poniedziałek, 19 października 2015

I po niedzieli...

Niedziela minęła, poniedziałek już trwa, więc czas pożegnać kilka osób które nie odpowiedziały, a tym samym uważa je się za zaginione i raczej już nic tu nie napiszą. Na szcęście znalazło się kilku takich co nadal są chętni do pisania i mam nadzieję że po tym poście zapełni się tu od waszych opowiastek :)
A konkretnie są to:
NyanCat^._.^~ - Mild Aldre , Halt Quicksilver i Malik Seley el'then
Shadow333 - Ashlotte Cleverraven
keiraKD  - Viserany Bherini

Są też dwie osoby które się nie określiły czyli:
Margo5 -  Havar
MrsAnglel20 - Emma Singer

Niestety ale są też tacy na których się szczerze zawiodłam...:
pimik - Hina Kselash, Teroth Kythsawern
Umbra - Creavit, Odayakana Seakantai
Ko Ta - Risu Shito Kagayak, Dean Blackmoon

I ostatnia osoba, która postanowiła nas zostawić, ale miała na tyle odwagi powiedzieć o tym:
Ania0078 - Shinori Tekeia i Blade

Tym samym nasze szeregi uszczuplały zaledwie do 9 postaci... Tak więc zaczynamy nabór na nowo!
Wszystkie postaci "ocalałe" które pisały z tymi których już nie ma niech zaczną nowe historie tak jakby tamte nigdy nie istniały (bo i tak zostaną usunięte).
To na razie było by na tyle, miejmy nadzieje że tym razem wstaniemy z popiołów już na dobre :D

~Ursa

ps. Kto chce może mieć teraz towarzysza :D

środa, 14 października 2015

Od Halta CD Viserany - Żeńska duma i upór...

       Halt z powątpiewaniem spojrzał na leżącą na ziemi Viserany. Dziewczyna śmiała się. Nie był jednak pewny czy z niego, czy obok niego. Podniósł pytająco brew.
  - Ona tak zawsze? - pytanie skierował bardziej do Mild i Ashlotte niż do Vis.
  Elfka wzruszyła ramionami. Ash nie odezwała się dalej polerując szablę.
  - Po coś drzwi otwierał? - rzuciła Viserany dalej leżąc.
  - Chciałem iść po coś do jedzenia do gospody - wyjaśnił.
  Wyciągnął rękę w geście pomocy. Dziewczyna jednak odtrąciła ją i wstała samodzielnie. Łucznik wzruszył ramionami, narzucił na głowę kaptur i wyszedł w noc.

        Wrócił niedługo potem. Właściciele gospody byli bardzo miłymi ludźmi. Nie była to najzwyklejsza obskurna tawerna w której przesiadywali głównie pijacy. Tu przesiadywali ludzie spokojni i kulturalni, którzy znali umiar w piciu. A więc głównie zmęczeni pracą w polu chłopi, kupcy, czasem trafiał się jakiś bogatszy mieszczanin. Mijając straż Halt naciągnął lekko kaptur. Nie był pewny czy nie jest przypadkiem dalej ścigany, choć nie pamiętał by kiedykolwiek był w tej mieścinie. Ale przezorny jest zawsze ubezpieczony. 
  Wszedł do stajni z dwoma małymi pakunkami z jedzeniem. Jeden zostawił na dalszą podróż, drugi zaniósł na tyły stajni.
  - Smacznego - powiedział i bez ostrzeżenia rzucił do zamyślonej Mild świeżą bułkę. Dziewczyna złapała ją zaskoczona w ostatniej chwili. Halt podniósł brwi i dodał z uznaniem: - Niezły refleks.
  Rzucił też pieczywo Ashlotte i wyciągnął kolejny wypiek dla Viserany, która siedziała najbliżej.
  - Podziękuję - powiedziała z tajemniczym uśmieszkiem.
  - Na diecie jesteś? - rzucił kąśliwie łucznik, choć jak dla niego dziewczyna była aż niezdrowo chuda. Nie nalegał jednak. Trudno. Więcej zostanie na drogę.
  Viserany zmrużyła oczy w geście ,,Nie pozwalaj sobie, bo źle na tym wyjdziesz". Bawiła się przy tym sztyletem, co ostatecznie dało pożądany efekt i Halt zdecydował się nie drążyć tematu. Wyłożył się z powrotem na słomie. Sam zjadł już wcześniej i nie czuł głodu. Nie dane mu było jednak długo leżeć sobie w spokoju.
  - Czemu nie siedzisz w gospodzie, skoro podobno zapłaciłeś za nocleg? - rzuciła jakby od niechcenia Ashlotte.
  Halt podniósł lekko głowę. Zastanowił się nad odpowiedzią.
  - Lubię towarzystwo podobnych sobie - stwierdził po chwili i nie urozmaicał już swojej wypowiedzi.
  - A do czego ci łuk? - to pytanie padło z ust Mild.
  - Do strzelania? - odparł głupkowato łucznik.
  - Nie o to mi chodzi - elfkę nieco oburzyło potraktowanie jej pytania niepoważnie. - Łuk to broń dystansowa, a założę się, że podróżujesz głównie przez miasta. Strzelanie w razie czego w takim tłoku z długiego łuku raczej nie jest zbyt pomocne.
  Halt uśmiechnął się lekko.
  - No proszę. Czyli nie nosisz miecza dla ozdoby - przyznał. - Owszem, dla każdego zwykłego łucznika byłby to raczej średni pomysł.
  - Zwykłego? - prychnęła Viserany. - A dlaczego ty jesteś niby niezwykłym?
  - Chcesz się przekonać? - głos Halta brzmiał wyzywająco. - Rano na pewno przestanie padać, a przed stajnią jest sporo miejsca na mały pojedynek strzelecki. Co ty na to?

Viserany? x3

Słowo się żekło...

Cóż blog umarł... co mi sie bardzo nie podoba. Przyznaje sama nie miałam ostatnio czasu żeby się tym zająć. Ale teraz już mam czas i teraz się tym zajmę... *złowieszczy uśmieszek*
Otóż mój plan wygląda następująco, blog zostanie zrestartowany, usunę w nim wszystko do niedzieli (18 X). Wszystko co nie zostanie mi zgłoszone żeby to zostawić... Ja wyśle wam wszystkim wiadomość na hw i będę oczekiwała odpowiedzi czy zostają wasze postaci? Czy zostają wasze opowiadania. Wszystko co nie zostanie mi do tego czasu zgłoszone będzie już stracone na wieki wieków amen. (żart... do końca miesiąca będzie w archiwum później samo zniknie).
A i tylko ostatnia sprawa... hw PhoenixA zostanie usunięte... Od dziś wszystko wysyłacie na mój prywatny hw- Ursa (co do Nyana... to sama jeszcze nie wiem, długo było nic, więc jeszcze muszę ją zapytać czy nadal chce współpracować)
To chyba będzie na tyle... Wiek feniksa (miejmy nadzieję) znów wstanie z popiołów. :D

~Ursa

sobota, 12 września 2015

Od Viserany CD Mild - Gość gościem, Vista Vistą

Nieufnie przyglądam się mężczyźnie, bawiąc się nerwowo sztyletem. Skoro jest gościem, to czemu nie pójdzie sobie do gospody tylko siedzi tu? I jeszcze tak milutko się z Mild zapoznał. Pfffffft! Swoją drogą, młoda nie ma żadnych oporów żeby zacząć z nim gadać. Wzdycham cicho. Ashlotte zajęła się sobą - a raczej swoją szpadą. Wygląda, jakby traktowała je jak dziecko. Normalnie wyobrażam sobie, jak kwili nad szpadą w samotności. Prycham, ale tylko Mild zwraca na to uwagę.
Spoglądam na przybysza - przedstawił się Mild jako Halt. Hymmm... Śpi czy nie? Może... W zasadzie, też bym poszła spać, ale nie mogę. Młoda pewnie zaśnie za jakiś czas a nie mogę być pewna, że Ash poradzi sobie z łucznikiem sama w razie czego. No cóż, nic nie pobudza mnie bardziej niż burza!
Kieruję się do drzwi, na co Mild reaguje natychmiast.
- Gdzie idziesz? - ścisza głos i prostuje się na swoim miejscu jakby chciała iść ze mną.
- Na zewnątrz - mówię zwykłym tonem.
Jeśli Śpiący Królewicz faktycznie jest śpiący, to ma problem. Gospoda jest obok.
- Na zewnątrz? Przecież jest burza! - protestuje szeptem mała, dając mi do zrozumienia, że i ja powinnam być ciszej.
- No i właśnie o to chodzi - mówię i mrugam do niej porozumiewawczo.
Wychodzę ze stajni. Burza jak hulała, tak hula dalej. Strzela piorunami, grzmi, wieje i pada lodowaty deszcz. Wciągam powietrze porządnym haustem. Uśmiecham się do siebie i wyciągam sztylet z buta.
>>>>>>
Pół godziny później, mokra do ostatniej nitki siedzę na progu stajni, śmiejąc się cicho sama do siebie, choć może to śmiech obłąkańczy. Nadal bawię się sztyletem - tym samym który przez ostatnie pół godziny wywijałam do nieistniejącego wroga, przekrzykując w miarę cicho burzę. To znaczy, rozmawiając z nią. Gadałam z piorunami, z deszczem, z wiatrem... A potem je wszystkie przeklinałam, gdy piorun walnął niespodziewanie blisko, wytrącając mnie z równowagi, wiatr tak mną targnął że się zachwiałam (tak to jest jak się ma wieczną niedowagę) a mokra od deszczu ręka pozwoliła sztylecikowi trochę zjechać - to jest rozharatać mi całą dłoń.
Tak, powyklinałam ich wszystkich po kolei, wystawiłam rękę do góry. Deszcz wyczyścił ranę, ja sama zatamowałam ją urywając rękaw od koszuli. Oczywiście, była brudna ale zanim dosięgnął jej deszcz więc teraz spokojnie zawinęłam dłoń materiałem i siedzę na progu stajni chichroląc dziwacznie i cicho. Nagle i niespodziewanie, moim ciałem wstrząsa dreszcz a po nim śmieszne i tak nielubiane przeze mnie kichnięcie. Wiecie czemu? Bo kicham jak kot. Mruczę przekleństwo opierając się o drzwi stajni, dokładnie w chwili gdy ktoś - przysięgam, że coś temu komuś zrobię! - je otwiera, więc nie zdążam złapać równowagi, upadając na plecy do stajni. Zamykam oczy, lekki ból otacza moją głowę. Ale zamiast jęczeć czy robić cokolwiek bardziej normalnego - zaczynam (znów) śmiać się wariacko.
<Halt? Ash? Mild?>

czwartek, 10 września 2015

Od Mild cd Ashlotte - Niespodziewany gość

        Ashlotte przewróciła oczami. Ostrożność małej elfki wyraźnie ją bawiła.
  - Demony NIE ISTNIEJĄ. To tylko jakiś przybłęda. Na pewno jest nie groźny... - dziewczyna pogładziła szablę. - Ale zawsze lepiej zachować ostrożność.
  - Dlatego nie powinnaś iść tam sama - upierała się Mild i zgrabnym, płynnym, ruchem wyjęła prawą ręką miecz wystający ponad jej lewym ramieniem.
  - Młoda ma rację - powiedziała Vis, za co Daya posłała jej dziękczynne spojrzenie. - Jedną szpadą wiele nie zdziałasz. Ale szpada, sztylet i miecz razem to co innego - wyszarpnęła zza pasa lekko zakrzywiony nóż.
  Ash westchnęła, ale już nie oponowała. Została przegłosowana. Poza tym...mają trochę racji. Ale dalej upierała się w duchu, że jej przymusowe towarzyszki z góry przesadzają.
  Trzy dziewczyny podeszły do podwójnych drzwi stajni. Ashlotte spokojna, z wyciągniętą szablą. Viserany niecierpliwie poprawiała chwyt palców na rękojeści sztyletu. Mild mimo lekkiego strachu pewnie trzymała dwuręczny miecz gotowa do szybkiego sztychu. Przecież tego uczył ją Darim. Miecz był dla niej jak przedłużenie ręki - nigdy się z nim nie rozdzielała, nie stanowił dla niej problemu, poruszała się z nim w ręku równie sprawnie co bez niego. Kimkolwiek był ten przybłęda, jeśli miał wobec nich złe plany to czekało go niemiłe zaskoczenie ze strony trzech, z pozoru bezbronnych podróżniczek.
  Viserany podeszła bezszelestnie do drzwi i nasłuchiwała w milczeniu, trzymając rękę na klamce jednego skrzydła. Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natarczywie. Ashlotte skinęła jej głową i otworzyła je gwałtownie. Wszystkie trzy stanęły z wyciągniętą bronią. Zaskoczony przybysz odskoczył zaskoczony.
  - Hohoho! Spokojnie! - powiedział wyciągając przed siebie ręce. - Jeszcze ktoś się pokaleczy!
  Mild przyjrzała się uważnie przybyszowi. Miał na sobie zielony płaszcz, kolorem przypominający leśne poszycie. Zarzucony na głowę kaptur zupełnie ukrywał twarz w cieniu. Po sylwetce i głosie rozpoznała jednak, że był to mężczyzna. Ubrany był w kaftan ze skóry bryczesy. Dziewczyna zauważyła także dziwny ochraniacz na wewnętrznej stronie lewego przedramienia. Przerzucony przez ramię łuk szybko wyjaśnił jego przeznaczenie.
  - Czego od nas chcesz? - powiedziała twardo Ash.
  - Żebyście mnie przepuściły i dały mi w spokoju rozsiodłać konia - wyjaśnił łucznik. - Za to przynajmniej zapłaciłem właścicielom.
  Mild nagle zrobiło się głupio. To tylko wędrowiec. Taki jak ona, Vis i Ashlotte. Jako pierwsza schowała miecz do pochwy na plecach. Ash i Viserany dalej jednak nie ufały nieznajomemu. Odsunęły się jednak i dały mu przejść. Chłopak wyraźnie zadowolony gwizdnął i po chwili obok niego pojawił się znikąd ogier barwy miedzi. Mężczyzna wprowadził go do środka i zdjął z głowy kaptur, aby wzbudzić w towarzyszkach chociaż odrobinę zaufania. Uśmiechnął się na powitanie i zaprowadził wierzchowca do wolnego boksu. Starsze z dam schowały broń i wróciły do wylegiwania się w boksie, w którym niedawno leżały. Tylko Mild z zaciekawieniem patrzyła jak nieznajomy rozsiodłuje rumaka. Zauważyła kołczan pełen strzał z żółtymi brzechwami w czarne pasy. 
  - Ładny koń - powiedziała śmielej.
  - Dziękuję - chłopak uśmiechnął się. - Widzę, że nieśmiałość twoich koleżanek trzyma je z dala ode mnie.
  - Nie ufają obcym - Daya wzruszyła ramionami.
  - Nikt w tych czasach im nie ufa - westchnął łucznik. Odwiesił siodło na ścianie boksu i położył na nim ogłowie, po czym odwrócił się z wyciągniętą ręką do dziewczynki: - Jestem Halt.
  - Mild - odpowiedziała elfka z uśmiechem przyjmując uścisk dłoni.
  - No to teraz się znamy - stwierdził zadowolony wędrowiec.
  Wyszedł z boksu, a Mild ruszyła za nim do końca stajni, gdzie na sianie leżały Vis i Ash. Halt z ulgą wyłożył się na stogu po przeciwnej stronie i nasunął na głowę kaptur, tak, że trudno było stwierdzić, czy śpi czy uważnie obserwuje otoczenie. Prawdopodobnie to drugie. Mild usiadła na beczce przy ścianie, idealnie pomiędzy dziewczynami, a łucznikiem. Z ciekawością obserwowała bieg wydarzeń...

Viserany? Ashlotte? Całkiem szybko dokończyłam x3

Od Halta cd Squall - Wysiadka

        Felin chyba przyjął sobie ostrzeżenie do serca. W każdym razie gdy ktoś trzymał na nim oko. Halt przywykł do bujania kilka godzin po jakże krótkiej rozgrywce w ,,łgarza". Tym razem ku jego uldze trwało to krócej. Chyba zaczął się przyzwyczajać. Zły znak. 
  Gambit ani trochę nie wzbudził w nim więcej zaufania niż przy pierwszym spotkaniu. Sam jego pseudonim którym się przedstawił z miejsca ostrzegał ,,Uwaga, jestem krętaczem i złodziejem!". Łucznik pilnował go ukradkiem czy aby nie próbował posłać statku z dymem. Nie żeby ta zasrana łajba go cokolwiek obchodziła. Z ulgą o niej zapomni gdy tylko postawi nogę na stałym lądzie. Ale póki to ona trzymała go przy życiu kilka mil od brzegu miał nadzieję, że jeden puszek nie pośle jej na dno. Poza tym robił to też z szacunku do kapitana. Nie w tym zwykłym, uczciwym sensie. Znacie to uczucie, kiedy kogoś szczerze nieznosicie, ale mimo tego odczuwacie pewien mały, ledwo tlący się podziw do tej osoby...chociaż w życiu byście się do tego nie przyznali. To właśnie czuł wobec Squall Halt: mieszaninę nienawiści z drobną dozą podziwu dla zdolności i charakteru.
  Nawet gdy wepchnęła mu do rąk szpadel. Kapitan zrobiła to tak niespodziewanie, że pozbawiła łucznika tchu. Chłopak spojrzał na nią pytająco, na co ta uśmiechnęła się tryumfująco.
  - No co? - powiedziała. - Mówiłam, że masz posprzątać po tej kobyle. Pronto.
  Halt nawet tego nie skomentował. Posłał oddalającej się dziewczynie pełne jadu spojrzenie i ze wzruszeniem ramion ruszył w stronę schodów do ładowni. 
  Gwizdacz przywitał go od razu pretensjonalnym rżeniem i tupnął kilka razy kopytem. Jak mogłeś mnie tutaj zostawić?!
  - Spokojnie, mały, jutro stąd spadamy - łucznik poklepał czworonoga po karku, po czym oberwał w środek czoła końcówką końskiego ogona. 
  Tym razem ogier parsknął i zarżał zdecydowanie weselej. Po chwili dołączył do niego śmiech bardziej ludzki, chodź zdecydowanie dziwny, jakby bardziej delikatny i zdecydowanie bardziej perfidny. Halt dopiero teraz zauważył wylegującego się na workach z cukrem felina. 
  - Konie to wredne bestie, nie uważasz? - powiedział kot. Obieżyświat nie odzywał i zajął się swoją robotą. - Że też wy, ludzie, tak je uwielbiacie.
  - Wybacz, ale nie mamy czterech łap - odezwał się w końcu. - I nie sramy pod płotami.
  - No proszę, dowcip ci się wyostrzył - Gambit uśmiechnął się złośliwie. - Czyżby przeszła ci choroba morska?
  - Owszem - przyznał bez cienia emocji łucznik. - Zrobiłbyś coś pożytecznego futrzaku zamiast zostawiać kłaki na cukrze...
  - Na przykład co?
  - Zanurkować po kostkę pani kapitan - odpowiedział sarkastycznie Halt akcentując ostatnie dwa słowa. I nie wrócić, dodał w myślach.
  Ku jego zdziwieniu Gambit roześmiał się ponownie. Na powątpiewające spojrzenie łucznika wyciągnął z kieszeni lnianych spodni jakiś drobny ciemny przedmiot i zaczął podrzucać go w ręce.
  - Ludzie mają słaby wzrok z tego co słyszałem. Ty chyba też nie jesteś wyjątkiem. Nie CZYM właściwie jest ,,pani kapitan", bo się za bardzo od was różni, ale mimo kocich oczu widzi nie lepiej - powiedział zagadkowo felin.
  Dopiero teraz Obieżyświat rozpoznał w podrzucanym przedmiocie...obsydianową kostkę.
  - Skąd ją masz?! - zapytał zaskoczony podchodząc dwa kroki bliżej.
  - Wcale nie wypadła za burtę. Nawet nie zdążyła spaść na pokład - odpowiedział Gambit z tryumfalnym uśmiechem.
  Haltowi mimowolnie podniósł się jeden kącik ust.
  - Nie doceniłem cię - przyznał. - I co teraz z nią zrobisz?
  - Powiedzmy...że ją sobie pożyczę. Oddam dopiero gdy Sztorm przybije tam, gdzie JA zechcę. A przyznam...bardzo mi ten statek odpowiada - kot przeciągnął się i poprawił na swoim ,,legowisku".
  - Co miałeś na myśli mówiąc, że Squall jest...inna? - zainteresował się nagle łucznik.
  Felin otworzył oczy i zmarszczył brwi.
  - Tak bardzo interesują cię tajemnice tych ślicznych ocząt? - zadrwił.
  - Nie. Interesuje mnie za to co wiesz o Sztormie. I lepiej mów prawdę.
  - Mam być szczery? Nic nie wiem. Ale czuję. Ta pannica nie jest zdecydowanie kim za kogo się podaje. I dlatego zostaję na tym ,,przeklętym" okręcie dopóki się tego nie dowiem.
  - Powodzenia życzę - parsknął śmiechem Halt.
  Nagle łajbą zabujało silniej niż zwykle. Obieżyświat zatoczył się do tyłu i w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Gwizdacz zarżał szarpiąc łbem czując jakieś zagrożenie. Nawet spokojny do tej pory felin zjeżył się i syknął zaniepokojony.
  - Lepiej to sprawdźmy - mruknął Halt i ruszył do barierki schodów powstrzymując cisnący żołądek.
  Squall klęła walcząc z kołem sterowym. Wiatr szarpał olinowaniem, które samo zamiast załogi walczyło z burzą. Deszcz lał się strumieniami. Halt został pchnięty w stronę masztu i postanowił zostać przy nim trzymając się kurczowo. Gambit natomiast wbił pazury wszystkich czterech kończyn w pokład gdy wicher  rzucił nim do tyłu.
  - Czyżby Sztorm spotkał swojego imiennika?! - przekrzyczał huk.
  - ZAMKNIJ SIĘ! - odwrzasnęła kapitan. - PIE***LONA BURZA!
  Halt w przerwie między bujnięciami przebiegł w stronę steru. W ostatniej chwili chwycił się balustrady.
  - I co teraz?! - zawołał do Squall.
  - Płyniemy do portu! - odpowiedziała dziewczyna. - Musimy to przeczekać!
  Łucznik słysząc przekleństwo w niezrozumiałym sobie języku obejrzał się. To Gambit straciwszy równowagę spadł z łoskotem na dolny pokład. Halt postanowił pójść jego śladem. Z tą różnicą, że jemu udało się normalnie skorzystać ze schodów. Zatrzasnął klapę i osunął się na stopień. Kot mimo obtłuczeń zdołał zaśmiać się złośliwie widząc jak gwałtowne bujanie przypomniało łucznikowi o chorobie morskiej.

        Statek przybił chyba cudem do najbliższego portu. Kołysanie nie ustało, ale przynajmniej zmalało na tyle, by Halt mógł opanować protestujące trzewia. Stęknął i podniósł się na nogi. Po niewygodnej drzemce utwierdził się w przekonaniu, że ma dość. Dosyć tego okrętu, dosyć Squall, dosyć nawet towarzystwa Gambita. Po krótkim namyśle chwycił leżące w nieładzie oporządzenie Gwizdacza i osiodłał zdziwionego, aczkolwiek rozweselonego konia. Czyżby opuszczali statek? Nareszcie!
  Gdy łucznik skończył, cichcem zakradł się do wyjścia. Podniósł lekko klapę. Deszcz dalej siąpił niemiłosiernie, ale jechać się dało. Wyprowadził konia (całe szczęście, że umiał się poruszać odpowiednio cicho, chwała długoletnim treningom!) na pokład i opuścił trap. Sprowadził Gwizdacza ostrożnie na molo i sarkastycznie zasalutował okrętowi. Po tym wskoczył na siodło, a ogier natychmiast zerwał się do biegu. Tego mu brakowało! Piekielny rejs nareszcie się skończył!

Wybacz, że cię tak zostawiam z puszkiem, Squall, ale nabrałam nagle weny x3 Miłego rejsu z kocurem!

środa, 9 września 2015

Usuwanko...

Termin upłynął już jakiś czas temu jednak nie miałam komputera i nie mogłam tego zweryfikować. Teraz jednak mogę i widzę aż dwa opowiadania i aż dwa komentarze. Jej cztery osoby dały znać że żyją no naprawdę jestem wzruszona... Cała reszta cisza... no fajnie naprawdę fajnie. Wiem że miałam pousuwać te nieaktywne postaci, ale wiecie co? Nie chce mi się, nie chce mi się również gadać do obrazu (a obraz ni razu). Więc zostawiam to waszej własnej weryfikacji. Bloga nie zamknę, choć zainteresowania nie ma. Ale ostrzegam, za dwa tygodnie (27.09.) USUWAM wszystkie postaci które nie dały znaku życia, choćby w zwykłym komentarzu i wiadomości na hw "żyję, ale chwilowo nie napiszę."albo chociaż "pocałuj mnie w d*pę". To chyba na tyle, więcej was nie będę męczyć bo i mnie się już odechciało stać z batem.

~Ursa