy szelest po swojej lewej. Tamci zdawali się niczego nie zauważać. ,,Może ten w krzakach to jeden z nich?" zastanawiał się Havar ,, Pewnie ma mi wbić nóż w plecy". Nie miał jednak pewności i wolał a razie to zignorować. W razie czego czuły słuch go ostrzeże, pytanie tylko czy na czas.
Gnoll ponownie skupił się na przeciwnikach. Nie miał bladego pojęcia jak się z nimi rozprawić. Zastawiali mu całą drogę i mierzyli w niego długimi wykałaczkami. Postanowił improwizować.
Ruszył na żołnierzy biegiem. Pikinierzy wyszli do przodu trzymając broń sztywno przed sobą. Stali w równych odstępach. Będąc tuż przed nimi Havar pochylił się i wślizgnął pomiędzy dwie piki nim tamci zdążyli w niego wycelować. W tej sytuacji mogli go co najwyżej tymi badylami poobijać. Nim jednak ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić Pies Diabła zdzielił dwóch pikinierów po głowach. Mężczyźni z krzykiem opadli na ziemię. Gnoll uchylił się przed dźgnięciem piką i odskoczył nim dopadli go miecznicy. Powoli, zbaczając ze ścieżki, wycofał się za gruby dąb po swojej prawej. Żołnierze postanowili wziąć go z dwóch stron. Byłoby to całkiem mądre posunięcie gdyby nie fakt, że mieli do czynienia z Psem Diabła. Będąc chwilowo poza ich polem widzenia Havar chwycił długi badyl i wyskoczył przed jednego z nich wbijając mu koniec kija w oko. Oszołomiony miecznik z krzykiem upuścił miecz i cofnął się o parę kroków. Nim drugi zdążył się połapać w całej sytuacji gnoll doskoczył do jego pleców i z całej siły rąbnął Sifą odsłonięty kark. Mężczyzna padł. Pikinier już pędził z wykałaczką. Havar uskoczył na bok. W tych akurat zaroślach, ten akurat człowiek musiał umrzeć. Pika uderzyła drugi, młodszy, stojący blisko dąb uniemożliwiając właścicielowi swobodny obrót. To był jego koniec.

Pies Diabła zdjął pas ze sztyletem pikinierowi. ,,Gdyby go użył jego szanse by się zwiększyły" stwierdził w myślach Havar. Wzruszył ramionami zapinając kawał skóry na biodrach. Powrócił do stojącego sztywno, poddenerwowanego konia. Przez chwilę nasłuchiwał i węszył. Był tu sam. Być może ,,tamto" było tylko jakimś leśnym zwierzęciem. Dosiadł klaczy i ruszył w dalszą drogę.

Persefona


Imię: Persefona
Rasa: Płomykówka
Wiek: Nieznany. Zapewne coś około 5 lat.
Płeć: samica
Krótki opis: Persefona na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od swych pobratymców. Sowa raczej średniej wielkości zwierzątkiem, o płomiennym ubarwieniu. Jednak to nie jej wygląd jest tutaj istotny, a charakter. To bardzo inteligentna bestia. Czasem, kiedy spojrzy się jej głęboko w oczy, odnosi się wrażenie, że próbuje nawiązać z tobą kontakt, jakby chciała przekazać jakąś wiadomość. Bywa bardzo wredna i kocha zabierać innym przeróżne błyskotki, a nawet i jedzenie. Nie jest jednak typową złodziejką, skąd też wniosek, że ptak jest ponad przeciętnie inteligentny. Najczęściej oddaje zabrane drobiazgi, zupełnie jakby zabierała je tylko po to, by się z kimś podroczyć. Jest bardzo lojalna, nawet jeśli jej właścicielka wyzywa ją od demonów i pomiotów szatana. Nie da się przekupić, ani nie przymila się do osób, które mają smakołyki. Prędzej dziabie w rękę i szarpie za włosy.
Właściciel: Lisbeth Salander

Żaden dzień się nie powtórzy. Nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Imię: Lisbeth (w zasadzie to jej prawdziwe imię to Gwendolyn, jednak dziewczyna nienawidzi go do tego stopnia, że już dawno przestała z niego korzystać)
Nazwisko: Salander
Przydomek: Imię można zdrabniać do Lis lub Beth, choć też nie należy z tym przesadzać. Jeśli chodzi o przydomki to dorobiła się całkiem niezłej kolekcji. Do jej ulubionych należą Gotka, Ścieżka i Sonea.
Rasa: Człowiek… no dobra, może nie do końca. Owszem, Lisbeth kiedyś była ludzką kobietą. Łowczynią demonów, wampirów i innych potworów, które ludzkość uznawała za „złe”. Niestety, przez swoją nieuwagę stała się jednym z nich. I choć dalej utrzymuje, że jest człowiekiem, to co poniektórzy już zaczęli urządzać polowania na kolejnego wampira (choć nazwanie jej tak jest dużym uproszczeniem. Sama do końca nie wie czym tak naprawdę się stała). Tak oto zabójca stał się ofiarą. Ironia losu…
Wiek: Wygląda na 20, choć w rzeczywistości ma około 126 lat. Nie jest jednak do końca przekonana, co do swego wieku. Może być młodsza, może być starsza…
Płeć: kobieta
Stanowisko: Szpieg
Aparycja: To całkiem wysoka dziewczyna, o długich nogach. Jest raczej drobnej budowy, posiada wieczną niedowagę, a jej sylwetce daleko do typowo kobiecej. Choć nie jest umięśniona, to pozory mylą i z pewnością nie można nazwać jej słabeuszem. Większość jej ciała, a zwłaszcza ręce i plecy, wyglądają jak mapa- pokryte są licznymi bliznami, szramami i zadrapaniami. Swoje czarne, krótkie, nierówno przycięte włosy zawsze związuje we względnie przekonujący koński ogon, z którego ucieka ponad połowa pasemek. Jednak aby tego dokonać potrzebuje całego zestawu spinek i wsuwek. W efekcie powstaje nastroszone „coś” z niepasującymi do siebie spinkami, które Lisbeth zawsze chowa pod kapeluszem. Wśród tłumu ludzi stara się nie pokazywać twarzy, dlatego też zasłania ją czerwoną, jak krew chustą. Jednie jej szare, burzowe oczy zawsze czujnie obserwują świat zza szkarłatnego materiału. Najczęściej chodzi w ciemnych spodniach, czarnej koszuli i odrobinę za dużym płaszczu, który (jak większość rzeczy) dostała po bracie.
Zdolności: Przede wszystkim Lisbeth jest bardzo zwinna i wygimnastykowana. Bez trudu wspina się na drzewa, bądź urządza ekstremalne pościgi po dachach budynków. Ludzie często mawiają, że Lisbeth jest jak cień. Przychodzi nie wiadomo kiedy, bez przerwy wędruje za tobą, by w końcu zniknąć bezszelestnie. Tak, że ofiara nigdy nie spostrzeże, czy ktoś za nią idzie i kto będzie jej katem. Szkolenia w dużym stopniu bardzo jej w tym pomagają, choć niedowaga też robi swoje. A jeśli chodzi o broń to nie należy do wielbicielek ciężkich i zbyt długich narzędzi, które tylko „przeszkadzają”. Krótkie miecze, sztylety i noże to jej brożka. Zawsze nosi przy pasie zatrute ostrze, tak na wszelki wypadek. Nigdy się z nim nie rozstaje, choć bardzo rzadko musi po nie sięgać. Ma też bardzo wyczulony węch i słuch. Główną przyczyną tej „mutacji” jest jej problem ze wzrokiem. Nie, nie chodzi o to, że Lisbeth jest ślepa, lub niedowidzi (choć czasem obraz częściowo zamazuje jej się przed oczami). Może oglądać świat, ale tylko w czarno-białej wersji. I wielu, naprawdę wielu odcieniach szarości.
Zainteresowania: Większość jej zainteresowań ściśle wiąże się z pracą, którą kiedyś wykonywała. Nie, nie jest pracoholiczką. Spędziła wiele dni i nocy jeżdżąc konno i do tej pory kocha dosiadać tych stworzeń, zwłaszcza tych wrednych i najbardziej nieprzewidywalnych. Ciekawią ją sny i wszelkie wizje. Sama bardzo rzadko ich doświadcza, lecz odkryła u siebie pewne zamiłowanie do interpretowania wszelkich dziwnych zjawisk, których nie potrafi wyjaśnić nauka. Czytanie starych run, tłumaczenie snów, no i przede wszystkim karty tarota. Nie uważa się za wróżkę, jeśli o to chodzi, po prostu interesuje się tego typu rzeczami. Zna wiele „gatunków” potworów, których nauczyła się dekady temu, kiedy pracowała jeszcze jako Łowczyni. Długodystansowe biegi, wspinaczka, przekradanie się bezszelestnie z balkonu na balkon, godziny pozbawione snu i całonocne czuwania- czy to również zalicza się do zainteresowań?
Charakter: Lisbeth jest raczej typem samotnika. Zdecydowanie lepiej czuje się wędrując samotnie pod osłoną nocy, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo, niż z hordą głośnych kompanów u boku. Oczywiście nie jest osobą aspołeczną i zapewne jak każdy, nie wytrzymałaby zbyt długo bez towarzysza (choć ona twierdzi inaczej…), ale ogranicza się do jednej, góra dwóch bliskich osób. Choć nawet tym bliskim bardzo rzadko potrafi zaufać. Nie ma to nic wspólnego z nieśmiałością, bardziej z realistycznym (no, może trochę pesymistycznym) podejściem do życia. Przez dekady spędzone na świecie widziała już nie jedno i nauczyła się naprawdę wielu rzeczy. Dostrzega po prostu zbyt wiele oszust i fałszywości, by móc komuś powierzyć swoje życie, tajemnice, czy cenne rzeczy. Owszem, sama też nie gra uczciwie, jednak nigdy nie oczekiwała od kogokolwiek, że jej zaufa. Z resztą, Lisbeth sama twierdzi, że na miejscu innych osób, ona nigdy by sobie nie zaufała. Ale czemu się tutaj dziwić? Osoba, która ma tak wielki dystans do siebie, jak Gotka, bez problemu opowiada takie rzeczy. W jednym jednak ma rację- bardzo ciężko jest jej zaufać, głównie dlatego, że dziewczynę otacza pewna aura tajemniczości. Ciężko jednak stwierdzić, czy Gotka faktycznie jest taka skryta i tajemnicza, za jaką ją mają. Raczej specjalnie „utworzyła” dookoła siebie taką aurę. Stara się wyglądać groźnie i poważnie, ale w myśli śmieje się z tego, jak ludzie koło niej reagują na błyszczące, zakrwawione ostrze w jej dłoni. Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak gbur i ponurak, to bardzo daleko jej do takiego zachowania. Posiada dość specyficzne poczucie humoru, choć niektórych jej swobodne podejście do życia potrafi rozbawić. Bardzo często nazywa siebie „córką sarkazmu i ironii”, o czym wiele osób miało wątpliwą przyjemność się przekonać. Jej odzywki często dostają tytuł „chamskich i nie na miejscu”, lecz mimo to nadal chętnie trzyma przy własnym zdaniu. Bardzo ciężko jest ją czymkolwiek zainteresować. A przynajmniej słuchacz często odnosi takie wrażenie. Niestety, wynika to również z jej dziwnych umiejętności aktorskich, które zwykle bywają sprzeczne. Kiedy ktoś jej o czymś opowiada, Lisbeth udaje wierną i uważną słuchaczkę. Dopiero, gdy coś ją naprawdę zaintryguje, zacznie zgrywać obojętną. Niestety, kiedy ktoś ją zainteresuje potrafi łazić za nim godzinami, dniami, a (w szczególnych przypadkach) nawet i tygodniami. Nie ma to jednak zbyt wiele wspólnego z prześladowaniem… raczej zawracaniem tej osobie głowy. Gotka bardzo ceni sobie wolność i wręcz nienawidzi wykonywać czyichś rozkazów (zwykła je łamać, często zupełnie bez powodu). Jej największą zaletą, ale również i wadą jest szczerość. Potrafi obrazić każdego, z kamienną twarzą, jakby nie widziała w tym niczego złego. Dlatego też w jej towarzystwie lepiej nie liczyć na grzecznościowe odpowiedzi. Choć na taką nie wygląda, to bardzo lubi się śmiać, nawet jeśli ona sama przekształca większość własnych żartów w sarkastyczne wypowiedzi. Jest w tej dziewczynie pewna niezależność. Coś bezkompromisowego i porywczość, która zawsze kolarzy się z młodością. Lisbeth ma naprawdę specyficzną, choć i wyjątkową osobowość, którą tylko niektórzy potrafią dostrzec, a tym bardziej docenić.
Historia: Podczas wojny wiele ras zaczęło walczyć przeciwko sobie. Ludzcy żołnierze, walczyli z armiami elfów, krasnoludy napadały na potężne wojska nieprzyjaciela, a inne stwory, takie jak wampiry, rusałki, czy demony zajmowały się raczej własnym interesem. Potwory, które ludzie często określają jako „złe” nie prowadziły wojen na tak wielką skalę. Wystarczyło im napadanie na okoliczne wsie, niszczenie upraw, zabijanie zwierząt i porywanie dzieci. Jednak nawet z kimś takim trzeba było skutecznie walczyć, nawet jeśli owe stwory nie wyrządziły aż tak wielkich szkód, na skalę państwową. Właśnie po to powołano specjalną organizację, zwaną Łowcami. Była to zamknięta grupa, w której skład wchodziło zaledwie kilka, może kilkanaście osób. Jednak dzięki wieloletnim szkoleniom i wyczerpującym treningom okazali się oni wyjątkowo skuteczni. Tak się składa, że Lisbeth, choć wtedy jeszcze nosiła imię Gwendolyn, należała do owej grupy i cieszyła się tytułem jednej z najlepszych Łowczyń w organizacji. Kiedy zaproponowano jej wstąpienie w te tajemnicze szeregi, miała zaledwie 11 lat. Była jedną z najmłodszych Łowców, jednak zdobywając wiele umiejętności, zyskała również należyty szacunek. Każdy Łowca działał w pojedynkę, a wysyłany był na misje o różnym stopniu trudności. Wszystko zależało od doświadczenia oraz umiejętności Łowcy, a Gwendolyn posiadała naprawdę spore. Od wielu lat wysyłano ją na przeróżne misje, które w wielu wypadkach mogły skończyć się śmiercią. Ale nie dla niej. Osoba, która w tak młodym wieku została poddana wielu treningom, była zdecydowanie lepiej przygotowana niż większość jej starszych towarzyszy.
Niestety, którejś nocy wykazała się zbyt dużą arogancją i nie zdając sobie sprawy z siły przeciwnika, podjęła się zbyt niebezpiecznej misji. Tą bestię ciężko było nawet dopasować do jakiegokolwiek gatunku. Mieszanka wampira, kąsacza, demona i kilku innych, przerażających potworów. Pozostali Łowcy stanowczo odradzali jej tej misji. Tłumaczyli, że jest jeszcze zbyt młoda i za słaba, by skutecznie pozbyć się tamtego dziwadła. Niestety, problem był w tym, że nikt inny nie nadawał się do tego bardziej niż Gwen, a nawet jeśli takowa osoba żyła wśród Łowców, to aktualnie znajdowała się gdzieś daleko, na innej misji.
Gwendolyn miała wtedy równo 20 lat… kto by pomyślał, że na tym rozdziale skończy swój żywot? Nikt. Nawet ona w obliczu śmierci dalej wierzyła, że ma szansę wygrać. Starcie, które przyszło jej stoczyć nie było już nawet zwykłą grą. Nie toczyła się ona o honor, zapłatę, czy nawet bezpieczeństwo ludzi w mieście. Chodziło tu tylko i wyłącznie o jej życie.
Przybyła do tej opuszczonej stodoły, pod osłona nocy. To właśnie tam zamieszkało Dziwadło, równo z którego przybyciem zaczęły znikać dzieci i ginąć starcy. Owa bestia miała dość okropny sposób zabijania, który bardziej przypominał starożytne tortury, niż morderstwo. Trucizna. W okolicy nazywano ją Strachem, bardzo trafnie zresztą. Kiedy jad dostawał się pod skórę i mieszał z krwią, wywoływał halucynacje. Ale nie byle jakie. Człowiek zaczął widzieć wszędzie to, co nie powinno istnieć- jego najgorsze koszmary. Umierał bardzo długo, w bólu, samotności i strachu. Gwendolyn również tego doświadczyła. Dziwadło zaatakowało ją nagle, w najmniej przewidywanym momencie. Nie działały na niego żadne ostrza, ani zaklęcia. Dopadło Gwendolyn, wgryzając się w jej szyję i wstrzykując potężną dawkę trucizny. A potem odeszło, jakby nigdy nic…
Gdyby nie inny Łowca, który dostał misję niedaleko, Gwen zapewne już dawno temu straciłaby życie. Choć krzyczała i szarpała się niemiłosiernie, gdy tamten wiózł ją do siedziby Łowców, to jej towarzysz ani na chwilę nie stracił nadziei na uratowanie Salander. I rzeczywiście, udało się uratować jej życie, choć skutki zapewne były zupełnie inne niż zakładano. Poddano ją operacji. Bolesnemu zabiegowi, który miał na celu zlikwidować toksyny, wyniszczające ciało i umysł dziewczyny. Stary jad zwalczono nowym jadem. Niestety, tej drugiej trucizny, choć nie była szkodliwa (a przynajmniej, nie śmiertelnie) dla zdrowia, nie dało się w żaden sposób usunąć. To właśnie przez jej działania Lisbeth do jej pory widzi świat tylko w czarno-białych barwach. Przez nią również żyje znacznie dłużej i posiada swoje… dziwactwa. Efekt uboczny zbyt dużych dawek trucizny w ciele? Mutacja. Łowcy mieli jak najlepsze intencje, jednak stworzyli potwora. Mieszankę człowieka, wampira, kąsacza, wilkołaka i innych dziwactw, które nigdy nie powinny być ze sobą łączone. Kiedy prawda wyszła na jaw, organizacja starała się usunąć Gwendolyn z tego świata. Całe szczęście, że dziewczyna uciekła. Dowiedziała się o wszystkim w samą porę. Tak oto, przybrawszy imię Lisbeth, ruszyła w najdłuższą podróż swego życia. Jak najdalej od ludzi, jak najdalej od katów. Do krainy wolności, na koniec świata…
Partner: Nie odczuwa potrzeby bliskości żadnego pana… choć, mogłoby być całkiem ciekawie. Zawsze można spróbować, nie? Choć szczerze wątpię, by ktokolwiek wytrzymał z nią na dłużej. Szczerze, to aby przetrwać z nią kilka dni, trzeba wiedzieć jak walczyć o swoje, umieć się odgryźć lub rywalizować.
Rodzina: Znała tylko starszego brata, choć odszedł on dawno temu.
Towarzysz: Persefona
Szczegóły:
~Zdecydowanie bardziej woli noc od dnia, choć jej ulubioną porą są zachody słońca. A konkretnie, moment, w którym słońce jakiś czas temu schowało się za horyzontem, ale niebo ma jeszcze silny pomarańczowo-fioletowy kolor.
~Chciałaby umieć latać.
~Bardzo lubi muzykę. Nie tylko słuchać, ale również i grać na instrumentach. Ogólnie Lisbeth kocha sztukę, od malowania, po śpiew. Wyjątkiem jest taniec, którego dziewczyna szczerze nienawidzi i unika jak ognia.
~Lubi nosić na szyi przeróżne rzemyki, bądź wisiorki. Nie jest to jednak ozdobna biżuteria. Zwykły, płaski, czarny kawałek kamienia na sznurku, nic więcej.
Autor: Annabeth

niedziela, 25 października 2015

Od Viserany c.d. Phestera - Urodzona po to, by utrudniać życie

<Pozwólcie że opowiem co nieco od początku dnia>
Wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną. Wiecie czemu? Bo przeważnie, jak teraz, budziłam się nie tam gdzie zasnęłam. W tym momencie była to podłoga z odrobiną nieco zdegustowanej Ashlotte.
- Wybacz - mruczę i podnoszę się z trzaskiem kości.
Ziewam szeroko przeciągając się jednocześnie, trzaskam kręgosłupem, wzdycham cicho i pocieram oczy. Musze się napić. I umyć...
Pół godziny później wychodzę z lodowatego źródełka w środku lasu i szybko ubieram koszulę, spodnie i buty. Oczywiście, od razu przyklejają się do mnie, ale nie przejmuję sie zbytnio. Puszczam się biegiem przez las - wysycham.
Dopadam do stodoły już całkiem sucha i zadowolona. Otwieram drzwi w tym samym momencie co nasz nowy znajomy - Halt.
- Doberek! - rzucam, odsuwając się.
- Dzień dobry. Gdzie byłaś? - pyta.
- Skąd pomysł że gdzieś byłam?
- Stąd - zamyka drzwo stodoły - że wstałem kiedy tak "cicho" zamknęłaś drzwi.
- Aaaaa, to. No tak, byłam... Nad jeziorkiem.
- Hm, skoro tak.
Idziemy na padok i Halt coś tam zaczyna układać. Opieram się o ścianę, ale potem zauważam, że obok leży stóg siana. Uśmiecham się i wskakuję na niego.
- Co robisz? - pytam, machając nogami w powietrzu.
- Pole treningowe. - Przekręca głowę i spogląda na mnie zawadiacko. - Chyba, że wolisz zrobić z tego arenę do walk.
- Łuczników? Jasssssssne.
- Nie przyjmujesz wyzwania?
- Nie. Tego nie. Niezły ze mnie łucznik, ale nie przepadam. Ale sztylety - to mój konik.
- Dobze wiedzieć.
<Resztę historii znamy, dzięki Mild, zacznę natomiast od momentu, kiedy Mild pobiegła za Phesterem>
Mild oddaje strzałę Haltowi i próbują jeszcze parę razy, ale Mild jest jakaś nieskupiona.
- Mild? O co chodzi? - pytam, kiedy nastaje przerwa.
- Ja... chyba pójdę coś... - Ijuż biegnie do gospody.
Uśmiecham się. Idzie za tym gościem. Hmm, no nie powiem, ciekawy osobnik. Sama bym tam chęnie poszła ale...
- Vista. Gdzie Mild? - pyta nagle Halt.
- No, ładny z ciebie nauczyciel. Nie upilnowałeś ucznia.
- Więc?
- Poszła do gospody.
- Ah. No dobrze.
Wracam na stóg siana i zaczynam bawić się źdźbłami. Po chwili jednak wyciągam sztylet z buta i zaczynam nim kręcić.
- Co ty masz z tymi sztyletami? - Podnoszę gwałtownie głowę.
Rozlega się głuchy stukot i Halt łapie sie za szczękę. Ja natomiast za głowę.
- Ałć! Co tak gwałtownie? - pyta mężczyzna.
- No... Nie lubię tak z zaskoczenia i blisko.
- Mhm, będę wiedział na przyszłość.
- A odpowiadajac na twoje pytanie - po prostu je lubię.
- I dlatego wiecznie się nimi bawisz?
- Tak.
- I chwalisz?
- Co? Nie! Po prostu... są jak część mnie, a tak w ogóle to co ci przeszkadza, że... - Zbyt gwałtownie wymachuję rękami, przez co sztylet wylatuje mi z dłoni, leci, obraca się... I przelatuje tuż obok jakiegoś mężczyzny wychodzącego z gospody... Ten wpada lekko w panikę, ucieka... Przepraca się, słychac trzask, wkrzask...
Złamał nogę.
Bravo Vis, barvi!, rugam sie w myślach. Podbiegam do poszkodowanego odpychając po drodze Halta.
- Przepaszam, ja... To wina tego tu, on mnie wkurzył i...
- Odejdź ode mnie kobieto! Jesteś...
Nie słucham dalej. Wiem co powie. Spoglądam miażdżąco na Halta i rzucam się do gospody. Wpadam tam równo z Haltem, który zamiast zostać z tym człowiekiem pobiegł za mną. W tym samym momencie wchodzimy, blokując się. W końcu uderzam go łokciem i wpycham sie do środka. Dopadam do stolika Phestera i Mild, wyciągam ich na zewnątrz i wyjaśniam co sie stało. Potem dopadam Halta.
- No i co? Zadowolony? - warczę.
- O co ci chodzi kobieto?
- O to, ze przez ciebie prawie zabiłam człowieka!
- I to moja wina że masz złą koordynację ruchową?!
- Tak!
<Halt? Wybacz, ze tak słabo ale pisałam to trochę na szybko>

sobota, 24 października 2015

Od Phestera c.d. Mild - Rozmowa w karczmie

 -Czy tego szukasz?- Wyciągnął długi, drewniany przedmiot w stronę dziewczyny, która nieco ociągając się wzięła strzałę cały czas patrząc na oczy mężczyzny, jedyną rzecz widoczną spod maski.
 -Mild?! Długo jeszcze?- Z oddali dobiegł czyjś głos nawołujący elfkę. Coś załopotała i tuż obok nich wylądował kruk. Białowłosa aż podskoczyła zaskoczona gdy ten otworzył dziób i wydał z siebie głośny skrzek.
 -Mild!!!- Znów ktoś zawołał.
 -Czekają na ciebie dziecko. Idź.- Ton mężczyzny był uprzejmy, ale mimo to dziewczyna poczuła dziwny dreszcz. Obróciła się powoli nie spuszczając oczu z nieznajomego a gdy była już w jej mniemaniu wystarczająco daleko puściła się biegiem. Wypadła z lasu niemal potykając się o własne nogi.
 -A tobie co? Ducha zobaczyłaś?- Zaśmiała się dziewczyna oparta o ścianę.
 -Tam w lesie.- Wskazała strzałą na drzewa. -Taki wysoki, czarny w masce...- Tłumaczyła gorączkowo.
 -Wybaczcie, ale chyba wystraszyłem waszą przyjaciółkę.- Oznajmił zimny głos. Zagadkowa postać pojawiła się nie wiedzieć kiedy za plecami dziewczyny i skłoniła się lekko. A tuż obok wylądowały czarne kruki. Cała trójka drgnęła i zdawało się że sięgają po broń. Nieznajomy postanowił ich uspokoić.
 -Proszę, nie szukam zwady. Nazywam się Phester i jestem lekarzem.-Cała trójka popatrzyła po sobie.
 -Ja nazywam się Halt, to jest Viserany, a Mild już zdążyłeś poznać.- Przedstawił wszystkich mężczyzna. Nadal jednak jego wzrok był nie ufny.
 -Miło mi poznać.- Powiedział raz jeszcze się kłaniając, a lodowaty głos właściciela sprawiał, że mimo słońca zrobiło się jakby chłodniej. -Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem wam nazbyt. A teraz wybaczcie.- Znów się skłonił i ruszył w stronę karczmy. Gdy tylko stanął w drzwiach izby szmery ustały. Reakcja ludzi w jej wnętrzu nie różniła się wiele od tego co spotykało go na co dzień. Wszyscy milkli, zapadała głucha cisza. Phester, nie zwracał na to jednak uwagi wcisnął się w najdalszy z stołów, w najciemniejszy kont by nie rzucać się w oczy. Na parapecie okna, za szybą przysiedli jego towarzysze. Barmanka długo zbierała się by podejść do dziwnego gościa, a inni bywalcy mimo że wrócili do rozmów popatrywali z ukosa na nieznajomego.
 -C... Co podać?- Zająknęła się dziewczyna która podeszła do stolika.
 -Wodę i trochę surowego mięsa.- Kelnerka otworzyła szerzej oczy, ale skinęła głową i pośpiesznie odeszła. Lekarz wyciągał z swojej torby starą mapę, rozłożył ją na stole i zaczął uważnie studiować. Po chwili barmanka przyniosła zamówienie i odeszła bez słowa. Kruk uchylił okiennice by móc podać całą porcję wołowiny i trochę wody. Po czym wrócił do poprzedniego zajęcia. Mapa była stara, jednak Phester co rusz nanosił na nią poprawki uaktualniające jej treść. Kolor czerwony, czyli miejsca całkowicie podległe Arsmanowi zajmowały niemal całą powierzchnie. Żółty- miejsca stawiające jeszcze opór, ale atakowane, czy pomarańczowy- tereny dawniej podbite, które teraz wznosiły bunty, również zajmowały znaczną większość. Zielony, czyli jak zaplanował sobie zaznaczać kraje neutralne nie ostał użyty ani razu. Jego wzrok przykuwała teraz za to jedyna biała plama. Ogrodzony wysokim pasmem górskim nadmorski teren. Nigdy nie miał żadnych wieści o tym miejscu. Jest uważane za dzikie i opuszczone. Teraz gdy temperatura wzrosła, a rodzina jeszcze zacieklej deptała mu po piętach musiał się tam skierować. Nawet jeśli już coś tam powstało, to z pewnością lepsze od tego piekła. Ocenił swoją podróż na niecały dzień, jeśli tylko zdobędzie w tej gospodzie konia. Poprzedniej nocy został napadnięty i stracił wierzchowca, a to mu bynajmniej nie ułatwiało sprawy.
  -Pan Phester?- Usłyszał już znajomy głos i podniósł powoli swój długi dziób znad pergaminu. Białowłosa elfka dosiadła się do stolika. Mężczyzna ponownie wyczuł zaciekawienie gapiów skupione na nim i młodej towarzyszce.
 -Chciałam Pana przeprosić, że tak zareagowałam gdy na Pana wpadłam.- Zaczęła dziewczyna. Teraz zdawała się być zaintrygowana postacią w masce. Jej bystry wzrok dokładnie badał mężczyznę w poszukiwaniu przebicia przez maskę. Było to jednak na nic. Jedyne co mogła dostrzec to zimne oczy pozbawione jakiegokolwiek wyrazu i przeraźliwie chude dłonie.
 -Nie mam urazy. To ja powinienem przeprosić jeśli Cię nastraszyłem.- Tak jak poprzednim razem był uprzejmy, jednak beznamiętny ton psuł całe wrażenie.
 -Ależ skąd!- Machnęła dziarsko ręką, chcąc pokazać że wcale jej nie przestraszył, czy choćby zaskoczył.
 -Rozumiem.- Skwitował i zaczął składać mapę. Ręka dziewczyny jednak go powstrzymała, ale gdy tylko zetknęła się z chłodną skórą wampira zaraz cofnęła dłoń.
 -Chcesz zobaczyć?- Zapytał podając papier. Mild pokiwała głową i przyjrzała się kolorowym plamom nakreślonym przez właściciela. Dłuższą chwile siedziała w ciszy biegając wzrokiem na wszystkie strony.
 -Gdzie się wybierasz? W to białe miejsce?- Zapytała a mężczyzna skinął głową. -Nie ma tam wojsk?- ponownie skinienie i znów zapadła chwila ciszy. -Możemy iść z tobą?- Wypaliła, a Kruk zamarł na moment. Nie zdążył odpowiedzieć bo do karczmy wpadła kobieta i mężczyzna - towarzysze elfki. Obrzucili izbę wzrokiem i zatrzymali się na białej masce mężczyzny. Błyskawicznie dopadli do jego stołu.
 -Jesteś medykiem?- Phester kiwnął głową jak przy rozmowie z Mild i już spodziewając się następnych słów zaczął pakować swój dobytek.
 -Chodź z nami jest potrzebna twoja pomoc.- Oznajmiła kobieta. Lekarz podniósł się, po czym całą czwórką pośpiesznie opuścili budynek.

<Mild? Halt? Viserany? Załatwiamy szybko sprawę, konia i do wieczora musimy być w Hidden :P >