poniedziałek, 9 maja 2016

Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki

Imię: Louise (III) Andrasta, przez przyjaciół nazywana Lou, Anda lub Lusia. Z tym ostatnim lepiej uważać, bo wypowiedziane nieodpowiednim tonem może ci zaszkodzić.
Nazwisko: Quartz
Przydomek: Właściwie to nie posiada żadnego stałego przezwiska. Po babce rodzina nazywała ją Recydywą. Obcy najczęściej nazywają ją pierwszym lepszym skojarzeniem, jak Niebieska lub Chochlik. Bywają też bardziej złośliwe określenia dotyczące jej wzrostu, ale na szczęście Lou jest wyjątkowo wyrozumiała.
Rasa: Pierwsze co przychodzi na myśl niemal każdemu to chochlik. Louise nie jest jednak przedstawicielką Yordlów, rasy bardziej ucywilizowanej niż ich krewni (bo choćby nie wiem jak zaprzeczali, są w pewnym stopniu z chochlikami spokrewnieni).
Wiek: 28 lat
Płeć: Kobieta, czy też - jak kto woli - samica
Stanowisko: Wojownik, Rzemieślnik
Aparycja: Pierwsze co zdecydowanie rzuca się w oczy to wzrost Andy. Niejeden raz spotkała się z często złośliwymi propozycjami posadzenia na barana, czy nawet włożenia do kieszeni płaszcza podróżnego. To drugie jest zdecydowanie przesadzone, bo mimo wszystko AŻ tak mała nie jest...w końcu uczciwie sięga nieco powyżej kolana dorosłego człowieka. Tiaaa, wygląd to zdecydowanie jej pięta Achillesowa. Mało kto traktuje ją poważnie przy pierwszym spotkaniu, bo nawet dzierżąc broń dalej przypomina cukierkowe stworzonko z bajki dla dzieci. Ma nieco za dużą głowę, porośniętą gęstą czupryną irytujących blond loków. Lou zawsze spina je w kucyki, mimo to jednak zawsze wypada z nich krzywa grzywka. Spod włosów po bokach głowy Louise wystaje para długich, sterczących uszu. Dziewczyna ma także drobny nosek i jeden wystający spod wargi kieł, co winduje jej urok. Jednak największą rolę w degradowaniu jej powagi odgrywają oczy: duże, różowo fioletowe o kocich źrenicach, z rzadkimi czarnymi rzęsami jak od tuszu (chociaż Anda nigdy się nie maluje). Dodam jeszcze, że jej błękitną skórę porasta mięciutki puszek o tym samym kolorze, jak u jakiegoś kociaka. Lou prawie zawsze ubiera się w pełną zbroję piechotną (widoczna na arcie - nie chce mi się opisywać :P). Gdy nie ma jednak potrzeby dźwigania żelastwa chodzi w samej zielonej tunice, zakładanej właśnie pod pancerz. Na plecy ma przeważnie zarzuconą tarczę.
Zdolności: Louise, chociaż należy do rasy względnie magicznej, nie posiada nadnaturalnych zdolności. Ma za to zaklętą broń - młot. Oręż potrafi rozpłynąć się w powietrzu i pojawić na nieme życzenie jego właścicielki, bo podczas podróży bywa dość nieporęcznym bagażem. Rozmiarami był przeznaczony raczej dla dorosłego ludzkiego mężczyzny, więc gdy Anda trzyma go w łapkach trudno powstrzymać śmiech. Oczywiście o ile nie widziałeś dziewczyny w akcji. Chociaż jest mała, potrafi sprawnie wywijać swoim młotem i solidnie przywalić. I nie, nie potrafi podnosić rzeczy cięższych od siebie - to po prostu kolejna zaleta zaklętej broni: młot w rękach Louise jest idealnie wyważony pod jej rozmiary, jednak komuś obcemu może wydawać się ciężki niczym dziesięć miechów. Andrasta jest świetnie przeszkolona w walce i strategii, dobrze orientuje się w układach wojsk i polityce. Dzięki swojemu wzrostowi na starcie zyskuje pewną przewagę nad przeciwnikiem, między innymi dzięki zaskoczeniu. Jest zwinna i świetnie się wspina. To także dobry kowal i rymarz (Yordlowie z natury zajmowali się wytwórstwem broni, zbroi i siodeł).
Zainteresowania: Jeśli jesteś uzbrojony w jakikolwiek oręż, nie zdziw się gdy Louise zacznie cię o niego wypytywać. Dziewczyna czasem wydaje się być bardziej zainteresowana cudzą bronią niż imieniem jej właściciela. Całe szczęście ludzie częściej uznają to bardziej za zabawne niż obraźliwe. Cóż się dziwić? Anda prawie całe życie przesiedziała w kuźni, nic więc dziwnego, że swój fach rzemieślnika traktuje na równi z hobby. Mała wydaje się mieć jakieś pomniejsze stadium ADHD - jej palce wiecznie szukają jakiegoś zajęcia. A to splata zerwane źdźbła w koszyczki, to znowu wygina jakiś drucik czy bawi się sprężynką znalezioną w kieszeni. Gdy nie ma co robić, zaczyna świrować. Dlatego właśnie z nudów chodzi i jak nakręcona wypytuje każdą napotkaną osobę czy nie potrzeba może naostrzyć jej miecz, zaszyć jakąś dziurę, wymienić popręg w siodle, wszystko, byleby nie siedzieć bezczynnie. W ostateczności chwyta młot lub jakiś krótki miecz i ćwiczy z tarczą i bronią na przemian. Lubi też gadać z innymi na jakieś interesujące ją tematy.
Charakter: Lou mimo małego ciałka kryje w sobie wielkie serce. Jest odważna, i to w ten zdrowy, nie graniczący z głupotą sposób, a czegoś takiego ino ze świecą szukać. To oddany żołnierz i przyjaciel. Jest gotowa rzucić się w ogień dla dobra sprawy. Często chcąc pomóc komuś innemu zapomina o własnym zdrowiu. Możliwe, że jest aż zbyt dobroduszna. Nawet najgorszemu wrogowi odstąpiłaby ostatni łyk wody. Niejeden raz już słyszała, że kiedyś ją jej postępowanie zgubi, bo w takich czasach jak te nie ma miejsca na wielkoduszność. Mimo wszystko Anda pozostaje tą samą pomocną i ofiarną dziewczyną, nieważne ile razy zostanie przez to ugryziona w rękę przez jakiegoś niewdzięcznika. Louise ceni sobie honor. Nie porzuca przyjaciół w potrzebie, ani nie ignoruje rozkazów...no chyba, że ktoś wymaga od niej tego pierwszego. Wtedy nie ma co liczyć na posłuch ze strony małej Yordlki. Razem z honorem, jak to w przypadku prawdziwego rycerza, idzie wiara. W ciężkich próbach Lou pokłada ją w bogach swojego ludu, dziękuje im za każde zwycięstwo...i bluzga ich imionami, jak to na prawdziwego wierzącego przystało. Psy wiesza więc najczęściej na bogini męstwa, Concordii, bogu wojny, Gafaharze, i opiekunce patriotów bez kraju, Naiome. Gdy dziewczyna się uprze dopnie swego, choćby nie wiem ile miało to czasu zająć. Dlatego jeśli cię o coś zapyta, wypada odpowiedzieć od razu, inaczej sam skażesz się na towarzystwo natrętnego wielkookiego chochlika. Im więcej będziesz ją od siebie odpychał, tym szybciej będzie wracać, niczym puchata niebieska bańka-wstańka. Ma w sobie także pełno dumy, której nie da się zburzyć żadnymi wyzwiskami. Rzucane w jej kierunku wszelkie docinki są niczym groch o ścianę. Chociaż Andrasta z godnością je ignoruje, ma dobrą pamięć do twarzy osoby zdolnej ją obrazić. Po takich zachowaniach szybko wyrabia sobie zdanie o innych. Jeśli nie okażesz jej chociaż dozy szacunku, nie masz co liczyć na wzajemność. Lou może i ma sporo cierpliwości do przedstawicieli tępej masy społecznej, jednak w przypadku osobistości, od której oczekuje nieco więcej inteligencji, nie da szargać swojej dumy niczym starą ścierkę. Nie współpracuje z idiotami, tak mówiąc w skrócie. Zniżanie siebie do ich poziomu traktuje gorzej od jakiejkolwiek obrazy. Dziewczyna nie lubi być porównywana do innych. Uważa się za jedyną w swoim rodzaju i nie, to nie objaw narcyzmu. Jednej rzeczy mało kto się spodziewa po tej szczerej i uczciwej wojowniczce: aktorstwa. Nawet Louise, chociaż szczerze nie cierpi swoich słodkich gał, zdarza się nadużywać niewinnego wyglądu we własnych celach. Może i nie jest kuszącą pięknością, ale ma własne metody, które działają nie tylko na mężczyzn. Przeważnie wystarczy, że zrobi szczenięce oczy i zakwili swoim słodkim głosikiem, a każdy przypadkowy mieszczuch da się nabrać. Co poradzisz? Trzeba jakoś żyć, lepsze naciąganie przechodniów na dziecięcy urok niż napadanie ich w lasach. Wystarczy jednak lepiej Lou poznać, by już nie dać się nabrać na tą bajeczkę o ,,bezbronnej małej podróżnej”, którą wciska każdemu durniowi. Wszystkie bajdurzenia o ,,bezbronności” idą w niepamięć gdy przyjdzie ci zobaczyć jak rozkwasza młotem łeb jakiegoś bandyty.
Historia: Yordlowie to doprawdy dziwna rasa. W ich przypadku doskonale potwierdza się przysłowie ,,im mniejsze, tym bardziej uparte”, którymi przeważnie opisuje się kuce lub terriery. Niedouczeni mylnie nazywają Yordlów ,,chochlikami”, nie widząc żadnej różnicy między małymi upierdliwymi złośnikami podgryzającymi meble i szczającymi do wiader z mlekiem, a w pełni ucywilizowaną rasą kowali i rzemieślników. Gdyby nazwać przypadkowego Yordla chochlikiem, niewykluczone, że naraziłbyś do siebie całą brać, bo każdy z nich najwyżej ceni sobie dobro swojego pobratymca. Szargasz imię jednego - szargasz imię wszystkich. (Po prawdzie jednak choćby nie wiadomo jak się zapierali, Yordlowie mimo wszystko są w pewnym stopniu spokrewnieni z chochlikami, chociaż ŻADEN nie powiedziałby ci tego wprost.)
Do rzeczy; Otóż Yordlowie osiedlili się daleko na wschodzie Sorsiny, z dala od ludzkich siedzib. Mieli własne, dobrze skoordynowane państwo i żyli sobie w szczęściu oraz dostatku długie lata. Nagle jednak wybuchła wojna. Wojska Arsmana wkrótce dotarły do granic małej ojczyzny niepozornych karzełków. Nie spodziewali się ataku, więc nie mieli gotowej armii. A nawet jeśliby mieli, któż przeraziłby się sięgających kolana zapuszkowanych w metalu wielkookich skrzatów? Całe szczęście dowódca armii nie widział sensu w niszczeniu kraju. A wszystko dzięki zdolnościom kuźnieckim jego obywateli. Nawiązał porozumienie z wodzem Yordlów: Arsman nie przyśle tu swoich wojsk dopóty, dopóki będzie dostawał najwyższej jakości broń. Porozumienie podpisano i tak rozpoczął się najbardziej pracowity i męczący okres w historii Yordlów.
I w tych też czasach przyszło żyć małej, niepozornej ślicznotce imieniem Louise III (po babciach) Andrasta (po matce) Quartz.
Dziewczyna zawsze miała w sobie pewien kompleks niższości. Nie podobała jej się sytuacja w jakim znajdował się jej kraj. Możliwe, że nasłuchała się zbyt dużo opowieści babki (słynnej w rodzinie jako ,,Recydywa”) o tym, jak to było tu pięknie bez Arsmana. Tak więc babka Recydywa napchała małej Lusi do głowy pełno ,,głupot”, że bycie tchórzem nie popłaca, zwłaszcza, gdy kraj i rodzina w potrzebie. A czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci i dorosła już Louise dorobiła się dziedzicząc przydomek babci. Całe życie hartowała się chwytając typowo męskich zawodów i uczyła się walczyć, aby nie dać się zaskoczyć przyszłości.
Całę szczęście problem rozwiązał się sam zanim Anda wszczęła jakąś rewolucję. Arsman najwyraźniej uznał swój oręż za wystarczający, bo jego armie zajęły kraj Yordlów, zmuszając wszystkich ich do ucieczki. Louise liczyła w głębi ducha, że to popchnie jej rodaków do działania. Ale Yordlowie woleli osiąść w innymi miejscu i zacząć wszystko od nowa. Tego było za wiele. Uparta Recydywa zdecydowała się porzucić plemię i podążyć ścieżką świętej pamięci babki. Razem ze swoim młotem Onoirem i tarczą Creideamh chciała przysłużyć się sprawie oporu przeciwko Arsmanowi. Podróżowała więc od wojska do wojska licząc na przydział. Ale w każdym wypadku spotykała się z wyśmianiem lub pobłażliwym odesłaniem. Nikt nawet nie chciał sprawdzić ile ten maluch miał w sobie siły, bo...bo był maluchem. Ludzie szukali silnych mężczyzn, nie puszystych skrzatów z katarem siennym. Mimo to Lou nie poddawała się i z dumnie uniesioną głową maszerowała do następnych poborów, nie pozwalając się sobie załamać. Aż w końcu doszły ją słuchy o powstającym gdzieś w lasach buntowniczym państewku złożonym z samych wyrzutków. Może więc kolejny władający bronią wyrzutek nie zrobi różnicy, a może nawet się przyda?
Partner: Pfft! Po co komu jakiś plątający się pod nogami dureń?
Rodzina: Ojciec Arbrecht, matka Andrasta, trójka starszych braci i dwoje młodszych, dwie starsze siostry i jedna młodsza, kochana świętej pamięci babka Louise (alias ,,Recydywa”)
Towarzysz: Nie potrzeba jej zwierzaka. Przynajmniej na razie.
Szczegóły:
  - Jej zaklęty młot nosi imię Onoir, czyli ,,honor”, a tarcza Creideahm - ,,wiara”. Dlatego też gdy Lou mawia, że zwalcza swych wrogów honorem, a wiara zawsze ją chroni, można brać to nawet dosłownie.
  - Andrasta ma alergię na kurz i pyłki. Zdarza się jej często kichnąć przypadkowo podczas rozmowy, psując przy tym całą powagę sytuacji, bo doprawdy trudno się nie uśmiechnąć słysząc dźwięk podobny do fuknięcia kociaka.
  - Gdy jest zdenerwowana, zaczyna gadać do siebie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zdarza jej się przy tym wyżywać podczas pracy, jakby to nagrzane żeliwo lub zepsute siodło było prowodyrem wszelkiego zła na świecie. Lepiej się do niej wtedy nie zbliżać, bo młot kowalski może jej się niechcący ,,wymsknąć” z ręki.
  - Ma wyrobiony odruch zdmuchiwania z nosa opadające kosmyki włosów.
  - Jej uszy drgają jak u kota gdy np. Przelatuje obok nich jakaś mucha, albo ktoś pstryknie obok palcami. Niektórzy żartownisie lubią sobie właśnie w ten sposób nadużywać cierpliwości Louise, co niebywale skłania ją ku myśleniu, czy łamanie komuś palców miechem nie jest karalne.
Autor: RedRidingHood

niedziela, 10 kwietnia 2016

Jeśli nie możesz znieść bólu, spróbuj nadać mu sens

Imię: Miwertia, ale wystarczy zwykłe Miw.
Nazwisko: Jukiynae.
Przydomek: Spróbuj wymyśleć dla niej jakieś, a podpadniesz.
Rasa: Rasa to to żadna… Niby człowiek, ale jednak ma w sobie coś. Jej rodzice byli „normalni”, a moce i zdolności odziedziczyła po babce, która przez długi czas studiowała i eksperymentowała z magią aż ta dogłębnie się w niej zakorzeniła.
Wiek: 19 lat.
Płeć: Kobieta.
Stanowisko: Alchemiczka, ale nie pogardziłaby też staniem się wyrocznią.
Aparycja: Nie jest zbyt wysoka. Ma smukłą, przypominającą dzikiego kota, sylwetkę. Jej włosy są i długie i krótkie zarazem, i najczęściej rozczochrane. Nie posiada żadnych charakterystycznych oznaczeń po walce, ale na kostce u nogi ma wypaloną bliznę w kształcie gwiazdy (podobno to właśnie ona potwierdza posiadanie magicznych mocy).
Zdolności: Miw jest szybka i zwinna. Potrafi zręcznie chodzić po drzewach i bezszelestnie się poruszać. Dobrze dogaduje się ze zwierzętami. Nie posiada za dużej siły i w walce wręcz sprawdza się bardzo źle. Nie używa broni, a jej największa moc i siła to słowa. Dzięki magicznym umiejętnością potrafi delikatnie zaginać wolę innych tylko dzięki rozmowie. Nie używa magii żywiołów, a studiuje zaklęcia i runy. Bardzo dobrze radzi sobie w przygotowywaniu trucizn, eliksirów. Czasami ma wizje, ale nie zawsze są one poprawne, choć w każdej jest coś, co zdarzy się na pewno. Może również (choć nie za bardzo nad tym panuje) widzieć, co dzieje się w tym samym czasie w różnych miejscach.
Zainteresowania: Lubi przebywać w samotności, choć są momenty, gdy aż lgnie do innych. Dużo czyta, pogłębia swoją wiedzę i odkrywa. Kocha podróże, nowe miejsca. Ciężko jest się jej zatrzymać gdzieś na dłużej. Czasem rysuje, ale chyba największą przyjemnością jest dla niej śpiewanie. Robi to praktycznie zawsze i przy każdej okazji. Swoistą przyjemność czerpie również z polowań, które zawsze poprawiają jej samopoczucie. Nie chodzi o to, że lubi ból, ale po prostu „kręci ją” tropienie.
Charakter: Dziewczyna ma bardzo trudny charakter. Ciężko jej dogodzić i podpasować. W ciągu dnia może przejść z jednej skrajności w drugą. Nie skrywa uczuć, wręcz przeciwnie jest dobitna i szczera do bólu. Wśród nieznajomych zachowuje się stosunkowo spokojnie, ale przy bliżej poznanych to istny wulkan emocji. Jest dziwna i mocno pokręcona. Nie zgrywa ani nie udaje nikogo kim nie jest. Szybko się denerwuje, lecz tylko jeśli chodzi o bardziej ludzkie formy życia. Kiedy np. podczas polowań lub tropienia jej cierpliwość byłaby już dawno naderwana przez inną osobę, to Miw zachowuje niesamowity spokój. Odwrotna sytuacja jest podczas rozmowy z innymi. Łatwo wyprowadzić ją z równowagi. Jeśli chodzi o jej ufność to ma ona skrajnie niski poziom. Może wydawać się, że ufa, ale to tylko pozory. A pozory mylą. Kontakty z ludźmi sprawiają, że traci trochę na swoim „dzikim” charakterze, a zaczyna być bardziej zimna i wyrachowana. Po za tym bardzo dużo się śmieje. Nie jest to śmiech szczęścia, ale śmiech… żenady? Jedynie śmiech pomaga jej uodparniać się na ludzkie głupoty. Te wszystkie zachowania i cechy charakteru wychodzą jej raczej na minus, ale samotność i przebywanie wśród natury nauczyło ją żyć własnym życiem i wsłuchiwać się w potrzeby swoje, a nie te wyznaczane przez innych. Podobno sprawia wrażenie bardzo dojrzałej, ponieważ wydaje się dobitnie znać samą siebie…
Każdemu odważnemu, by zagadać i się DOGADAĆ życzę powodzenia.
Historia: Zacznijmy od życia jej babci; była to bardzo ciekawa wszystkiego kobieta. Nie wiadomo gdzie i kiedy zaczęła się jej przygoda z magią, ale nigdy już jej nie porzuciła. Stała się potężną czarownicą, która jednak nie afiszowała się zbytnio ze swoimi darami. W czasie rozwijania mocy zakochała się i urodziła matkę Miw… Tylko tyle wiemy, ale przecież tę tajemnicę można odkryć, prawda?
Miwertia dorastała w niedużej wiosce. Jej rodzice byli zielarzami i medykami. Wychowywali ją w strachu przed magią i każdą paranormalną rzeczą jaka tylko była możliwa do wyobrażenia. Trzymali ją blisko i praktycznie na uwięzi, więc wolności nie posiadała w ogóle. Gdy zaczęła dorastać – zaczęła się buntować. Bez zbytniego wchodzenia w szczegóły skończyło się ucieczką i radzeniem sobie zupełnie samemu.
Partner: -
Rodzina: Rodzice na pewno żyją, ale ciężko utrzymywać kontakty na odległość z takimi ludźmi jak oni (nawet, jeśli to twoi rodzie), a rodzeństwa nie ma.
Towarzysz: -
Szczegóły:
*zwierzęta traktuje tak samo jak ludzi
*zawsze ma przy sobie bransoletkę, którą podarowała jej matka
*stara się nikogo nie krzywdzić; zabija tylko dla jedzenia i nigdy tak, by miało się zmarnować
*od zawsze wokół niej pachniało fiołkami
Autor: Anwarunya

Od Hanneona

Zdjąłem kaptur i przywróciłem moim uszom normalny, człowieczy wygląd, po czym ze znudzeniem rozsiadłem się w fotelu i począłem obracać w rękach czarne krucze pióro. Nie, żebym jadał kruki. Podobno nie są za dobre. I w dodatku mają dziwny posmak...
Wszystkie istoty w Hidden są tak różne, że nawet nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył tutaj jakiegoś stwora typu Minotaur. Są tu nawet kotowate. I smoki. No i na moje nieszczęście likantropy...
Miałem okazję poobserwować sobie kilkoro z nich, siedząc w swym rudym futrze w okolicy ogniska.
Ale mniejsza z tym.
Rozejrzałem się po swojej jaskini. Wypadałoby zrobić coś, żeby było w niej przytulnie. Jak na razie w grocie wielkości przeciętnego pokoju miałem tylko ciężkie biuro, rozpadający się fotel, którego nie chciało mi się naprawić przed chwilą, i łóżko, okropnie niewygodne. Już ten kamień, na którym spałem jeszcze dwie noce temu był wygodniejszy. Może by go tu przywlec?
Rozpiąłem płaszcz i wstałem, żeby rzucić go na oparcie fotela i usiąść na łóżku. Jęknąłem, kiedy kilkanaście nierównych wąskich desek wbiło się w moje pośladki. Chyba podziękuję za taki nocleg...
Mógłbym użyć jakiś zaklęć, przecież mam pół księgi w głowie, ale komu by się chciało? Może mnie natchnie do tego, żeby coś zrobić. Mógłbym cieszyć się ciszą, ale jak na złość jakiś ptak począł żałośnie śpiewać swą pieśń od siedmiu boleści. Jak masz okropny głos, to po ch*j śpiewasz?!
Zirytowany znowu przyodziałem się w płaszcz z kapturem, ale ten był znacznie wygodniejszy, bardziej przystosowany do takich wędrówek.
W nie najlepszym humorze wybyłem z groty, nie martwiąc się nawet zabezpieczeniem jej. Wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy mam pod ręką. Jakby ukradli mi łóżko, nawet bym się cieszył. Byłby pretekst, żeby w ogóle coś ze swoim miejscem zamieszkania zrobić. A może w ogóle przeprowadzić się do lasu i zaszyć w chatce jak te zgrzybiałe wiedźmy i obłąkani magowie? Ciszej by nie było, ale wygodniej z pewnością. Może do miasta? O nie, tam na pewno nie... Przecież tam są istoty od świtu do zachodu. A nawet po nim.
Począłem pałętać się po okolicy, aż w końcu zatrzymałem się w sąsiedztwie jakiegoś samotnego krzewu i usiadłem obok niego. Podmuch wiatru omiótł moją twarz.
  - Cześć, wietrze, przyjacielu - szepnąłem, a w odpowiedzi dostałem silniejszy powiew powietrza. - Co się dzieje z Kiette? - zapytałem po chwili, jednak zanim uzyskałem jakikolwiek odzew, usłyszałem jakiś szelest i nawet nie myśląc, przybrałem kocią postać. To był ogromny błąd.
Usłyszałem głośne warczenie tuż za mną. No to pięknie, pomyślałem, odwracając się i wpatrując się w czerwone ślepia wilkołaka... Szybko wróciłem do ludzkiej postaci, a kaptur zsunął mi się z głowy. Zdążyłem tylko wyciągnąć ręce i wytworzyć głaz.
Cisza. Okropna cisza.
Podniosłem się z ziemi, przeczesując dłonią rudoczerwone włosy i obszedłem głaz. Wilkołaka nie było. Mam nadzieję, że nie zabiłem go tym głazem. Ale nie sądzę. Są wystarczająco silne. Pewnie po prostu uciekł.
Odetchnąłem z ulgą. Trochę zapomniałem o tym, żeby uważać... Słuchać ziemi przede wszystkim. Żywiołu, z którym byłem związany najmniej, a który był mi niezbędny.
Obróciłem się, żeby udać się do swego obecnego mieszkania, kiedy to wyrosła przede mną nieznana mi postać...


Ktoś dokończy?

niedziela, 3 kwietnia 2016

To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.

Imię: Hanneon. Czyta się tak, jak pisze. W języku dzikich kotów zza oceanu ,,hanne" oznacza zwycięstwo, zatem ,,hanneon" oznacza tego, który zwycięża. Sam zastanawia się, czemu matka tak go nazwała.
Nazwisko: Chattres, takie nadała matka. Dzikie kotołaki nie używały nazwisk.
Przydomek: Rodzina mówiła mu Han. Śmiej go nazwać Dachowcem, a popamiętasz. Jak mu jakieś wymyślisz, i tak nie będzie go to obchodzić.
Rasa: matka była magiem, ojciec zmieniał się w kota. Kotomag? Powszechnie jednak przedstawia się jako mag, raczej nie mówi o tym drugim.
Wiek: Obecnie 22, ale jego wygląd nie zmienia się od trzech lat przez kotołacze geny, co często go irytuje. Ma wielką nadzieję, że nie jest nieśmiertelny albo nie utknie w dziewiętnastce do końca życia.
Płeć: mężczyzna czy kocur, jak kto woli. Nie mylić z kobietą, bo podrapie!
Stanowisko: Szpieg, chociaż mógłby być w oddziale magicznym.
Aparycja: Wzdłuż kręgosłupa ciągną się dziwne runy, które - jak powiedziała mu matka - są formułą zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, ale nie potrafi ich odczytać. Na prawej piersi ma bliznę po podrapaniu przez jednego ze swoich dawnych znajomych. Jest przeciętnego wzrostu i ma wątłą budowę. Jego kły są dłuższe niż te przeciętnych istot, ale ponieważ przeważnie się nie uśmiecha, nikt tego nie zauważa. Podobnie z noszeniem długich kapturów. Nosi je po to, by podczas nasłuchiwania nie było widać jego kocich uszu.
Zdolności: Ponieważ płynie w nim krew maga, potrafi władać żywiołami, jednak najlepiej dogaduje się z powietrzem. Han szanuje wszystkie cztery żywioły, traktuje je niczym żywe istoty i czasem rozmawia z nimi, głównie z wiatrem, prosząc o pomoc. Przez to wielu sądzi, ze zwariował i gada do siebie. Zna wiele zaklęć, ale używa tylko kilku i stosunkowo rzadko, ponieważ radzi sobie siłami naturalnymi. Korzystałby jedynie z lewitacji, chociaż o to również prosi wiatr. Jest zwinny, szybki i zmieści się niemal wszędzie. Może nie jest zbyt silny, ale nadrabia to umiejętnym ukrywaniem się. Potrafi w przeciągu kilku sekund zamienić się w rudego kota, bądź pół-kota. Postać pół-kota przybiera tak, jak sam chce. Tylko uszy, tylko ogon, tylko pazury, jedno z drugim albo wszytko na raz...
Zainteresowania: Czyżby to było spanie...? Po części tak, ale tym zajmuje się za dnia, w nocy ma ciekawsze zajęcia. Nikt by go o to nie posądzał, ale Hanneon uwielbia pisać. W swojej księdze z pustymi stronami zapisuje praktycznie wszystko, od snów po opisy napotkanych zwierząt i roślin, którym często dorysowuje ilustracje. Albo przemyślenia. Czasami stworzy też coś własnego, jakiś wiersz czy pieśń, bywa, że opowieść. Najbardziej lubi być sam w ciszy i świętym spokoju. Zdarzy mu się coś nucić, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. No i odradzam palenie w jego pobliżu jakichś światełek, które są w stanie drgać, zostawiania w pobliżu włóczek, szeleszczenia jakimiś rzeczami i ciągnięcie sznura. Zazwyczaj udaje mu się zapanować nad tą kocią stroną, ale nie zawsze. Zwłaszcza niedługo po przebudzeniu, kiedy jego umysł jeszcze nie otrzeźwiał.
Charakter: Zawsze chodził jak sam chciał i robił to, czego sam chciał i po dziś dzień wygląda to tak samo. Jest nad wyraz mądry i pomimo tego, że jest dość młody, ma spore życiowe doświadczenie. Nie ufa nikomu, czasami nawet sobie samemu. Jeśli w twojej obecności odezwie się nie pytany i dobrowolnie, czuj się wyróżniony. Ceni ciszę i nie lubi gaduł. Najchętniej udusiłby swoją naturę kotołaka, bo przez instynkt miewa dziwne, typowe dla zwykłych dachowców zachowania. Zazwyczaj jest podejrzliwy i w trzech czwartych życia znudzony. Twoim gadaniem, światem, życiem, padającym deszczem. Generalnie wszystkim. Ma dosyć silną samokontrolę. Jest raczej melancholikiem i najczęściej pesymistą. Bywa, że ma sarkastyczne poczucie humoru i jest po prostu wredny. Jest obserwatorem i słuchaczem. Stoi z boku i nasłuchuje, przez co wie wiele o mieszkańcach Hidden. Sprawia wrażenie chodzącej tajemnicy i to chyba jest prawdą. Nie zapominajmy też o tym, że płynie w nim kocia krew, przez co jego charakter potrafi zmienić się z osoby zupełnie niechętnej do życia w rozbrykanego, dziecinnego chłopaka. Ale o tym nie mówi i stara się te cechy wyeliminować. No i warto też wspomnieć o tym, że jest cierpliwy. Do czasu.
Historia: Urodził się w jednym miocie wraz z dwoma swoimi braćmi i jedną siostrą, w grocie pod wodospadem w kraju dzikich kotołaków. Jego ojciec już wtedy nie żył. Zginął pierwszy, kiedy tylko odkryto, że spoufalał się z magiem. Matka długo opiekowała się nim i jego rodzeństwem. Planowała ucieczkę wraz ze swoimi dziećmi do jakiegoś innego, spokojniejszego miejsca. W noc, w którą miała zamiar to zrobić, kiedy nie świecił księżyc a ona poszła zebrać jakieś jedzenie, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, bo była świetnie zamaskowana. Han oraz jego rodzeństwo, mając niewyobrażalne szczęście, nie zostali zidentyfikowani jako istoty półkrwi, a jeden z kotołaków nawet ich przygarnął. Wychowywali się tam dosyć spokojnie. Kilka lat później Kiette przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności przy innych członkach sfory. Kotołaki postanowiły pozbyć się całej czwórki, wraz z ich opiekunem, ale Han i Kiet zdołali uciec, co niestety nie udało się ich rodzeństwu. Byli świadkami ich śmierci, podobnie ze śmiercią opiekuna. Długo szukali matki, ale nie udało im się jej znaleźć i postanowili ruszyć w świat. Z ostrożności nigdy nie zmieniali kociej postaci, przez co później miauczenie i mruczenie weszło im w nawyk. Wędrowali po różnych krajach, przez długi czas mając kotołaki na ogonie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Mając lat piętnaście rozstali się w porcie, gdzie znaleźli ucywilizowane kotołaki. Kiette postanowiła już tam zostać, ale Han chciał znaleźć innych magów. W końcu znalazł starego, posępnego starca, który nauczył go używania magii. Mieszkał u niego przez jakiś czas, aż ten nie stwierdził, że Hanneon jest w stanie dać sobie radę sam. Tak, po sześciu latach wędrówki, trzech nieszczęśliwych miłościach i zdobyciu kilku wrogów trafił do Hidden przez zupełny przypadek, spadając wraz z osunięciem ziemi podczas wspinaczki po górach.
Partner: Nie myśli o tym, ale może jak ktoś mu wpadnie w oko, to się to zmieni.
Rodzina:
* ojciec: nie zna jego imienia, ale mama mówiła na niego Wspaniały.
* matka: Minah-Tian
* siostra: Kiette, z języka kotów ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję,
* bracia: Jumon i Sarazion, imię pierwszego z kociego oznacza ,,ten, który jest mistrzem", zaś drugiego ,,ten, który jest cudem". Obaj nie żyją.
Towarzysz: Może by posiadał, gdyby nie kocia natura, przez którą ptaka mógłby zjeść, psowatych nie lubi, za owadami mógłby biegać, a z dachowcem musiałby obchodzić się jak z kolegą. Więc pupila raczej posiadać nie będzie...
Szczegóły:
*Kiedy nie używa magii ma ciemnobrązowe oczy, jednak kiedy panuje nad którymś z żywiołów powietrza, wody, ziemi bądź ognia, zmieniają się odpowiednio na szare, niebieskie, zielone lub żółte.
*Rzadko pije alkohol, bo po pijanemu nie jest w stanie używać swych umiejętności w pełni.
*Chciał przejść na wegetarianizm, ale mieszkał w pobliżu myszy no i mu nie wyszło.
*Czasami odzywają się w nim zwierzęce instynkty.
*Jego wzrok bywa hipnotyzujący.
*Ma w sobie coś, co przyciąga do niego inne osoby, ale nie wie, czemu. Irytuje go to, bo nie jest kontaktowy i nie lubi nawiązywać nowych znajomości.
*Chce dowiedzieć się, co stało się z matką i dlaczego nadała mu takie, a nie inne imię.
*Aury jego zaklęć przybierają kolor amarantowy, złoty albo niebieski.
Autor: Lucy321

wtorek, 29 marca 2016

Od Dheraia - Bajeczki

        Smokobójca uderzył pustym kuflem w stół i oblizał wąsy z piwa. Rozochocony którąś już kolejką dalej zażarcie rozprawiał jak to udało mu się ujść z życiem, podczas gdy jego kamratów spotkał jakiś okrutny los. Siedząca z nim trójka towarzyszy nastawiała uszu. Byli głodni plotek - najbardziej rozpowszechnionej waluty we wsiach. Nie mając dostępu do informacji z dworów i zza granicy nie wahali się opłacać podróżnym pobyt w tawernach w zamian za choćby kilka niezbyt pewnych pogłosek. Teraz chłopi patrzyli z wyczekiwaniem w smokobójcę aż ten się zrewanżuje. Nie W tawernie o tej porze było wielu gości. Hałas nie wypuszczał rzucanych przy stole słów zbyt daleko, nie było też nikogo chętnego, kto by te słowa łapał. Wszyscy mieli coś ciekawszego do omówienia. Wszyscy, poza jednym, tajemniczym jegomościem siedzącym w kącie. Nie miał przy sobie żadnych rozpraszających kompanów, przed nim nie stało żadne jadło ani napitek. Po prostu siedział jak mysz pod miotłą, nie zwracając na siebie żadnej uwagi, wsłuchując się w każde słowo smokobójcy. Czujny, anonimowy słuchacz. Gdyby się do nich dosiadł pewnie słyszałby więcej, jednakże znając ludzkie reakcje na jego obecność, Dherai wolał nie ryzykować zamieszania. Był właściwie niewidzialny i lepiej, by tak pozostało.
- No opowiadajcież, mistrzu smokobójco! - nalegał pierwszy z chłopów. - Cóże was napadło?
- Nie napadło nic - poprawił go najemnik.
- To co się stało?
- Wypadek przy pracy, nic interesującego... - uśmiechnął się podle widząc, jak jego towarzysze nachylają się bliżej, doskonale wiedząc, że to musi być coś ciekawego. - No dobra! - powiedział smokobójca, jakby dopiero teraz przekonując się co do podzielenia się historią.
Dherai również się uśmiechnął. Co za amatorskie metody. Gdyby to od niego zależało, najemnik zacząłby śpiewać o wiele wcześniej, a chłopi nie trawiliby na niego pieniędzy. Ale po co się spieszyć? Przecież on ma na wszystko czas. Całą wieczność właściwie. Mów przyjacielu, pomyślał. Co też się za granicami dzieje?
- No więc zaczęło się od smoka - rozpoczął mężczyzna. Bo jakżeby inaczej, przeszło Dherowi przez myśl. - W takiej wiosce jak ta, jakieś dziesięć mil stąd, ktoś obiecywał nagrodę za ubicie gada mieszkającego w pobliskich lasach. Sprawa śmierdziała, że tak powiem. Ani owiec nie kradł, ani żadnej baby nie porwał...po prostu siedział w lesie. Ale wiadomo jak to jest - gad straszy, nawet jeśli nie robi. Myśleliśmy, że pewnie stary i tylko dogorywa, bo nawet sobie cichszego miejsca na zgon nie wybrał, jeno walnął byle gdzie koło wioski. No to zgłosiliśmy się z chłopakami, zapłacili nam z góry i rura w las. Smoka wytropilimy szybko. I tu dziwy: smok wcale nie stary. Ba! Młody, silny, ino jakiś dziwny. Jakby nie obeznany ze zwyczajami własnego gatunku. Zranilimy go, a ten zwiał. Ze skrzydła krew mu się lała niby deszcz, drażniąc konie i parząc, jeśli który oberwał kroplą. No to posyłamy przodem naszych dwóch specjalistów, by pułapkę zastawili. I wkrótce ŁUP! - walnął ręką w stół dla efektu. - Gad w sieci na ziemi! Dojechalimy do niego zadowoleni. Teraz tylko łeb uciąć i z łusek oprawić...
- Ale ten się uwolnił? - zgadywał jeden z kmiotów. - Napadł was i zeżarł ci kompanów?
- Skądże! - zaprzeczył smokobójca. - Proszę mi nie przerywać. Za słaby był, zmęczony lotem i krwi utracił sporo. Poza tym zgaduję, że gdyby się wyplątał, znowu by uciekał. Takie to dziwne, strachliwe bydle było. No to bierem topory i miecze, już gad miał łeb stracić...I wtedy z lasu wypadli ONI...
- K-kto?
- MIESZAŃCY! - ryknął najemnik. - Wybiegli z lasu, otoczyli nas! Zanim zdążyłem zareagować, już trzech naszych zatłukli! Na moich oczach jeden z nich wyrwał naszemu szefowi głowę razem z kręgosłupem, a drugiego spalił ognistym oddechem!
Dherai nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Całe szczęście nikt go nie usłyszał przez harmider. Biorąc pod uwagę zapał z jakim mężczyzna wszystko opisywał oraz jego oczywistą chęć zaimponowania kmiotom, oczywiście zmyślał. A takiej bajeczki Dher nie słyszał jeszcze nigdy. O nim samym niegdyś głosiły legendy, że wyrywa ręce i łamie niczym zapałki, ale to biło wszystko na głowę. Doprawdy, lepszy bajarz niż wojownik. Nic dziwnego, że uciekł.
- Uciekłem stamtąd co sił w nogach, ale diabelstwa mnie jeszcze goniły! - opisywał dalej mężczyzna. - Dopiero przed wieczorem, gdy byłem jakąś milę stąd zostawiły mnie i wróciły do lasu.
- Mieszańce? U nas w lasach? - mówił z przestrachem, jakby do siebie, drugi z kmiotów. - Jak do tego doszło?
- Powiem ci jak! - rzekł pierwszy. - Wojna! Ot co! Narobiliśmy bigosu ciągnąc te wszystkie dziwadła do swoich konfliktów i teraz musimy to zeżreć!
- Mszczą się? - wtrącił się z ironią trzeci. - Jak dla mnie to się pewnie tylko kryją. A że ludzi nie lubią, to już nie nasza wina.
- Nie nasza, tak sądzisz? - zaśmiał się posępnie smokobójca. - Oj bardziej nasza, niżbyś się spodziewał. To wszystko sięga daleko wstecz, jeszcze przed wojną.
- To dlaczego, wedle twoich słów, dopiero teraz mieszańce zaczęły bruździć? - kłócił się dalej trzeci.
- Powiem ci tak - najemnik zaczął bawić się nożem. - Dlaczego wilk samotnie nie napada na owce?
- Bo się boi?
- Bo jest sprytny. Wie, że samemu rady przeciwko pasterzowi i owczarkom nie da. Dlatego zbiera pobratymców i wraca po kilku tygodniach na to samo stado ze wsparciem. Dlatego problemy zaczynają się dopiero teraz - nieuważny pasterz zignorował jednego wilka, a teraz Sorsinie grozi cała wataha. Czają się w lasach, zbierają siły, pewnie nawet już myślą nad założeniem własnego państwa.
- A władcę mają?
Dherai wyprostował się nagle.
- No ba, że mają! Mówią, że Arsmanowi zerwała się z łańcucha Bestyjka. Kto jak kto, ale ten to ma już pewne doświadczenie wojskowe. Sam bym go wybrał na władcę, gdybym był mieszańcem.
Nagle nóż wyrwał mu się samoistnie z ręki i popędził w stronę jego twarzy, otoczony zielonkawą aurą. Zatrzymał się centymetr od oka najemnika, po czym trwał tak w całkowitym bezruchu grożąc, że przesunie się jeszcze bardziej. Chłopi cofnęli się zaskoczeni. Drgnęli na dźwięk odsuwanego krzesła i z przestrachem spojrzeli w bok na zakapturzonego jegomościa, który pojawił się jakby znikąd. Dherai usiadł, jak gdyby nigdy nic, i splótł palce opierając się łokciami o stół.
- Piękna bajka - powiedział spokojnie. - A teraz powiedz nam, bez kolorowania, gdzie zgubiliście tego smoka?

* * *

        Pobojowisko wyglądało dokładnie tak jak się spodziewał - żadnych wyrwanych kręgosłupów.
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.

Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<

środa, 9 marca 2016

Nie być najgorszym, jest to już zaletą w zepsuciu tego świata

Imię: Dherai (w wolnym tłumaczeniu oznacza ,,Wielu”). Skracać nie ma potrzeby. Jeśli już się ktoś uprze to niech poprzestanie na zwykłym Dher.
Nazwisko: Brak. Uznaje to za przymiot typowo ludzki. Dherai nie widzi powodu, by się w jakiś sposób wyróżniać barwnym nazwiskiem. Już bez tego jest dość... ,,niepowtarzalną” osobistością.
Przydomek: Żołnierze wojsk Arsmana nazywali go najzwyczajniej w życiu czarnoksiężnikiem, demonem i upiorem. Jednakże gdy już zdobył pewną sławę zyskał nowe, zdecydowanie szerzej znane imię: Legion.
Rasa: Trudno określić czym właściwie jest Dher. Ni to nieumarły, ni to upiór. Po prostu twór jakiegoś szurniętego czarnoksiężnika.
Wiek: Sam Dherai jako jedna, spójna istota ma ponad 60 lat. Jednak zamieszkujące jego ciało dusze umarły będąc w różnym wieku, przez co on sam ma problem z dokładnym określeniem własnego.
Płeć: Mężczyzna...samiec...w każdym razie po prostu ,,on”.
Stanowisko: Mędrzec, mag
Aparycja: Dherai jest dość wysoki i raczej niepozornej budowy. Nie jest mięśniakiem, ale na zupełne chuchro również nie wygląda. Tym, co zapada głęboko w pamięć jest jego twarz. Trudno już to w sumie nazwać ,,twarzą”. Prawdziwa ukryta jest pod pasmami ciemnego, przypominającego bandaże materiału. Oblicze Dhera przywodzi na myśl mumię w średnim stadium rozkładu, podczas którego materiał przylega na stałe do skóry. Otóż ,,maska” Dheraia jest rzeczywiście na stałe przytwierdzona, a raczej przyszyta do jego twarzy, tak jak do całej głowy. Odkryte są jedynie błyszczące upiorną zielenią oczy bez źrenic i usta, aby Dher mógł się w jakiś sposób kontaktować z innymi. Głowa zawsze skryta jest pod kapturem obszarpanego, jakby krzywo skrojonego spinanego klamerkami na paskach płaszcza sięgającego mu zgięcia kolan. Czerwony kaftan i spodnie również wydają się skrojone z przypadkowo znalezionych szmat. Jedynie okryte lekkim pancerzem buty dają wrażenie solidnej roboty. Całe ciało Dheraia jest dokładnie przykryte odzieniem. Nielicznym udaje się zobaczyć jego suchą skórę w kolorze bladej, trupiej zieleni. Charakterystyczną cechą Dhera jest także jego głos: zawsze towarzyszą mu jakby echa jeszcze trzech innych. Gdy unosi się gniewem jest to jeszcze bardziej słyszalne.
Zdolności: Główną i najczęściej wykorzystywaną przez niego mocą jest telekineza. Dherai jest pod tym względem całkiem potężnym magiem. Jego wpływ można rozpoznać po otaczającej chwycony obiekt delikatnej zielonej aurze. Potrafi zmienić każdy przedmiot w śmiercionośny pocisk, jest nawet w stanie unieść w powietrze oraz rzucić żywą istotą. Wszystko zależy od rozmiaru i wagi, bo logiczne, że okrętu nie byłby w stanie długo utrzymać w powietrzu. Też ma swoje ograniczenia, chociaż nie są one takie jak u zwykłych magów. Wszystko dzięki faktowi, że Dherai jest stworzony z tysiąca dusz poległych wojowników, a co za tym idzie potrafi czerpać z nich energię - w razie czego nawet przekazać ją komuś trzeciemu - oraz wiedzę. Tak, Dher jest prawdziwą skarbnicą wiedzy z różnych dziedzin. Nie pamięta może wszystkiego własnym umysłem - tyle informacji nawet dla niego byłoby zbyt trudne do ogarnięcia. Woli jednorazowo wyszukiwać potrzebne wiadomości we wspomnieniach zmarłych, których dusze musi nosić. Wszyscy byli żołnierzami, ale większość przed wstąpieniem do wojska lub przymusowym do niego wcieleniem zajmowała się medycyną, sztuką, magią, kupiectwem czy choćby rolnictwem i rzemieślnictwem. Wiadomo jednak, że Dher nie jest w stanie w pełni zastąpić medyka czy szermierza, bo sama wiedza nie może zastąpić doświadczenia, ale zawsze chętnie służy radą. Nie korzysta z broni, co najwyżej wyszarpniętego komuś sztyletu. Woli walkę wręcz i magię. Dzięki swojej mocy Dherai jest także w stanie lewitować. Jeśli nie musi przy tym zużywać energii na coś innego może całkiem długo utrzymać się w powietrzu.
Zainteresowania: Dher jako mieszanka różnorakich osobowości ma także różne zainteresowania. Przez dusze wojowników lubi dobry trening, chociaż nie wymęcza się bez potrzebnie cały wolny czas. Maga fascynują przede wszystkim wszelkie formy życia. Najmniejsza jaszczurka potrafi go zająć na jakąś godzinę. Będzie pozwalał jej łazić sobie między palcami, przekładając ją z jednej ręki na drugą i zastanawiając się co też siedzi takiej gadzinie w głowie, jak wyglądają jej narządy, czy ma jakieś uczucia. W końcu i tak każde takowe żyjątko wypuszcza, bo nie widzi powodu aby je więzić czy rozpruwać. Fascynuje go także sfera psychiczna ludzi. Jako, że sam nie jest człowiekiem nie posiada takich samych potrzeb ani problemów. Dlatego też każdy jego ludzki czy mniej ludzki kompan musi się liczyć z zadawanymi sporadycznie dziwnymi, często niewygodnymi pytaniami. Dherai widzi także rozrywkę w samej rozmowie. Zanim trafił do Hidden nikt nie odważył się zamienić z nim więcej niż kilka słów, dlatego gdy teraz nadarza się okazją do przyjaznej pogawędki o niczym, chętnie ją wykorzystuje. Lubi zwłaszcza zagadnienia filozoficzne i...kulturalne. Dher zaskakująco dobrze orientuje się w sztuce, zwłaszcza w literaturze. Rozpoznaje cytaty, wiersze i ballady, czasem nawet pieśni, ale nigdy nie śpiewa (nie ma do tego nie tylko słuchu, ale i głosu).
Charakter: Jest jedna dość znacząca wada bycia żywym pojemnikiem dla tysiąca poległych na wojnie dusz: konflikt osobowości. Dherai zmagał się z tym kilkanaście lat, zanim zdołał to opanować. Mag od zawsze czuł się rozdzierany między tysiącem wariantów charakterów. Musiał się ustatkować przy jednej z nich, aby nie rozerwać własnego umysłu na strzępy. W końcu do tego dotarł, ale kosztowało go to sporo wysiłku i czasu. Tak więc po wielu próbach Dherai zdołał dotrzeć do własnego charakteru, czerpiąc wspólne cechy dla większości z zamieszkujących jego ciało dusz, dzięki czemu wewnętrzny konflikt został zażegnany. Pierwszą z wyróżniających Dhera cech jest nieludzka obojętność. Świat wokół może się palić, niebo runąć na ziemię, a jego będzie to obchodzić jak zeszłoroczny śnieg. Sądzi, że jeśli coś nie ma na niego bezpośredniego wpływu, to nie jest warte zachodu. Mało rusza go także widok krwawych masakr. I tak nie jest w stanie nic dla martwych zrobić, więc po co się przejmować? Jednak mimo wszystko nie może być tak, że nie ma się w życiu celu, nieprawdaż? Każdy żyje dla czegoś. Nawet najbardziej zatwardziali w swoim zdaniu ,,obojętni” w głębi duszy mają swoje cele i powody, chociaż ich nie widzą. Także i Dherai ma prosty powód do życia: został stworzony na sługę. Jego stwórca stworzył go z myślą o oddanym pachołku (nie przewidział może tylko, że pionek ucieknie z planszy) i nawet po jego śmierci Dher nie jest w stanie żyć bez władcy, którego rozkazy będzie wykonywał. Może to ironiczne, ale naprawdę wolny czuje się dopiero pod czyimś autorytetem. Głównie dlatego, że owy autorytet może wybrać sobie sam i w każdej chwili z niego dobrowolnie zrezygnować. Dopóki więc władca traktuje go z takim samym szacunkiem jak on jego, mag wykonuje każde polecenie bez mrugnięcia okiem. Jest dość...nieprzewidywalny. Zawsze wygląda na istną oazę spokoju. Oazę, w której ktoś podłożył ładunek wybuchowy. Jeśli ma w intencji zaatakowanie kogoś, zawsze robi to znienacka, bez jakichkolwiek oznak. Mimo, iż nie wygląda, Dher ceni sobie towarzystwo innych. Zyskanie jego szacunku to robota trudna, ale wykonalna. Podobnie jest z kwestią przyjaźni, jednak mężczyzna ma co do niej dość niekonwencjonalne podejście. Można powiedzieć, że tylko wobec prawdziwego przyjaciela będzie się zachowywał złośliwie, a jego odzywki na pewno będą przesycone sarkazmem. Jeśli więc ci dokucza w taki czy inny sposób, znaczy to tyle, że lubi twoje towarzystwo. Przyjaciele także zawsze mogą liczyć na jego wsparcie. Nie bywa może bezpośrednio miły w słowach, ale za to często pomaga innym. Nierzadko robi to w sposób dyskretny, tak, że nikt tego nie zauważy. Nie czuje z tego jakiejś satysfakcji ani nie oczekuje podziękowań - po prostu pomaga. Mag nie ma żadnych problemów z okazywaniem uczuć. Prawdziwy problem tkwi w odpowiedniej ich interpretacji. To, że się do ciebie uśmiecha nie świadczy jeszcze, że nic ci nie zrobi (że też zacytuję: ,,Mogę sobie przecież wyobrażać, że płoniesz na stosie”). Ogólnie mimika jego twarzy jest raczej ograniczona. Nigdy nie widać na niej pełnego gniewu ani rozweselenia, a raczej lekkie ich oznaki. Umie się śmiać, ale przez jego upiorny głos bywa, że niektórzy wprost proszą go, by tego więcej nie robił.
Historia: Wojna popycha ludzi do radykalnych i nieprzemyślanych czynów. Jedni widzą w niej czyste piekło i brak jakiegokolwiek sensu, a inni uznają to za świetnie pole do popisu. Tak więc ponad 60 lat temu, jeszcze pod chorągwią Amirsa Gafonra, służył pewien nie pamiętany już z imienia czarnoksiężnik. Nie pamiętany, bo niczego wielkiego nie dokonał, więc uznano jego imię za nieistotne dla historii tej wojny. Cóż, nie jest to do końca prawdą. Dokonał czegoś wielkiego i przełomowego...jednak to jego dzieło zebrało laury.
Wszystko zaczęło się od bitwy pod Maingotą, małym państwem-miastem broniącym się przed zjednoczeniem Sorsiny. Była to warownia nie do zdobycia. Wysłana tutaj mała armia złożona z tysiąca i dwustu wojowników miała już na koncie odbite warownie, ale nigdy nie mierzyli się z czymś takim. Jednak zachęceni świadomością, że mają po swojej stronie potężnego maga ruszyli po dwóch miesiącach oblężenia na Maingotę. Może grododzierżca przegapił lekcje taktyki traktującą o oblężeniach, może był zbyt pyszny i chciał się pochwalić swoimi siłami. W każdym razie, zrobił coś czego nikt rozsądny by nie zrobił: wystawił własną armię na otwarte pole. Pomysł radykalny oraz zuchwały, a jednak niewiele liczniejsze siły starły najeźdźcę niemal bez strat. Ludzie Amirsa ginęli stratowani, zgnieceni pociskami trebuszy, zasypani gradami strzał, rozpruci i pozbawieni głów. Ginęli z tą samą upartością z jaką ruszyli. I tak do obozu wróciło równo dwieście rannych. Tysiąc poległo w boju. Czarnoksiężnik widział jednak w tej liczbie moc. Mało kiedy się zdarza, by na polu życie oddała tak równa liczba. Obiecał więc załamanemu generałowi, że da mu broń, przed którą Maingota odda zaciągnięty w ludzkim życiu dług z nawiązką, a następnie zrobią to wszystkie pozostałe buntownicze państewka. W zamian potrzebował jedynie ,,pojemnika” - ludzkiego, martwego ciała.
Dowódca nie miał nic do stracenia. Zgodził się. Ciało znaleziono jeszcze przed zmierzchem: jakiś biedak zmarł po tygodniu gorączkowania. Na zlecenie maga zaszyto wszystkie rany zmarłego i przynoszono wszystkie potrzebne mu przedmioty. W końcu czarnoksiężnik został sam. Wypowiedział ułożone przez siebie eksperymentalne zaklęcie, wymagające potężnej odmiany czarnej magii. W martwym ciele zebrały się dusze poległych pod Maingotą. Wszystkie cierpiące jeszcze bóle niedawnej śmierci, umęczone żądały pozwolenie im na odejście. Ale mag okiełznał je...
I następnego dnia przedstawił przerażonemu widokiem generałowi jego nową broń - Dheraia.
Odwet nadszedł szybko. Po niecałych dwóch tygodniach od porażki, na gród natarto ponownie. Miasto dało się zaskoczyć - nikt nie spodziewał się, że Amirs pozwoli od tak posłać niedobitków na pewną śmierć. Przegrupowali się i tym razem bronili miasta z murów. Obrońcy śmiali się widząc biegnący ku nim oddział liczący zaledwie - jak przekazali im zwiadowcy - dwustu ludzi. Może i ludzi było dwustu...ale wojowników dwieście jeden. Jeden z trebuszy wystrzelił. Tak na dobrą sprawę, to jeden porządny strzał, taki jak ten, rozproszyłby łatwo atakujących, a co za tym idzie byłby jedyną przyczyną ostatniej już klęski. Jakież więc było zaskoczenie oblężonych, gdy wystrzelony kamień wrócił i rozbił trebusz w drzazgi. Drugi i trzeci również długo nie stały, trafione wyrwanym drzewem lub gruzem. Obrońcy wystraszyli się - po stronie najeźdźcy stała jakaś diabelska siła. Ta sama siła kilka minut potem wyprzedziła zwarty oddział, podleciała na wysokość murów i zmiotła z nich nieprzygotowanych obrońców. Dalsza część walki była istną jatką.
W ten więc sposób Dherai na czele dwustu osobowego oddziału podbił Maingotę. Co zabawne, zrobił to mając zaledwie dwa tygodnie co czyni go chyba najmłodszym zdobywcą fortów w historii.
I tak wyglądało jego życie. Gdy w którejś części kraju wojskom Amirsa się nie powodziło, na miejsce przybywał czarnoksiężnik ze swoją niepokonaną jak dotąd bronią i szybko równoważył siły. Żołnierze, mimo iż stali po tej samej stronie barykady, obawiali się. Zyskał wśród nich budzące grozę imię Legion, bo ,,powstał z poległego legionu i siłą tysiąca dusz władał”, jak to mawiali. Wielu nawet w niego nie wierzyło. Opisy jego dokonań brzmiały tak absurdalnie, że sam Legion stał się mitem do zastraszania wrogich sił. Dopiero gdy osobiście pojawiał się na polu walki, niedowiarki na obu frontach pluły sobie w brodę. Dherai był bezmyślną maszyną do zabijania. Robił co mu kazano, nawet o tym nie myśląc. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy ani jak, zdecydował się zmienić swojego pana. Czarnoksiężnik traktował go jak broń. Tak więc i ta broń go zniszczyła. Może nie dosłownie. Pewnego dnia Dherai po prostu zniknął w trakcie walki. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Gdy do tego doszło, oddział Amirsa nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. A skoro sam Dherai był jedynie bronią, to na kogo spadała wina? Na wynalazcę. Dalsze losy szurniętego nekromanty nie są już znane.
Legion, zdobywca Maingoty, zniknął. Został Dherai - zagubiony ni to człowiek, ni to nieumarły z mętlikiem w głowie i chęcią znalezienia sobie władcy, któremu będzie gotów służyć po wieczność.
Partner: Dla osób pokroju Dheraia chyba nie ma większych szans na historię miłosną. I twarzy ładnej nie ma, a charakter tym bardziej.
Rodzina: Brak. Teoretycznie ciało, z którego został stworzony może mieć jeszcze gdzieś jakichś krewnych, ale myśląc logiczne to Dherai nie jest z nimi związany niczym.
Towarzysz: Brak
Szczegóły:
~ Dheraiowi zdarza się mówić o sobie w liczbie mnogiej. Raz powie o sobie ,,ja”, a już w następnym zdaniu ,,my”. W sumie obie wersje są poprawne, bo Dher jest równocześnie jednym i tysiącem ludzi.
~ Dusze umarłych także miewają sny. Chociaż sam Dherai nigdy nie śpi, z nudów oraz dla odpoczynku często medytuje. Wtedy nachodzą go wizje z przeszłości którejś z tysiąca dusz. Raz więc wydaje mu się, że tańczy z jakąś dziewczyną w tawernie, innym razem podrzyna komuś gardło w bocznej uliczce. ,,Sny” zawsze mają tą samą długość i kończą się w kluczowych momentach. Po wybudzeniu Dher nie może już do nich wrócić. Zaglądanie we wspomnienia nie jest równe szukaniu informacji - mag nie może zrobić tego kiedy zechce ani wybrać w czyją pamięć chce zajrzeć. Jest to sfera bardziej emocjonalna, chaotyczna, nie da się jej uporządkować jak wiadomości.
~ Nie wiadomo dlaczego, ale do mężczyzny zawsze lgną nieprzyjemne dla większości żyjątka. Owady, szczury, węże, jaszczurki...jakby wszystko co jest oślizgłe i roznosi choroby tylko w jego towarzystwie czuło się dobrze. Samemu Dheraiowi to zupełnie nie przeszkadza. Jak już wspomniałam, uwielbia małe żyjątka.
Autor: RedRidingHood

poniedziałek, 7 marca 2016

Od Ziio cd Halta - Pierwsze wrażenie

        Zapadła niezręczna cisza. Ziio stała jak wryta nie za bardzo wiedząc co zrobić. Wszyscy wokół ogniska patrzyli na nią z ciekawością. Jedynie Halt wydawał się w owej scence żywy - jak gdyby nigdy nic wrócił na swoje miejsce. Harpia uniosła dłoń w geście przywitania i uśmiechnęła się nerwowo.
- No proszę, wystarczy naszego łucznika do lasu puścić i od razu coś przywlezie - rzuciła żartobliwie kobieta w kapturze. Po morderczym spojrzeniu Halta widać było, że miłymi uczuciami to oni się raczej nie darzą.
- Witamy w Hidden! - ktoś podniósł się z miejsca: rogaty młodzieniec o przyjaznym uśmiechu. - Trochę już nas tu jest, ale dobrego towarzystwa nigdy za wiele...
- Zwłaszcza minstrela - rzucił humanoidalny kot z kapturem kiwając głową w stronę wystającego ponad ramieniem Ziio gryfu lutni.
- Muzyka?! - ożywiła się ta sama dziewczyna co wcześniej. - Trzeba było tak od razu! - wstała, podeszła do harpii i bezpardonowo zaciągnęła ją na wolne miejsce.
Kyra spodziewała się po wspomnianej przez łucznika ,,gromadce” grupy uciekinierów składającej się głównie z chorych, rannych i starych lub zbyt młodych. Takiego typu uchodźców nie widziała jeszcze nigdy. W krótkim czasie starała się rozpoznać rasę każdej z obecnych osób: ludzie, elfy, felin, leonis, nawet smok i dwójkę w maskach, którzy przynajmniej z sylwetki przypominali człowieka. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, dziewczyna posadziła ją na pniaku w centrum zainteresowania reszty.
- Squall, może daj jej odetchnąć co? - rzucił kotowaty. - Nawet się z imion nie znamy.
- Pardon - leonis uśmiechnął się przepraszająco. Ziio już domyśliła się, że pełni tu funkcję władcy. - Atlant Lakoo - mężczyzna skłonił się lekko. - A pani nazwisko...?
- Neomë'thakkí - Kyra odkłoniła się. - Wśród ludzi znana jako Kyra.
- Wśród ludzi? - zainteresowała się kobieta z czerwoną bandaną. - Czyżby w tych czasach harpie blisko ludzkich siedzib nie wzbudzały już żadnych podejrzeń?
- Muzyka potrafi niejednego cudu dokonać - Ziio uśmiechnęła się tajemniczo.
- No to przejdźmy do prezentacji! - upierała się dziewczyna nazwana wcześniej Squall.
Felin ponownie zgromił ją wzrokiem, ale minstrelka machnęła ręką pojednawczo.
- Nic się nie stało - wyjaśniła. - Poza tym takiego pierwszego wrażenie nie będę już miała okazji zrobić.
Zdjęła lutnię z pleców i usadowiła na kolanie. Wszyscy wokół nagle ucichli. Mała elfka - przez wiek zapewne najśmielsza - przysunęła się bliżej, a biały smok nachylił łeb nad grupką. Harpia odchrząknęła, namyśliła się, po czym zagrała pierwsze akordy...
        Zdecydowała się na krótszy utwór, nie posiadający zbyt przytłaczającego nastroju, ale również nie całkowicie wesoły. Takie medium między wydarzeniami wojny, a nadzieją na lepsze jutro. Robiła tak już nie pierwszy raz, gdyż i nie pierwszy raz przychodziło jej się w taki sposób ,,przedstawiać”. Zawsze wolała się upewnić, że ludzie zapamiętają ją w ten właściwy sposób.

Ktoś? Weny brakło :< Może reszta ma ciekawsze pomysły ;P