środa, 24 sierpnia 2016

JESTEM!!!

Ha! Nie spodziewaliście się mnie małe ... khm.. no... W każdym razie jestem! (choć zaraz znów zniknę, ale tylko na chwilę). Wiem że się ie pożegnałam, ale serio zwiedzenie połowy kraju, przejechanie, przegalopowanie i przejście kilu tysięcy kilometrów trochę czasu zajmuje :P
No ale jestem, więc pora ruszyć się do roboty wasz poganiacz chwyta za bat i jak tylko sama się wyrobie to i was ten bat dosięgnie, więc ruszać do pisania!

Niech wena będzie z wami~!

niedziela, 24 lipca 2016

Od Kiette cd Tenzina - Kocie opowieści

        Byliśmy wtedy przed kominkiem w salonie w domu Nero.
  - Opowiem wam historię, która zdarzyła się, nim jeszcze ja zdążyłam przyjść na świat - powiedziałam z uśmiechem, głaszcząc młode kotki jednej z siedmiu sióstr Nero.
  - Opowiadaj, Chaari, opowiadaj! To będą twoje i twojego brata przygody, prawda? - zawołał blondwłosy kotek z piegowatym noskiem, patrząc na mnie zielonymi ślepiami tak podobnymi do tych Hana, kiedy korzystał z magii ziemi, a choć robił to rzadko i wtedy prawie tak nieumiejętnie, jak ja, pamiętam ten kolor doskonale.
  - Wybacz Nihiro, to historia pełna miłości - zauważyłam, na co blondynek zmarszczył nosek, a jego siostrzyczki zaczęły klaskać i nadstawiły swoje kocie uszy.
  Uśmiechnęłam się do nich. Kiedy to ja byłam malutka, uwielbiałam słuchać historii o tym, jak mama poznała tatę. Nie ważne, że historia ta kończyła się tragicznie, o czym młodym kotom nigdy nie wspomniałam a i mnie samej mama tylko raz opowiedziała całość.
  - Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy to Minah-Tian, o rudoczerwonych włosach i oczach ciemnych jak czekolada, pierwszy raz wybrała się na samotną wycieczkę. Jej rodzice, choć mieszkali w wiosce w górach, nie lubili wychodzić, woleli integrować się z przyrodą w przydomowym ogrodzie. Młoda jeszcze Minah spacerowała po górach, bawiąc się magią. Były to czasy jeszcze gorsze, niż teraz, kiedy wojny między różnymi rasami były naprawdę straszne, wiec taka wycieczka była bardzo niebezpieczna! - Zrobiłam minę typowego bajarza, których u nas nie brakowało. Nero opierający się o próg drzwi zaśmiał się cicho, a ja skarciłam go wzrokiem, na co uniósł obronnie ręce.
  - Co to znaczy Minah-Tian? - zapytała głupiutko koteczka o białych jak śnieg włosach i błękitnych oczach.
  - Wiesz, nie mam pojęcia, Shaakite. - Wzruszyłam ramionami, żałując, że tego nie wiem. - Nie wiem, na jakiej podstawie magowie nadawali imiona.
  - Nie ważne, opowiadaj dalej, Kiet, prosimy! - Mała Yunahi zrobiła maślane oczka, a ja kontynuowałam: 
  - Minah przypadkiem potknęła się o kamień i spadła wraz z całą lawiną kamieni na polankę, która nie należała już do magów. Zemdlała wtedy, a kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą parę fiołkowych oczu...
  - Zupełnie takich, jak twoje? - wtrącił Nero, który znał całą tę historię w jej prawdziwej i całkowitej wersji.
  - Nie przerywaj mi! - Wystawiłam mu język, na chwilę zapominając, że obok są dzieci, które zaraz zaczęły bronić swojego wujka, mówiąc mi, że to nie ładnie.
  - Dobrze, dobrze, wiem i przepraszam - westchnęłam, udając skruchę. - Więc, Minah zobaczyła nad sobą parę kocich oczu, które wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Należały one do przystojnego blondyna, który wyciągnął do niej rękę, aby pomóc jej się podnie...
  - Już jestem! - usłyszeliśmy wołanie Charnini, matki kociąt, które z Hikari na czele natychmiast zerwały się z kojca, wołając wesoło ,,mama". To zazwyczaj oznaczało, że młode kocięta już do nas nie zawitają, zbyt zajęte tym, że ich mama wróciła z dwudniowego rejsu do najbliższego miasteczka, przynosząc im słodycze.
  Uśmiechnęłam się do siebie, po czym sama wstałam, strzepując niewidzialny kurz z ubrań. Miałam zamiar iść się z nią przywitać, ale kiedy przechodziłam przez próg, Nero złapał mnie w pasie i pocałował w policzek.
  - Nareszcie wolni - wyszeptał mi do ucha, na co uśmiechnęłam się szerzej i odwróciłam do niego przodem.
  - Więc? - Zagryzłam wargę, splatając dłonie na jego karku. Czarne koszule naprawdę mu służyły. - Co zamierzasz robić?
  Nie odpowiedział mi, a po prostu złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, a ja wplotłam ręce w jego kruczoczarne włosy.
  I pewnie poszłoby to dalej, w kierunku, w którym się domyślacie, jednakże usłyszeliśmy chichoty dzieci, na co niestety byliśmy zmuszeni przerwać.
  - Co wy tu jeszcze robicie, skrzaty? - Zapytał Nero, mierzwiąc siostrzeńcowi włosy. Raczej nie był szczęśliwy, że nam przerwali, ale w żadnym stopniu nie dało się zobaczyć jego irytacji. On, w przeciwieństwie do mnie, mimo przyłapania na gorącym uczynku potrafił zachowywać się normalnie, podczas gdy ja płonęłam rumieńcem.
  - Chaari nie dokończyła opowiadać! - zauważyła Eunbi, łapiąc mnie za nogę.
  - Shaakite! Eunbi! Yunahi! Hikari! Nihiro! Wracamy do domu! - powiedziała Charnini, pojawiając się za swoimi dziećmi. - Jest już późno, Kiette dokończy wam opowiadać innym razem.

        Nie było mi to jednak dane, a wydarzenia tamtej nocy były ostatnimi, które przeżyłam z małymi kociętami. Nazajutrz cała wioska spłonęła, spalona przez smoki. Niektórzy osierocili dzieci, inny wraz z nimi zginęli. Zginął Nero, jego siostra wraz z dziećmi i mężem, czworo naszych przyjaciół oraz wiele innych rodzin. W jeden dzień śmierć zebrała krwawe żniwo i mnóstwo łez.
  Wtedy, blisko rok temu, po zakończonych uroczystościach pogrzebowych, ostatni raz spojrzałam na portowe miasteczko, zaraz jednak mrużąc oczy ze łzami. Nie chciałam go pamiętać obróconego w proch i pył. Chciałam pamiętać malowane na biało domki, obite ciemnym drewnem, brukowane ulice, zapach morza i przyjemny dla kotów zapach ryb, wesoło biegające po pobliskich łąkach młode kotki czy dzieci zwyczajnych, ludzkich osadników oraz handlowców z innych krajów. Karczmy i tawerny wypełnione wesołymi śpiewakami, mnóstwo kotów chodzących po ulicach, nie ważne, czy to byliśmy my czy nasi dachowi pobratymcy. Tak chciałam pamiętać Mhetuu.
  Niestety, nie do końca mi się to udało. Pamiętam też przyprawiający o mdłości swąd spalonego drewna, ciała i futra, drewniane domostwa obrócone w popiół, kamienne osmolone i bez dachów oraz pełno spalonych żywcem ciał leżących na ulicach, które później chowaliśmy, nie zawsze będąc pewnym, kto był kim. Pamiętam też ziejące tumanami ognia smoki, które następnie z groźnym odgłosem ruchu skrzydeł odleciały za ocean.
  Potem odeszłam, jak i sporo innych kotów i ludzi. Nie chcieliśmy tam zostawać, straciliśmy zbyt wielu bliskich a także kochane przez nas osoby. Moje przyjaciółki, Noirin i Blanir, które tak na dobra sprawę to bliźniaczki o włosach czarnych i białych, również zdecydowały się odejść. A odeszły rozdzielając się, każda w swoja stronę.
  W chwili, w której zdecydowałam się na odejście, zostałam całkiem sama. Między innymi dlatego jeden z wyżej postawionych rangą kotołaków, który zwał się Daraniorem i wychowywał wiele młodych kotów (w tym osiem lat temu mnie), postanowił podarować mi jedno nietoperzątko z pośród potomstwa swojego magicznego pupila. Powiedział mi, że nietoperze, choć i za nimi koty lubią biegać, są najmniej kuszącymi koty zwierzętami i jako jedyne nadają się dla nas jako zwierzątka domowe.


        Westchnęłam cicho, gładząc czubek głowy nietoperza, który zwisał śpiąc do góry nogami na gałęzi nade mną. Znów zaczęłam popadać w melancholijny nastrój. Byłam już prawie pewna, że to tutaj, że to tu będzie Han. Tymczasem w okolicy widziałam tylko istotę, która była mała i niebieska, oraz całą zgraję przepełnionych frustracją elfek. Chyba jednak się myliłam - czeka nas dłuższa wędrówka.
  - Idziemy już od dwóch dni bez snu, przyda ci się wypoczynek - powiedziałam do Shi-Shiego, wodząc wskazującym palcem po liniach jego kości na skrzydłach. Ziewnęłam przeciągle i zmrużyłam oczy. - Mnie chyba też...
  Nim jednak moje powieki opadły do końca, jeden dźwięk sprawił, że byłam gotowa do skoku czy ucieczki. Nadstawiłam uszu, po czym z uspokojeniem zauważyłam, że to tylko niewielkie stado jeleni. Przyglądałam im się chwilę. Bardzo piękne stworzenia. Tyle, że jelenie mogą kusić wilki.
Westchnęłam poirytowana, bo chciałam spać spokojnie, a nie chciałam ryzykować bycia kotem wpędzonym na drzewo, z którego nijak nie ma ucieczki, po wiążące gałęzie są za cienkie dla mnie nawet w kociej formie. Zeskoczyłam z drzewa, postanawiając znaleźć inne miejsce do snu. Mój nietoperz niechętnie poderwał się do lotu.
  Wtedy też spokojnie i sennie wędrowałam sobie między krzakami, kiedy to z całym impetem coś na mnie wpadło tak mocno, że aż przeturlaliśmy się po ściółce.
  Powoli podniosłam się z ziemi otrzepując się powierzchownie z liści i gałązek, po czym spojrzałam na owe coś. Było białe i wełniane, a chwilę później dostrzegłam też owcze uszy. Ale stwór nosił wilczą maskę i miał puste oczy, co sprawiło, że zachwiałam się na nogach i usiadłam z powrotem. 
  - C-c-coś ty za jeden?! - wydukałam, modląc się, aby to coś mi się tylko śniło.
  Całą drogę omijałam wszelkie inne istoty, nie zazębiając więzi z nikim. Brak zaufania do innych i pusty wzrok stwora ukrytego za wilczą maską przyczynił się do mojego strachu.
  Nagle dało się słyszeć dobijane zwierzę. Wełniany stwór pobiegł w tamtym kierunku, a ja dostrzegłam wilczą głowę, która spijała krew z rozerwanego brzucha jelenia.
  Otworzyłam szeroko usta na widok, który zmroził mi krew w żyłach. Zdusiłam krzyk, a moja ręka chcąc nie chcąc powędrowała w kierunku przerażającej wilczej głowy. Ja się boję zwykłych wilków, a to coś jest jeszcze gorsze...
  Kiedy wełniany stwór się do mnie obrócił, cofnęłam się o krok, mając nadzieję, że strach nie sparaliżuje mnie przed ucieczką i oba przerażające stworzenia nie zaczną mnie ścigać.
  - Spokojnie - powiedział wełniany, jednak ja ciągle patrzyłam na wilczą głowę. - Nie zrobię ci krzywdy...
  - T-ty mo-że nie... - usiłowałam opanować drżenie głosu.
  Czułam, że się trzęsę. Jak na zawołanie przypomniał mi się dzień, w którym Han poszedł po wodę, a nasz prowizoryczny obóz napadło wilcze stado. Gdyby wtedy nie zapomniał wiadra i - nie kontrolując jeszcze swoich zdolności - nie podpalił ich, pewnie by nas zjadły. Uciekły w popłochu do strumienia, zostawiając pobladłego i przerażonego własnymi zdolnościami Hana samego. Miał wyrzuty sumienia, bo prawie stał się mordercą, choć próbowałam mu tłumaczyć, że uratował nas tym.
  Odpędzając obraz wilczej paszczy z przed kilku lat, zaczęłam się powoli cofać.
  - Nie bój się. - Próbował mnie uspokoić wełniany. Na marne. Wilki prawie mnie zabiły, mam prawo się ich bać.
  Wilcza głowa odwróciła się do mnie i kłapnęła zębami, na co jak skończona idiotka przemieniłam się w kota i uciekłam wysoko w korony drzew, robiąc coś, czego jeszcze przed chwilą unikałam.
  Serce waliło mi jak młotem, a sama ledwo łapałam oddech.
  - No proszę, kolejny kotołak? - Usłyszałam z dołu. Pewnie gdyby nie zaskoczenie, zastanowiłabym się nad słowem ,,kolejny". Nie jestem tchórzem, bez przesady, ale to było zdecydowanie za wiele jak na moje oczekiwania a propos tego miejsca.
  Na dole stał bliznowaty, dobrze zbudowany mężczyzna z rogami, spiczastymi uszami i lwim ogonem. Brawo Kiette, brawo. Miałaś unikać innych istot i stworzeń, a jesteś otoczona i na drzewie. Szczyt kociej inteligencji...

Tenzin? Atlant? Próbowałam na wszelkie sposoby to dokończyć odkąd z Tobą Nyan pisałam, ale moja kreatywność umarła

poniedziałek, 18 lipca 2016

Od Viserany CD Hanneona: Lecznica Pod Wąsem

Wchodzę do chatki Hanneona z całą pewnością siebie jaka mi się na razie odrodziła. Cóż, jak można być pewnym siebie po ataku butów i spacerku z gościem, który jest moim <teoretycznie> naturalnym wrogiem w dodatku władającym huraganami?! No nie powiem, zbił mnie trochę z tropu...
- Ach, więc tak mieszkasz? - Przerywam ciszę, która zaczyna mnie wnerwiać.
Rozglądam się po niewielkiej acz przytulnej przestrzeni. Spodziewałam się raczej zastać magiczne kociołki buchające kolorową parą albo przynajmniej jakieś dzikie pentagramy na podłodze czy zwykły bałagan... Tymczasem jest naprawdę czysto, tylko papiery... Dużo papierów. Przechylam głowę na bok, przypatrując się temu wszystkiemu i zaciskam krwawiącą dłoń.
- Jak widać - rzuca przez ramię kotołak, grzebiąc w dziwnych naczynkach, sprytnie schowanych. - Napijesz się czegoś?
- Mmmm, z tego co widziałam to masz tu obok strumyk nie? Poradzę sobie jak... kkk...ACIIIIIIIU!...oś. - No oczywiście, że musiało tak być. Tak, dla tych mniej zorientowanych - kichnęłam w połowie słowa. Czy tego chcę czy nie, zawsze kicham w dzień pełni księżyca. Przywykłam, ale nie lubię kiedy ledwo poznani to widzą.
Wycofuję się z chatki pewnym krokiem, odprowadzana zaciekawionym spojrzeniem Kitee.
Padam na kolana przy strumyku i zdejmuję opatrunek Hana. Syczę, kiedy materiał szoruje po ledwie wyschniętej krwi. Wkładam dłonie w lodowatą wodę i wzdycham cicho, rozkoszując się uczuciem wbijania igiełek zimna w skórę. Zamykam oczy i obmywam twarz wodą. Przecieram oczy i zanurzam lekko końcówki włosów w strumyku. Potem wstaję i otrzepuję się, potrząsając głową.
- No jeszcze podrap się nogą za uchem, i wszystko się będzie zgadzać... - mówię sama do siebie, prychając.
Taaaaaaaaaaak, no szczególnie w dzień pełni przejmuję zachowania typowe dla wilków.
Schylam się po opaskę Hanneona i gdy dotykam jej czubkami palców... Strzela światło, słyszę wycie, a po chwili w ciemności pojawiają się bordowe oczy wilka.
Upuszczam opaskę, ciężko mi złapać oddech. Takich sytuacji nienawidzę. Lubię swoje zdolności ale nie w tych dziwnych wypadkach kiedy są tylko strzępy i niezrozumiałe sygnały. Zwykle nie mówię o tym właścicielom, chociaż Haltowi kiedyś będę musiała powiedzieć. Wizja dotyczące jego była bardziej niż niepokojąca, a u mnie to rzadkość.
- Znalazłem. Daj rękę - mówi Kitee, wychodząc z chatki.
Szybko potrząsam głową żeby się ogarnąć i przywracam na twarz zwykły, ironiczny wyraz. Wykonuję jego polecenie i wyciągam rękę. Maść ma całkiem ładny zapach, trochę lawendy i jakiś cytrus, nie jestem pewna jaki, być może limonka. Hanneon nakłada grubą warstwę, następnie zawiązuje czysty bandaż.
Obserwuję go z zaciekawieniem. Jego ruchy są płynne, brwi ściągnięte w skupieniu. Przechylam lekko głowę na bok, a ironiczny uśmiech mimo woli pojawia się na mojej twarzy.
- Długo się tym zajmujesz? - pytam.
- Dosyć. A co, wątpisz w moje kwalifikacje?
- Hmmm, z natury nie jestem zbyt ufna, poza tym... Z takimi rzeczami zazwyczaj radzę sobie sama. Ale skoro już się napatoczyłeś to skorzystałam. - Wyszczerzam się wesoło, Han zauważa to kątem oka i tylko prycha. - Nooo... a co robisz tak poza tym? - pytam.
- Poza leczeniem? Nic szczególnego. Kształtuję swoje umiejętności. - Zaciska mocniej bandaż.
Uśmiecham się na to kącikiem ust. Czyżbym kiciusia rozdrażniła?
- Oooooooooo, to ja ci może dzisiaj pomogę, co? I tak nie mam nic do roboty.
- A ta mała? Nie jesteś jej opiekunką czy coś?
- Mmmmmmmm, mentorką. Wiesz, to bardzo poważna funkcja ale dzisiaj mam wolne - odpowiadam z powagą.
- Aha - ucina.
- Oj no weź! Pomogę ci, na serio. Umiem sporo rzeczy. Na przykład... mogę ci przepowiedzieć przyszłość.
- Tak? No i co widzisz?
- Daj mi coś swojego.
Zapada chwila ciszy, Han zawiązuje ostatecznie bandaż i przygląda się efektom swojej pracy. Spogląda na mnie spod rzęs i ocenia czy mówię serio. Wiem to, bo ludzie często tak na mnie patrzą. W ogóle, często patrzą. W końcu jestem taka niesamowita... Czyż nie?
<Hannuś? To jak będzie? Chcesz żeby Lady Visterany przepowiedziała ci pieniądze, miłość i zdrowie? XD >

piątek, 17 czerwca 2016

Od Tenzina - Zapolujmy!

        Owca śledziła czujnym wzrokiem obcych, ukryta w zaroślach na granicy lasu.
  ~ Jak myślisz, to przyjaciele? ~ zapytał w myślach Suowei.
  Wilk tak nie sądził. Su nie potrzebowała nawet wyrażać tego słowami. Tenzin już po jej zachowaniu mógł wszystko wyczytać. A jednak mimo jej ostrzeżeń był zbyt ciekawy. Trójka osób na werandzie starego domku stanowiła raczej nietypowe towarzystwo. Przy mały stoliku jakiś rogaty młodzieniec popijał kawę z brązowym felinem, podczas gdy obok na barierce siedziała harpia, strojąc lutnię. Łowca nie słyszał ich rozmowy, ale nie trudno było się domyślić, że wszyscy żywią wobec siebie raczej przyjazne uczucia.
  ~ Jest ich tu więcej? ~ spytał.
  Suowei wciągnęła powietrze przez nozdrza, czytając z woni niczym z księgi.
  ~ Tak...~ mruknęła. ~ Całkiem sporo...Ale nie wszyscy są obecni na polanie. Powinniśmy uważać, Owieczko. Jeśli trafimy na któregoś z nich, mogą się okazać niegościnni.
  Tenzinowi jakoś ciężko było w to uwierzyć. Jeśli pozostali chociaż trochę przypominają trójkę na ganku, nie powinni chyba z miejsca chcieć ich zabić. Takie skłonności przejawiali ludzie i niecywilizowane potwory, a ci tutaj wyglądali na dość spokojnych. Ale Su nie dawała się przekonać niczym. Dla niej to wszystko były tylko pozory. Oczyma wyobraźni widziała już scenę niewiele różną od ich ostatniego spotkania ze zbrojnymi awanturnikami. Zakuty w blachę durny człowiek stanowił jednak zgoła mniejsze zagrożenie niż humanoidalni. Nie bez powodu pierwsi obawiali się drugich. Nie, jej jagniątko nie może tam iść. Są niebezpieczni, lepiej zostawić ich w spokoju...
  ~ Chodźmy stąd, Tenzinie ~ poprosiła. ~ To nie miejsce dla nas.
  ~ To które JEST, Wilku? ~ nie wytrzymał. ~ Wszystkie poprzednie miejsca też nie były dla nas. Jeśli nie to, to które?
  Suowei umilkła na chwilę, czując, że chyba uraziła czymś swoją Owieczkę. Wepchnęła ogromny łeb pod łagodną dłoń i otarła się o Tenzina nosem.
  ~ Żadne, Jagniątko ~ odpowiedziała. ~ Dla nas nie ma miejsca. 
  Łowca dalej uparcie wpatrywał się w polanę. Bezwiednie głaskał nos Su w zamyśleniu. Jego zachowanie wcale jej się nie podobało. Ale znała sposób na odciągnięcie go od czegokolwiek...
  ~ Jestem głodna, Owieczko ~ zamruczała. ~ Zapolujmy!
  Tenzin niemal natychmiast zwrócił głowę w jej stronę. Wilk poczuł, że z miejsca poweselał.
  - To znajdź trop - szepnął.
  Jego towarzyszka z wesołym warknięciem rzuciła się w las. Owca pobiegła za nią lekkimi skokami przesadzając metr po metrze, huśtając się czasem do przodu na wystających gałęziach i przeskakując nad przewalonymi pniami. W końcu Suowei złapała trop: poruszała się wolniej, kiwając łbem na boki niczym płynąca ryba. Przyczaiła się w zaroślach, wpatrując się w małe stadko jeleni. Tenzin podekscytowany nadchodzącym pościgiem wspiął się na drzewo nad nią. Przykucnął na konarze dobywając łuku.
  ~ Wybierzmy nasz cel... ~ powiedziała do siebie Su.
  Większość polowań wyglądała identycznie jak to. Rzadko zdarzało się, by Łowca kończył je od razu jedną strzałą, chociaż miał ku temu sposobność prawie za każdym razem. Nie, przecież polowania to nie jeden, czysty strzał. To skupienie przy wybieraniu odpowiedniej ofiary, spięcie mięśni w skoku, podniecenie wzrastające z każdą minutą pościgu i wreszcie satysfakcja z zaciśnięcie zębów na wierzgającym ciele. Podczas łowów Wilk i Owca stawali się jednym: razem dzierżyli łuk, razem podgryzali ściganemu kostki, czuli to samo bicie przerażonego serca, szarpnięcie cięciwy boleśnie uderzającej nieostrożnego strzelca w przedramię i spływającą po brodzie ciepłą krew zwierzyny. Suowei dawała Tenzinowi zapał i głód, podczas gdy on użyczał jej swojej cierpliwości i determinacji. Jedno uzupełniało drugie, nie mogło bez niego funkcjonować. Tylko razem tworzyli idealny, nie dający się powstrzymać zespół.
  Łowca naciągnął łuk. Na cięciwie zmaterializowała się widmowa strzała. Nie celował w żadne ze zwierząt, tylko w ziemię między nimi. W ten sposób da im sygnał, że zbliża się śmierć. Był to pewien rodzaj niesprawiedliwego wyboru, bo o ile człowiek wiedział, że kiedyś i tak zginie, przerażone zwierzę zawsze będzie chciało uciec.
  I o to właśnie chodziło.
  Strzała wbiła się ze świstem w ziemię. Odgłos ostrzegł stado i jelenie rzuciły się do ucieczki. Ruszyły w zgoła jednym kierunku i tylko jeden omyłkowo odłączył się od grupy. Suowei z warknięciem poleciała właśnie za nim. Owca zeskoczyła z drzewa i pobiegła za towarzyszką. Pędzili teraz przez las, śmigając zygzakiem między drzewami, równocześnie biegnąc i płynąc, dzieląc tą samą radość. Tenzin szybciej doganiał jelenia i posyłał w jego kierunku strzały. Wtedy zwierzę go wyprzedzało, po czym znowu zwalniało podgryzione w tylne nogi przez Su. Ale nie poddawał się, biegł dalej głupio wierząc, że jest w stanie wygrać ten wyścig.
  Łowca biegł, patrząc niemal cały czas w bok za jeleniem, na ślepo, a jednak skutecznie omijając przeszkody. W lesie spodziewał się tylko kilka ich rodzajów - jakiejś zbyt niskiej gałęzi, przewalonego pniaka, grubszego drzewa czy krzewu. Wyczuwał je niemal instynktownie, bo wiedział, co go może tutaj spotkać.
  I właśnie dlatego nie zdołał ominąć nieświadomej niczego młodej dziewczyny - po prostu się jej tutaj nie spodziewał. Ona jego chyba też.
  Przeturlali się do tyłu po ściółce. Tenzin przez impet poleciał nieco dalej, lądując od razu w przyklęku. Spojrzał zdziwiony na otrzepującą się z gałązek i liści blondynkę. Gdy go zauważyła, aż z powrotem usiadła na ziemi lekko przestraszona.
  - C-c-coś ty za jeden?! - zapytała.
  Wtedy jednak do ich uszu dotarł kwik dobijanego zwierzęcia. Owca od razu straciła zainteresowanie nieznajomą i pobiegła w stronę odgłosów. Spojrzała z góry na zagryzającą jelenia Suowei. Zwierzę musiało się potknąć zbiegając z lekkiej stromizny. Teraz zadowolony Wilk chłeptał krew z rozerwanego brzucha. Tenzin zadowolony oparł się o swój łuk obserwując posilającą się Su. Dopiero zduszony okrzyk za nim przypomniał mu o pewnej istotnej sprawie.
  Obejrzał się na teraz już porządnie przerażoną dziewczynę. Jej usta drgały gdy wskazywała palcem na Suowei. Cofnęła się o krok gdy Łowca się poruszył.
  - Spokojnie - powiedział. - Nie zrobię ci krzywdy...


<Kiette? Nie taki Wilk straszny jak go malują...>

Od Mild cd Phestera - Przemijanie

        Dziewczyna wpatrywała się chwilę w komin dociekając, jakim to cudem nie zauważyła tego wcześniej. Nagle zdała sobie sprawę, że Phester znowu zostawił ją w tyle, znikając w cieniu wnętrza zarośniętego budynku. Gienah i Kraz wlecieli za nią.
  - A ktoś jeszcze o niej wie? - zapytała dorównując kroku medykowi.
  - Nie sądzę - odpowiedział krótko.
  Zanim zdążyła znowu coś powiedzieć, krótki korytarz wyprowadził ich do owej tajemniczej biblioteki. Budynek miał okrągły kształt, był całkiem spory i płaski - jego zdecydowana większość znajdowała się pod ziemią. Mild wychyliła się przez barierkę i popatrzyła w dół. Byli na trzecim piętrze. Ściany biblioteki zasłonięte były całkowicie przez dopasowane do kształtu pomieszczenia ogromne regały. Spiralne schodki tuż obok wyjścia prowadziły na stanowiący parter, wyłożony jasnobrązowymi kafelkami placyk. Na jego środku stała wyschnięta, pęknięta w kilku miejscach fontanna. Światło przebijało się przez w połowie zarośniętą bluszczem kratownicę w suficie. Uparty chwast zajął także resztę budynku: zielone pędy pięły się po balustradach i półkach, przebijały podłogę, zwisały girlandami z pięter, niczym zasłony, nadając całej bibliotece wrażenie długowieczności, ten tajemniczy, magiczny urok.
  Daya stała kilka minut w miejscu nie mogąc wydusić słowa. Dopiero Kraz pociągnęła ją lekko dziobem za kosmyk włosów, bo znowu została w tyle. Phester obserwując pomieszczenie w zupełnej ciszy zszedł na drugie piętro.
  - Ciekawe... - powiedział jakby do siebie. - Całe trzecie piętro jest ukryte w pagórku...
  Elfka pobiegła za nim, dalej nie mogąc się napatrzyć.
  - Kto to zbudował? - spytała licząc, że skoro medyk znał położenie biblioteki to może wiedział coś więcej na jej temat.
  - Zapewne te same istoty, które zostawiły po sobie wioskę na naszej polanie - opowiedział. Przejechał bladą dłonią po grzbietach książek. Wziął jedną do ręki i przekartkował oceniając stan zbioru. W zamyśleniu wpatrywał się w strony, po czym sprawdził także dwie następne.
  - Co jest? - rzuciła Mild chcąc przerwać przedłużającą się ciszę.
  - Dziwne...książki są w dobry stanie.
  - Chyba takie jest z założenia zadanie bibliotek, prawda? Utrzymywanie książek?
  - Ten budynek ma wiele lat, Mild. Papier już dawno powinien zmurszeć przez wilgoć, a szkodniki bez czyjejś pilnej ręki dorwałyby się do okładek - Phester zamknął książkę i odłożył na swoje miejsce.
  - Czyli...myślisz, że ktoś tu mieszka? - dziewczynie na samą myśl zjeżyły się włoski na karku. Nagle poczuła jakby czyiś wzrok wypalał jej dziurę w plecach i całą siłą woli powstrzymała odruch odwrócenia się do tyłu.
  - Niewykluczone - mężczyzna w żelaznej masce ruszył dalej. - Możliwym jest także udział jakiegoś uroku.
  - W sensie, jakiś czarodziej rzucił czar na cały budynek?
  - Musiałby to być naprawdę potężny mag... - zastanowił się na głos.
  Zeszli na sam parter. Mild bez chwili zastanowienia podbiegła do starej fontanny. Miała kształt idealnego okręgu. Na jej środku stała na podwyższeniu kamienna misa, a w niej na cokole Figura sowy z rozpostartymi skrzydłami. Niegdyś pewnie z misy przelewała się kaskadami woda, w której może nawet pływały ryby. Dayi nietrudno było to sobie wyobrazić: chodzących po piętrach cicho rozmawiających ludzi bądź elfy, w starych donicach przy regałach wciąż kwitnące kwiaty, jakąś małą dziewczynkę pluskającą dłonią w fontannie, strasząc małe, pomarańczowo białe rybki, podczas gdy jej mama siedzi obok zajęta lekturą. I jakiegoś poczciwego, starszego bibliotekarza pouczającego dzieciaki, by nie hałasowały, przekładającego książki na ich właściwe miejsca i raz na jakiś czas udzielającego się do rozmów. Kamienna sowa spogląda na to wszystko dumnie ze swojego cokołu, niczym król na własne włości.
  A potem wbrew sobie zobaczyła jak to wszystko przemija. Odwiedzających jest coraz mniej, znikają jedni po drugich zaciągnięci do wojska lub zbyt starzy, by móc tu przyjść. Dzieci dorastają i znajdują ciekawsze zajęcia niż bieganie po bibliotece. Nie jest już dla nich taka ogromna i piękna, kto ma teraz czas by czytać? Stary bibliotekarz nie ma już sił. Nie jest już w stanie dbać o cały budynek: kwiaty dziczeją i więdną, półki porasta kurz, rybki w fontannie umierają z głodu. A gdy znika ostatni strażnik tego miejsca, w posiadanie biorą je zielone palce bluszczu. Niszczą mozaikę w kafelkach, zasłaniają całe piętra kotarami. I pozostaje jedynie sowa - niewzruszona kamienna figura, która nie opuściła swojego królestwa, chociaż przeżarł je czas. Dalej rozpościera skrzydła, jakby chciała je otulić, przygarnąć do piersi.
  Nagle po posadzce przetoczył się cień. Coś z hukiem wylądowało na pierwszym piętrze i zniknęło za pierwszym rzędem regałów. Mild cofnęła się od fontanny ze zduszonym okrzykiem. Phester spiął się lekko, próbując wyśledzić wzrokiem dziwne stworzenie. Daya sięgnęła po miecz.
  - Rzeczywiście, ktoś dalej tu mieszka - powiedział medyk i ruszył powoli w stronę spiralnych schodów.

<Phester? Szczerze powiem, nie miałam pomysłów *^*>

czwartek, 16 czerwca 2016

Shi-Shi

[widoczna na arcie właścicielki]
Imię: Shi-Shi, które nawiązuję do trzepotu skrzydeł, jaki zazwyczaj wydaje.
Rasa: nietoperz
Wiek: 2,5 roku.
Płeć: Samiec.
Krótki opis: wygląda jak zwyczajny nietoperz i byłby nim, gdyby nie zdolność do wyczuwania energii życiowej i umiejętność łącza telepatycznego. Rozczytuje myśli, przywołuje we wspomnieniach obraz danej osoby i na ich podstawie szuka jej bądź jego energii w miejscu, w którym się znajduje. Jednakże dana osoba musiała tam choć chwilowo przebywać. Kiedy zna energię i ją wyczuwa, jest w stanie podążać za nią, nie ważne, jak wiele czasu minęło od ostatniego pobytu danej osoby w danym miejscu, pod warunkiem, że ta osoba żyje. Jest wbrew pozorom bardzo towarzyskim stworzonkiem i słucha swojej pani.
Właściciel: Kiette

Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić.


Imię: Kiette. Czyta się tak, jak się pisze, to nawet bardzo ważne, gdyż bez ,,e" byłoby formą męską. Z języka kotów zza oceanu ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję. Kiette zaś tłumaczy się jako ,,pełna nadziei".
Nazwisko: Chattres. Mama nadała im takie, gdyż kotołaki zza oceanu nie używały nazwisk.
Przydomek: rodzina nazywała ją Kiet, zaś ,,ucywilizowane" kotołaki, z którymi mieszkała przechrzciły ją dzięki kolorowi włosów na ,,Chaari", co w ich języku znaczy po prostu ,,biała" albo ,,blondynka" śmiejąc się, że nawiązuje do jej nazwiska.
Rasa: Kototołak z wrodzonymi zdolnościami magicznymi - kotomag. Ojciec był ,,dzikim" kotołakiem, matka magiem.
Wiek: Na chwilę obecną 22, ale zawsze wygadała na młodszą niż rzeczywiście była. Odkąd skończyła dziewiętnaście lat, przestała się starzeć, a kotołaki powiedziały jej, że ten proces rozpocznie się bardzo powoli dopiero w okolicach jej sześćsetnych urodzin. Na oko twierdzą, że ma w granicach 13-17 lat.
Płeć: kobieta/kotka.
Stanowisko: Zwiadowca, ale może wesprzeć - tylko wesprzeć - oddziały magiczne.
Aparycja: Naturalnie jej oczy są fiołkowe. Wzdłuż kręgosłupa ma wytatuowane runy, które, jak kiedyś powiedziała mama, są zaklęciem ożywiającym, ale nie zna nikogo, kto potrafi takie rozczytać. Zaklęcie to działa tylko do dwóch godzin po śmierci osoby czy zwierzęcia, które chcemy ocalić. Kiet jest szczupła i niewysoka, wygląda na bardzo młodziutką, a jej kły są dłuższe niż u przeciętnego człowieka. Włosy zazwyczaj ma potargane przez wiatr i rzadko je spina. Nie nosi sukienek, bo krępują jej ruchy i jak wszystkie poznane kotołaczki zazwyczaj nosi luźne, lniane koszule i wygodne spodnie. Rzadko zakłada buty, częściej ma stopy obwiązane ścierkami, które tłumią odgłosy kroków. Na oko ciężko zauważyć jakieś podobieństwo między nią a najstarszym z jej braci, gdyż on jedyny wdał się w matkę, dziedzicząc po niej rudo-czerwone włosy.
Zdolności: Przede wszystkim, potrafi zamieniać się w pół-kota i kotka uderzająco podobnego do kremowego kota norweskiego leśnego. Najbardziej lubi tak zwaną ,,przemianę pokazową", kiedy jej twarz stopniowo przemienia się w pyszczek i kiedy sylwetka się zmniejsza, obrastając futrem, a na końcu oczy przybierają typowo koci wygląd, choć zrobi to i w kilka sekund. Potrafi świetnie się skradać, co przydaje się na polowaniach. Jest bardzo szybka, zmieści się wszędzie, świetnie wspina się i chodzi po drzewach w obu swoich postaciach. Ma niesamowity słuch i wzrok - w nocy widzi znacznie lepiej niż zwyczajni ludzie czy znaczna część istot. Ma także nieprzeciętną inteligencję. Świetnie posługuje się sztyletem i zawsze ma go przy sobie. Nigdy nie chciała być magiem, a swoje zdolność potępia, gdyż obwinia się za śmierć braci i opiekuna. Jej zdolności magiczne są nierozwinięte i nie używa ich niemal nigdy. Najbardziej ze wszystkich żywiołów nie znosi wody, inne są jej obojętne, choć wiatr kojarzy jej się z bratem. Potrafi czasami na przykład coś podpalić, sprawić, by z nasionka wyrósł kwiatek czy użyć magii tak, że rozstąpi się przed nią woda, albo wywołać słaby wiatr. Ewentualnie jakieś inne drobne czary. I to by było na tyle, jeśli chodzi o magię, chociaż w całej swej egzystencji używa tego tylko okazjonalnie. Poza tym, jest w stanie dogadać się z każdym kotowatym, niezależnie od tego, czy zna jego język. Umie także grać na harfie i harmonijce. Oprócz tego, łączy się telepatycznie ze swoim pupilem, chociaż to już jego umiejętności jej na to pozwalają.
Zainteresowania: Kiette lubi przebywać w towarzystwie i chociaż chodzi własnymi ścieżkami jak na kota przystało, to lubi mieć w drodze towarzysza, nawet, jeśli po niedługim czasie będą musieli się rozstać. Jest nieco leniwa, ale mimo to uwielbia być w ruchu. Lubi wschody słońca i śpiewanie, a śpiewa pięknie, ciesząc uszy słuchaczy, ale nie uznaje tego za zawód. Żyjąc wśród kotów nauczyła się szyć i dziergać, a szyli wełniane swetry głównie po to, aby potem móc je rozpruwać. Lubi wszelkie zabawy w podchody i skradanie się a także szukanie wskazówek. Ach, no uwielbia spać, najlepiej na drzewie oświetlona słonecznymi promieniami w swym futrze, bo opalać się nienawidzi.
Charakter: Kiette jest przede wszystkim niezależna. Poza tym, jest miła i dobrze wychowana. To osóbka, którą najchętniej starsze kotołaki głaskały po główce, gdyż była tą najgrzeczniejszą. Przynajmniej za swych początków, potem od rówieśników przejęła skłonność do psot. Bywają sytuacje, kiedy jednak potrafi pokazać pazurki, które swoją drogą, jak mogłoby się wydawać, takie małe i tępe nie są. Chętnie pomaga innym i podobno potrafi się przyjaźnić ze wszystkim, co się rusza. Bardzo przywiązuje się do miejsc i swoich przyjaciół, nie znosi pożegnań, a każde z nich kończy się potokiem niechcianych łez smutku i wzruszenia. Kiedyś była bardziej wesoła, niż obecnie. Uwielbiała żarty i integrację z innymi, robienie psikusów i podchody. Ostatnie siedem lat spędziła w gronie różnych kotołaków, od których przejęła niektóre zwyczaje i cechy, takie jak przeciąganie się w specyficzny sposób z samego rana czy specjalny rodzaj miauknięcia wyrażający znudzenie. Nauczyła się żyć wolna w grupie, która nie ma lidera, choć poluje, mieszka i śpi razem. Niedawne wydarzenia jednak odbiły na niej dość pokaźne piętno. Jej promienista aura pobladła. Kiet stała się dość ponura i zamyślona, ale nie znaczy to, że wszystkie jej dawne cechy wyparowały. Jest w żałobie po swoim ukochanym i niektórych przyjaciołach, zwłaszcza, że to wszystko jest jeszcze świeże. Przestała ufać życiu i innym, prawie cały czas jest podłamana i rozpamiętuje przeszłość. Po prostu cierpi i potrzebuje czasu na to, aby znów żyć normalnie. Dusi wszystkie te emocje w sobie, bo dopóki nie znajdzie brata, nie ma komu się wypłakać.
Historia: Urodziła się w grocie za wodospadem w kraju dzikich kotołaków jako najmłodsza z miotu, u boku trzech braci. Ojcu całego rodzeństwa dzikie kotołaki wymierzyły karę śmierci za romansowanie z magiem. Mama przez długi czas w ukryciu opiekowała się młodymi kotami, planując ucieczkę w spokojniejsze miejsce. Kiedy jednak chciała to zrobić pewnej bezksiężycowej nocy, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Na ich szczęście, nie rozpoznały w nich istot półkrwi, a tylko porzucone kocięta, którymi jeden z nich postanowił się zaopiekować. Wychowywali się tam dość spokojnie, a opiekun troszczył się o nich jak o własne dzieci, których nie mógł mieć.
 Kiedy miała osiem lat, przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności, w obecności innych kotów, paląc przy tym najbliższe drzewo. Wszystkie kotołaki zgodnie postanowiły pozbyć się nocą czwórki maluchów i ich opiekuna. Wraz z bratem, Hanem, udało jej się uciec, jednakże oba wtedy młodziuteńkie kotki były światkami śmierci swoich braci i opiekuna.
 Przez długi czas szukali matki, ale kiedy po rocznych poszukiwaniach nie znaleźli jej na pobliskich terenach, postanowili ruszyć w świat, jako rudy i kremowy kot. Odwiedzili wiele krajów, długo mając na ogonie tamte dzikie kotołaki, które widziały w nich zagrożenie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Ostatecznie w wieku piętnastu lat pożegnali się w porcie, nazywanym Mhatuu, który zamieszkiwały ucywilizowane koty, skąd Han wyruszył na poszukiwanie magów i gdzie Kiet już została. Przez całe następne sześć lat mieszkała wśród nich. Przyjęli ją jak rodzina, zajęli się nią. Znalazła tam przyjaciół i rówieśników. A także nieco od niej starszego, czarnego kota o niesamowicie niebieskich oczach i kruczych włosach, w którym zakochała się z wzajemnością. Na imię miał Nero, co w języku miejscowych kotołaków oznacza czarnego ptaka. Z czasem zostali parą, byli dla siebie stworzeni, a Nero, nawet mimo młodego wieku, oświadczył jej się.
 Pewnego dnia - a było to święto wszystkich kotowatych (nie tylko kołotoków, ale także innych humanoidalnych kocich braci) - wraz z częścią zgrupowania odpowiedzialnego za łowy, do którego wraz z dwiema przyjaciółkami i kolegą należała, powędrowała na wyprawę do lasu, żeby znaleźć coś, z czego można by sporządzić ucztę.
 Kiedy wrócili, zastali Mhetuu w płomieniach, a nad nim stado smoków, ziejących ogniem po wszystkim, co się ruszało. Tam zginął Nero i czworo ich bliskich przyjaciół z paczki.
 Uroczystości pogrzebowe żegnające około czterystu mieszkańców portu odbyły się następnego dnia. Tuż po nich Kiette, nie mogąc znieść widoku doszczętnie spalonego domu, z bólem zabrała się do pakowania prowiantu na podróż, tak jak i kilkoro z jej rówieśników i starszych członków grupy. Z pięćdziesięciu dwóch pozostałych przy życiu mieszkańców portu zostało ich tam tylko trzydziestu. Oni zabrali się za odnowę, podczas gdy reszta zbierała się do wyprowadzki. Na pożegnanie, od jednego z najstarszych ocalałych mieszkańców, który ją i inne młode koty wychowywał, dostała nietoperza, który potrafi wyczuć energię życiową każdej osoby, której poszukujesz, a która była w miejscu, z którego wyruszasz, niezależnie od tego, ile minęło czasu. A Kiette wiedziała, gdzie chce się udać. Do brata. Tylko on jej pozostał.
 Tonąc we łzach pożegnała przyjaciółki, które także zbierały się do odejścia i ruszenia w świat oraz resztę rodziny. Długo wędrowała szukając brata odwiedzając każde miejsce, którym był, prowadzona przez swojego pupila. Koniec końców trafiła do Hidden.
Partner: Miała. Tak się składa, że spłonął wraz z całym swoim domem i portem. Nie jest gotowa na nowy związek. Jeszcze nie teraz.
Rodzina:
* mama - Miah-Tian
* tata - mama nazywała go ,,Wspaniałym"
* bracia: Hanneon - ,,ten, który jest zwycięzcą", Jumon (nie żyje) - ,,ten, który jest mistrzem" i Sarazion (nie żyje) - ,,ten, który jest cudem".
Towarzysz: Shi-Shi
Szczegóły:
* boi się psów, wilków, smoków i wody
* aury jej zaklęć przybierają kolory: czerwony, biały lub jasnożółty.
* jej oczy zmieniają się w zależności od tego, co robi. Kiedy używa magii ognia, wody, powietrza lub ziemi są odpowiednio żółte, niebieskie, szare lub zielone. Kiedy łączy się telepatycznie ze swoim pupilem, są czerwone.
* zwykłe dachowce często schodzą się do miejsca, w którym się znajduje.
* uważa, że przynosi pecha, choć nie jest czarnym kotem.
* woli ludzkie jedzenie od kociego.
* zdarza jej się zachowywać jak zwykły kot nawet, kiedy jest w ludzkiej formie.
* została jedyną osobą, która w żadnym stopniu nie przeszkadza swym istnieniem swojemu bratu.
* miewa sny o przeszłości, które doprowadzają ją do płaczu.
Autor: Lucy321