sobota, 21 listopada 2015

Od Viserany c.d. Lisbeth - Hidden

Nie bardzo wiem gdzie jedziemy. Ale jest w porządku. Jadę sobie w środku pochodu. Jadę, co jest dziwne bo ja zazwyczaj biegam własnonożnie. Ale to miła odmiana. Cieszę sie ze jedziemy lasem, nie główną drogą. Po pierwsze - zasze wolałam lasy. Po drugie jesteśmy bardzo zwracajacą uwagę grupką. Mężczyzna z dziobem, elfie dziecko, biegnąca kobieta-cień, Robin Hood, cicha dama i ja. Ale wiecie co? Bardzo mi dobrze tak jechać...
Do czasu.
- Stchórzyłaś - słyszę nagle obok.
Odwracam się i widzę zacienioną kapturem twarz. Znów się zacznie...
- Nie rozmawiam z tobą - mówie oschle.
- A to czemu? Nadal winisz mnie za tego mężczyznę obok gospody?
- A może mam siebie winić?!
- Szczerze? Tak.
- Szczerze? Nie interesuje mnie co mówisz.
Przez chwilę milczy ale irytująco się uśmiecha. Denerwuje mnie to dlatego po chwili pospieszam lekko konia i zajmuję sie obserwowaniem wszystkiego poza nim. Myślę też o tym dokąd jedziemy. Możliwe ze coś wspominali ale byłam zbyt zdenerwowana całą sytuacją...
- A mi się wydaje, że ciebie bardzo interesuje co mówię. Zwłaszcza jeśli powiem, że stchórzyłaś.
- Och przestań! Jakbyś mnie wtedy nie sprowokował to bym nie rzuciła tym nożem.
- Tak, czyli to moja wina.
- Właśnie tak.
- Aha. No to może jak dotrzemy na miejsce to spróbujemy znowu?
Brzmi to dla mnie nieco śmiesznie, więc parskam śmiechem. Halt nie wie co się dzieje więc mierzy mnie wzrokiem i czeka. Ale nie doczeka się. Słyszę bowiem, że kobieta-cień pyta Mild o miejsce na koniu. Zrywam sie szybko żeby jej odstapić - świetna okazja żeby uwolnić się od tego... osobnika i trochę pobiegać. Zanim jednak zdążę zeskoczyć, nasza droga Mild robi miejsce nowej i już, moja nadzieja odjeżdża razem z nimi. Świetnie.
- Nie zadowolona?
- Skąd!
Halt śmieje się ale ja tylko wywracam oczami i ruszam dalej. Przez jakiś czas jedziemy stałym tempem, bez żadnych przygód. Potem jednak robimy krótki postój. Zsiadam z konia i wdrapuję sie na drzewo. Siadam na wysokiej gałęzi i machając nogami oglądam krajobraz. Jest ładnie. Wiosna, wiadomo. Lubię patrzeć na te wszystkie strumyki które odmarzają, przede wszystkim na nie i na wodospady które zwalczają lód. Uwielbiam na to patrzeć, ale rzadko mam okazję.
- Co tam widzisz? - słyszę znów. No nie, myślałam że tu mnie nie znajdzie.
- Coś, co mnie nie denerwuje - odwarkuję.
- Popatrzę z tobą.
Odwracam do niego głowę i miażdże go wzrokiem. Czy jemu się wydaje, że go nie zrzucę z tego drzewa?! Bardzo się myli...
- Nie, dzięki. Znajdź sobie inne drzewo co?
- Daj spokój, nie jesteś taka gruba, ja tez nie, zmieścimy się.
- Taaaak? - Unoszę brew. - Nie jestem pewna... - Szybko wyciągam ręce i dotykam barku Halta... W tym samym momencie mam wizje.
Otwieram oczy siedząc nadal na gałęzi. Wzdycham cicho i rozglądam się. Halt siedzi obok i trzyma mnie za ramiona.
- W porządku? - pyta.
- Taak...? Puść mnie.
- Pewna jesteś.
- Tak. Mówie niewyraźnie?! - Szarpię sie i szybko schodzę z drzewa. Wskakuję na konia a zaraz potem ruszmay dalej. Przez resztę drogi nie odzywam sie słowem...
W końcu dojeżdżamy do jakiegoś miejsca. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy. Czuję tylko że sie zatrzymujemy więc zsiadam z konia. Głaszczę wierzchowca i mruczę coś do niego. Nagle ktoś kładzie rękę obok mojej na szyi konia. Odwracam się szybko by zmiażdżyć wzrokiem... Mild?
- No i jak ci sie podoba? - pyta.
- Ale co? - odowiadam niemrawo. Szybko zmieniam minę.
<Mild?>

środa, 18 listopada 2015

Od Atlanta c.d. Frelser - Krótka rozmowa

Gambit fuknął po kociemu na dziewczynę, ale nie odezwał się do niej. Wręcz ceremonialnie przeszedł obok niej by dostać się do poszkodowanego. Na co dziewczyna jedynie roześmiała się.
 -Ty pewnie jak zwykle wiesz o czym rozmawia się w porcie prawda?- Atlant przychylił się do piratki, korzystając z okazji, że smok i Gambit byli zajęci czym innym. Squall zmarszczyła brwi, domyślała się jednak czego może chcieć mężczyzna. Przytaknęła powoli i nastawiła uszu, jednak wzrokiem śledziła tamtych dwoje.
 -Muszę wiedzieć co się dzieje na kontynencie. Jestem tutaj już dłuższy czas i ukrywam się przed wojskami. Historyjka o "władowaniu" była wymyślona na miejscu.- Mówił półgłosem, ale zachowywał się swobodnie, jaby rozmowa dotczyła pogody.
 -No proszę? Dezerter boi się armii?- Uśmiechnęła się jadowicie.
 -To miejsce - Hidden, jednak istnieje.- Kontynuował, nawet nie zwracając uwagi na słoa dziewczyny. -Co więcej jeszcze dziś powinna przybyć tutaj kolejna osoba. A może i więcej, prawda jest taka, że czy wtedy skłamałem czy nie Hidden powstaje, a równocześnie od tej chwili jest zagrożone. Arsman czuje się panem świata, też tego skrawka ziemi. Poznałem go na tyle dobrze by wiedzieć, że kiedy dojdą do niego wieści o istnieniu niezależnego państwa na terenie niczyim, wpadnie tutaj i zrówna wszystko z ziemią.- Tłumaczył dalej nieświadomie przybierając poważny ton, w oczach dziewczyny Lew zmienił się z starą Bestię. Nie dała jednak tego po sobie poznać.
 -I na co mnie to mówisz? Jakby obchodziła mnie twoja osoba, czy też twój "kraj" z dwojgiem poddanych.- Wskazała ręką na tamtych dwoje.
 -Kraj? Śmiesznie brzmi, bardziej "grupa buntowników, schowana za górami"- Drgnął w krótkim odruchu śmiechu. -Znam twoją kartotekę i wiem...
 -Gówno wiesz. Wiesz tyle ile pozwoliłam o sobie wiedzieć temu śmiesznemu "wywiadowi" króla. A ty wiesz tylko te bajki i portowe legendy zapisane w tych papierkach. Za dzień lub dwa wypłynę. Zostawię tobie Puszka i Jaszczura i tyle mnie zobaczysz.
 -Nie potrzebujesz przypadkiem bazy wypadowej? Proponuję układ, tutaj będziesz mogła trzymać łupy i chować się. Za jedyne chce tylko informacji ze świata, bo tutaj i ta jestem odcięty, a muszę wiedzieć co i jak gdyby miały zdarzać się tutaj jakieś najazdy.- Piratka znów się zaśmiała z drwiną.
 -Wiesz co? Zaczyna mnie to nawet ciekawić... może faktycznie tutaj zabawię? Nie myśl sobie jednak, że będę twoją usłuszną podwładną. To co chcesz wiedzieć?
 -Nie chcę wam przeszkadzać...- Oboje gwałtownie podnieśli wzrok na stojącego obok Felina. -...ale skończyliśmy i słyszeliśmy co-nieco tej waszej rozmowy. - Frelser również podniósł głowę i spojrzał na Atlanta, który jedynie pokiwał rozbawiony głową.
 -No proszę? Nie wiesz że starszych się nie podsłuchuję?
 -To nie było nic takiego, czego nie mogliby usłyszeć. -Chcieliśmy jedynie zgłosić swoje stanowisko w tej sprawie.- Uśmiechnął się szeroko i podjął pod boki.
 -A konkretnie?- Władca uniósł brew, nie do końca rozumiejąc intencje kotowatego.
 -A konkretnie to moje stanowisko mogłoby być medyczne i inżynierskie.- Zaśmiał się, na co tym samym odpowiedziała reszta grupki.
 ~Więc ja biorę lotnika i łowcę!~ Przekazał pośpiesznie Frelser i zaryczał cicho.
 -Więc tworzysz w Hidden własny wiek feniksa?- Squall zaśmiała się i uniosła kubek z kawo-rumem do toastu. -To niech ta twoja banda nie rozpadnie się z pierwszym najazdem.- Po czym wypiła resztę napoju i zamaszystym ruchem odłożyła kubek na stół, następnie wstała.
 -A ty gdzie? I co z...
 -Nie denerwuj się, jeszcze tutaj wrócę. Na razie jednak pędzi mnie alkohol, a później wybieram się na wycieczkę krajoznawczą. Wieczorem wrócę, albo nawet wcześniej.- Oznajmiła spokojnie, przeskoczyła przez barierkę i odeszła gdzieś między drzewa pogwizdując. Frelser spojrzał na pozostałych dwoje pytająco. Miał nadzieje że wiedzą coś więcej o Sztormie. Tamci jednak tylko wzruszyli ramionami równie zdziwieni.
 -Jestem głodny, jak się postaramy to do zachodu słońca przygotujemy ognisko i wieczerzę.- Atlant klasnął w dłonie i zatarł je z radością.

<??? No wiem trochę któtko, ale czekamy teraz tak naprawdę na resztę grupki :P>

środa, 11 listopada 2015

Od Lisbeth c.d. Phester’a - Tam, gdzie wschodzi słońce…

Dziewczyna delikatnie zmrużyła oczy, zupełnie jakby chciała uchronić je przed promieniami wschodzącego słońca. Choć, tym razem to nie ono kuło ją w oczy. Lis zawsze wykonywała tę czynność, gdy nie była czegoś pewna, lub chciała przejrzeć ludzi na wylot… albo i nie-ludzi, tak jak w tym wypadku. Mrużyła oczy i taksowała obcych szybkim spojrzeniem, od góry do dołu, jakby dzięki temu miała dowiedzieć się o nich absolutnie wszystkiego. Nie żeby ta czynność faktycznie jej coś dawała, ale niektórych nawyków po prostu ciężko jest się pozbyć. Nawet jeśli miało się na to dobre sto lat i dostanie się jeszcze wiele kolejnych wieków.
Zastanowiła się chwilkę nad odpowiedzią, ale niezbyt długo, by grupa nie musiała specjalnie na nią czekać. Z jednej strony właściwie w ogóle ich nie znała. Ale tak naprawdę to od wielu dekad nie znała na tym świecie już nikogo. Wszystko skończyło się dobre pięćdziesiąt lat temu, kiedy starszy brat postanowił opuścić ten świat. Choć już wtedy był wiekowy (a przynajmniej jak na czasy średniowiecza…) i bardzo rzadko się z nim widywała. Właściwie to wszystkich przyjaciół, jeśli kiedykolwiek mogła nazwać tak pozostałych Łowców straciła ponad wiek temu. Z drugiej strony było w tej bandzie coś wyjątkowego, czego nie spotykała u innych istot. Co to było? Nie miała pojęcia, a przynajmniej jeszcze nie. Ale przecież mogła się tego dowiedzieć, wystarczyło jeden gest, jedno słowo.
„Na wschód, co?”- pomyślała i uśmiechnęła się odrobinę, choć przez chustę, zasłaniającą jej pół twarzy nie można było tego dostrzec.- „Zapowiada się ciekawie. Czemu nie?”
W odpowiedzi wzruszyła odrobinę ramionami, po czym skinęła głową.
-Dobrze.- dodała krótko, na wypadek gdyby jej wcześniejsze gesty nie były dość jasne.
Pozostali członkowie grupy też najwyraźniej nie mieli zamiaru rezygnować z podróży na wschód. Każde z nich ruszyło więc z powrotem przed siebie. Prowadzili swoje wierzchowce przez las, depcząc tym samym własną ścieżkę wśród drzew, krzaków, czy też innych gęstych zarośli. Jedno było pewne, ta droga na pewno nie nadawała się na podróż. A już na pewno nie na dłuższą wyprawę, która wymagała przeprowadzania koni. Lisbeth szła tędy zaledwie wcześniejszej nocy, wiedziała więc doskonale, że przez dobre pół godziny szlak będzie robić się coraz gęstszy, węższy i trudniejszy do przejścia. Wiedziała jednak, że po tych kilkudziesięciu minutach męki, trafią na otwartą przestrzeń. I choć nie był to całkowicie odsłonięty teren to nadawał się do jazdy konnej. Ona nie miała wierzchowca, ale nie potrzebowała żadnego transportu. Na własnych nogach też da radę, a na początku wędrówki będzie to nawet znacznym ułatwieniem.
Nie musiała się pakować, bo nigdy nic ze sobą nie miała. A przynajmniej nie były to drobiazgi na tyle duże, by nie zmieściły się do kieszeni płaszcza. Najważniejsza była chusta, noże i kapelusz. Jeśli miała wszystko przy sobie, mogła wyruszyć w każdej chwili. Choć jakby się tak nad tym zastanowić to brakowało jeszcze jednej rzeczy… tym jednak mogła pomartwić się później.
-No i wszystko pięknie!- zauważyła jedna dziewczyna, kiedy kompania znów ruszyła w drogę. Ta sama, która wcześniej ochrzciła Lis „badziewiem”, choć kobieta nie czuła żadnej urazy. Raczej rozbawienie, nawet jeśli tego nie okazywała.
Gotka ruszyła za pozostałymi, trzymając się trochę z tyłu. Obserwowała każdego z nieznajomych, próbując dowiedzieć się chociaż tego z kim ma do czynienia. O dziwo, pierwsza rzuciła jej się w oczy niska, jeżeli nawet nie najniższa dziewczyna z grupy. Wyglądała jak… zwykła, ludzka kobieta, choć było w niej również coś nie-ludzkiego. Salander zbyt dużo czasu poświeciła na tropieniu i rozpoznawaniu wszelkich istot, by nie wiedzieć, że owa długowłosa nieznajoma może wcale nie być człowiekiem. Elegancka, koronkowa odzież sprawiała, że wyglądała bardzo poważnie, choć Lisbeth nigdy nie oceniała ludzi po wyglądzie. Zaraz obok niej swego konia prowadziła białowłosa dziewczynka. Szpiczaste uszy wyraźnie mówiły Gotce, że ma do czynienia z Elfką, do tego nie trzeba być żadnym ekspertem. Zaraz przed nią szła pewna dwójka, która wpadła na nią, gdy zmuszała się do wstawania. Brązowowłosą zdążyła już poznać i kilka zdań z nią zamienić. Co do jej „rasy” to… kobieta miała elfią urodę, która była naprawdę łatwo rozpoznawalna. Nie była jednak Elfką, tego Lisbeth była pewna. A zatem byli tutaj tacy mieszańcy jak ona? Dobrze wiedzieć. To nawet miła odmiana choć raz w życiu spotkać kogoś, kto nie jest pełnej krwi. Mężczyzna, który wędrował i kłócić się z krótkowłosą kobietą miał zasłoniętą twarz zielonym kapturem, więc ciężko było cokolwiek dostrzec. Choć Gotka nie wyczuła w nim niczego obcego… najprawdopodobniej był zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, którym niegdyś była i ona.
Dziewczyna skrzywiła się odrobinę. Poczuła ukłucie zazdrości, które opuściło ją tak szybko, jak się w niej zrodziło.
Wśród nich była jeszcze jedna postać, choć przyznam, że rozszyfrowanie go stanowiło dla byłej Łowczyni niełatwą zagadkę. A przecież w swoim fachu nauczyła się rozpoznawać każdego, nawet najdziwniejsze mieszanki… choć ten tutaj stanowił naprawdę wielkie wyzwanie. Może to przez jego tajemniczą aurę, która przez cały czas otaczała mężczyznę?
„No i przez to, że nie widać nawet milimetra jego twarzy.”- pomyślała.
No dobra, rozumiała, że nie każdy musi pokazywać całą twarz, zwłaszcza, że sama należała do wielbicieli chustek i kapturów. Ale na co komu taka wielka maska?! Z ptasim dziobem?! W dodatku mężczyźnie towarzyszyły dwa kruki, które albo latały gdzieś w pobliżu, albo przysiadywały na jego ramieniu.
„Wyglądają jak trzyosobowe stado.”- uznała ironicznie.
Najdziwniejsze było to, że im dłużej zdawała sobie sprawę z tego, iż jest wśród nich ktoś tak skryty i tajemniczy… w dodatku przez tą maskę nie potrafiła określić jego rasy, tym bardziej chciała mu ją zabrać. W końcu, po tych kilkudziesięciu minutach marszu i przepychania się przez gęstwinę roślin, udało im się wydostać z tej plątaniny gałęzi. I choć dalej znajdowali się w lesie, to te tereny nadawały się do jazdy konnej. Dlatego też kompanii (co poniektórzy nawet z ulgą) dosiedli swych wierzchowców. Właściwie to jedyna Lis nie miała swego rumaka, choć od początku uznała, że poradzi sobie bez transportu.
-Nie masz konia?- zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. Lisbeth odwróciła się i ujrzała młodą, białowłosą Elfkę. Dziewczyna trzymała wodze swego wierzchowca w jednej dłoni, drugą głaskała go po szyi.- Jak chcesz, to możemy pojechać razem, jakoś się zmieścimy.
Gotka uśmiechnęła się z wdzięcznością, choć przez chustkę nie było tego widać.
-Jak ci na imię?
-Mild.
-A więc Mild, dziękuję za propozycję. Ale chyba jakoś dam radę.- Elfka najwyraźniej nie była przekonana, gdyż przyjrzała się nieznajomej, unosząc lekko jedną brew.
-Będziemy jechać przez jakiś czas.- ten głos już nie należał do białowłosej. Był to głos mężczyzny, a Lis już wcześniej go słyszała. Za nią stał ten sam tajemniczy „ktoś”, dosiadający już swego konia.
-Pobiegnę obok.- zauważyła, jakby była to rzecz zupełnie normalna. Właściwie to nadludzka szybkość była jedyną zaletą, jaką otrzymała po swej „mutacji” dekady temu, choć nigdy jeszcze nie musiała biec za końmi.
-Zobaczymy.- ton w jakim to wypowiedział był spokojny, zimny i zdawałoby się nawet, że zupełnie obojętny. Może to było skrzywienie zawodowe, lub fakt, że Lisbeth rzadko kiedy rozmawiała z kimkolwiek, ale wyczuła w nim coś na kształt wyzwania. Choć równie dobrze to mogło być tylko złudzenie.
Kiedy kompania ruszyła, Gotka pobiegła za nimi. Właściwie to na początku, kiedy wierzchowce ruszyły stępa nie musiała się wysilać. Kłus tez nie stanowił żadnego problemu, bo choć musiała już biec, to nie bardzo szybko. Właściwie to przez większość czasu kompania poruszała się żwawym kłusem. Tylko jeden koń ruszył galopem… Gdy Lis zerknęła na wałacha, dostrzegła, że jego jeźdźcem jest nikt inny, jak zamaskowany mężczyzna. Nie miała pojęcia po co wybiegł na przód, choć odniosła dziwne wrażenie, że jest poddawana próbie. Cóż, skoro tak, to nie miała najmniejszego zamiaru się cofnąć.
Ruszyła przed siebie, zostawiając kłusujące towarzystwo. Po jakimś czasie dogoniła galopującego wałacha tak, że teraz biegła z nim na równi. Przez chwile przyszła jej do głowy myśl, by wyprzedzić wierzchowca… nie, wtedy pokazałaby na co ją stać. Poza tym za szybko by się zmęczyła. W końcu jednak i tak musiała przyspieszyć, gdyż zamaskowany mężczyzna pogonił swego konia. To jeszcze nie był cwał, ale daleko było temu do galopu… Mimo to biegła. Nie zatrzymała się, nie myślała nawet o zwolnieniu, choć wszystkie mięśnie bolały ją jak nigdy. Zerknęła w bok i posłała obcemu pełne nienawiści spojrzenie, ale ten nawet nie myślał by się zatrzymać. Dziewczyna wymieniła w myśli kilka przekleństw, które najlepiej pasowały do sytuacji i zwolniła biegu. Zdyszana dotruchtała do nieznajomego, który zatrzymał konia, najwyraźniej czekając na pozostałych.
-A mówiłaś, że dasz radę.- zauważył, znów tym zimnym i opanowanym głosem, który nie wyrażał żadnych emocji.
Lisbeth zaklęła najciszej jak było to możliwe i spiorunowała mężczyznę spojrzeniem, mroźniejszym niż najbardziej sroga zima.
-Zrobiłeś. To. Specjalnie.- wycedziła przez usta. Niestety, przez to, że dalej dyszała i próbowała złapać oddech, dało to mało groźny efekt.
-Zupełnie nie wiem o czym mówisz.- nieznajomy dalej utrzymywał przy swoim. Najgorsze było jednak to, że przez opanowany ton głosu ciężko było się z nim spierać.
„Jasne, bujać to my, nie nas.”
Dziewczyna zacisnęła pięść, choć zaraz zrobiła chyba najmniej oczekiwaną i, możliwe że najmniej odpowiednią rzecz. Zaczęła się śmiać, choć sama do końca nie wiedziała dlaczego. Zaraz jednak się opanowała. Usłyszała za sobą stukot kopyt, co świadczyło, że pozostali już do nich dotarli. Lisbeth wycelowała palcem wskazującym w mężczyznę z maską i, jakby nigdy nic odparła, dysząc jeszcze trochę ze zmęczenia:
-Świat jest stuknięty.- i tyle. Nic więcej. Tego typu zakończenia rozmów były jak najbardziej w jej stylu, zwłaszcza, gdy nie wiedziała co powiedzieć.
Jeszcze zmachana po, zaskakującym krótkim biegu (co jest dowodem, że „moc” jaką otrzymała, jeśli można tak ją nazwać, owszem daje jej szybkość, jednak zabiera wytrzymałość… aczkolwiek bieg za galopującym koniem bywa męczący) podeszła do karego konia, którego dosiadała młoda, białowłosa Elfka. Kaszląc i z trudem łapiąc oddech, spojrzała się w górę i zapytała:
-Czy ta propozycja podwózki… dalej jest aktualna?

Mild? Phester? A może ktoś inny...?

czwartek, 5 listopada 2015

Od Frelsera cd Atlanta - Wśród swoich

        Zanim Frelser cokolwiek odpowiedział ku wielkiemu zdziwieniu zebranych przybliżył łeb do zaskoczonej piratki. Dziewczyna odsunęła się odruchowo. Smok jednak jedynie wciągnął głęboko w nozdrza jej zapach. Nie ufał jej. Kotowaty i ten z rogami, który przedstawił się jako władca tej części kraju, nie wzbudzili jego podejrzeń. Na pewno nie byli ludźmi. Ale ona...ona wyglądała jak jedna z nich. Pachniała solą, mokrym drewnem, jej oddech lekko czuć było dawno już pitym alkoholem. Jednak ten podstawowy zapach, charakterystyczny dla każdego, wykluczał ją z grona ludzi. Uspokojony cofnął łeb i zaczął wyjaśniać:
  ~ Nazywam się Frelser, z linii Isbryter'ów. Od jakichś trzech lat błąkam się po świecie...
  - Hola! - przerwał felin, w którym obudził się dawno nieużywany instynkt medyka. - Jeśli to ma być dłuższa historia, to lepiej wracajmy. Wasza Wysokość ma może u siebie bandaże i spirytus? Medyczny - dodał widząc nagłe ożywienie dziewczyny.
  - Pewnie...ale nie mów do mnie ,,Wasza Wysokość" - odpowiedział rogaty.
  - A niech Waszej Wysokości będzie - kot wzruszył ramionami i machnął ręką do smoka by szedł za nimi. - No to co tam opowiadałeś Frel?
  Smok opowiedział im podczas drogi wszystko: od pierwszych naborów, aż po jego tułaczkę przez nieprzychylne tereny. 
  - Byłeś w armii Arsmana? - zaciekawił się Atlant.
  ~ Nie ~ sprzeciwił się Frelser. ~ Miałem walczyć przeciwko jego wojskom, o ile dobrze pamiętam...
  Felin zachichotał pod nosem.
  - Masz w takim razie niezłe wyczucie czasu gadzino - powiedział. - Arsman zajął całą Sorsinę. Teraz tylko podporządkowuje sobie mieszkańców...
  - Hidden nigdy sobie nie podporządkuje - przerwał mu Alt. - Nie ma tu miejsca dla takich jak on.
  ~ Czyli...nie ma tu ludzi? ~ dopytał się biały smok. Rogaty pokiwał głową. ~ Mogę tu zostać?
  - Oczywiście - władca uśmiechnął się przyjaźnie. - Póki co obawiam się, że Gambit i tak by cię nigdzie teraz nie puścił.
  Dotarli do jakiejś rozległej polany. Blisko ściany lasu stał nieco zarośnięty domek z werandą. Nagle kot rzucił się do przodu, przeskoczył barierkę i szybko wziął w łapy stojący na stoliku czajnik. Westchnął z ulgą.
  - Kawa jeszcze ciepła! - zawołał do reszty, jakby informacja ta była wagi międzynarodowej.
  - Ten sierściuch jest definitywnie uzależniony - stwierdziła piratka, po czym pacnęła smoka w bark. - A tak w ogóle to jestem Squall.
  Dziewczyna rozsiadła się na jednym z krzeseł. Tymczasem Gambit nagle oprzytomniał i rzucił smokowi, by się nigdzie nie wybierał, po czym zniknął z Atlantem w domku. Gad położył się na ziemi i ułożył łeb na łapach. Uważnie obserwował wszystko dookoła. Nagle Squall podniosła ze stołu jakąś manierkę. Po odkorkowaniu do nozdrzy samca dotarła znajoma woń. Podniósł łeb i gapiąc się w piersiówkę oblizał pysk. Piratka zwróciła na to uwagę. Uśmiechnęła się.
  - Co? Chcesz trochę rumu? - zażartowała, ale gdy gad pokiwał głową uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Dawaj! Łyknij sobie, póki kocur nie patrzy.
  Wystawiła rękę za barierkę, a Frel zadowolony podsunął łeb i lekko otworzył paszczę...
  - SQUALL! ANI MI SIĘ WAŻ!
  Smok spojrzał zawiedziony w stronę wejścia. Gambit ostrzegawczo mierzył w dziewczynę palcem. Atlant natomiast usiadł tylko na krześle i patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę.
  - Nie przesadzaj kotku - odparła przekomarzającym tonem piratka, dalej trzymając manierkę nad pyskiem gada, który pełen nadziei ponownie otworzył paszczę. - Alkohol rannemu nie zaszkodzi, a krzepy doda i te twoje męczarnie łatwiej zniesie.
  - Nie. Ruszaj. Tą. RĘKĄ! - z każdym słowem felina ręka  Squall przechylała się i w końcu wlała zawartość piersiówki do pyska smoka. Dla Frelsera było to co prawda nieco mało, ale wystarczyło, by mógł poczuć przyjemny mu posmak. Spojrzał dziękczynnie na dziewczynę, a potem tryumfalnie na kota.

Squall? Atlant? Staram się trzymać formę w opkach x3

środa, 4 listopada 2015

Od Atlanta c.d. Malika i Frelsera - Mała sprzeczka

Podczas gdy futrzasty towarzysz piratki zaglądał jej do kubka, Atlant uświadomił sobie że nie zna jeszcze imienia felina goszczącego w jego domostwie.
 -Swoją drogą, jakim mianem mogę się do ciebie zwracać?
 -Mali...- Wypalił bez namysł, ale zaraz się zreflektował. -Naczy się Gambit, wolę gdy tak się do mnie zwraca.- Uśmiechnął się niewinnie.
 -Chwila moment... Kiciu, coś ty chciał powiedzieć najpierw? Hm?- Squall zaraz wyłapała błąd chłopaka. Mali...co?- Prowokowała go z łobuzerskim uśmieszkiem. Gambit chciał się jakoś szybko wyłgać, ale uwagę wszystkich przykuł krzyk. Ale nie taki rzeczywisty krzyk, było to wołanie o pomoc słyszalne jedynie w ich głowach. Atlant zerwał się na równe nogi. Alt wyczulił zmysł którego tak dawno nie używał. Czuł zaniepokojenie, zainteresowanie i gotowość swoich gości i coś jeszcze. Strach utraty życia stworzenia gdzieś niedaleko. Zanim jednak zdołał powiedzieć o tym pani kapitan Przeskoczyła ganek i popędziła w kierunku z którego jak się wydawało dochodziło wołanie.
 -Za nią.- Rzucił twardo. Malikowi zdawało się że głos leonisa niejako zmienił się. Zignorował jednak w tym momencie kwestie głosu. Obaj ruszyli w ślad dziewczyny. W tym czasie Squall dodarła już do polany, na której zastała niecodzienny widok. Srebrny smok, wił się w gęstej siatce, a koło niego kręcili się niemali mężczyźni. Błagalnemu spojrzeniu gada zawtórowały słowa w jej głowie: "Proszę pomóż". Głupia nie była, wiedziała jaka to scena jest przed nią odgrywana, smokobójcy niemal mieli swój łup. Piratka naciągnęła kaptur na twarz i doskoczyła do herszta bandy zamachującego się na gada pokaźnych rozmiarów toporem. Kopnęła go w brzuch, na tyle mocno że wypuścił z dłoni broń i upadł na ziemie przewracając fikołka.
 -Panowie... Ładnie to tak na cudzą zdobycz czatować?- Demonstracyjnie kładąc stopę na cielsku smoka i uśmiechnęła się diabolicznie, prezentując ostre kły. Pobliźniony wojownik splunął i wstał, a jego towarzysze otoczyli kobietę.
 -Panieneczko, młode damy siedzą przy krośnie w chacie. A nie po lasach kłopotów szukają.- Jego głos był mocno zachrypnięty i głęboki. W miarę jak się przybliżali, krąg wokoło niej również się zacieśniał. Żaden z nich jeszcze nie rozpoznał kobiety, ani niebezpieczeństwa jakim ona była. Nawet ostrzegawczy grymas nieokiełznanej radości zakrywał szeroki kaptur.
 -Stać!.- Zdecydowany i twardy ton Atlanta sprawił że smoczy łowcy zatrzymali się i obrócili na nowego przybyłego. W oczy Malika rzucił się widok rannego stworzenia skrępowanego łańcuchami. Felin nie bacząc na resztę zajął się na chwilę obecną przynajmniej tamowaniem krwotoku i względnym opatrunkiem. Tyle o ile pozwalała na to siatka.
 -Ktoś ty?- Zawołał dowódca arogancko. Teraz cała uwaga skupiła się na Bestii.
 -To ja powinienem o to zapytać. Co robicie na moich ziemiach? I jak śmiecie polować tutaj?- Teraz jego postać faktycznie pokazywała surowego i bezwzględnego dowódcę. Nawet Squall zwróciła na niego uwagę i zwątpiła czy nie ma przed sobą starą Bestie.
 -Dogadajmy się. Myśmy zwykli łowcy, zabieramy zwierza i więcej nas już nie zobaczysz.- Mężczyzna próbował być cwany, jednak Alt, nie miał ochoty oddawać im smoka.
 -Smok zostaje, ale wy macie odejść.- Był nie ugięty, a wyprostowana sylwetka i chłodne spojrzenie nie pozwalało nawet myśleć że zmieni zdanie.
 -O nie... Nie po to targaliśmy się za tym potworem by teraz okiwał, nas tutejszy "Król"- Łowca wypowiedział te słowa w najbardziej obraźliwy i ohydny sposób jaki mógł. -Chłopcy brać chama i dziewkę!- Zakomenderował swoim podwładnym którzy ryknęli głośno. Atlant dobył miecza, a  na ustach Squall, widząc to "przyzwolenie" na walkę, ponownie rozkwitł zbójecki uśmieszek. Ostrza tych dwojga zabłysły w powietrzu i dwoje padło. Pozostała trójka wraz z przywódcą wcale nie miała zamiaru odpuszczać, wręcz przeciwnie ich zapał do walki stał się jeszcze zagorzalszy. Podczas gdy kapitan i Lew zajęci byli walką, herszt podkradł się by ponownie spróbować zabić smoka. Malik zajęty w tym czasie ranami nie zauważył zagrożenia. Dopiero ryk gada obudził wszystkich i to Atlant zdołał w porę zareagować i wdać się w walkę. Ciężki topór znacznie spowalniał przeciwnika. Jednak jego ciosy były tak silne że chłopakowi dzwoniły zęby. Cudem sparował cios na jego tors, jednak odbił ostrze i z nabranym impetem wykonał półobrót, następnie ciął od obojczyka aż po biodro. Smokobójca zachłysnął się krwią, charknął coś i upadł na kolana. W tym czasie dziewczynie został dwoje przeciwników.
 -Squall!- Atlant zawołał kobietę i oboje pożałowali. Bo odwróciła się, a przeciwnicy wykorzystując chwilę rozkojarzenia wymierzyli cios. Piratka cudem uniknęła rozbicia głowy. Jedynie Kaptur odsłonił jej twarz. Zwierzęce oczy błysnęły w słońcu, a do łowców dopiero teraz dotarło z kim mieli do czynienia. Było jednak dla nich za późno. Szelmowski uśmieszek wykrzywił jej usta i na chwilę później obaj padli martwi spod jej szabli. Atlant widząc tylko że dziewczyna jest cała podszedł do smoka.
 -Co z nim?- Zapytał felina, zajętego cały ten czas pilnowaniem by smok trzymał się przy życiu.
 -Nie widać hektolitrów krwi?! Łatwiej by mi było bez tej stalowej siatki.- Wskazał na wiążący problem. Chłopak z pomocą piratki w miarę sprawnie pozbyli się łańcuchów i odrzucili je w bok. Smok rozprostował skrzydła zapewniając dla okolicznych drzew nowy, czerwony wzorek w kropki.
 -Hej, hej, hej! Kolego połóż ty się na glebie!- Zawołała Squall wycierając krew.
 ~Przepraszam...~ Wszyscy usłyszeli ponownie głos w gada w swoich głowach.
 -I nie ruszaj się proszę, jeśli dasz się opatrzyć wyzdrowiejesz w kilka dni.- Kotowaty zerwał kolejny pas ubrania i ścisnął przy skrzydle.
 -Możesz być już spokojny. Tylko jak tutaj trafiłeś? I kim jesteś?- Zapytał Alt.

Malik? Frelser? Cza zrobić coś z trupami... I czekamy na dołączenie reszty grupki do nas :D

Od Frelsera - Smokobójcy

        Ciemny kształt przeciął niebo. Frelser leciał, jak co dzień. Leciał, a w dole mijały drzewa, ptaki nie zdolne wylecieć wyżej. Nawet bielik, do tej pory jedyny wspaniały drapieżnik w tej części nieba zleciał między wierzchołki jodeł speszony majestatem szarego smoka. Dawno na tych terenach nie zawitał żaden z tych gadów. Dawno nie widziało się tu więc równie pięknego stworzenia...
  Które piękne było nawet ranne.
  Obserwator z dołu oglądając smoka przez dłuższy czas zwróciłby uwagę, że jego lot nie jest tak zgrabny i płynny. Że gad wymachuje skrzydłami bardziej rozpaczliwie, bez dokładnego rytmu. Jakby chciał po prostu od czegoś uciec. A po jego przelocie na dłonie i twarz owego obserwatora spadłyby ciężkie krople w kolorze ciemnego karminu. Smocza krew ciekła z rany pod skrzydłem, pod wpływem rozpędu spływała na błonę lotną, a tam wąskimi kanalikami docierała do brzegów skąd uzbierana w odpowiednio ciężką kroplę leciała razem z wachlarzem innych na dół, rosząc drzewa niczym upiorna mżawka.
  Frel nie musiał się oglądać, by wiedzieć, że nie zgubił pościgu. Krzyki smokobójców docierały do niego co chwilę. A to dalej, to znów bliżej. Panika rosła. Smok teraz już tylko walczył o przetrwanie. Jak niemal codziennie. Ledwo gdzieś udało mu się zaaklimatyzować, a już los sprowadzał do jego leża niefortunnego pasterza bądź podróżnego, który widząc smoka nie słyszał przesyłanych przez niego telepatycznych wiadomości, uciekał do swojej wioski i nie omieszkał podzielić się wiadomością. A to na kark Frelsera ściągało kolejnych amatorów przygód. Mało to chłopów nasłuchało się bajek o wielkich skarbach na jakich drzemie poniekąd każdy smok? I przychodzili, a jakże! Jedne chojraki same wymachiwały bez ładu i składu jakąś kosą - tych przepędzał zwykły ryk. Następni jednak przychodzili w większych ,,zbrojnych" grupach. Chłopi jednak, strachliwi z natury, nie cenili zbytnio swojej przewagi liczebnej, a widząc, że smok prawdziwy z krwi i kości pryskali gdzie pieprz rośnie po jednym, jakże mizernym zionięciu ogniem, pozostawiając swój prowizoryczny oręż. Frelowi zdarzyło się nawet raz znaleźć przed swoim tymczasowym leżem barana wypchanego siarką. W najgorszych wypadkach (takich jak ten) kmiecie zrzucały się i najmowały łowców potworów.
  - Doganiamy go! - krzyczał tryumfalnie szef bandy. - Zaraz wleci w pułapkę! - cóż, plus głupoty ludzkiej. Większość ludzi sądziła, że Frelser to po prostu kolejna durna bestia i nie rozumie ani słowa.
  Pułapkę?!, pomyślał zaskoczony.
  I wtedy znikąd nadleciała ciężka, stalowa siatka. Nakryła samca, który nie zdążył wykonać uniku. Smok runął w dół, połamał jakieś mniejsze drzewo i przetoczył się po ziemi. Dyszał ciężko. Z bólu? Zmęczenia? Strachu? Teraz sam nie wiedział. Było już po nim. Siatka od wewnętrznej strony pokryta była małymi kolcami. Gdy spróbował się teraz wyswobodzić, poharatałyby błonę na skrzydłach. Kiedy siedział nieruchomo, nic mu nie groziło, bo łusek na grzbiecie siatka nie była w stanie nawet zarysować. Ale nie zmieniało to faktu, że smok był już ewidentnie martwy.
  - Patrzcie no, kogo my tu mamy! - okrzyk pierwszego smokobójcy trzeźwił Frela. Smok zaczął szamotać łbem na boki.
  - Hah! Spójrzcie no! - dopowiedział drugi. - Takiego mazgaja to żem w życiu nie widział!
  - Co jest dzieciaczku? Nie umiesz zwykłej siateczki rozerwać, hę?
  I po co to wszystko? Wykończcie mnie już, błagał w myślach. Wstydu oszczędźcie...
  - Patrz, smoczku! Co my tu dla ciebie skarbeńku mamy - herszt bandy odpiął od siodła obusieczny topór.
  Frelser już widząc nadchodzącą śmierć poczuł się słabo. Zaczął się szarpać jeszcze bardziej. Widząc, że nic to nie daje pozostało mu jedno. Skupił się i w jednym, potężnym telepatycznym wybuchu zawołał:
  - Pomocy!
  To wezwanie musiał usłyszeć każdy w obrębie kilku mil...

Ktoś? Ursa, liczę tu na wejście smoka (czyt. Alta, Squall i Malika)

Rzeczywisty czy zmyślony, prawdziwy czy fałszywy, błyszczy zagadkowo w ciemnościach. Tak toczy się świat, bez tego błysku potoczyłby się w nicość


Imię: Frelser (z norweskiego ,,zbawca”...duże z nim chyba nadzieje wiązali). Jak ktoś się uprze to może skrócić do Frel.
Nazwisko: Isbryter. Tak, smok może mieć nazwisko.
Przydomek: Hodowcy nazywali go Hvit Bresme, czyli ,,biały kieł”, ponieważ jako pisklę miał aż nienaturalnie białe zęby.
Rasa: Ise Dragen - ,,smok lodowy”, z czystej linii. Mógłby nawet rodowód pokazać, gdyby nie został na północy.
Wiek: 53 lata. Jak na smoka to bardzo młody wiek.
Płeć: Samiec
Stanowisko: Lotnik, Łowca
Aparycja: Jako młode jeszcze zwierzę nie należy do największych ze swojego gatunku. Jego grzbiet przewyższa grzbiet koński jedynie o półtora razy, a długością (razem z ogonem) jakieś trzy i pół. Rozmiaru dodaje mu jednak długa smukła szyja oraz oczywiście rozłożyste skrzydła. Ma średniej długości tępo zakończony pysk i błękitne oczy. U nasady czaszki posiada dwie pary rogów. Łuski mieszczą się pełnej gamie od białego brzucha przez niewiele ciemniejsze skrzydła, szare na grzbiecie i łapach aż do czarnej linii wzdłuż kręgosłupa. U nasady skrzydeł, po zewnętrznej stronie, posiada ciemnoszare pióra. Ogon zamiast masywnego grotu, jak u smoków południowych, ma futrzasty pędzel. Poza tymi wszystkimi cechami naturalnymi, Frelser ma jeszcze u nasady szyi po lewej stronie wypalone (obecnie już w białym kolorze) znamię hodowlane: znak omegi.
Zdolności: Jak się można łatwo domyślić, Frel potrafi latać. Ha! I to jak! Smok dzięki drobnej budowie potrafi się porządnie rozpędzić, przeganiając innych przedstawicieli swojego gatunku. Na dodatek jest wyjątkowo zwrotny. Jak większość smoków potrafi ziać ogniem. Jednak jako przedstawiciel rasy z lodowej północy jego płomień do najwspanialszych nie należy i poza podpalaniem do niczego skutecznego nie służy. Do walki preferuje więc uścisk swoich szczęk, pazury oraz - w przypadku mniejszych od niego przeciwników - ogon, którym potrafi nieźle człowieka obić, jeśli nie połamać. Jego łuski dają mu ochronę przed ogniem, metalem i czarami mającymi na celu go zranić. Ma jednak słabsze punty pod pachwinami, których nigdy nie dosłania, nawet w locie (wtedy podkurcza łapy). Potrafi porozumiewać się za pomocą telepatii. Jego wyostrzone zmysły wychwytują wszystko. Węchem jest w stanie rozpoznać rasę jego rozmówcy, co z miejsca alarmuje go przed kimś, kto może go skrzywdzić.
Zainteresowania: Do jego ulubionego hobby należy samo latanie. Frelser czuje się wtedy wolny i niepokonany, niczym prawdziwy król przestworzy. Gdy nie może tego robić jest markotny i niechętny do żadnej współpracy. Uwielbia słuchać wszelkich historii, nieważne jak bardzo wyssanych z palca. I prawdziwe i fałszywe mogą liczyć na chociaż tego jednego ciekawskiego słuchacza. Poza tym Frel lubi muzykę oraz poezję (która także należy do swego rodzaju historii). Poza lataniem, kocha także pływać. Ma bardzo pojemne płuca i lubi długo siedzieć pod wodą. Ma słabość do błyskotek. Zwłaszcza kamieni szlachetnych. Cóż, to chyba przypadłość każdego smoka.
Charakter: Frelser jest jak na smoka dość...udomowiony. To pewnie przez fakt, że pochodzi z hodowli. Jego smocze instynkty są mocno zatarte, ale jednak istnieją. Objawiają się głównie gdy ktoś grozi czemuś, co ceni. W przypadku większości smoków są to skarby, a u Frela...przyjaciele. Tak, młodzik ceni sobie przyjaźń bardziej niż drogocenne metale. Niestety ciągną się za tym mniej przyjemne dla niego konsekwencje. Samiec za mocno się przywiązuje i ciężko przeżywa wszelkie rozstania. Jeszcze gorzej znosi cudzą śmierć. Nie umie być obojętny na żadną krzywdę. Sam w życiu nie zaatakowałby nikogo bez przyczyny. Trudno go wyprowadzić z równowagi, a jeśli komuś się to uda, to niech go Bóg ma w opiece - nie ma nic gorszego od wściekłego smoka, nawet jeśli ten smok to Frel. Jednak przez zdecydowaną większość czasu samiec jest potulny jak baranek. A przy bliskich przyjaciołach można go porównać do przerośniętego szczeniaka: ociera się, mruczy, czasem wydaje się nie zdawać sobie sprawy ze swoich rozmiarów (zwłaszcza gdy chce położyć ci się na kolanach). Jest bardzo gorliwy w swoich obowiązkach. Jeśli nie wykona poprawnie jakiegoś zadania (nawet gdy nie była to całkowicie jego wina) wypomina to sobie przez długi czas. O ile przy bliskich zachowuje się swobodnie, wobec obcych jest całkowicie nieufny. Zwłaszcza, gdy ktoś obcy zaczepia któregoś z jego przyjaciół. Warczy na nieznajomego przy każdym jego gwałtownym ruchu, ale nie zaatakuje póki nie zajdzie taka potrzeba. Największy brak zaufania okazuje wobec ludzi. Odmieńców, hybrydy i zwierzęta traktuje jak braci, ale każdy czystej linii człowiek jest dla niego z miejsca potencjalnym wrogiem. Jak się już można domyślić, jest bardzo towarzyski. Samotność nie przeszkadza mu jedynie w powietrzu. Na ziemi, bez nikogo u swojego boku, czuje się nieswojo.
Historia: Frelser nie jest dzikim smokiem. Wykluł się z jaja w hodowli smoków rasy Ise Dragen z linii Isbryter’ów (protoplasta jego rodowodu miał na imię Isbryter - ,,lodołamacz”), a konkretnie w skrzydle Omega. Jako młodemu smokowi wypalono mu na barku symbol skrzydła hodowli i szybko zaczęto jego trening. Jego właściciel wiązał z nim wielkie nadzieje, podobnie jak reszta ludzkiego plemienia. Trwała wtedy wojna, a smoki wyjątkowo ceniono jako jednostkę lotniczą. Nadano mu imię Frelser. Smoczek kształcił się pod czujnym okiem hodowców. Lata mijały. W wieku pięciu lat on i jego rówieśnicy byli już na tyle sprawni, by ruszyć do wojska. Zjawili się żołnierze i wybierali. I zabrali wszystkich wielkich, silnych, najskuteczniejszych młodzików...czyli wszystkich poza Frelem. Smok był zbyt młody, by się tym przejmować. Rzeczywiście, był mniejszy, nie tak silny i nieco zbyt potulny...ale co to za strata? Lubił być taki, jaki był. Hodowcy zdecydowali się go u siebie zostawić. Wywołało to kłótnie w skrzydle Omega, bo mniejszość sądziła, że samiec nie nadaje się do dalszej hodowli (z powodu defektu w postaci ciemnej linii na grzbiecie, ale to szczegół). Koniec końców, Frelser został. Próbowano go kilkakrotnie wcisnąć do armii, ale wojsko go nie chciało. Wybierało za to starsze osobniki, o wiele cenniejsze dla hodowców. Lata mijały, ludzie znikali, pojawiali się nowi, wojna trwała, a Frel cieszył się każdą chwilą swojego życia. Możliwe, że zbyt długi pobyt pod opieką ludzi i zbytnie rozpieszczanie go zamazało jego smocze instynkty, ale nikt nie próbował dzieciaka zmieniać. Niech będzie taki jaki jest. Ale w kluczowym momencie wojny armia wróciła. Potrzebowali smoków, uzależnili się od łatwej walki z tymi potężnymi gadami po swojej stronie. A hodowcy postawili im ultimatum: albo Frelser, albo nic. Marszałek zgodził się od razu. Był zdesperowany. Po obejrzeniu kilku pokazów lotniczych wykonanych przez nieświadomego niczego gada na rozkaz hodowcy, uznał nawet, że będzie to przydatny lotnik. Podpisano odpowiednie papiery i za kilka dni pięćdziesięcioletni Frel miał trafić do obozu wojennego, a następnie ruszyć przeciwko armiom młodego władcy, Arsmana. Hodowcy obawiali się, jak samiec zniesie ta nagłą zmianę. Nic mu więc nie mówiono. Smok potulnie pozwolił zaprowadzić się na statek, pod pokład, do ciasnego boksu...i wypłynęli. A Frelser mimo lekkiej tęsknoty był przekonany, że niedługo i tak wróci do domu. Wyprowadzono go na ląd, pomiędzy śmieszne, kolorowe namioty, nałożono mu na pysk jakąś dziwną uprząż blokującą żuchwę, wprowadzono do klatki...zatrzaśnięto drzwi. Wtedy samca ogarnęły wątpliwości. Co to miało znaczyć?! Co oni robią?! Frel domyślił się, że go oszukano. Stracił wtedy zaufanie do ludzi. Na dodatek żołnierze szybko przekonali się, jak bardzo niegroźny jest biały smok i wykorzystywali go jako kozła ofiarnego. Jednak w tydzień później ten ich ,,niegroźny mazgaj” podczas karmienia niemal odgryzł karmicielowi rękę, a gdy jakiś naiwniak otworzył drzwi do klatki y go ukarać , został boleśnie połamany pod masywną łapą wściekłego smoka. Gad uciekł. Kilka lat wędrował po całym kraju Arsmana, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, gdzie nikt go nie skrzywdzi. Ścigali go maruderzy, łowcy potworów, nawet smokobójcy. A on wciąż uciekał. I cały czas starał się żyć jak dziki smok. Ale taki styl bycia oczekiwał od niego samotności, a tego smok wprost nie znosił. Zupełnie przypadkiem trafił jednak do Hidden. Ta kraina była dla niego wybawieniem.
Partner: Póki co nie jest raczej pewny siebie w tej roli. Może jako partner dałby radę (o ile jakaś smoczyca nie będzie zwracać większej uwagi na jego dziecinność), ale na ojca się nie nadaje. Jest za młody.
Rodzina: Nie znał nikogo. W hodowli każdy samiec mógł być jego ojcem, bratem, kuzynem, stryjem. To samo tyczy się samic. Wszelkie tego rodzaju informacje miał zapisane w rodowodzie, ale sam nigdy nie zaznał ciepła prawdziwej rodziny.
Towarzysz: Brak
Szczegóły: ~ Lubi być drapany pod brodą. Tupie przy tym tylną łapą jak pies.
  ~ Frel uwielbia ryby, zwłaszcza te słonowodne, ale nienawidzi, a wręcz boi się węgorzy. Żywy czy martwy - każdy węgorz powoduje, że po grzbiecie przechodzą mu ciarki.
  ~ Ma głupi zwyczaj wiercenia się przez sen. Jeśli ma się do czynienia z małym szczeniaczkiem jest to nawet słodkie, ale ze smokiem nie wygląda to już tak zabawnie. Wizja zostania zmiażdżonym przez wielkiego gada każdego zniechęci do zasypiania obok niego.
  ~ Smok ma słabość do alkoholu. Całe szczęście ma zbyt twardy łeb by się opić, a I tak raczej wystarcza mu jedno wiadro.
Autor: NyanCat^._.^~