piątek, 24 marca 2017

Od Kiette c.d Halta i reszty

   Wczorajszej nocy udało mi się się nie zetknąć z ani jedną kroplą wody, toteż szczęśliwa i wtulona w swojego pupila zasnęłm w kącie w jednym z budynków starej osady.
     Obudziło mnie wpadające przez świeżo powstałą dziurę w dachu słońce. Otworzyłam fiołkowe oczy i się rozejrzałam. Wstałam jako ostatnia z osób śpiących w tym budynku, co w zasadzie nie należało do rzeczy nowych.
    Ostrożnie się podniosłam, uważając, żeby mój nietoperz nie zleciał z moich ramion. Odłożyłam go na koc, po czym on sam się obudził. Biedactwo, przeze mnie został zmuszony do zmiany trybu nocnego na dzienny. Śpij jeszcze, rzuciłam w myślach, a moje oczy rozbłysły czerwienią naszego łącza.
     Sama przeciągnęłam się i otrzepałam z kurzu, po czym ruszyłam w kierunku wyjścia. Jakoś nie chciałam zgubić swoich chwilowych towarzyszy.
    Przez ten wprawdzie bardzo krótki czas, zdążyłam na swój sposób się do nich przyzwyczaić. Wydawali się być w porządku, raczej nie zapowiadało się na to, że na przykład - wyolbrzymiając - w nocy poderżną mi gardło.
    Dawno już z nikim nie rozmawiałam, a więc w pewnym sensie przynieśli mi coś na kształt okazji do powrotu do normalności. Nie zapomniałam i nie zapomnę o tym, co wydażyło się w Mhetuu, ale trzeba nauczyć się żyć w zgodzie z przeszłością, czyż nie?
     Choć wśród nich znalazłam i smoka, i wilczą głowę, co niespecjalnie jest mi na rękę, bo - pomijając już strach - jeszcze bardziej przypomina dawne czasy, to w gruncie rzeczy zdążyłam ich zaakceptować. W końcu i oni sami są zwyczajnie zbitkiem różnorakich istot, które łączy jedynie Hidden. Przynajmniej póki co. Na swój sposób to piękne. Wszechobecna tolerancja i to integracyjne podejście dodały mi jakiejś tam otuchy. Może pobyt pośród nich dobrze mi zrobi, nim będę zmuszona ruszyć w dalszą drogę? A może Hanneon rzeczywiście jest gdzieś pośród nich i dane mi będzie go spotkać? W końcu Shi-Shi tak twierdzi, a w dodatku mój amulet błyszczy na złoto, miedziano i platynowo... Nigdy wcześniej tak nie robił.
       Spojrzałam na otaczające mnie dookoła ruiny osady. Śpiącymi i zmrużonymi jeszcze oczami wypatrzyłam tęczę i jaśniejące na czystym niebie słońce, wychodzące gdzieś ponad lasami i górami. Uśmiechnęłam się delikatnie. Było tu tak spokojnie.
     Myślałam, że nikogo już w pobliżu nie ma, co nieco mnie zmartwiło. Wolałam już być pośród nich, niż pałętać się po obcym terenie sama. Przeszłam między budynkami spory kawałek wzdłuż wydeptanej ścieżki, rozglądając się na boki, aż nagle przed oczami świsnęła mi srebrna strzała. Wylatując spomiędzy budynków przecięła mi drogę i celnie trafiła w znacznie od nas oddaloną, prowizoryczną tarczę z worka na ziemniaki.
       Po niemym okrzyku zaskoczenia zwróciłam twarz w stronę, z której nadleciała strzała i dostrzegłam w cieniu Halta z zawiązanymi oczami. Świadomość, że mogłam zostać przestrzelona, gdybym przechodziła tędy sekundę temu sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz a serce zabiło mocniej. Przez chwilę stałam tam, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, aż pchnięta impulsem postanowiłam się przełamać i zacząć rozmowę.
     - Nie powinieneś być ostrożniejszy? - zapytałam delikatnym tonem, zmierzając w stronę łucznika. Nie wiem, czy to dlatego, że był człowiekiem czy z jakiegokolwiek innego względu, ale nie budził we mnie zbyt wielkiego strachu, mimo tajemniczej otoczki i tego, że prawie mnie przestrzelił. Może dlatego, że chyba nie mam czegoś takiego jak rozsądek? A może dlatego, że w jakimś stopniu przypominał mi mojego brata?
     - A czy ty także nie powinnaś być ostrożniejsza? - odpowiedział mi, wypuszczając kolejną strzałę, która wbiła się w sam środek sąsiedniego worka. - Ja wiedziałem, że tu jesteś, ale ty nie wyczułaś mojej obecności. Straciłaś czujność.
      Westchnęłam tylko, zgadzając się z nim. Rzeczywiście, gdybym się postarała, to bym go dostrzegła już wcześniej. Nie ukrywał się nawet, jednak cień padał na niego tak, że był słabo widoczny. Ale moim kocim oczom to umknąć nie powinno.
      - Masz rację - odparłam, splatając dłonie na szyi. Jak to możliwe, że przez jedno wydarzenie stałam się tak bardzo nieostrożna? Najpierw wpędzili mnie na drzewo, a teraz prawie dałam sobie strzelić w głowę. Chyba zbyt wiele myślę ostatnimi czasy. Nero nie chciałby, aby moja głupota mnie zgubiła.
        Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. Halt strzelał, a ja po prostu stałam. W końcu podeszłam do najbliższego budynku i oparłam się o niego plecami. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, nie miałam też rozeznania w terenie i nie chciałam się gubić, a więc zdecydowałam się go poobserwować.
        W nie aż tak dalekim tle słyszałam niesione echem odgłosy rozmów. Może część wczorajszej ekipy gdzieś razem zniknęła?
        Moje oczy zalśniły czerwienią i trwały tak do chwili, aż otrzymałam sygnał zwrotny od lecącego już Shi-Shiego.
        - Będę ci tutaj przeszkadzać? - zapytałam niezbyt śmiało Halta, zsuwając się na ziemię, w efekcie siedząc po turecku.



<Halt? Choć właściwie to wszyscy wolni jak się nudzą mogą się dorzucić, po to ten wers z odgłosami rozmów ;)>

Od Malika cd Jumona - Przepraszam, zgubiłem smoka...

        Malik, jak to na stereotypowego kota przystało, nie lubił być mokry. Równocześnie był także medykiem i jego kodeks moralny kazał mu poświęcać wszystko dla dobra pacjentów. Nigdy w życiu by się nie spodziewał, że te dwie rzeczy kiedykolwiek zaczną sobie bruździć. A jednak - obejrzenie z bliska rannego skrzydła Frelsera wiązało się z wielokrotnym spotkaniem z wilgotną od nocnej ulewy trawą. Frel swoim zwyczajem wiercił się jak szczeniak, to próbując pospieszać felina, to znowu dopatrując koło nosa upierdliwą muchę, w efekcie czego Gambit obrywał na zmianę w czoło i w plecy albo krawędzią skrzydła, albo nawet ogonem, po czym lądował na ziemi. Doskonale rozumiał, że młody smok nie mógł doczekać się próbnego lotu, ale jego niecierpliwość wespół z mokrym ubraniem zaczynały mu grać na nerwach.
  - Nareszcie - mruknął pod nosem, gdy w końcu zdjął cały opatrunek. - Frel, rozprostuj skrzydło!
  W ostatniej chwili przypomniał sobie, że powinien był tą prośbę bardziej doprecyzować i schylił się przewidując co też mogłoby go w innym wypadku ponownie spotkać. I faktycznie, smok rozłożył wyleczone skrzydło tak, jak je trzymał, czyli na wysokości pyska felina, śmigając nad uchylonymi uszami skulonego medyka.
  - Następnym razem nieco wyżej - rzucił zirytowany. Gad słysząc karcący ton podjął nieudaną próbę ukrycia łba w trawie.
  Kot delikatnie przesunął dłońmi po śladach rany, sprawdzając czy skóra odpowiednio się napięła. Nie chciał, by przez jego nieuwagę i brak doświadczenia w leczeniu podobnych przypadków Frelser miał problemy z krzywo zrośniętą, a co za tym idzie zbyt krótką błoną skrzydłową. Wszystko wyglądało jednak tak, jak powinno. Malik odsunął się kilka metrów i zamachał rękoma jakby próbował latać. Lodowy gad załapał i załopotał skrzydłami, stając przy tym na tylnych łapach.
  - Wszystko wygląda świetnie - stwierdził zadowolony felin, gdy Frelser opadł z powrotem na wszystkie nogi.
  ~ To mogę już latać? ~ w głowie kota zabrzmiał proszący głos szarego smoka.
  - Jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać... - Gambit uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
  Frel okręcił się w kółko z radości.
  - Ale tylko próbny lot! - rzucił szybko medyk. Isbryter spojrzał w jego stronę. - Kilka kółek nad polaną i wracasz, jasne? - doprecyzował.
  Gad pokiwał ochoczo głową i przestąpił kilka kroków dalej od domku Atlanta. Stanął na lekko rozłożonych nogach, dla próby zamachując jeszcze powoli skrzydłami. Potem zamachnął pewnie ogonem i z krótkiego biegu wystartował ostro w górę, wyciągając przed siebie szyję. Lecąc ku niebu okręcał się z gracją wokół własnej osi, a gdy osiągnął zamierzony pułap rozłożył nieruchomo skrzydła, przez chwilę opadając w dół, po czym zaczął spokojnie szybować po kolistym torze. W obserwowaniu akrobacji szczęśliwego smoka było coś magicznego, jakby sam widok chciał budzić w obserwującym takie same uczucia, co te towarzyszące majestatycznym gadom w przestworzach. Do równie uradowanego Malika dotarł ryk. Felin nawet nie zdawał sobie sprawy, że podobny odgłos może pobrzmiewać czymś innym niż grozą, a jednak ten jeden przywodził na myśl jedynie okrzyk czystej radości.
  Nagle jednak medyk zdał sobie sprawę, że Frel zaczął zbaczać z umówionego kursu, aż w końcu smok zupełnie odbił w stronę lasu i poleciał w tamtym kierunku.
  - Ty kłamliwa cholero... - Gambit pokręcił z niedowierzaniem głową i pobiegł za nim.
  Pomysł już z założenia był głupotą: dogonić na piechotę lecącego smoka? Felin nie miał pojęcia co chciał w ten sposób osiągnąć. Domyślał się jedynie, że smok najpewniej za chwilę gdzieś wyląduje, a jedynym w miarę otwartym terenem jaki przychodził mu do głowy, poza ich polaną, było jeziorko niedaleko stąd. Jedynym logicznym wyjściem wydawało się udanie właśnie w tamtym kierunku i poczekanie na oszukańczego gada z założonymi rękoma.
  W myślach Malik układał już całą tyradę na temat smoczej prawdomówności i różnych scenariuszy na temat tego co mogło by się wydarzyć, gdyby rana nagle się otwarła w locie...właściwie to nic by się nie zdarzyło, poza skropieniem okolicy gorącą smoczą krwią. Ale na coś musiał ponarzekać, jeśli chciał tego przerośniętego bachora upomnieć. Przedzierał się przez zarośla nie zastanawiając się ile właściwie robi hałasu, aż w końcu wylazł na brzeg. Ku jego zdziwieniu, gdy podniósł wzrok dostrzegł dwójkę chłopaków odruchowo unoszących bronie w jego stronę. Po chwili jednak opuścili oręż, a jeden z nich, chyba niezbyt zadowolony, wcisnął ręce w kieszenie.
  - Dzień dobry - przywitał się ten drugi.
  Felin zmrużył oczy. Coś mu w nim nie pasowało. Jakby gdzieś już widział jego...albo kogoś bardzo podobnego.
  - A dobry - odpowiedział. - Powiedzcie mi, panowie, nie widzieliście może gdzieś w okolicy smoka?
  Oboje spojrzeli po sobie skonfundowani.
  - Mówię zupełnie poważnie - zapewnił Gambit, doskonale sobie zdając sprawę, że pewnie brzmi dla nich jak wariat. - Zgubiłem smoka.
  - Zgubiłeś...smoka? - powtórzył po nim blondyn, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze słyszy.
  - Tak! Lodowego, konkretnie. Długi na jakieś trzy konie, szare łuski i pióra na zewnętrznej stronie skrzydeł - uściślił felin.
  - Nie przypominam sobie, niestety.
  - Ech, mówi się trudno - Selethen machnął niedbale ręką i już odwrócił się z powrotem.
  - Czekaj! - wtrącił się drugi z dwójki. Kot obrócił się w ich kierunku. - Jesteś jedną z mieszkających tu istot?
  - ,,Istot"? - Malik uniósł jedną brew. - Na temat co poniektórych to chyba trochę zbyt wiele powiedziane. A można wiedzieć czemu pytacie? - w jego głosie zabrzmiała podejrzliwość. Za granicami Hidden wciąż trwała wojna, a wnioskując po opowieściach niektórych, imperium mogło zacząć się interesować tutejszymi terenami. Nie chciał przyprowadzić Atlantowi pod nos imperialistów już drugiego dnia swojego pobytu tutaj.

Jumon? Sarazi? Wybaczcie długość tego właściwego cd, wenus brakus >.<

czwartek, 23 marca 2017

Od Halta cd Louise - Ślady zębów czasu

<Wszystko się dzieje jeszcze pod wieczór, ale następne opka będą już rano, słowo za siebie i resztę ^^" >

        Nietrudno było zgadnąć, kto jako pierwszy zacznie przeglądać nadgryzione zębem czasu budynki - Tenzin (dosłownie) w podskokach znalazł się u podnóża pagórka i zniknął między domami. Godność Louise chyba nie mogła jej pozwolić po raz kolejny dać się wyprzedzić Owcy. Wzięła wdech, jakby zaraz miała zanurkować, i ruszyła biegiem przez trawę. Z perspektywy Halta i Kiette wyglądało to jakby coś się toczyło z góry w ślad za dwoma duchami. Mężczyzna jednak powstrzymał się w ostatniej chwili od zgryźliwego komentarza. Uśmiechnął się zachęcająco do stojącej z tyłu kotołaczki i ukłonił, jakby przepuszczał ją w drzwiach.
  - Panie i duchy przodem - powiedział z uśmiechem.
  Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i zaczęła ostrożnie schodzić na dół. Idąc za nią łucznik wyczuł pod stopami wgłębienie, podobnego spodziewał się trochę na bok. Koleiny, domyślił się. Musiała tędy biec kiedyś droga, ubijana latami w miękkiej ziemi przez koła wozów. Obieżyświat zerknął na niebo, pomarańczowe od zachodzącego słońca. Zza ich pleców nadciągały ciemniejsze chmury. Zapowiadało się na burzę. Niedługo trzeba będzie zbierać towarzystwo w kierunku domu Alta. Póki co mogli jeszcze wykorzystać ostatki dnia na zwiedzenie nowo odkrytego terenu.
  Lou spacerowała właśnie po murku, kiwając się na boki, jakby chciała sprowokować grawitację do zrzucenia jej na ziemię. Gdzieś między domami mignęła jasna sylwetka Tenzina i zniknęła w drzwiach domostwa tylko po to, by zaraz przeskoczyć przez zniszczone okno i zwiedzać dalej. Łącznik przeglądał wszystko z dziecięcą fascynacją, w przeciwieństwie do wręcz leniwie snującej się za nim Suowei.
  - Znaleźliście już coś ciekawego? - spytał Halt.
  - Ja na razie przeglądnęłam tylko tamten zupełnie zawalony - Niebieska machnęła łapką w stronę małego domu w zupełności pozbawionego dachu. - Nic tam nie ma, tylko trawa i pordzewiałe boksy. Chyba trzymali tam owce czy kozy.
  - A Tenzin?
  - Jak na razie obskoczył chyba ćwierć wioski i nigdzie nie siedział na dłużej - wzruszyła ramionami. - Pewnie da nam znać jeśli coś znajdzie.
  Halt obrzucił wzrokiem starą wieś. Przecinała ją właściwie tylko jedna droga, a parterowe domki stały schludnie ułożone po obu stronach. Nieco większe gospodarstwa miały po kilka budynków, stojących za domem mieszkalnym, jak wspomnianą przez chochliczkę obórkę. Te w zupełności pozbawione dachów musiały mieć je kryte jeszcze strzechą, co wskazywało na zamożność mieszkającej tu niegdyś społeczności. Drewniane płotki nie nadawały się już do użytku - sprawiały wrażenie, jakby byle podmuch wiatru mógł je przewalić. Ostały się jedynie porośnięte warstwą dzikiego zielska murki, sięgające nie wyżej niż pas dorosłego człowieka. Mimo wszystko łucznikowi łatwo było sobie wyobrazić pokryte ozdobami drewniane ściany, przejeżdżający wóz obszczekiwany przez podwórkowe psy, dzieciaki przebiegające przez drogę, kobiety wieszające pranie lub pielęgnujące grządki i odległe odgłosy zwierząt na pastwiskach.
  Tylko co zmusiło tych wszystkich ludzi do opuszczenia tego miejsca?
  - Halt! Zobacz! - zawołała nagle Louise.
  Mężczyzna otrząsnął się. Nawet nie zauważył kiedy zeskoczyła z murku. Kiette również zdecydowała się pozwiedzać. Głos Andrasty dobiegał z jednego z większych domów posiadających aż trzy przybudówki. Jedna, w zupełności drewniana, była w kompletnej ruinie. Musiała być zapewne stajnią. Do drugiej z przybudówek schody prowadziły w dół - pomieszczenie było do połowy zapadnięte w ziemię, najpewniej służyło jako spiżarnia dla krótkoterminowych produktów. Halt wszedł do trzeciej, obecnie pozbawionej drzwi i jednej z okiennic. Druga wisiała na walecznym zawiasie. Wnętrze niewątpliwie było kuźnią, z której pozostał jedynie piec i kowadło.
  - Też to widzisz? - zapytała Lou. Wspięła się na kowadło, chcąc być w miarę na wysokości towarzysza.
  - Co masz na myśli? - Halt uniósł jedną brew pytająco.
  - Wieszaki na ścianach, stojaki na gotowe wyroby - wszystko puste. Nawet narzędzi kowalskich nie ma.
  - Ktoś mógł obrobić ten teren. I to pewnie na długo przed nami, bo zardzewiałego metalu nie ma po co kraść - stwierdził mężczyzna ze wzruszeniem ramion.
  - Zastanów się raz jeszcze - nie zgodziła się dziewczyna. - Cały teren zdecydowanie pokryty był kiedyś polami uprawnymi i pastwiskami. Mieszkający tu niegdyś kowal nie trudnił się wykuwaniem broni ani płatnerstwem. Tych ludzi bardziej martwiły zużyte uprzęże w pługu, albo uszkodzona motyka. A taki typowy podrzędny rabuś nie interesuje się kradzieżą sprzętu rolniczego.
  - Sugerujesz, że albo zabrał te rzeczy ktoś faktycznie potrzebujący tego typu narzędzi - zgadywał łucznik - albo kowal spakował swój dobytek i uciekł?
  - Obstawiam, że wszystkie domy są równie puste co ten. Tych ludzi NIC nie napadło. Gdyby zbierali się w pośpiechu, zabieraliby wszystkie niezbędne rzeczy, a młot kowalski czy miechy chyba nie są aż tak istotne w sytuacji zagrożenia życia. A tu nie ma zupełnie nic!
  - Patrząc po stanie wioski nikt tu nie mieszkał gdzieś od początków wojny...może nie chcieli ryzykować i woleli spokojnie udać się gdzieś za granice Sorsiny ZANIM ktoś ich napadnie?
  - Brzmi jak najrozsądniejsze rozwiązanie zagadki - odparła Lou. - Wzięli wszystko, by nie musieć w przyszłości zaczynać od niczego. Ej, może zbudowali sobie nową wioskę, gdzieś daleko stąd i do dzisiaj mieszkają tam dzieci, wnuki i prawnuki tutejszych mieszkańców?
  - Oby nie było nam dane tego sprawdzać - łucznik udał się w stronę wyjścia. - Nie chciałoby mi się opuszczać nowego domu zbyt szybko.
  Patrząc ogółem, budynki nadawały się do użytku. Kamienne fasady trwały niewzruszenie na swoich miejscach, a większość drewnianych ścian wystarczyłoby jedynie ponownie uszczelnić. Odnowa całej wioski oznaczała oczywiście wiele pracy, ale patrząc na liczebność mieszkańców Hidden i fakt, że nie wszystkim przeszkadzało spanie na świeżym powietrzu (niektórzy, pokroju Frelsera, wręcz nie mieli innego wyboru), załatanie kilku dachów i wzmocnienie paru ścian nie było rzeczą niemożliwą. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie zadowolony. Atlantowi na pewno się to spodoba. Będzie musiał mu to pokazać, jeśli oczywiście Louise i reszta nie zrobią tego pierwsi.
  Gdzieś w oddali zagrzmiało. Halt obejrzał się na złośliwie popędzający ich ciemny horyzont. Westchnął i zawołał resztę. Kilka minut później wspinał się już z Kiette i Lou z powrotem na pagórek z którego zeszli. Tenzin, jak zawsze w towarzystwie Suowei, dogonił ich dopiero na szczycie, wyraźnie dumny z siebie.
  - Coś znalazłem! - zawołał podekscytowany.
  Zatrzymali się, z zainteresowaniem wpatrując w owczego łącznika. Ten wyciągnął przed siebie delikatną dłoń i pokazał im lekko pogięty, metalowy krążek.
  - Moneta? - Halt wziął znalezisko w dwa palce, chcąc mu się przyjrzeć.
  - Jest na niej jakiś nominał? - Andrasta podskakiwała mu koło nóg, nie mogąc zobaczyć znaleziska.
  - Nie, za bardzo ubrudzona - odpowiedział łucznik. - Ale ktoś na pewno będzie w stanie ją wyczyścić. Zapytam o to resztę.
  Znowu zagrzmiało. Teraz wydawało się, że stało się to zdecydowanie bliżej niż wcześniej. Burza zachowywała się trochę jak matka zaganiająca dzieci do łóżek. I tak samo jak nie sposób było kłócić się z mamą, tak samo ignorowanie ostrzegawczych grzmień nie należało do najmądrzejszych pomysłów.

środa, 22 marca 2017

Myślisz to co ja?... Zawsze... To jak? Zjadamy na surowo czy podpieczonego?


Imię: Boyd(kobieta) i Brian(mężczyzna), ale jako smok często mówi się Broyd
Nazwisko: Fangilions (Choć jest to przybrane nazwisko, jako że smoki takowego nie mają)
Przydomek: W ich ludzkiej formie zazwyczaj mówi się na nich: Karmazynowy Płomień i Ostrze. Jednak w smoczej formie ktoś ich widzi to zazwyczaj słychać tylko "RATUNKU!!!" więc ciężko powiedzieć, choć czasem gdy mowa o zbliżającym się zagrożeniu nazywa się go Ragnarokiem, z resztą takie określenie bardzo przypadło im do gustu.
Rasa: Dwugłowy smok (Bardzo rzadka i ciekawa odmiana smoka, prawdopodobnie jedyny na kontynencie.)
Wiek: Blisko pół milenium.
Płeć: Jako że w ludzkiej formie są osobnymi organizmami to trzeba uwzględnić ich podział płciowy. A w swojej smoczej wersji można powiedzieć że obojnak
Stanowisko: Lotnicy i Łowcy
Aparycja: Jako ludzie wyglądają jak bliźniaki, mają takie same długie, karmazynowe włosy. Jasne oczy, o dziwo nawet głosy mają podobnie niskie. Łobuzerskie uśmieszki pełne kłów, długie ogony, elfie uszy i rogi. Boyd ma je nieco krótsze i prostsze, a Brian nieco wygięte w "S". Jak to na smoka wypada, mają zamiłowanie do błyskotek, stąd ozdoby na rogach, uszach czy nadgarstkach. Ubierają się w grube skóry i zawsze przy boku noszą swoje szable. W smoczej formie jest to gigantyczny bo mający 10m w kłębie gad z ogromnymi skrzydłami o dwóch głowach, co prawda jednej nieco mniejszej, ale równie niebezpiecznej. Co ciekawe stwór ma jeden zestaw organów, prócz serc. Głowa Briana zionie ogniem, natomiast Boyd pluje kwasem w konsystencji i kolorze przypominającym krew. W tej formie oczy tracą źrenice i jarzą się złowrogim światłem, całe ciało pokrywają czerwone łuski odporne na większość oręży czy zaklęć.
Zdolności: Podstawową zdolnością każdego smoka jest zianie ogniem i tak właśnie Brian zieje ogniem, a Boyd pluje kwasem. To nie jest jedyna zdolność tych dwoje, mogą oczywiście przyjmować ludzką postać dzięki zaklęciu otrzymanemu wieki temu od pewnego maga. Sami jednak mają mgliste pojęcie na temat magii co najwyżej przy ich obopólnym skupieniu mogą rykiem wzburzyć wody lub przywoływać burzę, jednak jest to wyjątkowo męczące i udaje się tylko gdy działają razem. Ich myśli są niemal zawsze połączone przez to nawet jak nie są obok siebie to mają z sobą kontakt, mogą też łączyć się telepatycznie z innymi stworzeniami, jak większość smoków. Jako że są tak na prawdę jedną istotą to gdy jedno z nich zostanie zranione oboje odczuwają ból z tym związany, tak samo jak głód, zmęczenie i całą resztę, nawet łaskotki. Jedynie śmierć może ich rozłączyć, podobno gdy jedna z głów zostanie odcięta lub zabita w ludzkiej formie, druga może żyć jako zwykły smok, nikt jednak tego nie sprawdzał a i oni nie są do tego chętni. Mają też niezwykle wyostrzone zmysły, choć nierówno. Dziewczyna ma doskonały wzrok, widzi w podczerwieni i ultrafiolecie przez co nie ma problemów z widzeniem w ciemności, a chłopak słyszy zarówno infra i ultradźwięki. Oboje są też niesamowicie szybcy i silni, ponieważ mimo tak małej formy wszelkie właściwości ich normalnego ciała pozostają te same, dlatego mogą bez trudu powalać drzewa lub podnosić głazy, ale są też tak samo ciężcy jak ich gadzia forma, więc podnieść ich będzie ciężko. Z tych mniej niezwykłych umiejętności to posługiwanie się szablami, ale gdy przyjdzie co do czego to i tak pazury i kły są mocniejsze. Jak przystało na smoka są super łowcami, dzięki wyostrzonym zmysłom Boyd może wytropić nawet mrówkę, a Brian ją namierzyć.
Zainteresowania: Choć to może nie pasować do nich to Brian uwielbia gotować a Boyd lubi sobie czasem pomajsterkować, sprawdzić jak coś działa, rozłożyć na części i złożyć jeszcze raz. Oprócz tego lubią łowy, muzykę i podróże. Oboje też kochają słuchać niesamowitych opowieści i innych łowcach przygód, wojownikach, korsarzach czy magach.
Charakter: Bardzo trudno określić charakter tego stworzenia. Jedno jest jednak pewne, to nie jest miły i potulny smoczek, tylko prawdziwa bestia. Gigantyczny stwór nie wie co to litość, a jego głównym celem jest sianie popłochu i zniszczenia. Choć oczywiście to nie jest ich jedyna cecha, jest to przede wszystkim stworzenie kochające wolność, żyjące w dziczy i tam czujące się najlepiej. Bliźniaki są łowcami przygód, szwendającymi się po pustkowiach. Teraz pewnie wydaje wam się że to bezwzględni mordercy i potwory. Wiele się w sumie nie mylicie, bo nie jest to miłe stworzonko jak już wspominałam, ale to też żywa i myśląca istota. Oboje często spotykają na szlaku innych wędrowców i w ramach zabawy pozwalają im ujść z życiem w zamian za ciekawą opowieść przy ogniu. W ogóle choć brutalni i groźni to lubią się bawić, śmiać i żartować. Są świetnymi kompanami rozmowy czy picia. Boyd jest bardziej infantylna i ciekawska, lubi żartować czy płatać psikusy, ale łatwo też wyprowadzić ją z równowagi, szybko się denerwuje i nieraz jedyną osobą zdolną ją uspokoić jest brat. Ten natomiast robi za starszego, poważnego i opanowanego z tej dwójki, mimo że są więcej niż bliźniętami. Nie jest aż tak żywy jak siostra raczej bardziej opanowany. Stara się być tym rozważnym i spokojnym, choć zdenerwowanie go nie jest czymś trudnym, a wtedy staje się bardzo porywczy. Oboje często droczą się i kłócą, jednak gdy przychodzi co do czego staną za sobą murem, a nawet poświęcą życie.
Historia: Jak to smok wykluł się samotnie w jakiejś pieczarze wysoko w górach. Sami szybko nauczyli się polować na zwierzynę, a później gdy zwykłe zwierzęta to było za mało zaczęli atakować ludzkie osady. Długo byli po prostu i tylko strasznym, wielkim potworem pustoszącym wioski a z czasem nawet miasta na północy. Wielokrotnie starano się znaleźć gada i go dobić, jednak zawsze kończyło się to niepowodzeniem. Znudzeni monotonnym życiem ruszyli w podróż. Pewnego razu grupa podróżników nie zauważyła że rozbiła obozowisko tuż obok śpiącego potwora. Z początku chcieli oni zaatakować i zjeść ludzi, tak jak zawsze to robili, tym razem jednak usłyszeli ich rozmowę. Długą historie każdego z nich, pełną niezwykłych przygód oraz walk i przeżyć. Spodobała im się ta opowieść snuta przy ogniu że nie zabili ich, a następnego ranka po prostu odlecieli. od tego czasu za każdym razem gdy spotykają kogoś dają mu szanse ocalenia się dobrą historią. Jeśli takowa im się nie podoba gagatek kończy w ich trzewiach. Tak to przez stulecia ciągnęło się ich życie na niszczeniu, paleniu, zabijaniu, słuchaniu oraz podróży. Do czasu. Jeszcze na długo przed wojną zdarzyło się coś do nich zupełnie niepodobnego, zamiast niszczyć... uratowali. Z kata stali się bohaterem. Dlaczego? Myślę że oni sami nie potrafią tego stwierdzić. Daleko za morzem znajdował się kraj, który od dawna był nękany przez hordy orków. Stworzenia co noc przychodziły by na nowo ograbiać mieszkańców. A ci nie mogli się wynieść bo nie mieli nawet gdzie. Gad chciał przejąć miasto jak każde inne wcześniej, ale wiadomo nie mogli pozwolić by inny agresor zabierał im plony. Na dodatek, walka sprawia im wielką frajdę. Dlatego przez niemal cztery noce walczyli z chordami pokracznych potworów. Gdy udało im się zabić ostatniego byli zbyt wycieńczeni aby od razu ruszyć na miasto. Zalegli wysoko w górach, by zapaść w sen regeneracyjny. O dziwo znalazł się ktoś kto podążył ich tropem i podszedł do smoka. Dla mieszkańców dwugłowy smok stał na poziomie boga, więc przybył do nich największy mag. Człowiek władający mocą której dziś nikt nie mógłby pojąć. Bez lęku stał przy nich dziękując za pomoc. Bliźniaki nie rozumiały co się dzieje, nigdy nie zostali tak potraktowani. Co więcej, mag stwierdził że może dać im w podzięce pewien dar. Dar osobnych ciał... ciał ludzkich. Oboje zafascynowani życiem ludzkich podróżników przyjęli bez wahania ofertę i tak zdobyli umiejętność przyjmowania ciała człowieka, a przynajmniej częściowo. Na tym jednak się nie skończyło. Mężczyzna zabrał ich do miasta, gdzie ludzi witali ich z wielkimi honorami, bo w końcu to bóg przyjął dla nich ludzką formę. Nie umieli panować nad tym dziwnym ciałem, dlatego też zostali tam ucząc się posługiwania osobnymi kończynami. Zostali tam na długie dekady, tam nauczyli się wszystkiego o byciu człowiekiem oraz o fechtunku, bo tamtejsi wojownicy zaprawieni w długich bojach oraz surowym klimatem nie mieli sobie równych. Z czasem, gdy nauczyli się posługiwać ciałem, przewyższyli umiejętnościami wszystkich mistrzów a stary mag umarł postanowili ruszyć w dalszą podróż. Trafili w końcu na Sorsinę, tuż przed wojną. Tam też wcielili się do wojska w poszukiwaniu przygód, zostali uznani za osobną jednostkę podlegające tylko głównemu generałowi Banhudowi(opiekun Atlanta). Szybko jednak znudzili się zabawą w imperialnego pieska i obrócili się przeciwko nim. Tak o, dla zabawy. Czasem atakowali przypadkowe strony konfliktu, a czasem podróżowali w ludzkiej formie licząc na dobrą zabawę i tak aż do końca wojny. Teraz gdy jest teoretyczny pokój, a oni zwiedzili już cały świat trafili przypadkiem na to miejsce, a że jest tu parę ciekawych osób liczą na kolejną przygodę do opowiedzenia.
Partner: Mimo że Boyd jest romantyczką i marzy o miłości, nawet nie musiałby być to smok, ale jest jedna przeszkoda... jej brat, któremu musiałbyś naprawdę zaimponować by pozwolił ci zbliżyć się do swojej drugiej głowy. On sam wydaje się niezainteresowany płciom piękną, ale jeśli znajdzie tę jedyną jest dla niej w stanie robić tyle samo ile dla swojej siostry.
Rodzina: Są jednym ciałem, ale zwykli się nazywać rodzeństwem. W sumie to innej rodziny nie mają, bo smoczym zwyczajem wykluli się sami i sami musieli o siebie zadbać.
Towarzysz: Nawzajem są swoimi towarzyszami, choć Boyd ma zamiłowanie do zwierząt i może kiedyś namówi brata na małego przyjaciela.
Szczegóły: -Oboje mają silną alergie na orzeszki
-Może to wydawać się dziwne, ale Boyd przyjmuje tylko dwie możliwe pozycje do spania: wtulona w brata(przez przyzwyczajenie do naturalnej swojej formy) oraz spanie do góry nogami, w sumie nie ma ku temu specjalnych powodów, po prostu jako smok tak się nie dało, więc gdy odkryła tę umiejętnośc w ludzkiej formie to stwierdziła że to zabawne i tak po prostu robi. Zawiesza się ogonem na gałęzi i śpi jak nietoperz.
-Brian jest chorobliwie zazdrosny o siostrę. Ma przekonanie że gdy ta znajdzie sobie partnera ona zostanie bez drugiej głowy. Jest to oczywiście nieprawdą, ale mag mówił kiedyś że z miłości można stracić głowę i jakoś utkwiło mu to w pamięci...
Autor: Ursa

Od Louise - Wioska

Opo zedytowane 23 marca z powodu mojego niedociągnięcia. Jeszcze raz przepraszam za swoją nieuwagę >.<

        Atlant niedługo potem zniknął gdzieś, zostawiając trójkę (czy też czwórkę, licząc trzymającą się Tenzina Suowei) nowych przy ognisku w towarzystwie starszych stażem mieszkańców Hidden. Squall w próbie zachęcenia ich do rozmowy podała każdemu po butelce cholera-wie-czego. Chyba to jedno akurat nie podziałało. Kiette tylko niepewnie powąchała zawartość i podziękowała, odstawiając swoją na ziemię. Louise, o ile nie miała problemów z ludzkimi kubkami, o tyle butelki jednak sprawiały jej nieco kłopotu, a i tak nie za bardzo miała ochotę na alkohol. Tenzin natomiast wydawał się w ogóle nie wiedzieć co zrobić z podarunkiem. Piratka spojrzała na niego jakby nagle dostrzegając brak ust. Halt obserwując to wszystko wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć śmiechem.
  - No dobra, głupi pomysł - stwierdziła kobieta.
  - To może poopowiadajcie coś o sobie? - zaproponowała Ziio z przyjaznym uśmiechem, połowicznie skupiona na strojeniu lutni.
  Lou zgłosiła się na ochotnika i zaczęła opowiadać jak to zdecydowała się wyruszyć na wojaczkę z resztą świata. Wszyscy przysiedli się bliżej, wsłuchując uprzejmie w jej historię. Wszyscy...poza smokiem. Gad, początkowo trzymając łeb obok felina o imieniu Malik, zorientował się, że nowi zostawili swoje butelki rumu bez opieki. Wyślizgnął się jakoś z kółka wokół ogniska i korzystając z odwracającej uwagę Andy przysunął łeb do zasłuchanej Kiette, próbując chwycić zbyt dużymi pyskiem porzuconą butelę. Przy okazji lekko potrącił jej nogę nosem, na co dziewczyna pisnęła zaskoczona i odsunęła się dwa metry dalej. Smok widząc jej reakcję również się cofnął, zupełnie zmieszany.
  ~ Nie chciałem...wybacz - w głowach zgromadzonych odezwał się łagodny, zawstydzony głos.
  - Ładnie to tak kraść, Frel? - rzucił złośliwie Malik.
  - I kto to mówi... - wtrąciła się harpia, ale felin zignorował jej uwagę.
  - HAH! Moja krew! - zaśmiała się Squall. - Już swoją porcję dostałeś, pijaczyno jeden! Wszystkie zapasy mi wychłepczesz!
  Frelser skulił się jeszcze bardziej i z miną zbesztanego psa wrócił na swoje miejsce, nie myśląc już o podkradaniu cudzego napitku. Nawet Lou zatrzęsły się barki z tłumionego śmiechu. Do tej pory widziała w życiu tylko jednego smoka i to karłowatego, ale nawet tamten wykazywał więcej pychy. Na miejscu Frela i tak zabrałby co chce, a potem jeszcze syknął ostrzegawczo na resztę. Szary gad najwyraźniej nie zamierzał się sprzeciwiać ludzkiemu słowu, jak w zupełności udomowione zwierzę.
  Squall dostrzegła nagle, że Halt ani razu się nie odezwał w ciągu całego zajścia. Uniosła pytająco brew i nieco zbyt mocno uderzyła go w bark, wytrącając z namysłu.
  - A ty co? Zakochany czy jak? - uśmiechnęła się złośliwie.
  - Myślę - odparł łucznik. - Wybaczę ci to niedopatrzenie biorąc pod uwagę jak rzadko widuje się takie zjawisko u piratów.
  - Oho, znowu sobie grabisz - pogroziła mu teatralnie palcem. - A o czym myślałeś?
  - Atlant wspominał coś o starej wiosce niedaleko stąd - wyjaśnił. - Ciekawi mnie ile z niej naprawdę zostało...
  - Ej, to chodźmy zobaczyć! - wtrąciła się Louise.
  - No nie wiem... - Halt spojrzał na niebo.
  - Jeszcze widno. Zdążycie się rozejrzeć i wrócić - Malik wzruszył ramionami. - I tak czekałoby nas oprowadzanie nowych.
  - My też chętnie zobaczymy tutejsze tereny - dopowiedział Tenzin. Wilcza paszcza szczypnęła go w ramię jakby w akcie protestu, ale Owca jedynie cofnęła rękę, zupełnie ją ignorując.
  - Niech wam będzie - brunet wstał z miejsca i spojrzał po reszcie. - Kiette? Też idziesz?
  Blondynka zastanowiła się chwilę po czym pokiwała potakującą głową.
  - No to idziemy - Obieżyświat zarzucił na ramię swój łuk i zwrócił się jeszcze do zostającej przy ognisku czwórki: - Gdyby Alt wrócił powiedzcie, że poszliśmy na zachód stąd.
  Ziio pokiwała głową potakująco i wróciła do grania delikatnej melodii. Squall wyciągnęła się na swoim miejscu, a Malik klepał Frelsera po szyi pocieszająco. Halt machnął ręką na swoją nieplanowaną wycieczkę i ruszyli w kierunku domniemanej wioski.


        Lou przepychała się przez sięgającą jej nosa trawę w iście heroicznym boju. Zawsze przypominało to jej słowa babci, gdy dreptała przed kominkiem z drewnianym mieczykiem głosząc śmierć całemu imperium cieniutkim głosikiem. Starsza Recydywa kręciła tylko z dezaprobatą głową, powtarzając tę samą sentencję, obecnie wkutą w głowę małej Andy, jak zresztą wiele pozostałych. Mogła to wyrecytować z pamięci: ,,A walcz sobie Lusiu, walcz. I tak ci to nic nie da jak potykasz się o własne nogi i gubisz w trawie na babcinym podwórku". Wbrew wszelkim pozorom, te deprymujące słowa jedynie popychały dziewczynę naprzód, ku dalszym szkoleniom i marzeniom o rycerskiej sławie. Aż żal było myśleć, że babcia, mimo wszystko dumna ze swojej odważnej wnusi, nie dożyła widoku młodszej Louise w zbroi, młotem w ręku i tarczy na plecach.
  Zdradliwe źdźbło połaskotało ją w nos. Nie zdążyła dokończyć przekleństwa, gdy trawa wokół niej zatrzęsła się od piskliwego kichnięcia.
  - Dobra, teraz ją widzę! - rzucił ktoś z tyłu złośliwie. Niebieska odchyliła trawsko, dostrzegając zadowolony uśmiech Halta. Znacznie wyprzedziła grupę, gnana naprzód typową sobie ciekawością i niecierpliwością. Reszta nie wydawała się tak spieszyć. Ludzki łucznik spokojnie odpowiadał na wszystkie pytania kotołaczki, oraz nieco rzadsze padające od dziwnej humanoidalnej owcy. Wilczy pysk dalej się nie odezwał, chociaż nawet Halt spoglądał w jego stronę z oczekiwaniem, jakby tego od niego oczekiwał. Dziewczyna była już skłonna stwierdzić, że z tej dwójki tylko Tenzin potrafi mówić.
  - Wiesz co mnie zawsze zastanawiało? - odkrzyknęła w odpowiedzi do łucznika. - Niejeden raz nasłuchałam się kpin, że nie nadążę za oddziałem, bo mam za krótkie nóżki, a trójka długonogów jakoś cały czas TKWI NA SZARYM KOŃCU!
  Tenzin przekrzywił lekko głowę przysłuchując się słowom Louise. W pierwszej kolejność pomyślała, że może wziął sobie to za obrazę - biorąc pod uwagę fakt jak zrozumiał zwrot ,,potrząsnąć cudzą dłonią", mogło być to całkiem możliwe. Jednak nie był urażony. Zamiast tego zrozumiał tą uwagę jeszcze dosłowniej. Ruszył w kierunku Lou sprężystym, lekkim krokiem, w trzech skokach przesadzając dzielącą ich odległość. Gdy ją mijał, Niebieska odniosła dziwne wrażenie, że nawet nie poczuła na sobie pędu powietrza, a trawa jedynie lekko się pochyliła. Inna sprawa była z Wilkiem. Chociaż poruszał się bezgłośnie (w przeciwieństwie do głuchego, półsłyszalnego przytupu kopyt), niski lot nad trawą przygiął ją niemal całkowicie do ziemi, jakby groźny duch manifestował swój majestat. W mgnieniu oka dwójka łączników dotarła na szczyt łagodnego pagórka. Quartz prychnęła pod nosem i pobiegła za nimi. Gdy w końcu ich dogoniła, jagnięcy łucznik siedział w przyklęku na jakimś zarośniętym murku, a jego towarzyszka płynęła leniwie wokół niego. Mała wojowniczka wspięła się po kamieniach siadając obok.
  - Myliłaś się - stwierdził, przekrzywiając łeb. Nie była to złośliwa uwaga, czy też próba podważenia jej autorytetu, a raczej czysto naturalne stwierdzenie faktu. - Jednak potrafię szybciej biec.
  - To był sarkazm - zaśmiał się Halt docierając na miejsce. - Musisz się jeszcze sporo nauczyć o ludzkiej naturze, baranku.
  Wilk słysząc lekką kpinę warknął ostrzegawczo w stronę człowieka. Stojąca za łucznikiem Kiette cofnęła się o krok, ale nie uciekła. Halt drgnął, rozumiejąc, że potwór kierował to w jego stronę, a nie kotołaczki. Lou znowu naszły wątpliwości, czy aby na pewno jest to tylko bezmyślna bestia ślepo podążająca za swoim panem. Sam Tenzin zresztą żadnego właściciela nie przypominał. Pozostawiła sobie jednak ten zamysł na później. Teraz w oczy rzuciło jej się coś zgoła ciekawszego...
  - Tam są! - zawołała, wychylając się gwałtownie do tyłu i wskazując palcem w dół.
  Przez ciemne chmury, niechybnie zapowiadające deszcz, przebijały się promienie słońca, rzucając złote łaty na kołyszącą się trawę. Oblewały widoczne dwadzieścia metrów dalej połowicznie zawalone dachy i nagle ściany małych domów. Niegdyś między nimi musiała iść droga, teraz jednak koleiny po wozach zarosły zupełnie, a płotki otaczające nieużywane grządki zakryte były warstwą bluszczu.
  - Jeśli to nie jest wioska - stwierdził Halt - to podejmę się próby zjedzenia bandany Squall.
  - Dlaczego miałbyś jeść bandanę? - zapytał Tenzin.
  - Nieważne - westchnął łucznik i machnął ręką zachęcająco. - Przyglądnijmy się temu zanim zacznie padać.

Kto dalej? Wiem, że krótko, nie przypominajcie *^*

Od Atlanta c.d. Dirhaela - "To te głosy w głowie"

Smak maliny poczuł również dodatkowy byt, ucieszyło go to bo znaczyło że gdyby ćwiczył mugłby spróbować nawet przejąc kontrole na jakimś słabszym ciałem. Ale teraz był zbyt kiepski w te klocki, a umysł chłopaka wystarczająco stabilny by go atakować. Poza tym polubił go, a wiedział że próba przejęcia kontroli nie byłaby zbyt miła. Atlant zaczął delikatnie badać myśli chłopaka. Szukał śladów powiązania z imperium, albo jakichkolwiek wiadomości wskazujących żeby mu nie ufać. Gdy jednak nic niepokojącego nie odszukał stwierdził w myślach, że nie tylko może mu opowiedzieć co nieco na temat Hidden, ale również zachęcić go do zostania tam.
 ~Powiedzmy że to ostatnie tereny pokoju, bez wojsk Arsmana.~ Słysząc to elf wybuchł śmiechem.
 -Że niby niepodbity teren? Gdzie to? Na księżycu?
 ~Nie... na wschodzie jest wysokie pasmo górskie, a rosnące tam lasy uznawane są za niezamieszkaną głuszę pełną potworów. A tuż za nimi jest Hidden.
 -To chyba niezbyt bezpieczne miejsce
 ~Wszędzie jest lepiej niż pod wodzą Arsmana. Co może potwierdzić wiele żyjących tam teraz istot.
 -Istot? Czyli nie ludzi?- Zaśmiał się
 ~Tam nie ma normalnego człowieka...~ Śmiech leonisa odbił się echem w głowie chłopaka, nie wiedzieć czemu na twarzy Dirhaela pojawił się uśmiech.
 -A właśnie, może powiesz mi jak ty wyglądasz? Byłoby łatwiej mi ciebie znaleźć
 ~Cóż... raczej łatwo rozpoznać siedzącego w lesie bez ruchu leonisa
 -Czego?
 ~Leonis, taki z rogami, i lwimi uszami, i ogonem.
 -Czekaj czekaj, masz na myśli tę wymarłą rasę? Łoho! Nigdy żadnego nie widziałem, nie dość że wyginęły to nawet za życia ciężko było jakiegokolwiek znaleźć. Strasznie dobrze się chowacie.- Zaczął się ekscytować, ale nagle się zawahał. -Chwila... Czy wy przypadkiem nie mówicie? Przecież tyle razy mówiono mi że leonis to dzikie zwierzę porównywalne do wilka czy lwa. Jakim ty cudem umiesz mówić???- Zawołał na tyle głośno że ptaki z okolicy zerwały się do lotu.
 ~Za bardzo się ekscytujesz... ktoś mnie kiedyś nauczył i tyle. Smoki używając telepatii posługują się ludzką mową i nikt się nie dziwi, a jak ja się odezwę to jakby pies przemówił...~ Westchnął nieco urażony. Jednak nie zabolało go to jakoś mocno, może po prostu przywykł do czegoś takiego gdy jeszcze żył w stolicy? Albo klatce.
 -Sorki, nie gorączkuj się tak. W sumie jakby dobrze pomyśleć to mało było o was wiadomo. Tyle że jesteście, a niektórzy porównywali was do smoków nawet.
 ~To przez nasze zdolności i poziom inteligencji rasy. Ale może wreszcie dość o mnie. Mógłbyś opowiedzieć coś o sobie.
 -Po co? Skoro mogłeś sobie tak ot wejść do mojej głowy na pewno już w niej grzebałeś.- Zaśmiał się, w jego słowach nie było urazy, co uspokoiło nieco sumienie Alta. -Mogę za to coś zagrać dla umilenia drogi.- Zaproponował po czym wyciągnął zza pazuchy fletnie. Z instrumentu popłynęła delikatna i spokojna melodia przywodząca na myśl szum lasu. Atlant wsłuchał się w miłą dla ucha kompozycje nut. Nie były to sprośne pieśni Squall, ani śpiewne opowieści Ziio, tylko kojąca muzyka. Elf szedł tak żwawym krokiem wygrywając nowe melodie, przez dłuższy czas. Atlant nie przerywał mu, obserwował tylko co dzieje się w głowie chłopaka. Bo każdy z nowych utworów przywoływał w wspomnieniach chłopaka nowe obrazy którym z zaciekawieniem mógł się przyglądać Alt. Nie były to jasne historie ani rozmowy z których by coś wynikało, ale urywki z życia muzyka. Jednak nawet te urywki pozwoliły mu trochę bliżej go poznać, co więcej upewniły go w przekonaniu że można mu zaufać. W pewnym momencie przez dźwięki fletni przebił się donośny krzyk. Dirhael od razu przerwał grę i zerwał się do biegu. Już po chwili na drodze zauważył młodą kobietę otoczoną przez grupkę pięciu oprychów. Mężczyźni, z pewnością nie mieli w zamiarach odprowadzić jej do domu.
 -Hej!- Zawołał Atlant, jednak włożył w to tyle emocji że wyrwało się to z ust elfa, można by powiedzieć że przez niego przemówił. Oboje zdali się być zaskoczeni tym faktem jednak teraz mieli ważniejsze zadanie.
 -A ty co chłoptasiu?- Zarechotał, jeden z nich.
 -Lepiej idź zajmij się zbieraniem jagódek elfiku i nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy.- Dorzucił kolejny. W tym czasie dwóch złapało kobietę by nie uciekła.
 ~Umiesz walczyć?~Pytał Alt gotów w razie potrzeby pomóc chłopakowi
 -Oczywiście że umiem!- Warknął
 ~To co stoisz? Ruszaj, pomogę tobie
 -Niby jak? Siedzisz w mojej głowie!- Podczas gdy Dirhael kłócił się z głosem w swojej głowie rabusie wpadli w pewien rodzaj osłupienia. Nie codziennie widzi się elfa gadającego na głos z samym sobą. Nawet kobieta która wyrywała się z rąk oprychów, zamarła jakby nie wiedząc czy potencjalny wybawca, na pewno będzie bezpiecznym wyjściem...
 ~Niech o to już cię głowa nie boli. Swoje w wojsku spędzałem i wiem jak posługiwać się bronią
 -Mam tylko nóż i kij
 ~Nie masz miecza?
 -Jakbyś nie widział nie jestem rycerzem tylko grajkiem!
 ~Biegnij!
 -Hej, nie żeby coś ale to, że nie atakuje nie znaczy że będę uciekał
 ~Nie! Biegnij! Uciekają nam!~ Elf spostrzegł że faceci pochwycili dziewczynę i zaczęli uciekać. Poczuł w sobie dodatkową energie, nawet nie musiał pytać by wiedzieć że to za pomocą Atlanta. Szybko dogonił ich i doskakując uderzył najbliższego kijem. Grubas padł na ziemię ogłuszony. Pozostali ruszyli dobyli krótkich mieczy zostawiając dziewczynę pod opieką tylko jednego. Teraz Dirhael miał przed sobą trzech, rosłych, uzbrojonych gości.
 -To teraz oberwiesz pięknisiu...- Warknął jeden z nich i rzucił się na elfa
 -Atlant?- Mruknął elf czując się nieco nieswojo mając przed sobą przeciwników.
 ~Chwila...~ Leonis starał się wytężyć jak najwięcej sił by móc dawać jakieś wskazówki chłopakowi. Dirhael poczuł że jego ręka mimowolnie się unosi, było to uczucie podobne do tego gdy ktoś próbuje lekko podnieść twoją rękę, mógł się temu ze spokojem przeciwstawić, ale wiedział że to siedzący w jego głowie Atlant. Elf podążał za wskazówkami byłego wojskowego, co było dość dobrym pomysłem. Dzięki takiemu współpracowaniu radził sobie o wiele lepiej w parowaniu ciosów a nawet odbijaniu i atakowaniu. Ze spokojem parował dwóje a nawet udawało mu się odpychać trzeciego mimo że było to trudne, bo zbiry nie były aż tak słabe jak można by zakładać. W pewnym momencie elf uderzył mocno szefa mężczyzn kijem w część zadnią, na tyle mocno że upadł. Rozbawiło to ich, ale widząc wściekłość w oczach rabusia, wiedzieli że żarty się skończyły. Nawet nie zauważyli kiedy ten który było powalony jako pierwszy wstał.
 ~Uważaj!~W głowie Dirhaela odbił się echem głos Alta który wyczuł dodatkową świadomość. Słowik w ostatniej chwili obrócił się i zatrzymał miecz swoim kijem. Niestety. ten który wstał był zbyt silny by go odepchnąć, więc by nie stracić głowy stał tak blokując go cały czas. W tym czasie pozostali nie próżnowali, elf a również leonis poczuli silne uderzenie w bok, które zwaliło elfa z nóg.
 -Mówiłem gałązko... nie wtrącaj się. A teraz pożałujesz.- Warknął oprych unosząc miecz.
 ~Atakuj!~Zawołał Atlant i w tym momencie jego głos i świadomość ucichły w głowie Dirhaela. Poczuł nagłe szarpnięcie któremu towarzyszyło uczucie gorąca i zimna równocześnie. Alt zniknął... po prostu go zostawił. W pierwszym odruchu elf poczuł złość, bo czemu tamten najpierw go w to wciągnął a teraz po prostu zwiał? Zanim jednak upewnił się w przekonaniu że został sam z problemem coś poparzyło rękę mężczyzny który już miał go rozpłatać. Tamten zawył z bólu upuszczając broń i ściskając poparzone ramię. Słowik wykorzystał to i ogłuszył go porządnym ciosem kija, ten przed zmrokiem raczej nie wstanie.
 -Co jest k***a?- Warknął inny, zanim jednak dobrze się zastanowił elf dobył nóż i ranił go. Kolejny rzucił się na elfa, ale nagle wzdrygnął się zatrzymując.
 -Kim jesteś? Zostaw mnie! Nie! Nie! Odejdź, nie chce, zostaw mnie!- Zaczął krzyczeć, załapał się za głowę próbując coś z sobą zrobić.
 -Dobrze obiecuję! Tylko mnie zostaw...- Załkał po czym upuścił miecz. Coś go szarpnęło, zamrugał chwilę po czym zaczął uciekać. Dirhael domyślał się co to było, ale jeszcze jeden miał problem, a konkretnie przedostatniego z oprychów, chłopak wdał się w walkę z nim. Z jednym jednak szybko sobie poradził powalając go ogłuszonego i potłuczonego na ziemię. Obrócił się do tego który trzymał kobietę teraz stał zdezorientowany z przyłożonym do jej gardła nożem.
 -Nie podchodź! Bo ją zabiję...- Starał się utrzymać poważny ton ale widać było że był najmłodszy i nieco roztrzęsiony. Koło niego rozległ się chichy dźwięk przypominający chrobot kamieni. Następnie coś oparzyło dłoń która trzymała nóż. Młody nie wytrzymał wstał i zerwał się do ucieczki z krzykiem. Kobieta upadła na trawę zmęczona wydarzeniami, a Dirhael poczuł coś co już zdążył poznać, czyli moment w którym świadomość Atlanta wchodziła w jego ciało.
 ~Wybacz... jestem zmęczony...~Głos mężczyzny faktycznie był dużo słabszy, a nawet uczucie jego obecności było mniej wyczuwalne.
 -Co zrobiłeś? Temu który uciekł- Zapytał zaciekawiony a w głowie usłyszał prychnięcie śmiechy Atlanta.
 ~Wmówiłem mu że jestem szatanem... i jeśli nie porzuci bandyckiego życia spale go na popiół. Dla potwierdzenia swoich słów przedstawiłem mu parę swoich wspomnień wojennych.~Teraz nawet elf prychnął śmiechem. ~Zajmij się lepiej tą damą, ja nie mam siły, a lepiej żebym zachował choć trochę energii żeby nie zniknąć.~ Jego głos coraz bardziej cichł, a gdy skończył zdanie całkowicie ucichło. Dirhael jednak czół słabą obecność dodatkowej jaźni.
 -Ta... "zajmij się damą", no fajnie najpierw zrobiłeś ze mnie wariata a później opętanego przez szatana... teraz pewnie będzie się bała bardziej mnie niż tamtych.- Mruknął pod nosem do siebie.

<Dirhael? Jak tam opętańcu? :P>

sobota, 18 marca 2017

Od Jumona - ,,Cicha woda"

    Stałem na brzegu jeziora, patrząc z uwagą na jego przejżystą taflę, nieskalaną nawet najmniejszym drgnięciem. Podszedłem powoli do brzegu i położyłem dłoń na skraju jeziora. Ostrożnie przesunąłem ją w kierunku wody. Zamknąłem oczy.
    Poczułem przeszywające zimno, ale nie cofnąłem dłoni. Poczekałem, aż przyzwyczaję się do temperatury wody i wyczuję każde jej najmniejsze drgania. Dopiero wtedy otworzyłem oczy i ponownie stanąłem nad brzegiem.
   Skupiłem się całym sobą i wyobraziłem, jak ta woda, którą chwilę temu poznałem, zaczyna falować. Zapewne zmarszczyłem brwi w skupieniu i wyciągnąłem mokrą dłoń w kierunku tafli. Wpatrywałem się intensywnie w lustro wody, wyobrażając sobie każdy harmonijny ruch. Ku własnej uciesze po jakiejś minucie zauważyłem delikatne fale.
     Uśmiechnąłem się, patrząc na wolno powiększające się drgania, kiedy to niszcząc mój nastrój, po wodzie pomknęła puszczona kaczka.
     - Znowu bawisz się w maga, Jumuś? - Sarazion stanął za mną z rękami w kieszeniach i szelmowskim, może nawet łajdackim uśmiechem na twarzy, co dostrzegłem gdy tylko się obróciłem.
    - W końcu jestem magiem - odpowiedziałem mu, odsuwając irytację spowodowaną wyrwaniem ze skupienia na dalszy plan.
    - Nie, nie jesteś - Sarazi zarzucił mi rękę na ramiona. - Jesteś wampirem. I cię zasmucę, bo nie ma do jedzenia nic poza sarnią krwią, co jak wiesz, wiele nam na dłuższą metę nie da.
    - Naprawdę nic? - dopytałem. Nie lubiłem zabijać ani pić krwi. Nie mogłem jednak testować swojego żołądka, będąc na głodzie potrafimy być potworami zabijającymi tak bez powodu wszystko, co się rusza.
    - Ani grama. Nawet panienek lekkich obyczajów nie ma, a myślałem, że są wszędzie. - Wzruszył bezradnie ramionami, a jego brzuch słyszalnie zawołał ,,jeść". Sarazion się skrzywił. - Znaczy... są tu jakieś stwory maści wszelakiej, ale zgaduję, że ich nie pozwolisz mi zabić - dodał po namyśle.
     - Dlaczego nikt jeszcze nie wymyślił krwi syntetycznej... - zastanowiłem się na głos. Nasze zapasy skończyły się tydzień temu, a po drodze nie było kompletnie niczego, gdzie moglibyśmy się raz a pożądnie pożywić. Starczy kilka łyków na tydzień, zwierzęca zaś wystarczy na ledwo kilka godzin, a przy tym nie uzupełnia braków energii, dlatego niechętnie sam decyduję się na ludzką.
     - Jak ktoś by wymyślił, to i tak już nie mielibyśmy zapasów - odparł nonszalancko Sarazi i wydobył sztylet zza cholewki buta. - Iść po naszą sarenkę, czy nadal głodujemy i czekamy na to, aż wybijemy wszystkich wokół?
      - Idź - westchnąłem i sam zabrałem się za przygotowanie nam kubków. Picie przez futro jest niesmaczne i niewygodne.
       Sarazion zjawił się zaledwie po kilku minutach, ciągnąc po ziemi sarnę ze skręconym karkiem. Wziął ode mnie kubki i płynnym ruchem poderżnął jej gardło tak, że krew wylewała się niczym z kranu. To, co nie zmieściło się w dwóch kubkach usytuował w garnku.
     - Smacznego. - Sarazi podał mi kubek z jasnoczerwoną, tętniczą cieczą. Co jak co, ale umiejętne spuszczanie krwi to z pewnością coś, co potrafi.
     Wypiliśmy obaj tyle, ile mogliśmy zmieścić, po czym wszystko umyliśmy w jeziorze. Czekała nas kolejna wędrówka. Usiedliśmy wygodnie na zwalonej kłodzie koło spakowanego już obozowiska.
     - Co miałeś na myśli mówiąc o tych stworach maści wszelakiej? - Spojrzałem na Jumona pytająco. - Myślisz, że to ich tereny?
      - Przypuszczam, że tak, chociaż ta grupka była dość duża ale nie wyglądali na zbyt blisko związanych, raczej na to, jakby zupełnie przypadkoem na siebie wpadli - zdawało mi się, że chce coś jeszcze dodać. Po chwili ciszy to zrobił: - Nie róbmy sobie nadziei, ale mój amulet zaświecił.
       Spojrzałem na niego z szeroko otwartymi oczami.
        - Kamienie świecą tylko, gdy używa się magii - zauważyłem, ale nie brzmiało to jak zaprzeczenie.
        - Przecież wiem - westchnął z nutą irytacji. - Ale mówię ci, że zaświecił. Na srebrno.
        - Przyjrzałeś się tej grupie? - dopytałem, patrząc na brata badawczo.
         - Nie, nie miałem czasu, szli w całkiem innym kierunku niż ja, a musiałem wracać do ciebie - odpowiedział mi, bawiąc się przydługimi kosmykami włosów. - Zresztą, nie wiem, czy po takim czasie i z jednym okiem byłbym w stanie...
         - Na pewno byś ich poznał. - Położyłem mu dłoń na ramieniu, a on skinął głową w bok.
        - Moglibyśmy tu zostać na trochę, gdyby nie brak jedzenia. - Zaczął rysować patykiem po ziemi.
         - Możemy cofnąć się do tamtej wioski i zrobić zapasy - zauważyłem. - A ten teren stale obserwować.
          - Nawet nie jestem pewny, czy to oznacza to, co nam się wydaje. - Skrzywił się. - Ale masz rację, przez jakiś czas możemy się im przyglądać.
          Nagle obaj zastygliśmy w bezruchu. Coś lub ktoś zmierzał w naszą stronę. Słyszeliśmy dokładnie kroki po liściach i łamane przez to gałązki. Gwałtowny szelest w krzakach za nami sprawił, że odwróciliśmy się gotowi do ataku, jednak zaraz opuściliśmy broń.
          - Dzień dobry - przywitałem się grzecznie, a Sarazi zmierzył tylko tę istotę spojrzeniem, pakując od razu ręce do kieszeni.

<Ktoś dokończy?>