piątek, 26 sierpnia 2016

Postać poboczna

Imię: Kizanataki, ale utarło się, że Kiza.
Nazwisko: nie ma, ale można przyjąć, że Lupus.
Przydomek: Zaklinaczka
Rasa: w 3/4 człowiek, w 1/4 nimfa leśna.
Wiek: 19
Płeć: kobieta
Krótki opis: Kizę nazywają Zaklinaczką Wilków. Mieszka wśród nich, odkąd jej rodzice porzucili ją w lesie, gdy miała sześć lat. Nie wie, dlaczego jej to zrobili. Nie lubi mówić, choć to potrafi. Zdarza się, że zapomina słów i się w nich plącze. Często jest zamyślona i gubi się w tym, co sama mówiła. Nie zdziw się, gdy po kilku minutach rozmowy zapomni, o czym z tobą rozmawiała. Jest bardzo nieufna i bojaźliwa. Ciężko jest przekonać ją, że nie chce się niczego złego, a jeszcze trudniej zawiązać współpracę. Posiada niezwykle dużo różnych informacji i plotek, które przynoszą jej dzicy przyjaciele zapuszczający się w najdalsze i najciemniejsze zakątki swych obszernych terytoriów. Dzięki nim jest uszami i oczami lasów i ich okolic. Wszystkie wilki z lasów otaczających Hidden traktują ją jak swoją alfę, a ona rozumie ich mowę. Najczęściej widziana jest ze współalfą - nieprzeciętnych rozmiarów srebrzystym basiorem, który jest zarazem jej osobistym obrońcą. Zazwyczaj można ją spotkać siedzącą na głazie przy jeziorku w lesie, brodzącą patykiem w wodzie. Kiedy chcesz się czegoś dowiedzieć, udaj się do Kizy. Ona będzie wiedzieć. A jeśli nie, to się tego prędzej czy później dowie i wyśle po ciebie wilczego posłańca.
Autor: Lucy321

środa, 24 sierpnia 2016

Od Phestera c.d. Mild - Księga z księżycem

 -Tak ot sobie idziesz do tego czegoś?!- Zawołała Mild za mężczyzną kompletnie nie rozumiejąc jego postępowania. Każdy choć trochę wyszkolony wojak wiedział, że nigdy, ale to NIGDY! Nie pcha się w stronę czegoś czego się nie zna. Zawsze najpierw trzeba wiedzieć z czym ma się do czynienia. Chwile stała uparcie, ale gdy czarna postać zniknęła za regałem ruszyła biegiem śladami medyka.
 -Wiesz w ogóle co to może być? Duch? Zjawa? Może jakiś potwór pilnujący tego miejsca!- Mówiła zaaferowanym szeptem. Kruk natomiast przemieszczał się i zakręcał coraz głębiej między regały niemal nie wydając przy tym odgłosów.
 -Słuchaj... możesz mi nie wierzyć, ale czasem czuje że coś jest nie tak i właśnie TERAZ to czuję!- Głos dziewczyny nieświadomie z szeptu przechodził do normalnego. Phester nagle stanął, a elfka odbiła się od jego pleców. Mędrzec stał całkowicie nieruchomo, nawet w miejscach na oczy w masce nie mogła nic dostrzec. Mild częściowo przyzwyczaiła się do towarzystwa dziwnego lekarza, mimo to jednak w tej chili nie umiała wyzbyć się nieprzyjemnego uczucia chłodu oraz strachu.
 -Nie ruszaj się...- Powiedział głosem który zdawał się niemal mrozić powietrze. Odruchowo zacisnęła palce na rękojeści. Ciszę przerwał cichy, ale bliski hałas. Tuż za nią z pułki spadła książka. Elfka gwałtownie dobyła broni i obróciła się w kierunku potencjalnego zagrożenia.
 -Nie podoba mi się to, wiesz co to może być?- Zapytała, a gdy po dłuższym czasie nie dostała odpowiedzi obróciła głowę, ale czarnego towarzysza już nie było.
 -Ch*lera jasna...- Syknęła i ostrożnie zaczęła przesuwać się dalej. Długa cisza sprawiała że przechodziły ją ciarki. Nagle rozległ się głośny krzyk, a raczej skrzek jakiś łopot. Później tylko coś zazgrzytało o posadzkę i znów wszystko ucichło. Mild przekroczyła kolejny zakręt między regałami a tuż przed jej twarzą śmignął ogromny cień. Dziwne coś zatrzymało się gwałtownie robiąc przy tym trochę hałasu, następnie zza półek powoli wynurzyła się dziwna... wężowa... głowa.
 -Prosiłem żebyś się nie ruszała.- Znikąd pojawił się czarny medyk, przez co dziewczyna jeszcze bardziej poczuła się zdezorientowana. Nim jednak zdążyła zarejestrować, że to jej przyjaciel czy cokolwiek pomyśleć. Zamachnęła się mieczem i mogłaby dać głowę że w coś trafiła. Mimo to kościste palce złapały ją niczym imadło i odrzuciły w bok. Dosłownie ułamek sekundy przed tym jak korytarz wypełnił błękitny ogień. Rozejrzała się otumaniona za Krukiem.
 -To strażnik.- Odezwał się ponury głos za nią. Wysoki mężczyzna stał wyprostowany, jak gdyby nigdy nic.
 -Czego pilnuje?
 -Czegoś, czego nie powinniśmy znaleźć.- Rzucił nieruchomo patrząc na przygasające płomienie, które o dziwo nie osmoliły nawet jednej książki. Mild przyglądała się miejscu z którego powinno przyjść to gadzie coś. Ale jej towarzysz nie pozwolił jej czekać. Jedną ręką postawił ją z klęczek za połać koszuli. Elfkę nieco zdziwiła siła w tym wątłym ciele, ale nie teraz będzie się zastanawiać. Pobiegła za Phesterem, nie zwróciła nawet uwagi że jedyne co można było usłyszeć to jej oddech i tylko jej kroki. Mężczyzna cały czas przyśpieszał, ale zdawało się że wcale nie biegnie, jakby tylko sunął do przodu zmuszając elfkę do biegu, często zakręcając i zmieniając kierunki. Nagle zatrzymał się , przygnał do ściany i zakrył usta dziewczyny kościstą dłonią zanim zdążyła je otworzyć. Cień śmignął tuż przed nimi, prawie nie wydając dźwięku. Odczekali jeszcze chwilę po czym medyk niemal wepchał ją za drzwi do osobnej sali.
 -O co tu chodzi?- Zapytała szeptem którego niemal nie było słychać.
 -To jest zaklęcie, strażnik powołany do życia by chronić czegoś w tych murach. Podeszliśmy za blisko tego "czegoś" i się obudził.
 -I co? Zabijemy to?- Mild uniosła lekko miecz który cały ten czas trzymała w dłoni. Phester pokiwał przecząco głową.
 -Trzeba znaleźć zaklęcie.
 -Wiesz czego on broni?
 -Podejrzewam , że tego samego czego szukam.- Mruknął. Miał ogromną ochote wyprowadzić stamtąd elfkę. Doskonale wiedział że ona sama nie uaktywniłaby zaklęcia, które obudziło się wyczuwając zagrożenie czyli jego. Ale dobrowolnie też dziewczyna penie nie chciałaby wyjść. Miał więc dwie opcje, albo zniszczy zaklęcie zanim ich znajdzie, albo wyprowadzi ją podstępem.
 -Co więc chcesz zrobić?- Zapytała nie podnosząc nadal głosu.
 -Znasz stare języki magii?- Mild zatrzepotała rzęsami, Phester czując że dziewczyna mogłaby mieć z tym problem szybko zaczął coś innego. -Zaklęcie musi mieć swoją fizyczną formę. Jest ono ukryte w jednej z książek lub przedmiocie, albo nawet w samym strażniku.
-Jak ono wygląda?- Zapytała, ale nie dostała odpowiedzi, bo pod drzwiami zaczął przeciskać się cień. Mild przygotowała się do walki. Phester jednak ponownie nie pozwolił jej choćby przyjąć szermierczej postawy. Otworzył drzwi i zatrzasnął za sobą, a cień zniknął.
 -Znów zostawia mnie samą...- Mruknęła niezadowolona łapiąc za klamkę pewna że jeszcze go dostrzerzec. Nie było jednak nawet śladu ani medyka, ani cienia. Stąpając jak najciszej starała się znaleźć fontannę w centrum biblioteki z nadzieją że znajdzie tam może owe "zaklęcie". Ponownie zaległa cisza. Zdawało się być wyjątkowo cicho i spokojnie. Schowała miecz, była jednak dalej czujna. Odnalezienie fontanny chwile jej zajęło, w końcu jednak to jej się udało. Kamienna sowa dalej stała jak wcześniej wpatrzona gdzieś w jeden punkt.
 -Gdzie schowałabym zaklęcie mające chronić to miejsce?- Zadała sobie ciche pytanie patrząc w oczy sowy. Daya podeszła jeszcze bliżej posągu następnie podążyła wzrokiem w kierunku w jaki wpatrzony był ptak. Na regale na przeciwko fontanny stał zbiór książek, tak jak z resztą wszędzie. Ale tylko jedna z nich na grzbiecie miała srebrną klamrę. Mild podeszła do niej i wyjęła spomiędzy swoich starych towarzyszek. Otrzepała ją od kurzu i dokładniej na nią spojrzała. Była czarna i gładka z wyjątkiem małego symbolu księżyca. Co bardziej ją zdziwiło srebrna klamra zamykająca jej stronnice nie miała dziurki na klucz. Coś jej jednak mówiło że tam może być ukryty potrzebne im zaklęcie. Ale co miałaby zrobić z tym dalej? Możliwe że Phester wiedział, ale gdzie on mógł być? Elfka przymknęła oczy i starała ię jak najuważniej nasłuchiwać jakichkolwiek odgłosów. Wreszcie trafiła. Coś otarło się o regał, a to mógł być jej towarzysz, ale i strażnik. Ruszyła w stronę zlokalizowanego hałasu ponownie zagłębiając się w labirynt korytarzy. Z kolejnymi zakrętami czuła coraz większe napięcie, wiążące się z większym prawdopodobieństwem spotkania dziwnego cienia.
 -Phester...- Odważyła się cicho zawołać medyka. Na co odpowiedział jej cichy syk. Gwałtownie obróciła się zaciskając palce na książce i dobywając miecza, ale nic za nią nie było. Syk zrobił się głośniejszy podniosła głowę. Wężo-podobne zwierze na futrzanych nogach z zakrzywionymi pazurami zwierzało się z górnego regału nad nią. Daya była gotowa na atak i gotowa zaatakować. Pamiętała też brak zniszczeń po błękitnych płomieniach i była pewna że to iluzja stwora. Więc stała twardo pewna zwycięstwa. Jednej chwili strażnik otworzył gębę z której wydobył się niebieski ogień i w następnej coś czarnego przysłoniło jej cały obraz. Jak zwykle znikąd pojawił się Phester stał przed nią, dziób maski przylegał do torsu, a ramionami rozciągał połacie płaszcza od którego odbijał się płomień. Teraz jego postać rzeczywiście przywodziła na myśl ogromnego, czarnego ptaka. Nie trwało to długo, mężczyzna złapał ją jak kocię i pociągnął gdzieś przed sobą. Mild miała mnóstwo pytań, ale widząc dymiący płaszcz ugryzła się w język i postanowiła poczekać jeszcze chwile. Po lekkich nadpaleniach mogła też wywnioskować że jednak to nie była iluzja i mogła ją poparzyć.
 -Myślę że coś może tu być.- Podała swoje znalezisko mędrcowi. Szare oczy mężczyzny spojrzały na srebrny symbol na okładce. Wymamrotał coś co całkiem było dla niej niezrozumiałe. Zamek szczęknął i książka się otworzyła, a z niej wypadła jedna kartka, jakby wyrwana z zeszytu. Mężczyzna złapał ją i przerwał w pół. Cień sunący w ich stronę nagle zatrzymał się i powoli wyparował z posadzki. Phester wyprostował się i zatrzasnął księgę, a zamek ponownie szczęknął.
 -Co to? Tego szukałeś?- Nie wytrzymała w końcu i znów zaczęła pytać
 -Kodeks i nie do końca... Lepiej to schować...- Mruknął i zaczął iść jak gdyby nic się wcześniej nie działo dalej między pułki biblioteki, a za nim biegł mały, jasny cień z milionem pytań.

<Mild? Mam nadzieje że nie zawiodłam oczekiwań :P A o księdzę radze nie zapominać bo mam już małe plany B) >

JESTEM!!!

Ha! Nie spodziewaliście się mnie małe ... khm.. no... W każdym razie jestem! (choć zaraz znów zniknę, ale tylko na chwilę). Wiem że się ie pożegnałam, ale serio zwiedzenie połowy kraju, przejechanie, przegalopowanie i przejście kilu tysięcy kilometrów trochę czasu zajmuje :P
No ale jestem, więc pora ruszyć się do roboty wasz poganiacz chwyta za bat i jak tylko sama się wyrobie to i was ten bat dosięgnie, więc ruszać do pisania!

Niech wena będzie z wami~!

niedziela, 24 lipca 2016

Od Kiette cd Tenzina - Kocie opowieści

        Byliśmy wtedy przed kominkiem w salonie w domu Nero.
  - Opowiem wam historię, która zdarzyła się, nim jeszcze ja zdążyłam przyjść na świat - powiedziałam z uśmiechem, głaszcząc młode kotki jednej z siedmiu sióstr Nero.
  - Opowiadaj, Chaari, opowiadaj! To będą twoje i twojego brata przygody, prawda? - zawołał blondwłosy kotek z piegowatym noskiem, patrząc na mnie zielonymi ślepiami tak podobnymi do tych Hana, kiedy korzystał z magii ziemi, a choć robił to rzadko i wtedy prawie tak nieumiejętnie, jak ja, pamiętam ten kolor doskonale.
  - Wybacz Nihiro, to historia pełna miłości - zauważyłam, na co blondynek zmarszczył nosek, a jego siostrzyczki zaczęły klaskać i nadstawiły swoje kocie uszy.
  Uśmiechnęłam się do nich. Kiedy to ja byłam malutka, uwielbiałam słuchać historii o tym, jak mama poznała tatę. Nie ważne, że historia ta kończyła się tragicznie, o czym młodym kotom nigdy nie wspomniałam a i mnie samej mama tylko raz opowiedziała całość.
  - Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy to Minah-Tian, o rudoczerwonych włosach i oczach ciemnych jak czekolada, pierwszy raz wybrała się na samotną wycieczkę. Jej rodzice, choć mieszkali w wiosce w górach, nie lubili wychodzić, woleli integrować się z przyrodą w przydomowym ogrodzie. Młoda jeszcze Minah spacerowała po górach, bawiąc się magią. Były to czasy jeszcze gorsze, niż teraz, kiedy wojny między różnymi rasami były naprawdę straszne, wiec taka wycieczka była bardzo niebezpieczna! - Zrobiłam minę typowego bajarza, których u nas nie brakowało. Nero opierający się o próg drzwi zaśmiał się cicho, a ja skarciłam go wzrokiem, na co uniósł obronnie ręce.
  - Co to znaczy Minah-Tian? - zapytała głupiutko koteczka o białych jak śnieg włosach i błękitnych oczach.
  - Wiesz, nie mam pojęcia, Shaakite. - Wzruszyłam ramionami, żałując, że tego nie wiem. - Nie wiem, na jakiej podstawie magowie nadawali imiona.
  - Nie ważne, opowiadaj dalej, Kiet, prosimy! - Mała Yunahi zrobiła maślane oczka, a ja kontynuowałam: 
  - Minah przypadkiem potknęła się o kamień i spadła wraz z całą lawiną kamieni na polankę, która nie należała już do magów. Zemdlała wtedy, a kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą parę fiołkowych oczu...
  - Zupełnie takich, jak twoje? - wtrącił Nero, który znał całą tę historię w jej prawdziwej i całkowitej wersji.
  - Nie przerywaj mi! - Wystawiłam mu język, na chwilę zapominając, że obok są dzieci, które zaraz zaczęły bronić swojego wujka, mówiąc mi, że to nie ładnie.
  - Dobrze, dobrze, wiem i przepraszam - westchnęłam, udając skruchę. - Więc, Minah zobaczyła nad sobą parę kocich oczu, które wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Należały one do przystojnego blondyna, który wyciągnął do niej rękę, aby pomóc jej się podnie...
  - Już jestem! - usłyszeliśmy wołanie Charnini, matki kociąt, które z Hikari na czele natychmiast zerwały się z kojca, wołając wesoło ,,mama". To zazwyczaj oznaczało, że młode kocięta już do nas nie zawitają, zbyt zajęte tym, że ich mama wróciła z dwudniowego rejsu do najbliższego miasteczka, przynosząc im słodycze.
  Uśmiechnęłam się do siebie, po czym sama wstałam, strzepując niewidzialny kurz z ubrań. Miałam zamiar iść się z nią przywitać, ale kiedy przechodziłam przez próg, Nero złapał mnie w pasie i pocałował w policzek.
  - Nareszcie wolni - wyszeptał mi do ucha, na co uśmiechnęłam się szerzej i odwróciłam do niego przodem.
  - Więc? - Zagryzłam wargę, splatając dłonie na jego karku. Czarne koszule naprawdę mu służyły. - Co zamierzasz robić?
  Nie odpowiedział mi, a po prostu złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, a ja wplotłam ręce w jego kruczoczarne włosy.
  I pewnie poszłoby to dalej, w kierunku, w którym się domyślacie, jednakże usłyszeliśmy chichoty dzieci, na co niestety byliśmy zmuszeni przerwać.
  - Co wy tu jeszcze robicie, skrzaty? - Zapytał Nero, mierzwiąc siostrzeńcowi włosy. Raczej nie był szczęśliwy, że nam przerwali, ale w żadnym stopniu nie dało się zobaczyć jego irytacji. On, w przeciwieństwie do mnie, mimo przyłapania na gorącym uczynku potrafił zachowywać się normalnie, podczas gdy ja płonęłam rumieńcem.
  - Chaari nie dokończyła opowiadać! - zauważyła Eunbi, łapiąc mnie za nogę.
  - Shaakite! Eunbi! Yunahi! Hikari! Nihiro! Wracamy do domu! - powiedziała Charnini, pojawiając się za swoimi dziećmi. - Jest już późno, Kiette dokończy wam opowiadać innym razem.

        Nie było mi to jednak dane, a wydarzenia tamtej nocy były ostatnimi, które przeżyłam z małymi kociętami. Nazajutrz cała wioska spłonęła, spalona przez smoki. Niektórzy osierocili dzieci, inny wraz z nimi zginęli. Zginął Nero, jego siostra wraz z dziećmi i mężem, czworo naszych przyjaciół oraz wiele innych rodzin. W jeden dzień śmierć zebrała krwawe żniwo i mnóstwo łez.
  Wtedy, blisko rok temu, po zakończonych uroczystościach pogrzebowych, ostatni raz spojrzałam na portowe miasteczko, zaraz jednak mrużąc oczy ze łzami. Nie chciałam go pamiętać obróconego w proch i pył. Chciałam pamiętać malowane na biało domki, obite ciemnym drewnem, brukowane ulice, zapach morza i przyjemny dla kotów zapach ryb, wesoło biegające po pobliskich łąkach młode kotki czy dzieci zwyczajnych, ludzkich osadników oraz handlowców z innych krajów. Karczmy i tawerny wypełnione wesołymi śpiewakami, mnóstwo kotów chodzących po ulicach, nie ważne, czy to byliśmy my czy nasi dachowi pobratymcy. Tak chciałam pamiętać Mhetuu.
  Niestety, nie do końca mi się to udało. Pamiętam też przyprawiający o mdłości swąd spalonego drewna, ciała i futra, drewniane domostwa obrócone w popiół, kamienne osmolone i bez dachów oraz pełno spalonych żywcem ciał leżących na ulicach, które później chowaliśmy, nie zawsze będąc pewnym, kto był kim. Pamiętam też ziejące tumanami ognia smoki, które następnie z groźnym odgłosem ruchu skrzydeł odleciały za ocean.
  Potem odeszłam, jak i sporo innych kotów i ludzi. Nie chcieliśmy tam zostawać, straciliśmy zbyt wielu bliskich a także kochane przez nas osoby. Moje przyjaciółki, Noirin i Blanir, które tak na dobra sprawę to bliźniaczki o włosach czarnych i białych, również zdecydowały się odejść. A odeszły rozdzielając się, każda w swoja stronę.
  W chwili, w której zdecydowałam się na odejście, zostałam całkiem sama. Między innymi dlatego jeden z wyżej postawionych rangą kotołaków, który zwał się Daraniorem i wychowywał wiele młodych kotów (w tym osiem lat temu mnie), postanowił podarować mi jedno nietoperzątko z pośród potomstwa swojego magicznego pupila. Powiedział mi, że nietoperze, choć i za nimi koty lubią biegać, są najmniej kuszącymi koty zwierzętami i jako jedyne nadają się dla nas jako zwierzątka domowe.


        Westchnęłam cicho, gładząc czubek głowy nietoperza, który zwisał śpiąc do góry nogami na gałęzi nade mną. Znów zaczęłam popadać w melancholijny nastrój. Byłam już prawie pewna, że to tutaj, że to tu będzie Han. Tymczasem w okolicy widziałam tylko istotę, która była mała i niebieska, oraz całą zgraję przepełnionych frustracją elfek. Chyba jednak się myliłam - czeka nas dłuższa wędrówka.
  - Idziemy już od dwóch dni bez snu, przyda ci się wypoczynek - powiedziałam do Shi-Shiego, wodząc wskazującym palcem po liniach jego kości na skrzydłach. Ziewnęłam przeciągle i zmrużyłam oczy. - Mnie chyba też...
  Nim jednak moje powieki opadły do końca, jeden dźwięk sprawił, że byłam gotowa do skoku czy ucieczki. Nadstawiłam uszu, po czym z uspokojeniem zauważyłam, że to tylko niewielkie stado jeleni. Przyglądałam im się chwilę. Bardzo piękne stworzenia. Tyle, że jelenie mogą kusić wilki.
Westchnęłam poirytowana, bo chciałam spać spokojnie, a nie chciałam ryzykować bycia kotem wpędzonym na drzewo, z którego nijak nie ma ucieczki, po wiążące gałęzie są za cienkie dla mnie nawet w kociej formie. Zeskoczyłam z drzewa, postanawiając znaleźć inne miejsce do snu. Mój nietoperz niechętnie poderwał się do lotu.
  Wtedy też spokojnie i sennie wędrowałam sobie między krzakami, kiedy to z całym impetem coś na mnie wpadło tak mocno, że aż przeturlaliśmy się po ściółce.
  Powoli podniosłam się z ziemi otrzepując się powierzchownie z liści i gałązek, po czym spojrzałam na owe coś. Było białe i wełniane, a chwilę później dostrzegłam też owcze uszy. Ale stwór nosił wilczą maskę i miał puste oczy, co sprawiło, że zachwiałam się na nogach i usiadłam z powrotem. 
  - C-c-coś ty za jeden?! - wydukałam, modląc się, aby to coś mi się tylko śniło.
  Całą drogę omijałam wszelkie inne istoty, nie zazębiając więzi z nikim. Brak zaufania do innych i pusty wzrok stwora ukrytego za wilczą maską przyczynił się do mojego strachu.
  Nagle dało się słyszeć dobijane zwierzę. Wełniany stwór pobiegł w tamtym kierunku, a ja dostrzegłam wilczą głowę, która spijała krew z rozerwanego brzucha jelenia.
  Otworzyłam szeroko usta na widok, który zmroził mi krew w żyłach. Zdusiłam krzyk, a moja ręka chcąc nie chcąc powędrowała w kierunku przerażającej wilczej głowy. Ja się boję zwykłych wilków, a to coś jest jeszcze gorsze...
  Kiedy wełniany stwór się do mnie obrócił, cofnęłam się o krok, mając nadzieję, że strach nie sparaliżuje mnie przed ucieczką i oba przerażające stworzenia nie zaczną mnie ścigać.
  - Spokojnie - powiedział wełniany, jednak ja ciągle patrzyłam na wilczą głowę. - Nie zrobię ci krzywdy...
  - T-ty mo-że nie... - usiłowałam opanować drżenie głosu.
  Czułam, że się trzęsę. Jak na zawołanie przypomniał mi się dzień, w którym Han poszedł po wodę, a nasz prowizoryczny obóz napadło wilcze stado. Gdyby wtedy nie zapomniał wiadra i - nie kontrolując jeszcze swoich zdolności - nie podpalił ich, pewnie by nas zjadły. Uciekły w popłochu do strumienia, zostawiając pobladłego i przerażonego własnymi zdolnościami Hana samego. Miał wyrzuty sumienia, bo prawie stał się mordercą, choć próbowałam mu tłumaczyć, że uratował nas tym.
  Odpędzając obraz wilczej paszczy z przed kilku lat, zaczęłam się powoli cofać.
  - Nie bój się. - Próbował mnie uspokoić wełniany. Na marne. Wilki prawie mnie zabiły, mam prawo się ich bać.
  Wilcza głowa odwróciła się do mnie i kłapnęła zębami, na co jak skończona idiotka przemieniłam się w kota i uciekłam wysoko w korony drzew, robiąc coś, czego jeszcze przed chwilą unikałam.
  Serce waliło mi jak młotem, a sama ledwo łapałam oddech.
  - No proszę, kolejny kotołak? - Usłyszałam z dołu. Pewnie gdyby nie zaskoczenie, zastanowiłabym się nad słowem ,,kolejny". Nie jestem tchórzem, bez przesady, ale to było zdecydowanie za wiele jak na moje oczekiwania a propos tego miejsca.
  Na dole stał bliznowaty, dobrze zbudowany mężczyzna z rogami, spiczastymi uszami i lwim ogonem. Brawo Kiette, brawo. Miałaś unikać innych istot i stworzeń, a jesteś otoczona i na drzewie. Szczyt kociej inteligencji...

Tenzin? Atlant? Próbowałam na wszelkie sposoby to dokończyć odkąd z Tobą Nyan pisałam, ale moja kreatywność umarła

poniedziałek, 18 lipca 2016

Od Viserany CD Hanneona: Lecznica Pod Wąsem

Wchodzę do chatki Hanneona z całą pewnością siebie jaka mi się na razie odrodziła. Cóż, jak można być pewnym siebie po ataku butów i spacerku z gościem, który jest moim <teoretycznie> naturalnym wrogiem w dodatku władającym huraganami?! No nie powiem, zbił mnie trochę z tropu...
- Ach, więc tak mieszkasz? - Przerywam ciszę, która zaczyna mnie wnerwiać.
Rozglądam się po niewielkiej acz przytulnej przestrzeni. Spodziewałam się raczej zastać magiczne kociołki buchające kolorową parą albo przynajmniej jakieś dzikie pentagramy na podłodze czy zwykły bałagan... Tymczasem jest naprawdę czysto, tylko papiery... Dużo papierów. Przechylam głowę na bok, przypatrując się temu wszystkiemu i zaciskam krwawiącą dłoń.
- Jak widać - rzuca przez ramię kotołak, grzebiąc w dziwnych naczynkach, sprytnie schowanych. - Napijesz się czegoś?
- Mmmm, z tego co widziałam to masz tu obok strumyk nie? Poradzę sobie jak... kkk...ACIIIIIIIU!...oś. - No oczywiście, że musiało tak być. Tak, dla tych mniej zorientowanych - kichnęłam w połowie słowa. Czy tego chcę czy nie, zawsze kicham w dzień pełni księżyca. Przywykłam, ale nie lubię kiedy ledwo poznani to widzą.
Wycofuję się z chatki pewnym krokiem, odprowadzana zaciekawionym spojrzeniem Kitee.
Padam na kolana przy strumyku i zdejmuję opatrunek Hana. Syczę, kiedy materiał szoruje po ledwie wyschniętej krwi. Wkładam dłonie w lodowatą wodę i wzdycham cicho, rozkoszując się uczuciem wbijania igiełek zimna w skórę. Zamykam oczy i obmywam twarz wodą. Przecieram oczy i zanurzam lekko końcówki włosów w strumyku. Potem wstaję i otrzepuję się, potrząsając głową.
- No jeszcze podrap się nogą za uchem, i wszystko się będzie zgadzać... - mówię sama do siebie, prychając.
Taaaaaaaaaaak, no szczególnie w dzień pełni przejmuję zachowania typowe dla wilków.
Schylam się po opaskę Hanneona i gdy dotykam jej czubkami palców... Strzela światło, słyszę wycie, a po chwili w ciemności pojawiają się bordowe oczy wilka.
Upuszczam opaskę, ciężko mi złapać oddech. Takich sytuacji nienawidzę. Lubię swoje zdolności ale nie w tych dziwnych wypadkach kiedy są tylko strzępy i niezrozumiałe sygnały. Zwykle nie mówię o tym właścicielom, chociaż Haltowi kiedyś będę musiała powiedzieć. Wizja dotyczące jego była bardziej niż niepokojąca, a u mnie to rzadkość.
- Znalazłem. Daj rękę - mówi Kitee, wychodząc z chatki.
Szybko potrząsam głową żeby się ogarnąć i przywracam na twarz zwykły, ironiczny wyraz. Wykonuję jego polecenie i wyciągam rękę. Maść ma całkiem ładny zapach, trochę lawendy i jakiś cytrus, nie jestem pewna jaki, być może limonka. Hanneon nakłada grubą warstwę, następnie zawiązuje czysty bandaż.
Obserwuję go z zaciekawieniem. Jego ruchy są płynne, brwi ściągnięte w skupieniu. Przechylam lekko głowę na bok, a ironiczny uśmiech mimo woli pojawia się na mojej twarzy.
- Długo się tym zajmujesz? - pytam.
- Dosyć. A co, wątpisz w moje kwalifikacje?
- Hmmm, z natury nie jestem zbyt ufna, poza tym... Z takimi rzeczami zazwyczaj radzę sobie sama. Ale skoro już się napatoczyłeś to skorzystałam. - Wyszczerzam się wesoło, Han zauważa to kątem oka i tylko prycha. - Nooo... a co robisz tak poza tym? - pytam.
- Poza leczeniem? Nic szczególnego. Kształtuję swoje umiejętności. - Zaciska mocniej bandaż.
Uśmiecham się na to kącikiem ust. Czyżbym kiciusia rozdrażniła?
- Oooooooooo, to ja ci może dzisiaj pomogę, co? I tak nie mam nic do roboty.
- A ta mała? Nie jesteś jej opiekunką czy coś?
- Mmmmmmmm, mentorką. Wiesz, to bardzo poważna funkcja ale dzisiaj mam wolne - odpowiadam z powagą.
- Aha - ucina.
- Oj no weź! Pomogę ci, na serio. Umiem sporo rzeczy. Na przykład... mogę ci przepowiedzieć przyszłość.
- Tak? No i co widzisz?
- Daj mi coś swojego.
Zapada chwila ciszy, Han zawiązuje ostatecznie bandaż i przygląda się efektom swojej pracy. Spogląda na mnie spod rzęs i ocenia czy mówię serio. Wiem to, bo ludzie często tak na mnie patrzą. W ogóle, często patrzą. W końcu jestem taka niesamowita... Czyż nie?
<Hannuś? To jak będzie? Chcesz żeby Lady Visterany przepowiedziała ci pieniądze, miłość i zdrowie? XD >

piątek, 17 czerwca 2016

Od Tenzina - Zapolujmy!

        Owca śledziła czujnym wzrokiem obcych, ukryta w zaroślach na granicy lasu.
  ~ Jak myślisz, to przyjaciele? ~ zapytał w myślach Suowei.
  Wilk tak nie sądził. Su nie potrzebowała nawet wyrażać tego słowami. Tenzin już po jej zachowaniu mógł wszystko wyczytać. A jednak mimo jej ostrzeżeń był zbyt ciekawy. Trójka osób na werandzie starego domku stanowiła raczej nietypowe towarzystwo. Przy mały stoliku jakiś rogaty młodzieniec popijał kawę z brązowym felinem, podczas gdy obok na barierce siedziała harpia, strojąc lutnię. Łowca nie słyszał ich rozmowy, ale nie trudno było się domyślić, że wszyscy żywią wobec siebie raczej przyjazne uczucia.
  ~ Jest ich tu więcej? ~ spytał.
  Suowei wciągnęła powietrze przez nozdrza, czytając z woni niczym z księgi.
  ~ Tak...~ mruknęła. ~ Całkiem sporo...Ale nie wszyscy są obecni na polanie. Powinniśmy uważać, Owieczko. Jeśli trafimy na któregoś z nich, mogą się okazać niegościnni.
  Tenzinowi jakoś ciężko było w to uwierzyć. Jeśli pozostali chociaż trochę przypominają trójkę na ganku, nie powinni chyba z miejsca chcieć ich zabić. Takie skłonności przejawiali ludzie i niecywilizowane potwory, a ci tutaj wyglądali na dość spokojnych. Ale Su nie dawała się przekonać niczym. Dla niej to wszystko były tylko pozory. Oczyma wyobraźni widziała już scenę niewiele różną od ich ostatniego spotkania ze zbrojnymi awanturnikami. Zakuty w blachę durny człowiek stanowił jednak zgoła mniejsze zagrożenie niż humanoidalni. Nie bez powodu pierwsi obawiali się drugich. Nie, jej jagniątko nie może tam iść. Są niebezpieczni, lepiej zostawić ich w spokoju...
  ~ Chodźmy stąd, Tenzinie ~ poprosiła. ~ To nie miejsce dla nas.
  ~ To które JEST, Wilku? ~ nie wytrzymał. ~ Wszystkie poprzednie miejsca też nie były dla nas. Jeśli nie to, to które?
  Suowei umilkła na chwilę, czując, że chyba uraziła czymś swoją Owieczkę. Wepchnęła ogromny łeb pod łagodną dłoń i otarła się o Tenzina nosem.
  ~ Żadne, Jagniątko ~ odpowiedziała. ~ Dla nas nie ma miejsca. 
  Łowca dalej uparcie wpatrywał się w polanę. Bezwiednie głaskał nos Su w zamyśleniu. Jego zachowanie wcale jej się nie podobało. Ale znała sposób na odciągnięcie go od czegokolwiek...
  ~ Jestem głodna, Owieczko ~ zamruczała. ~ Zapolujmy!
  Tenzin niemal natychmiast zwrócił głowę w jej stronę. Wilk poczuł, że z miejsca poweselał.
  - To znajdź trop - szepnął.
  Jego towarzyszka z wesołym warknięciem rzuciła się w las. Owca pobiegła za nią lekkimi skokami przesadzając metr po metrze, huśtając się czasem do przodu na wystających gałęziach i przeskakując nad przewalonymi pniami. W końcu Suowei złapała trop: poruszała się wolniej, kiwając łbem na boki niczym płynąca ryba. Przyczaiła się w zaroślach, wpatrując się w małe stadko jeleni. Tenzin podekscytowany nadchodzącym pościgiem wspiął się na drzewo nad nią. Przykucnął na konarze dobywając łuku.
  ~ Wybierzmy nasz cel... ~ powiedziała do siebie Su.
  Większość polowań wyglądała identycznie jak to. Rzadko zdarzało się, by Łowca kończył je od razu jedną strzałą, chociaż miał ku temu sposobność prawie za każdym razem. Nie, przecież polowania to nie jeden, czysty strzał. To skupienie przy wybieraniu odpowiedniej ofiary, spięcie mięśni w skoku, podniecenie wzrastające z każdą minutą pościgu i wreszcie satysfakcja z zaciśnięcie zębów na wierzgającym ciele. Podczas łowów Wilk i Owca stawali się jednym: razem dzierżyli łuk, razem podgryzali ściganemu kostki, czuli to samo bicie przerażonego serca, szarpnięcie cięciwy boleśnie uderzającej nieostrożnego strzelca w przedramię i spływającą po brodzie ciepłą krew zwierzyny. Suowei dawała Tenzinowi zapał i głód, podczas gdy on użyczał jej swojej cierpliwości i determinacji. Jedno uzupełniało drugie, nie mogło bez niego funkcjonować. Tylko razem tworzyli idealny, nie dający się powstrzymać zespół.
  Łowca naciągnął łuk. Na cięciwie zmaterializowała się widmowa strzała. Nie celował w żadne ze zwierząt, tylko w ziemię między nimi. W ten sposób da im sygnał, że zbliża się śmierć. Był to pewien rodzaj niesprawiedliwego wyboru, bo o ile człowiek wiedział, że kiedyś i tak zginie, przerażone zwierzę zawsze będzie chciało uciec.
  I o to właśnie chodziło.
  Strzała wbiła się ze świstem w ziemię. Odgłos ostrzegł stado i jelenie rzuciły się do ucieczki. Ruszyły w zgoła jednym kierunku i tylko jeden omyłkowo odłączył się od grupy. Suowei z warknięciem poleciała właśnie za nim. Owca zeskoczyła z drzewa i pobiegła za towarzyszką. Pędzili teraz przez las, śmigając zygzakiem między drzewami, równocześnie biegnąc i płynąc, dzieląc tą samą radość. Tenzin szybciej doganiał jelenia i posyłał w jego kierunku strzały. Wtedy zwierzę go wyprzedzało, po czym znowu zwalniało podgryzione w tylne nogi przez Su. Ale nie poddawał się, biegł dalej głupio wierząc, że jest w stanie wygrać ten wyścig.
  Łowca biegł, patrząc niemal cały czas w bok za jeleniem, na ślepo, a jednak skutecznie omijając przeszkody. W lesie spodziewał się tylko kilka ich rodzajów - jakiejś zbyt niskiej gałęzi, przewalonego pniaka, grubszego drzewa czy krzewu. Wyczuwał je niemal instynktownie, bo wiedział, co go może tutaj spotkać.
  I właśnie dlatego nie zdołał ominąć nieświadomej niczego młodej dziewczyny - po prostu się jej tutaj nie spodziewał. Ona jego chyba też.
  Przeturlali się do tyłu po ściółce. Tenzin przez impet poleciał nieco dalej, lądując od razu w przyklęku. Spojrzał zdziwiony na otrzepującą się z gałązek i liści blondynkę. Gdy go zauważyła, aż z powrotem usiadła na ziemi lekko przestraszona.
  - C-c-coś ty za jeden?! - zapytała.
  Wtedy jednak do ich uszu dotarł kwik dobijanego zwierzęcia. Owca od razu straciła zainteresowanie nieznajomą i pobiegła w stronę odgłosów. Spojrzała z góry na zagryzającą jelenia Suowei. Zwierzę musiało się potknąć zbiegając z lekkiej stromizny. Teraz zadowolony Wilk chłeptał krew z rozerwanego brzucha. Tenzin zadowolony oparł się o swój łuk obserwując posilającą się Su. Dopiero zduszony okrzyk za nim przypomniał mu o pewnej istotnej sprawie.
  Obejrzał się na teraz już porządnie przerażoną dziewczynę. Jej usta drgały gdy wskazywała palcem na Suowei. Cofnęła się o krok gdy Łowca się poruszył.
  - Spokojnie - powiedział. - Nie zrobię ci krzywdy...


<Kiette? Nie taki Wilk straszny jak go malują...>

Od Mild cd Phestera - Przemijanie

        Dziewczyna wpatrywała się chwilę w komin dociekając, jakim to cudem nie zauważyła tego wcześniej. Nagle zdała sobie sprawę, że Phester znowu zostawił ją w tyle, znikając w cieniu wnętrza zarośniętego budynku. Gienah i Kraz wlecieli za nią.
  - A ktoś jeszcze o niej wie? - zapytała dorównując kroku medykowi.
  - Nie sądzę - odpowiedział krótko.
  Zanim zdążyła znowu coś powiedzieć, krótki korytarz wyprowadził ich do owej tajemniczej biblioteki. Budynek miał okrągły kształt, był całkiem spory i płaski - jego zdecydowana większość znajdowała się pod ziemią. Mild wychyliła się przez barierkę i popatrzyła w dół. Byli na trzecim piętrze. Ściany biblioteki zasłonięte były całkowicie przez dopasowane do kształtu pomieszczenia ogromne regały. Spiralne schodki tuż obok wyjścia prowadziły na stanowiący parter, wyłożony jasnobrązowymi kafelkami placyk. Na jego środku stała wyschnięta, pęknięta w kilku miejscach fontanna. Światło przebijało się przez w połowie zarośniętą bluszczem kratownicę w suficie. Uparty chwast zajął także resztę budynku: zielone pędy pięły się po balustradach i półkach, przebijały podłogę, zwisały girlandami z pięter, niczym zasłony, nadając całej bibliotece wrażenie długowieczności, ten tajemniczy, magiczny urok.
  Daya stała kilka minut w miejscu nie mogąc wydusić słowa. Dopiero Kraz pociągnęła ją lekko dziobem za kosmyk włosów, bo znowu została w tyle. Phester obserwując pomieszczenie w zupełnej ciszy zszedł na drugie piętro.
  - Ciekawe... - powiedział jakby do siebie. - Całe trzecie piętro jest ukryte w pagórku...
  Elfka pobiegła za nim, dalej nie mogąc się napatrzyć.
  - Kto to zbudował? - spytała licząc, że skoro medyk znał położenie biblioteki to może wiedział coś więcej na jej temat.
  - Zapewne te same istoty, które zostawiły po sobie wioskę na naszej polanie - opowiedział. Przejechał bladą dłonią po grzbietach książek. Wziął jedną do ręki i przekartkował oceniając stan zbioru. W zamyśleniu wpatrywał się w strony, po czym sprawdził także dwie następne.
  - Co jest? - rzuciła Mild chcąc przerwać przedłużającą się ciszę.
  - Dziwne...książki są w dobry stanie.
  - Chyba takie jest z założenia zadanie bibliotek, prawda? Utrzymywanie książek?
  - Ten budynek ma wiele lat, Mild. Papier już dawno powinien zmurszeć przez wilgoć, a szkodniki bez czyjejś pilnej ręki dorwałyby się do okładek - Phester zamknął książkę i odłożył na swoje miejsce.
  - Czyli...myślisz, że ktoś tu mieszka? - dziewczynie na samą myśl zjeżyły się włoski na karku. Nagle poczuła jakby czyiś wzrok wypalał jej dziurę w plecach i całą siłą woli powstrzymała odruch odwrócenia się do tyłu.
  - Niewykluczone - mężczyzna w żelaznej masce ruszył dalej. - Możliwym jest także udział jakiegoś uroku.
  - W sensie, jakiś czarodziej rzucił czar na cały budynek?
  - Musiałby to być naprawdę potężny mag... - zastanowił się na głos.
  Zeszli na sam parter. Mild bez chwili zastanowienia podbiegła do starej fontanny. Miała kształt idealnego okręgu. Na jej środku stała na podwyższeniu kamienna misa, a w niej na cokole Figura sowy z rozpostartymi skrzydłami. Niegdyś pewnie z misy przelewała się kaskadami woda, w której może nawet pływały ryby. Dayi nietrudno było to sobie wyobrazić: chodzących po piętrach cicho rozmawiających ludzi bądź elfy, w starych donicach przy regałach wciąż kwitnące kwiaty, jakąś małą dziewczynkę pluskającą dłonią w fontannie, strasząc małe, pomarańczowo białe rybki, podczas gdy jej mama siedzi obok zajęta lekturą. I jakiegoś poczciwego, starszego bibliotekarza pouczającego dzieciaki, by nie hałasowały, przekładającego książki na ich właściwe miejsca i raz na jakiś czas udzielającego się do rozmów. Kamienna sowa spogląda na to wszystko dumnie ze swojego cokołu, niczym król na własne włości.
  A potem wbrew sobie zobaczyła jak to wszystko przemija. Odwiedzających jest coraz mniej, znikają jedni po drugich zaciągnięci do wojska lub zbyt starzy, by móc tu przyjść. Dzieci dorastają i znajdują ciekawsze zajęcia niż bieganie po bibliotece. Nie jest już dla nich taka ogromna i piękna, kto ma teraz czas by czytać? Stary bibliotekarz nie ma już sił. Nie jest już w stanie dbać o cały budynek: kwiaty dziczeją i więdną, półki porasta kurz, rybki w fontannie umierają z głodu. A gdy znika ostatni strażnik tego miejsca, w posiadanie biorą je zielone palce bluszczu. Niszczą mozaikę w kafelkach, zasłaniają całe piętra kotarami. I pozostaje jedynie sowa - niewzruszona kamienna figura, która nie opuściła swojego królestwa, chociaż przeżarł je czas. Dalej rozpościera skrzydła, jakby chciała je otulić, przygarnąć do piersi.
  Nagle po posadzce przetoczył się cień. Coś z hukiem wylądowało na pierwszym piętrze i zniknęło za pierwszym rzędem regałów. Mild cofnęła się od fontanny ze zduszonym okrzykiem. Phester spiął się lekko, próbując wyśledzić wzrokiem dziwne stworzenie. Daya sięgnęła po miecz.
  - Rzeczywiście, ktoś dalej tu mieszka - powiedział medyk i ruszył powoli w stronę spiralnych schodów.

<Phester? Szczerze powiem, nie miałam pomysłów *^*>