Zacznę od tego że ogromnie się cieszę że blog ożył(szkoda tylko że akurat gdy ja mam za miesiąc maturę i sama muszę się ograniczać) i dziękuję wam za tą aktywność i oby tak dalej ;) Ale oczywiście nie piszę tylko by się tu cieszyć obudzeniem bloga. Dobra, do rzeczy, mam parę ogłoszeń parafialnych, otóż:
1. Z braku aktywności, bądź własnej woli z bloga zniknęły następujące postaci: Miwertia, Emma, Ashlotte, Viserany
Proszę aby wszystkie postaci które jakkolwiek prowadziły z nimi opowiadania, bądź pojawiały się one w opowiadaniach, niech napiszą że ich nie ma. Że odeszły przysięgając milczenie na temat Hidden. A te które nawet tu nie dotarły, po prostu olać, uznać za postać epizodyczną z jakiegoś tam miasteczka.
2. Jako że zauważyłam rosnącą tendencje do zbyt długiego rozpisywania się w formularzach przy rubrykach typu: imię, wiek, raza, nazwisko czy tym podobne. Wprowadziłam nową zasadę (zapisaną w zakładce "Dołącz") aby napisać tylko wymaganą w rubryczce frazę, a jeśli jest potrzeba by coś dodać, dodać to proszę w nawiasie za tym najbardziej znaczącym słowem. Chodzi tu o to aby formularz był przejrzysty dla innych. Więc proszę, żeby dostosować do tego swoje formularze :)
3. A jeśli jesteśmy w formularzach, radzę sprawdzić swoje arty postaci bo niektóre z nieznanych mi przyczyn zniknęły.
4. Cieszę się że pojawiają się tutaj też nowe postaci, ale halo, halo! O kimś tutaj niektórzy zapomnieli, nie będę wytykać palcami, ale do tych właścicieli nieaktywnych postaci proszę o zdecydowanie czy ich się pozbyć, czy może trochę poświęcić uwagi tym biedakom siedzącym w koncie.
To jak mi się wydaje wszystko, a jeśli jeszcze będę miała jakieś zastrzeżenia z pewnością nie omieszkam się odezwać ;)
~Ursa
środa, 29 marca 2017
sobota, 25 marca 2017
Od Dirhaela c.d Atlanta - Na tropie mapy
Kobieta była piękna. Zdecydowanie zbyt piękna, by Dirhael mógł czuć się w jej obecności całkowicie naturalnie. Z długiego, luźno spiętego koka spływało jej kilka pofalowanych pasm kruczoczarnych włosów. Okalały one bladą, delikatną twarz i duże szare oczy. Słowik mógłby przyglądać się jej oczarowany jeszcze przez wiele godzin i nie nasyciłby się tym widokiem. To właśnie o takich istotach śpiewano najpiękniejsze pieśni i to one, takie kobiety stanowiły natchnienie niejednego twórcy. Teraz jednak efekt psuł strach malujący się na tej doskonałej twarzy i właśnie to pomogło Dirhaelowi się otrząsnąć. Oprzytomniał, przestał otwarcie wpatrywać się w kobietę i odchrząknął, czując, że twarz oblewa mu rumieniec. Oblizał wargi, szukając odpowiednich słów.
- Taaak... Najwyraźniej kiepsko rozpoczęliśmy tą znajomość... - Słowik odrzucił kostur na bok. Sięgnął do wysokiego buta i wydobył z niego karambita, którego także rzucił w stronę kija. Chodziło mu głównie o to, by kobieta widziała, że pozbył się swojej broni, a potem uniósł obie ręce nad głowę. - Nie jestem groźny. W zasadzie nawet nie lubię się bić. - mruknął cicho, jakby samym kojącym głosem, mógł wzbudzić zaufanie kobiety. - Czy zatem pozwolisz mi, piękna pani, bym mógł pomóc?
Czarnowłosa siedziała na ziemi i nadal nieufnie mierzyła Włóczykija wzrokiem, a chłopak wcale się temu nie dziwił. Cierpliwie zniósł to jak otaksowała go wzrokiem od dołu do góry i wbiła spojrzenie w jego oczy. Może szukała w nim czegokolwiek budzącego niepokój czy świadczącego o tym, że jest kolejnym zagrożeniem. Dirhael nie był pewien czy cokolwiek takiego w nim dojrzała, bo on sam sprawiał wrażenie raczej średnio niebezpiecznego.
- Kim ty jesteś? - spytała w końcu.
- Zwą mnie Słowikiem - odparł, nieznacznie się uśmiechając - Mogę także być kimkolwiek zechcesz, piękna pani.
- Ale jak masz na imię? - zmarszczyła brwi.
- Dirhael Rovidan. - odparł tylko, robiąc krok w jej stronę. Kobieta cofnęła się, by wyrównać między nimi odległość. Słowik westchnął cicho. - Jak mam cię do siebie przekonać, pani?
- Nie zbliżaj się do mnie.
- W porządku, lecz nie sądzę, by było to rozsądne posunięcie w obecnej sytuacji.
- Co masz na myśli?
Słowik opuścił dotychczas trzymane w górze ręce i złożył je jak do modlitwy. Jego głos pozostał nadal spokojny i nie zdradzał nawet cienia niecierpliwości.
- Sądzę, iż podróżując ze mną do najbliższego miasta unikniesz niebezpieczeństw, pani. Nie powinnaś tu zostawać... - urwał, zauważając ciemną smugę na ziemi. Kobieta przyciskała do boku dłoń spod której wypływała świeża krew. - Jesteś ranna, pani... To dlatego nie chciałaś, bym się zbliżał. - odgadł.
Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Mam pełną świadomość tego, iż jestem w twych oczach odmieńcem. - kontynuował Słowik, niezrażony jej niechęcią - Słusznie nie darzysz mnie nazbyt dużym zaufaniem, lecz zaręczam, że nie jestem zły. Ponadto mogę pomóc. Proszę mi tylko na to pozwolić... Nie życzę pani źle, chcę jedynie móc zrobić to, co słuszne.
Mówił zupełnie szczerze i może właśnie to ostatecznie przekonało kobietę, by nieznacznie skinęła mu głową. Ucieszony tym Włóczykij powoli podszedł do niej i ukucnął. Zachował przy tym należytą ostrożność i w miarę możliwości nie wykonywał gwałtownych ruchów. Czuł się tak, jak gdyby zbliżał się do dzikiego zwierzęcia, którego nie chciał za żadne skarby świata spłoszyć. Obecna sytuacja niewiele odbiegała od tego wyobrażenia, jak uświadomił sobie po chwili.
Słowik odsunął dłoń kobiety od jej boku i delikatnie przyjrzał się ranie. Była całkiem głęboka, lecz wąska, a jej krawędzie na szczęście nie były poszarpane.
- Ktoś cię dźgnął, pani. Zgadza się? - nie czekał na potwierdzenie, bo doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Taka rana z całą pewnością nie była dziełem cięcia czy szarpania i doskonale pasowała do pchnięcia sztyletem. Dirhael mógł mieć jedynie nadzieję, że narzędzie, którym zadana została rana nie było zardzewiałe lub brudne. - To bolesne, lecz z całą pewnością nie jest śmiertelne. Masz, pani, wiele szczęścia, gdyż napastnikowi najprawdopodobniej brakowało doświadczenia.
- Kim właściwie jesteś? - spytała kobieta, gdy wydobył z kieszeni prostą, lnianą chustkę i przyłożył ją do rany, chcąc choć nieco ją oczyścić i zatamować krwawienie.
- Pytasz o to KIM czy CZYM jestem, piękna pani? - spytał bez złośliwości, lekko rozdzierając materiał i tak zniszczonej sukni kobiety. Tylko tyle, by mieć łatwiejszy dostęp do rany i, by nie nie pozbawiać kobiety jej odzienia.
- O oba.
- Jestem elfem. A w każdym razie z grubsza można by mnie tak nazwać.
- To znaczy? - drążyła temat.
- Łączę w sobie krew elfów i driad, pani, lecz to bez większego znaczenia. Zajmuję się głównie zwiedzaniem świata wzdłuż i wszerz. - Dirhael przycisnął chusteczkę do rany i położył na niej dłoń kobiety, dając jej tym samym znak, by ją przytrzymała. - Proszę dać mi chwilkę...
Wstał i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem dookoła charakterystycznych białych kwiatów krwawnika. Roślina rosła pospolicie, więc nie miał zbytnich problemów z jej zlokalizowaniem. Znacznie gorzej było z przygotowaniem rośliny do tego, by zadziałała jak należy. Nie miał czasu jej suszyć, nie bardzo mógł przygotować z niej napar, by obmyć ranę. Zostało mu jedynie rozgnieść ziele i w takiej właśnie formie przyłożyć do rozciętego boku. Nie był to najskuteczniejszy sposób, choć niewątpliwie działał jak należy.
Słowik zmył krew z boku kobiety z pomocą wody z własnego bukłaka i przyłożył do rany zmiażdżoną roślinę. Chusteczkę spisał już na straty, gdyż była nie do odratowania, więc wcisnął ją z powrotem do kieszeni.
- To krwawnik. - wyjaśnił, gdy kobieta powątpiewająco spojrzała na zioło. - Jak sama nazwa sugeruje tamuje on krwawienie. Nie mogę teraz zrobić nic więcej...
- Mhm...
Po jakimś czasie krew przestała ciec, więc Dirhael zaryzykował dźwignięcie kobiety na nogi. Nie stała całkowicie o własnych siłach i dlatego też musiała wesprzeć się o elfa, gdy ten już podniósł swoje bronie z ziemi. W ten sposób ruszyli przed siebie, ku miastu. Nie było ono aż tak oddalone, jak Słowik pierwotnie zakładał, więc dotarli do niego po zaledwie godzinie drogi, gdy słońce stało jeszcze dość nisko, by nawet nie zwiastować nadejścia południa. Tam właśnie rozstali się z kobietą, która oznajmiła, że od tej pory już poradzi sobie sama, podziękowała uprzejmie i kulejąc, odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Sobotni poranek w niewielkim miasteczku niósł ze sobą gwar. Sobota była w końcu dniem targowym, wobec czego życie, które na co dzień i tak kręciło się wokół rynku podwajało swoje obroty. Gromadki roześmianych dzieci biegały tu i ówdzie lub zbite w ciasne grupki bawiły się na uboczu. Ludzie w każdym wieku przechadzali się między rozmaitymi, barwnymi straganami. Jakiś młody mężczyzna przebiegł w pobliżu elfa, ścigając uciekającego przed nim koguta, co zaowocowało chichotem jego towarzyszy, którzy z bezpiecznego miejsca obserwowali zmagania człowieka z jego przyszłym obiadem. Pies o sierści w kolorze piachu zaszczekał radośnie, gdy obsiadła go gromadka dzieciaków. Kilka kobiet przy znajdującej się w centralnej części studni śledziła wzrokiem co atrakcyjniejszych mężczyzn, wymieniając przy tym szeptane uwagi na ich temat. Rudy kot wylegiwał się na bruku, grzejąc się w promieniach słońca i najwyraźniej nie zauważał zmierzającego ku niemu konia ciągnącego wóz z sianem. Dirhael pozwolił się unieść gwarnemu, osobliwemu zamieszaniu miasta i wkroczył pomiędzy stragany, by z bliska móc obserwować zwyczajne życie miasteczka. Miało ono dla niego specyficzny urok i z przyjemnością stał się częścią tego małego światka. Efekt psuli jedynie odziani w zbroje strażnicy podejrzliwie obserwujący cały plac.
~ Nie przyszliśmy tutaj zwiedzać... ~ przypomniał mu znany głos Atlanta. Brzmiał mocniej niż gdy słyszał go po raz ostatni, elf zatem był pewien, że Alt odzyskał już siły.
- I tobie również witaj ponownie. - odpowiedział mu Słowik, który najprawdopodobniej odwykł już od słuchania niematerialnego towarzysza. Mógł też na chwilę zapomnieć o jego istnieniu i nie byłoby to dla niego nic dziwnego. - Jeśli nie przyszliśmy tutaj zwiedzać jak zatem mam znaleźć mapę? Poza tym mieszkasz w mojej głowie, więc uszanuj mnie i fakt, iż sama podróż, a co za tym idzie poznawanie miejsc w których się znajduję jest nierozerwalnie złączone z moim życiem.
~ Niech ci już będzie...
Włóczykij uśmiechnął się do siebie triumfalnie i ruszył przed siebie, nadal zachwycając się otoczeniem. Niedługo potem zwiedzanie przywiodło go aż pod drzwi niewielkiego sklepiku z obiecującym szyldem przedstawiającym księgę.
- Myślisz, że tu znajdziemy to czego szukamy? - zagadnął Atlanta, przenosząc wzrok z rysunku książki na stare drzwi wejściowe.
Słowik odsunął dłoń kobiety od jej boku i delikatnie przyjrzał się ranie. Była całkiem głęboka, lecz wąska, a jej krawędzie na szczęście nie były poszarpane.
- Ktoś cię dźgnął, pani. Zgadza się? - nie czekał na potwierdzenie, bo doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Taka rana z całą pewnością nie była dziełem cięcia czy szarpania i doskonale pasowała do pchnięcia sztyletem. Dirhael mógł mieć jedynie nadzieję, że narzędzie, którym zadana została rana nie było zardzewiałe lub brudne. - To bolesne, lecz z całą pewnością nie jest śmiertelne. Masz, pani, wiele szczęścia, gdyż napastnikowi najprawdopodobniej brakowało doświadczenia.
- Kim właściwie jesteś? - spytała kobieta, gdy wydobył z kieszeni prostą, lnianą chustkę i przyłożył ją do rany, chcąc choć nieco ją oczyścić i zatamować krwawienie.
- Pytasz o to KIM czy CZYM jestem, piękna pani? - spytał bez złośliwości, lekko rozdzierając materiał i tak zniszczonej sukni kobiety. Tylko tyle, by mieć łatwiejszy dostęp do rany i, by nie nie pozbawiać kobiety jej odzienia.
- O oba.
- Jestem elfem. A w każdym razie z grubsza można by mnie tak nazwać.
- To znaczy? - drążyła temat.
- Łączę w sobie krew elfów i driad, pani, lecz to bez większego znaczenia. Zajmuję się głównie zwiedzaniem świata wzdłuż i wszerz. - Dirhael przycisnął chusteczkę do rany i położył na niej dłoń kobiety, dając jej tym samym znak, by ją przytrzymała. - Proszę dać mi chwilkę...
Wstał i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem dookoła charakterystycznych białych kwiatów krwawnika. Roślina rosła pospolicie, więc nie miał zbytnich problemów z jej zlokalizowaniem. Znacznie gorzej było z przygotowaniem rośliny do tego, by zadziałała jak należy. Nie miał czasu jej suszyć, nie bardzo mógł przygotować z niej napar, by obmyć ranę. Zostało mu jedynie rozgnieść ziele i w takiej właśnie formie przyłożyć do rozciętego boku. Nie był to najskuteczniejszy sposób, choć niewątpliwie działał jak należy.
Słowik zmył krew z boku kobiety z pomocą wody z własnego bukłaka i przyłożył do rany zmiażdżoną roślinę. Chusteczkę spisał już na straty, gdyż była nie do odratowania, więc wcisnął ją z powrotem do kieszeni.
- To krwawnik. - wyjaśnił, gdy kobieta powątpiewająco spojrzała na zioło. - Jak sama nazwa sugeruje tamuje on krwawienie. Nie mogę teraz zrobić nic więcej...
- Mhm...
Po jakimś czasie krew przestała ciec, więc Dirhael zaryzykował dźwignięcie kobiety na nogi. Nie stała całkowicie o własnych siłach i dlatego też musiała wesprzeć się o elfa, gdy ten już podniósł swoje bronie z ziemi. W ten sposób ruszyli przed siebie, ku miastu. Nie było ono aż tak oddalone, jak Słowik pierwotnie zakładał, więc dotarli do niego po zaledwie godzinie drogi, gdy słońce stało jeszcze dość nisko, by nawet nie zwiastować nadejścia południa. Tam właśnie rozstali się z kobietą, która oznajmiła, że od tej pory już poradzi sobie sama, podziękowała uprzejmie i kulejąc, odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Sobotni poranek w niewielkim miasteczku niósł ze sobą gwar. Sobota była w końcu dniem targowym, wobec czego życie, które na co dzień i tak kręciło się wokół rynku podwajało swoje obroty. Gromadki roześmianych dzieci biegały tu i ówdzie lub zbite w ciasne grupki bawiły się na uboczu. Ludzie w każdym wieku przechadzali się między rozmaitymi, barwnymi straganami. Jakiś młody mężczyzna przebiegł w pobliżu elfa, ścigając uciekającego przed nim koguta, co zaowocowało chichotem jego towarzyszy, którzy z bezpiecznego miejsca obserwowali zmagania człowieka z jego przyszłym obiadem. Pies o sierści w kolorze piachu zaszczekał radośnie, gdy obsiadła go gromadka dzieciaków. Kilka kobiet przy znajdującej się w centralnej części studni śledziła wzrokiem co atrakcyjniejszych mężczyzn, wymieniając przy tym szeptane uwagi na ich temat. Rudy kot wylegiwał się na bruku, grzejąc się w promieniach słońca i najwyraźniej nie zauważał zmierzającego ku niemu konia ciągnącego wóz z sianem. Dirhael pozwolił się unieść gwarnemu, osobliwemu zamieszaniu miasta i wkroczył pomiędzy stragany, by z bliska móc obserwować zwyczajne życie miasteczka. Miało ono dla niego specyficzny urok i z przyjemnością stał się częścią tego małego światka. Efekt psuli jedynie odziani w zbroje strażnicy podejrzliwie obserwujący cały plac.
~ Nie przyszliśmy tutaj zwiedzać... ~ przypomniał mu znany głos Atlanta. Brzmiał mocniej niż gdy słyszał go po raz ostatni, elf zatem był pewien, że Alt odzyskał już siły.
- I tobie również witaj ponownie. - odpowiedział mu Słowik, który najprawdopodobniej odwykł już od słuchania niematerialnego towarzysza. Mógł też na chwilę zapomnieć o jego istnieniu i nie byłoby to dla niego nic dziwnego. - Jeśli nie przyszliśmy tutaj zwiedzać jak zatem mam znaleźć mapę? Poza tym mieszkasz w mojej głowie, więc uszanuj mnie i fakt, iż sama podróż, a co za tym idzie poznawanie miejsc w których się znajduję jest nierozerwalnie złączone z moim życiem.
~ Niech ci już będzie...
Włóczykij uśmiechnął się do siebie triumfalnie i ruszył przed siebie, nadal zachwycając się otoczeniem. Niedługo potem zwiedzanie przywiodło go aż pod drzwi niewielkiego sklepiku z obiecującym szyldem przedstawiającym księgę.
- Myślisz, że tu znajdziemy to czego szukamy? - zagadnął Atlanta, przenosząc wzrok z rysunku książki na stare drzwi wejściowe.
<Alt? Myślisz, że to już dobry moment na wycieczkę do Hidden?>
piątek, 24 marca 2017
Od Kiette c.d Halta i reszty
Wczorajszej nocy udało mi się się nie zetknąć z ani jedną kroplą wody, toteż szczęśliwa i wtulona w swojego pupila zasnęłm w kącie w jednym z budynków starej osady.
Obudziło mnie wpadające przez świeżo powstałą dziurę w dachu słońce. Otworzyłam fiołkowe oczy i się rozejrzałam. Wstałam jako ostatnia z osób śpiących w tym budynku, co w zasadzie nie należało do rzeczy nowych.
Ostrożnie się podniosłam, uważając, żeby mój nietoperz nie zleciał z moich ramion. Odłożyłam go na koc, po czym on sam się obudził. Biedactwo, przeze mnie został zmuszony do zmiany trybu nocnego na dzienny. Śpij jeszcze, rzuciłam w myślach, a moje oczy rozbłysły czerwienią naszego łącza.
Sama przeciągnęłam się i otrzepałam z kurzu, po czym ruszyłam w kierunku wyjścia. Jakoś nie chciałam zgubić swoich chwilowych towarzyszy.
Przez ten wprawdzie bardzo krótki czas, zdążyłam na swój sposób się do nich przyzwyczaić. Wydawali się być w porządku, raczej nie zapowiadało się na to, że na przykład - wyolbrzymiając - w nocy poderżną mi gardło.
Dawno już z nikim nie rozmawiałam, a więc w pewnym sensie przynieśli mi coś na kształt okazji do powrotu do normalności. Nie zapomniałam i nie zapomnę o tym, co wydażyło się w Mhetuu, ale trzeba nauczyć się żyć w zgodzie z przeszłością, czyż nie?
Choć wśród nich znalazłam i smoka, i wilczą głowę, co niespecjalnie jest mi na rękę, bo - pomijając już strach - jeszcze bardziej przypomina dawne czasy, to w gruncie rzeczy zdążyłam ich zaakceptować. W końcu i oni sami są zwyczajnie zbitkiem różnorakich istot, które łączy jedynie Hidden. Przynajmniej póki co. Na swój sposób to piękne. Wszechobecna tolerancja i to integracyjne podejście dodały mi jakiejś tam otuchy. Może pobyt pośród nich dobrze mi zrobi, nim będę zmuszona ruszyć w dalszą drogę? A może Hanneon rzeczywiście jest gdzieś pośród nich i dane mi będzie go spotkać? W końcu Shi-Shi tak twierdzi, a w dodatku mój amulet błyszczy na złoto, miedziano i platynowo... Nigdy wcześniej tak nie robił.
Spojrzałam na otaczające mnie dookoła ruiny osady. Śpiącymi i zmrużonymi jeszcze oczami wypatrzyłam tęczę i jaśniejące na czystym niebie słońce, wychodzące gdzieś ponad lasami i górami. Uśmiechnęłam się delikatnie. Było tu tak spokojnie.
Myślałam, że nikogo już w pobliżu nie ma, co nieco mnie zmartwiło. Wolałam już być pośród nich, niż pałętać się po obcym terenie sama. Przeszłam między budynkami spory kawałek wzdłuż wydeptanej ścieżki, rozglądając się na boki, aż nagle przed oczami świsnęła mi srebrna strzała. Wylatując spomiędzy budynków przecięła mi drogę i celnie trafiła w znacznie od nas oddaloną, prowizoryczną tarczę z worka na ziemniaki.
Po niemym okrzyku zaskoczenia zwróciłam twarz w stronę, z której nadleciała strzała i dostrzegłam w cieniu Halta z zawiązanymi oczami. Świadomość, że mogłam zostać przestrzelona, gdybym przechodziła tędy sekundę temu sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz a serce zabiło mocniej. Przez chwilę stałam tam, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, aż pchnięta impulsem postanowiłam się przełamać i zacząć rozmowę.
- Nie powinieneś być ostrożniejszy? - zapytałam delikatnym tonem, zmierzając w stronę łucznika. Nie wiem, czy to dlatego, że był człowiekiem czy z jakiegokolwiek innego względu, ale nie budził we mnie zbyt wielkiego strachu, mimo tajemniczej otoczki i tego, że prawie mnie przestrzelił. Może dlatego, że chyba nie mam czegoś takiego jak rozsądek? A może dlatego, że w jakimś stopniu przypominał mi mojego brata?
- A czy ty także nie powinnaś być ostrożniejsza? - odpowiedział mi, wypuszczając kolejną strzałę, która wbiła się w sam środek sąsiedniego worka. - Ja wiedziałem, że tu jesteś, ale ty nie wyczułaś mojej obecności. Straciłaś czujność.
Westchnęłam tylko, zgadzając się z nim. Rzeczywiście, gdybym się postarała, to bym go dostrzegła już wcześniej. Nie ukrywał się nawet, jednak cień padał na niego tak, że był słabo widoczny. Ale moim kocim oczom to umknąć nie powinno.
- Masz rację - odparłam, splatając dłonie na szyi. Jak to możliwe, że przez jedno wydarzenie stałam się tak bardzo nieostrożna? Najpierw wpędzili mnie na drzewo, a teraz prawie dałam sobie strzelić w głowę. Chyba zbyt wiele myślę ostatnimi czasy. Nero nie chciałby, aby moja głupota mnie zgubiła.
Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. Halt strzelał, a ja po prostu stałam. W końcu podeszłam do najbliższego budynku i oparłam się o niego plecami. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, nie miałam też rozeznania w terenie i nie chciałam się gubić, a więc zdecydowałam się go poobserwować.
W nie aż tak dalekim tle słyszałam niesione echem odgłosy rozmów. Może część wczorajszej ekipy gdzieś razem zniknęła?
Moje oczy zalśniły czerwienią i trwały tak do chwili, aż otrzymałam sygnał zwrotny od lecącego już Shi-Shiego.
- Będę ci tutaj przeszkadzać? - zapytałam niezbyt śmiało Halta, zsuwając się na ziemię, w efekcie siedząc po turecku.
<Halt? Choć właściwie to wszyscy wolni jak się nudzą mogą się dorzucić, po to ten wers z odgłosami rozmów ;)>
Obudziło mnie wpadające przez świeżo powstałą dziurę w dachu słońce. Otworzyłam fiołkowe oczy i się rozejrzałam. Wstałam jako ostatnia z osób śpiących w tym budynku, co w zasadzie nie należało do rzeczy nowych.
Ostrożnie się podniosłam, uważając, żeby mój nietoperz nie zleciał z moich ramion. Odłożyłam go na koc, po czym on sam się obudził. Biedactwo, przeze mnie został zmuszony do zmiany trybu nocnego na dzienny. Śpij jeszcze, rzuciłam w myślach, a moje oczy rozbłysły czerwienią naszego łącza.
Sama przeciągnęłam się i otrzepałam z kurzu, po czym ruszyłam w kierunku wyjścia. Jakoś nie chciałam zgubić swoich chwilowych towarzyszy.
Przez ten wprawdzie bardzo krótki czas, zdążyłam na swój sposób się do nich przyzwyczaić. Wydawali się być w porządku, raczej nie zapowiadało się na to, że na przykład - wyolbrzymiając - w nocy poderżną mi gardło.
Dawno już z nikim nie rozmawiałam, a więc w pewnym sensie przynieśli mi coś na kształt okazji do powrotu do normalności. Nie zapomniałam i nie zapomnę o tym, co wydażyło się w Mhetuu, ale trzeba nauczyć się żyć w zgodzie z przeszłością, czyż nie?
Choć wśród nich znalazłam i smoka, i wilczą głowę, co niespecjalnie jest mi na rękę, bo - pomijając już strach - jeszcze bardziej przypomina dawne czasy, to w gruncie rzeczy zdążyłam ich zaakceptować. W końcu i oni sami są zwyczajnie zbitkiem różnorakich istot, które łączy jedynie Hidden. Przynajmniej póki co. Na swój sposób to piękne. Wszechobecna tolerancja i to integracyjne podejście dodały mi jakiejś tam otuchy. Może pobyt pośród nich dobrze mi zrobi, nim będę zmuszona ruszyć w dalszą drogę? A może Hanneon rzeczywiście jest gdzieś pośród nich i dane mi będzie go spotkać? W końcu Shi-Shi tak twierdzi, a w dodatku mój amulet błyszczy na złoto, miedziano i platynowo... Nigdy wcześniej tak nie robił.
Spojrzałam na otaczające mnie dookoła ruiny osady. Śpiącymi i zmrużonymi jeszcze oczami wypatrzyłam tęczę i jaśniejące na czystym niebie słońce, wychodzące gdzieś ponad lasami i górami. Uśmiechnęłam się delikatnie. Było tu tak spokojnie.
Myślałam, że nikogo już w pobliżu nie ma, co nieco mnie zmartwiło. Wolałam już być pośród nich, niż pałętać się po obcym terenie sama. Przeszłam między budynkami spory kawałek wzdłuż wydeptanej ścieżki, rozglądając się na boki, aż nagle przed oczami świsnęła mi srebrna strzała. Wylatując spomiędzy budynków przecięła mi drogę i celnie trafiła w znacznie od nas oddaloną, prowizoryczną tarczę z worka na ziemniaki.
Po niemym okrzyku zaskoczenia zwróciłam twarz w stronę, z której nadleciała strzała i dostrzegłam w cieniu Halta z zawiązanymi oczami. Świadomość, że mogłam zostać przestrzelona, gdybym przechodziła tędy sekundę temu sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz a serce zabiło mocniej. Przez chwilę stałam tam, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, aż pchnięta impulsem postanowiłam się przełamać i zacząć rozmowę.
- Nie powinieneś być ostrożniejszy? - zapytałam delikatnym tonem, zmierzając w stronę łucznika. Nie wiem, czy to dlatego, że był człowiekiem czy z jakiegokolwiek innego względu, ale nie budził we mnie zbyt wielkiego strachu, mimo tajemniczej otoczki i tego, że prawie mnie przestrzelił. Może dlatego, że chyba nie mam czegoś takiego jak rozsądek? A może dlatego, że w jakimś stopniu przypominał mi mojego brata?
- A czy ty także nie powinnaś być ostrożniejsza? - odpowiedział mi, wypuszczając kolejną strzałę, która wbiła się w sam środek sąsiedniego worka. - Ja wiedziałem, że tu jesteś, ale ty nie wyczułaś mojej obecności. Straciłaś czujność.
Westchnęłam tylko, zgadzając się z nim. Rzeczywiście, gdybym się postarała, to bym go dostrzegła już wcześniej. Nie ukrywał się nawet, jednak cień padał na niego tak, że był słabo widoczny. Ale moim kocim oczom to umknąć nie powinno.
- Masz rację - odparłam, splatając dłonie na szyi. Jak to możliwe, że przez jedno wydarzenie stałam się tak bardzo nieostrożna? Najpierw wpędzili mnie na drzewo, a teraz prawie dałam sobie strzelić w głowę. Chyba zbyt wiele myślę ostatnimi czasy. Nero nie chciałby, aby moja głupota mnie zgubiła.
Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. Halt strzelał, a ja po prostu stałam. W końcu podeszłam do najbliższego budynku i oparłam się o niego plecami. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, nie miałam też rozeznania w terenie i nie chciałam się gubić, a więc zdecydowałam się go poobserwować.
W nie aż tak dalekim tle słyszałam niesione echem odgłosy rozmów. Może część wczorajszej ekipy gdzieś razem zniknęła?
Moje oczy zalśniły czerwienią i trwały tak do chwili, aż otrzymałam sygnał zwrotny od lecącego już Shi-Shiego.
- Będę ci tutaj przeszkadzać? - zapytałam niezbyt śmiało Halta, zsuwając się na ziemię, w efekcie siedząc po turecku.
<Halt? Choć właściwie to wszyscy wolni jak się nudzą mogą się dorzucić, po to ten wers z odgłosami rozmów ;)>
Od Malika cd Jumona - Przepraszam, zgubiłem smoka...
Malik, jak to na stereotypowego kota przystało, nie lubił być mokry. Równocześnie był także medykiem i jego kodeks moralny kazał mu poświęcać wszystko dla dobra pacjentów. Nigdy w życiu by się nie spodziewał, że te dwie rzeczy kiedykolwiek zaczną sobie bruździć. A jednak - obejrzenie z bliska rannego skrzydła Frelsera wiązało się z wielokrotnym spotkaniem z wilgotną od nocnej ulewy trawą. Frel swoim zwyczajem wiercił się jak szczeniak, to próbując pospieszać felina, to znowu dopatrując koło nosa upierdliwą muchę, w efekcie czego Gambit obrywał na zmianę w czoło i w plecy albo krawędzią skrzydła, albo nawet ogonem, po czym lądował na ziemi. Doskonale rozumiał, że młody smok nie mógł doczekać się próbnego lotu, ale jego niecierpliwość wespół z mokrym ubraniem zaczynały mu grać na nerwach.
- Nareszcie - mruknął pod nosem, gdy w końcu zdjął cały opatrunek. - Frel, rozprostuj skrzydło!
W ostatniej chwili przypomniał sobie, że powinien był tą prośbę bardziej doprecyzować i schylił się przewidując co też mogłoby go w innym wypadku ponownie spotkać. I faktycznie, smok rozłożył wyleczone skrzydło tak, jak je trzymał, czyli na wysokości pyska felina, śmigając nad uchylonymi uszami skulonego medyka.
- Następnym razem nieco wyżej - rzucił zirytowany. Gad słysząc karcący ton podjął nieudaną próbę ukrycia łba w trawie.
Kot delikatnie przesunął dłońmi po śladach rany, sprawdzając czy skóra odpowiednio się napięła. Nie chciał, by przez jego nieuwagę i brak doświadczenia w leczeniu podobnych przypadków Frelser miał problemy z krzywo zrośniętą, a co za tym idzie zbyt krótką błoną skrzydłową. Wszystko wyglądało jednak tak, jak powinno. Malik odsunął się kilka metrów i zamachał rękoma jakby próbował latać. Lodowy gad załapał i załopotał skrzydłami, stając przy tym na tylnych łapach.
- Wszystko wygląda świetnie - stwierdził zadowolony felin, gdy Frelser opadł z powrotem na wszystkie nogi.
~ To mogę już latać? ~ w głowie kota zabrzmiał proszący głos szarego smoka.
- Jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać... - Gambit uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
Frel okręcił się w kółko z radości.
- Ale tylko próbny lot! - rzucił szybko medyk. Isbryter spojrzał w jego stronę. - Kilka kółek nad polaną i wracasz, jasne? - doprecyzował.
Gad pokiwał ochoczo głową i przestąpił kilka kroków dalej od domku Atlanta. Stanął na lekko rozłożonych nogach, dla próby zamachując jeszcze powoli skrzydłami. Potem zamachnął pewnie ogonem i z krótkiego biegu wystartował ostro w górę, wyciągając przed siebie szyję. Lecąc ku niebu okręcał się z gracją wokół własnej osi, a gdy osiągnął zamierzony pułap rozłożył nieruchomo skrzydła, przez chwilę opadając w dół, po czym zaczął spokojnie szybować po kolistym torze. W obserwowaniu akrobacji szczęśliwego smoka było coś magicznego, jakby sam widok chciał budzić w obserwującym takie same uczucia, co te towarzyszące majestatycznym gadom w przestworzach. Do równie uradowanego Malika dotarł ryk. Felin nawet nie zdawał sobie sprawy, że podobny odgłos może pobrzmiewać czymś innym niż grozą, a jednak ten jeden przywodził na myśl jedynie okrzyk czystej radości.
Nagle jednak medyk zdał sobie sprawę, że Frel zaczął zbaczać z umówionego kursu, aż w końcu smok zupełnie odbił w stronę lasu i poleciał w tamtym kierunku.
- Ty kłamliwa cholero... - Gambit pokręcił z niedowierzaniem głową i pobiegł za nim.
Pomysł już z założenia był głupotą: dogonić na piechotę lecącego smoka? Felin nie miał pojęcia co chciał w ten sposób osiągnąć. Domyślał się jedynie, że smok najpewniej za chwilę gdzieś wyląduje, a jedynym w miarę otwartym terenem jaki przychodził mu do głowy, poza ich polaną, było jeziorko niedaleko stąd. Jedynym logicznym wyjściem wydawało się udanie właśnie w tamtym kierunku i poczekanie na oszukańczego gada z założonymi rękoma.
W myślach Malik układał już całą tyradę na temat smoczej prawdomówności i różnych scenariuszy na temat tego co mogło by się wydarzyć, gdyby rana nagle się otwarła w locie...właściwie to nic by się nie zdarzyło, poza skropieniem okolicy gorącą smoczą krwią. Ale na coś musiał ponarzekać, jeśli chciał tego przerośniętego bachora upomnieć. Przedzierał się przez zarośla nie zastanawiając się ile właściwie robi hałasu, aż w końcu wylazł na brzeg. Ku jego zdziwieniu, gdy podniósł wzrok dostrzegł dwójkę chłopaków odruchowo unoszących bronie w jego stronę. Po chwili jednak opuścili oręż, a jeden z nich, chyba niezbyt zadowolony, wcisnął ręce w kieszenie.
- Dzień dobry - przywitał się ten drugi.
Felin zmrużył oczy. Coś mu w nim nie pasowało. Jakby gdzieś już widział jego...albo kogoś bardzo podobnego.
- A dobry - odpowiedział. - Powiedzcie mi, panowie, nie widzieliście może gdzieś w okolicy smoka?
Oboje spojrzeli po sobie skonfundowani.
- Mówię zupełnie poważnie - zapewnił Gambit, doskonale sobie zdając sprawę, że pewnie brzmi dla nich jak wariat. - Zgubiłem smoka.
- Zgubiłeś...smoka? - powtórzył po nim blondyn, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze słyszy.
- Tak! Lodowego, konkretnie. Długi na jakieś trzy konie, szare łuski i pióra na zewnętrznej stronie skrzydeł - uściślił felin.
- Nie przypominam sobie, niestety.
- Ech, mówi się trudno - Selethen machnął niedbale ręką i już odwrócił się z powrotem.
- Czekaj! - wtrącił się drugi z dwójki. Kot obrócił się w ich kierunku. - Jesteś jedną z mieszkających tu istot?
- ,,Istot"? - Malik uniósł jedną brew. - Na temat co poniektórych to chyba trochę zbyt wiele powiedziane. A można wiedzieć czemu pytacie? - w jego głosie zabrzmiała podejrzliwość. Za granicami Hidden wciąż trwała wojna, a wnioskując po opowieściach niektórych, imperium mogło zacząć się interesować tutejszymi terenami. Nie chciał przyprowadzić Atlantowi pod nos imperialistów już drugiego dnia swojego pobytu tutaj.
Jumon? Sarazi? Wybaczcie długość tego właściwego cd, wenus brakus >.<
- Nareszcie - mruknął pod nosem, gdy w końcu zdjął cały opatrunek. - Frel, rozprostuj skrzydło!
W ostatniej chwili przypomniał sobie, że powinien był tą prośbę bardziej doprecyzować i schylił się przewidując co też mogłoby go w innym wypadku ponownie spotkać. I faktycznie, smok rozłożył wyleczone skrzydło tak, jak je trzymał, czyli na wysokości pyska felina, śmigając nad uchylonymi uszami skulonego medyka.
- Następnym razem nieco wyżej - rzucił zirytowany. Gad słysząc karcący ton podjął nieudaną próbę ukrycia łba w trawie.
Kot delikatnie przesunął dłońmi po śladach rany, sprawdzając czy skóra odpowiednio się napięła. Nie chciał, by przez jego nieuwagę i brak doświadczenia w leczeniu podobnych przypadków Frelser miał problemy z krzywo zrośniętą, a co za tym idzie zbyt krótką błoną skrzydłową. Wszystko wyglądało jednak tak, jak powinno. Malik odsunął się kilka metrów i zamachał rękoma jakby próbował latać. Lodowy gad załapał i załopotał skrzydłami, stając przy tym na tylnych łapach.
- Wszystko wygląda świetnie - stwierdził zadowolony felin, gdy Frelser opadł z powrotem na wszystkie nogi.
~ To mogę już latać? ~ w głowie kota zabrzmiał proszący głos szarego smoka.
- Jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać... - Gambit uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
Frel okręcił się w kółko z radości.
- Ale tylko próbny lot! - rzucił szybko medyk. Isbryter spojrzał w jego stronę. - Kilka kółek nad polaną i wracasz, jasne? - doprecyzował.
Gad pokiwał ochoczo głową i przestąpił kilka kroków dalej od domku Atlanta. Stanął na lekko rozłożonych nogach, dla próby zamachując jeszcze powoli skrzydłami. Potem zamachnął pewnie ogonem i z krótkiego biegu wystartował ostro w górę, wyciągając przed siebie szyję. Lecąc ku niebu okręcał się z gracją wokół własnej osi, a gdy osiągnął zamierzony pułap rozłożył nieruchomo skrzydła, przez chwilę opadając w dół, po czym zaczął spokojnie szybować po kolistym torze. W obserwowaniu akrobacji szczęśliwego smoka było coś magicznego, jakby sam widok chciał budzić w obserwującym takie same uczucia, co te towarzyszące majestatycznym gadom w przestworzach. Do równie uradowanego Malika dotarł ryk. Felin nawet nie zdawał sobie sprawy, że podobny odgłos może pobrzmiewać czymś innym niż grozą, a jednak ten jeden przywodził na myśl jedynie okrzyk czystej radości.
Nagle jednak medyk zdał sobie sprawę, że Frel zaczął zbaczać z umówionego kursu, aż w końcu smok zupełnie odbił w stronę lasu i poleciał w tamtym kierunku.
- Ty kłamliwa cholero... - Gambit pokręcił z niedowierzaniem głową i pobiegł za nim.
Pomysł już z założenia był głupotą: dogonić na piechotę lecącego smoka? Felin nie miał pojęcia co chciał w ten sposób osiągnąć. Domyślał się jedynie, że smok najpewniej za chwilę gdzieś wyląduje, a jedynym w miarę otwartym terenem jaki przychodził mu do głowy, poza ich polaną, było jeziorko niedaleko stąd. Jedynym logicznym wyjściem wydawało się udanie właśnie w tamtym kierunku i poczekanie na oszukańczego gada z założonymi rękoma.
W myślach Malik układał już całą tyradę na temat smoczej prawdomówności i różnych scenariuszy na temat tego co mogło by się wydarzyć, gdyby rana nagle się otwarła w locie...właściwie to nic by się nie zdarzyło, poza skropieniem okolicy gorącą smoczą krwią. Ale na coś musiał ponarzekać, jeśli chciał tego przerośniętego bachora upomnieć. Przedzierał się przez zarośla nie zastanawiając się ile właściwie robi hałasu, aż w końcu wylazł na brzeg. Ku jego zdziwieniu, gdy podniósł wzrok dostrzegł dwójkę chłopaków odruchowo unoszących bronie w jego stronę. Po chwili jednak opuścili oręż, a jeden z nich, chyba niezbyt zadowolony, wcisnął ręce w kieszenie.
- Dzień dobry - przywitał się ten drugi.
Felin zmrużył oczy. Coś mu w nim nie pasowało. Jakby gdzieś już widział jego...albo kogoś bardzo podobnego.
- A dobry - odpowiedział. - Powiedzcie mi, panowie, nie widzieliście może gdzieś w okolicy smoka?
Oboje spojrzeli po sobie skonfundowani.
- Mówię zupełnie poważnie - zapewnił Gambit, doskonale sobie zdając sprawę, że pewnie brzmi dla nich jak wariat. - Zgubiłem smoka.
- Zgubiłeś...smoka? - powtórzył po nim blondyn, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze słyszy.
- Tak! Lodowego, konkretnie. Długi na jakieś trzy konie, szare łuski i pióra na zewnętrznej stronie skrzydeł - uściślił felin.
- Nie przypominam sobie, niestety.
- Ech, mówi się trudno - Selethen machnął niedbale ręką i już odwrócił się z powrotem.
- Czekaj! - wtrącił się drugi z dwójki. Kot obrócił się w ich kierunku. - Jesteś jedną z mieszkających tu istot?
- ,,Istot"? - Malik uniósł jedną brew. - Na temat co poniektórych to chyba trochę zbyt wiele powiedziane. A można wiedzieć czemu pytacie? - w jego głosie zabrzmiała podejrzliwość. Za granicami Hidden wciąż trwała wojna, a wnioskując po opowieściach niektórych, imperium mogło zacząć się interesować tutejszymi terenami. Nie chciał przyprowadzić Atlantowi pod nos imperialistów już drugiego dnia swojego pobytu tutaj.
Jumon? Sarazi? Wybaczcie długość tego właściwego cd, wenus brakus >.<
czwartek, 23 marca 2017
Od Halta cd Louise - Ślady zębów czasu
<Wszystko się dzieje jeszcze pod wieczór, ale następne opka będą już rano, słowo za siebie i resztę ^^" >
Nietrudno było zgadnąć, kto jako pierwszy zacznie przeglądać nadgryzione zębem czasu budynki - Tenzin (dosłownie) w podskokach znalazł się u podnóża pagórka i zniknął między domami. Godność Louise chyba nie mogła jej pozwolić po raz kolejny dać się wyprzedzić Owcy. Wzięła wdech, jakby zaraz miała zanurkować, i ruszyła biegiem przez trawę. Z perspektywy Halta i Kiette wyglądało to jakby coś się toczyło z góry w ślad za dwoma duchami. Mężczyzna jednak powstrzymał się w ostatniej chwili od zgryźliwego komentarza. Uśmiechnął się zachęcająco do stojącej z tyłu kotołaczki i ukłonił, jakby przepuszczał ją w drzwiach.
- Panie i duchy przodem - powiedział z uśmiechem.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i zaczęła ostrożnie schodzić na dół. Idąc za nią łucznik wyczuł pod stopami wgłębienie, podobnego spodziewał się trochę na bok. Koleiny, domyślił się. Musiała tędy biec kiedyś droga, ubijana latami w miękkiej ziemi przez koła wozów. Obieżyświat zerknął na niebo, pomarańczowe od zachodzącego słońca. Zza ich pleców nadciągały ciemniejsze chmury. Zapowiadało się na burzę. Niedługo trzeba będzie zbierać towarzystwo w kierunku domu Alta. Póki co mogli jeszcze wykorzystać ostatki dnia na zwiedzenie nowo odkrytego terenu.
Lou spacerowała właśnie po murku, kiwając się na boki, jakby chciała sprowokować grawitację do zrzucenia jej na ziemię. Gdzieś między domami mignęła jasna sylwetka Tenzina i zniknęła w drzwiach domostwa tylko po to, by zaraz przeskoczyć przez zniszczone okno i zwiedzać dalej. Łącznik przeglądał wszystko z dziecięcą fascynacją, w przeciwieństwie do wręcz leniwie snującej się za nim Suowei.
- Znaleźliście już coś ciekawego? - spytał Halt.
- Ja na razie przeglądnęłam tylko tamten zupełnie zawalony - Niebieska machnęła łapką w stronę małego domu w zupełności pozbawionego dachu. - Nic tam nie ma, tylko trawa i pordzewiałe boksy. Chyba trzymali tam owce czy kozy.
- A Tenzin?
- Jak na razie obskoczył chyba ćwierć wioski i nigdzie nie siedział na dłużej - wzruszyła ramionami. - Pewnie da nam znać jeśli coś znajdzie.
Halt obrzucił wzrokiem starą wieś. Przecinała ją właściwie tylko jedna droga, a parterowe domki stały schludnie ułożone po obu stronach. Nieco większe gospodarstwa miały po kilka budynków, stojących za domem mieszkalnym, jak wspomnianą przez chochliczkę obórkę. Te w zupełności pozbawione dachów musiały mieć je kryte jeszcze strzechą, co wskazywało na zamożność mieszkającej tu niegdyś społeczności. Drewniane płotki nie nadawały się już do użytku - sprawiały wrażenie, jakby byle podmuch wiatru mógł je przewalić. Ostały się jedynie porośnięte warstwą dzikiego zielska murki, sięgające nie wyżej niż pas dorosłego człowieka. Mimo wszystko łucznikowi łatwo było sobie wyobrazić pokryte ozdobami drewniane ściany, przejeżdżający wóz obszczekiwany przez podwórkowe psy, dzieciaki przebiegające przez drogę, kobiety wieszające pranie lub pielęgnujące grządki i odległe odgłosy zwierząt na pastwiskach.
Tylko co zmusiło tych wszystkich ludzi do opuszczenia tego miejsca?
- Halt! Zobacz! - zawołała nagle Louise.
Mężczyzna otrząsnął się. Nawet nie zauważył kiedy zeskoczyła z murku. Kiette również zdecydowała się pozwiedzać. Głos Andrasty dobiegał z jednego z większych domów posiadających aż trzy przybudówki. Jedna, w zupełności drewniana, była w kompletnej ruinie. Musiała być zapewne stajnią. Do drugiej z przybudówek schody prowadziły w dół - pomieszczenie było do połowy zapadnięte w ziemię, najpewniej służyło jako spiżarnia dla krótkoterminowych produktów. Halt wszedł do trzeciej, obecnie pozbawionej drzwi i jednej z okiennic. Druga wisiała na walecznym zawiasie. Wnętrze niewątpliwie było kuźnią, z której pozostał jedynie piec i kowadło.
- Też to widzisz? - zapytała Lou. Wspięła się na kowadło, chcąc być w miarę na wysokości towarzysza.
- Co masz na myśli? - Halt uniósł jedną brew pytająco.
- Wieszaki na ścianach, stojaki na gotowe wyroby - wszystko puste. Nawet narzędzi kowalskich nie ma.
- Ktoś mógł obrobić ten teren. I to pewnie na długo przed nami, bo zardzewiałego metalu nie ma po co kraść - stwierdził mężczyzna ze wzruszeniem ramion.
- Zastanów się raz jeszcze - nie zgodziła się dziewczyna. - Cały teren zdecydowanie pokryty był kiedyś polami uprawnymi i pastwiskami. Mieszkający tu niegdyś kowal nie trudnił się wykuwaniem broni ani płatnerstwem. Tych ludzi bardziej martwiły zużyte uprzęże w pługu, albo uszkodzona motyka. A taki typowy podrzędny rabuś nie interesuje się kradzieżą sprzętu rolniczego.
- Sugerujesz, że albo zabrał te rzeczy ktoś faktycznie potrzebujący tego typu narzędzi - zgadywał łucznik - albo kowal spakował swój dobytek i uciekł?
- Obstawiam, że wszystkie domy są równie puste co ten. Tych ludzi NIC nie napadło. Gdyby zbierali się w pośpiechu, zabieraliby wszystkie niezbędne rzeczy, a młot kowalski czy miechy chyba nie są aż tak istotne w sytuacji zagrożenia życia. A tu nie ma zupełnie nic!
- Patrząc po stanie wioski nikt tu nie mieszkał gdzieś od początków wojny...może nie chcieli ryzykować i woleli spokojnie udać się gdzieś za granice Sorsiny ZANIM ktoś ich napadnie?
- Brzmi jak najrozsądniejsze rozwiązanie zagadki - odparła Lou. - Wzięli wszystko, by nie musieć w przyszłości zaczynać od niczego. Ej, może zbudowali sobie nową wioskę, gdzieś daleko stąd i do dzisiaj mieszkają tam dzieci, wnuki i prawnuki tutejszych mieszkańców?
- Oby nie było nam dane tego sprawdzać - łucznik udał się w stronę wyjścia. - Nie chciałoby mi się opuszczać nowego domu zbyt szybko.
Patrząc ogółem, budynki nadawały się do użytku. Kamienne fasady trwały niewzruszenie na swoich miejscach, a większość drewnianych ścian wystarczyłoby jedynie ponownie uszczelnić. Odnowa całej wioski oznaczała oczywiście wiele pracy, ale patrząc na liczebność mieszkańców Hidden i fakt, że nie wszystkim przeszkadzało spanie na świeżym powietrzu (niektórzy, pokroju Frelsera, wręcz nie mieli innego wyboru), załatanie kilku dachów i wzmocnienie paru ścian nie było rzeczą niemożliwą. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie zadowolony. Atlantowi na pewno się to spodoba. Będzie musiał mu to pokazać, jeśli oczywiście Louise i reszta nie zrobią tego pierwsi.
Gdzieś w oddali zagrzmiało. Halt obejrzał się na złośliwie popędzający ich ciemny horyzont. Westchnął i zawołał resztę. Kilka minut później wspinał się już z Kiette i Lou z powrotem na pagórek z którego zeszli. Tenzin, jak zawsze w towarzystwie Suowei, dogonił ich dopiero na szczycie, wyraźnie dumny z siebie.
- Coś znalazłem! - zawołał podekscytowany.
Zatrzymali się, z zainteresowaniem wpatrując w owczego łącznika. Ten wyciągnął przed siebie delikatną dłoń i pokazał im lekko pogięty, metalowy krążek.
- Moneta? - Halt wziął znalezisko w dwa palce, chcąc mu się przyjrzeć.
- Jest na niej jakiś nominał? - Andrasta podskakiwała mu koło nóg, nie mogąc zobaczyć znaleziska.
- Nie, za bardzo ubrudzona - odpowiedział łucznik. - Ale ktoś na pewno będzie w stanie ją wyczyścić. Zapytam o to resztę.
Znowu zagrzmiało. Teraz wydawało się, że stało się to zdecydowanie bliżej niż wcześniej. Burza zachowywała się trochę jak matka zaganiająca dzieci do łóżek. I tak samo jak nie sposób było kłócić się z mamą, tak samo ignorowanie ostrzegawczych grzmień nie należało do najmądrzejszych pomysłów.
środa, 22 marca 2017
Myślisz to co ja?... Zawsze... To jak? Zjadamy na surowo czy podpieczonego?
Imię: Boyd(kobieta) i Brian(mężczyzna), ale jako smok często mówi się Broyd
Nazwisko: Fangilions (Choć jest to przybrane nazwisko, jako że smoki takowego nie mają)
Przydomek: W ich ludzkiej formie zazwyczaj mówi się na nich: Karmazynowy Płomień i Ostrze. Jednak w smoczej formie ktoś ich widzi to zazwyczaj słychać tylko "RATUNKU!!!" więc ciężko powiedzieć, choć czasem gdy mowa o zbliżającym się zagrożeniu nazywa się go Ragnarokiem, z resztą takie określenie bardzo przypadło im do gustu.
Rasa: Dwugłowy smok (Bardzo rzadka i ciekawa odmiana smoka, prawdopodobnie jedyny na kontynencie.)
Wiek: Blisko pół milenium.
Płeć: Jako że w ludzkiej formie są osobnymi organizmami to trzeba uwzględnić ich podział płciowy. A w swojej smoczej wersji można powiedzieć że obojnak
Stanowisko: Lotnicy i Łowcy
Aparycja: Jako ludzie wyglądają jak bliźniaki, mają takie same długie, karmazynowe włosy. Jasne oczy, o dziwo nawet głosy mają podobnie niskie. Łobuzerskie uśmieszki pełne kłów, długie ogony, elfie uszy i rogi. Boyd ma je nieco krótsze i prostsze, a Brian nieco wygięte w "S". Jak to na smoka wypada, mają zamiłowanie do błyskotek, stąd ozdoby na rogach, uszach czy nadgarstkach. Ubierają się w grube skóry i zawsze przy boku noszą swoje szable. W smoczej formie jest to gigantyczny bo mający 10m w kłębie gad z ogromnymi skrzydłami o dwóch głowach, co prawda jednej nieco mniejszej, ale równie niebezpiecznej. Co ciekawe stwór ma jeden zestaw organów, prócz serc. Głowa Briana zionie ogniem, natomiast Boyd pluje kwasem w konsystencji i kolorze przypominającym krew. W tej formie oczy tracą źrenice i jarzą się złowrogim światłem, całe ciało pokrywają czerwone łuski odporne na większość oręży czy zaklęć.
Zdolności: Podstawową zdolnością każdego smoka jest zianie ogniem i tak właśnie Brian zieje ogniem, a Boyd pluje kwasem. To nie jest jedyna zdolność tych dwoje, mogą oczywiście przyjmować ludzką postać dzięki zaklęciu otrzymanemu wieki temu od pewnego maga. Sami jednak mają mgliste pojęcie na temat magii co najwyżej przy ich obopólnym skupieniu mogą rykiem wzburzyć wody lub przywoływać burzę, jednak jest to wyjątkowo męczące i udaje się tylko gdy działają razem. Ich myśli są niemal zawsze połączone przez to nawet jak nie są obok siebie to mają z sobą kontakt, mogą też łączyć się telepatycznie z innymi stworzeniami, jak większość smoków. Jako że są tak na prawdę jedną istotą to gdy jedno z nich zostanie zranione oboje odczuwają ból z tym związany, tak samo jak głód, zmęczenie i całą resztę, nawet łaskotki. Jedynie śmierć może ich rozłączyć, podobno gdy jedna z głów zostanie odcięta lub zabita w ludzkiej formie, druga może żyć jako zwykły smok, nikt jednak tego nie sprawdzał a i oni nie są do tego chętni. Mają też niezwykle wyostrzone zmysły, choć nierówno. Dziewczyna ma doskonały wzrok, widzi w podczerwieni i ultrafiolecie przez co nie ma problemów z widzeniem w ciemności, a chłopak słyszy zarówno infra i ultradźwięki. Oboje są też niesamowicie szybcy i silni, ponieważ mimo tak małej formy wszelkie właściwości ich normalnego ciała pozostają te same, dlatego mogą bez trudu powalać drzewa lub podnosić głazy, ale są też tak samo ciężcy jak ich gadzia forma, więc podnieść ich będzie ciężko. Z tych mniej niezwykłych umiejętności to posługiwanie się szablami, ale gdy przyjdzie co do czego to i tak pazury i kły są mocniejsze. Jak przystało na smoka są super łowcami, dzięki wyostrzonym zmysłom Boyd może wytropić nawet mrówkę, a Brian ją namierzyć.
Zainteresowania: Choć to może nie pasować do nich to Brian uwielbia gotować a Boyd lubi sobie czasem pomajsterkować, sprawdzić jak coś działa, rozłożyć na części i złożyć jeszcze raz. Oprócz tego lubią łowy, muzykę i podróże. Oboje też kochają słuchać niesamowitych opowieści i innych łowcach przygód, wojownikach, korsarzach czy magach.
Charakter: Bardzo trudno określić charakter tego stworzenia. Jedno jest jednak pewne, to nie jest miły i potulny smoczek, tylko prawdziwa bestia. Gigantyczny stwór nie wie co to litość, a jego głównym celem jest sianie popłochu i zniszczenia. Choć oczywiście to nie jest ich jedyna cecha, jest to przede wszystkim stworzenie kochające wolność, żyjące w dziczy i tam czujące się najlepiej. Bliźniaki są łowcami przygód, szwendającymi się po pustkowiach. Teraz pewnie wydaje wam się że to bezwzględni mordercy i potwory. Wiele się w sumie nie mylicie, bo nie jest to miłe stworzonko jak już wspominałam, ale to też żywa i myśląca istota. Oboje często spotykają na szlaku innych wędrowców i w ramach zabawy pozwalają im ujść z życiem w zamian za ciekawą opowieść przy ogniu. W ogóle choć brutalni i groźni to lubią się bawić, śmiać i żartować. Są świetnymi kompanami rozmowy czy picia. Boyd jest bardziej infantylna i ciekawska, lubi żartować czy płatać psikusy, ale łatwo też wyprowadzić ją z równowagi, szybko się denerwuje i nieraz jedyną osobą zdolną ją uspokoić jest brat. Ten natomiast robi za starszego, poważnego i opanowanego z tej dwójki, mimo że są więcej niż bliźniętami. Nie jest aż tak żywy jak siostra raczej bardziej opanowany. Stara się być tym rozważnym i spokojnym, choć zdenerwowanie go nie jest czymś trudnym, a wtedy staje się bardzo porywczy. Oboje często droczą się i kłócą, jednak gdy przychodzi co do czego staną za sobą murem, a nawet poświęcą życie.
Historia: Jak to smok wykluł się samotnie w jakiejś pieczarze wysoko w górach. Sami szybko nauczyli się polować na zwierzynę, a później gdy zwykłe zwierzęta to było za mało zaczęli atakować ludzkie osady. Długo byli po prostu i tylko strasznym, wielkim potworem pustoszącym wioski a z czasem nawet miasta na północy. Wielokrotnie starano się znaleźć gada i go dobić, jednak zawsze kończyło się to niepowodzeniem. Znudzeni monotonnym życiem ruszyli w podróż. Pewnego razu grupa podróżników nie zauważyła że rozbiła obozowisko tuż obok śpiącego potwora. Z początku chcieli oni zaatakować i zjeść ludzi, tak jak zawsze to robili, tym razem jednak usłyszeli ich rozmowę. Długą historie każdego z nich, pełną niezwykłych przygód oraz walk i przeżyć. Spodobała im się ta opowieść snuta przy ogniu że nie zabili ich, a następnego ranka po prostu odlecieli. od tego czasu za każdym razem gdy spotykają kogoś dają mu szanse ocalenia się dobrą historią. Jeśli takowa im się nie podoba gagatek kończy w ich trzewiach. Tak to przez stulecia ciągnęło się ich życie na niszczeniu, paleniu, zabijaniu, słuchaniu oraz podróży. Do czasu. Jeszcze na długo przed wojną zdarzyło się coś do nich zupełnie niepodobnego, zamiast niszczyć... uratowali. Z kata stali się bohaterem. Dlaczego? Myślę że oni sami nie potrafią tego stwierdzić. Daleko za morzem znajdował się kraj, który od dawna był nękany przez hordy orków. Stworzenia co noc przychodziły by na nowo ograbiać mieszkańców. A ci nie mogli się wynieść bo nie mieli nawet gdzie. Gad chciał przejąć miasto jak każde inne wcześniej, ale wiadomo nie mogli pozwolić by inny agresor zabierał im plony. Na dodatek, walka sprawia im wielką frajdę. Dlatego przez niemal cztery noce walczyli z chordami pokracznych potworów. Gdy udało im się zabić ostatniego byli zbyt wycieńczeni aby od razu ruszyć na miasto. Zalegli wysoko w górach, by zapaść w sen regeneracyjny. O dziwo znalazł się ktoś kto podążył ich tropem i podszedł do smoka. Dla mieszkańców dwugłowy smok stał na poziomie boga, więc przybył do nich największy mag. Człowiek władający mocą której dziś nikt nie mógłby pojąć. Bez lęku stał przy nich dziękując za pomoc. Bliźniaki nie rozumiały co się dzieje, nigdy nie zostali tak potraktowani. Co więcej, mag stwierdził że może dać im w podzięce pewien dar. Dar osobnych ciał... ciał ludzkich. Oboje zafascynowani życiem ludzkich podróżników przyjęli bez wahania ofertę i tak zdobyli umiejętność przyjmowania ciała człowieka, a przynajmniej częściowo. Na tym jednak się nie skończyło. Mężczyzna zabrał ich do miasta, gdzie ludzi witali ich z wielkimi honorami, bo w końcu to bóg przyjął dla nich ludzką formę. Nie umieli panować nad tym dziwnym ciałem, dlatego też zostali tam ucząc się posługiwania osobnymi kończynami. Zostali tam na długie dekady, tam nauczyli się wszystkiego o byciu człowiekiem oraz o fechtunku, bo tamtejsi wojownicy zaprawieni w długich bojach oraz surowym klimatem nie mieli sobie równych. Z czasem, gdy nauczyli się posługiwać ciałem, przewyższyli umiejętnościami wszystkich mistrzów a stary mag umarł postanowili ruszyć w dalszą podróż. Trafili w końcu na Sorsinę, tuż przed wojną. Tam też wcielili się do wojska w poszukiwaniu przygód, zostali uznani za osobną jednostkę podlegające tylko głównemu generałowi Banhudowi(opiekun Atlanta). Szybko jednak znudzili się zabawą w imperialnego pieska i obrócili się przeciwko nim. Tak o, dla zabawy. Czasem atakowali przypadkowe strony konfliktu, a czasem podróżowali w ludzkiej formie licząc na dobrą zabawę i tak aż do końca wojny. Teraz gdy jest teoretyczny pokój, a oni zwiedzili już cały świat trafili przypadkiem na to miejsce, a że jest tu parę ciekawych osób liczą na kolejną przygodę do opowiedzenia.
Partner: Mimo że Boyd jest romantyczką i marzy o miłości, nawet nie musiałby być to smok, ale jest jedna przeszkoda... jej brat, któremu musiałbyś naprawdę zaimponować by pozwolił ci zbliżyć się do swojej drugiej głowy. On sam wydaje się niezainteresowany płciom piękną, ale jeśli znajdzie tę jedyną jest dla niej w stanie robić tyle samo ile dla swojej siostry.
Rodzina: Są jednym ciałem, ale zwykli się nazywać rodzeństwem. W sumie to innej rodziny nie mają, bo smoczym zwyczajem wykluli się sami i sami musieli o siebie zadbać.
Towarzysz: Nawzajem są swoimi towarzyszami, choć Boyd ma zamiłowanie do zwierząt i może kiedyś namówi brata na małego przyjaciela.
Szczegóły: -Oboje mają silną alergie na orzeszki
-Może to wydawać się dziwne, ale Boyd przyjmuje tylko dwie możliwe pozycje do spania: wtulona w brata(przez przyzwyczajenie do naturalnej swojej formy) oraz spanie do góry nogami, w sumie nie ma ku temu specjalnych powodów, po prostu jako smok tak się nie dało, więc gdy odkryła tę umiejętnośc w ludzkiej formie to stwierdziła że to zabawne i tak po prostu robi. Zawiesza się ogonem na gałęzi i śpi jak nietoperz.
-Brian jest chorobliwie zazdrosny o siostrę. Ma przekonanie że gdy ta znajdzie sobie partnera ona zostanie bez drugiej głowy. Jest to oczywiście nieprawdą, ale mag mówił kiedyś że z miłości można stracić głowę i jakoś utkwiło mu to w pamięci...
Autor: Ursa
Od Louise - Wioska
Opo zedytowane 23 marca z powodu mojego niedociągnięcia. Jeszcze raz przepraszam za swoją nieuwagę >.<
Atlant niedługo potem zniknął gdzieś, zostawiając trójkę (czy też czwórkę, licząc trzymającą się Tenzina Suowei) nowych przy ognisku w towarzystwie starszych stażem mieszkańców Hidden. Squall w próbie zachęcenia ich do rozmowy podała każdemu po butelce cholera-wie-czego. Chyba to jedno akurat nie podziałało. Kiette tylko niepewnie powąchała zawartość i podziękowała, odstawiając swoją na ziemię. Louise, o ile nie miała problemów z ludzkimi kubkami, o tyle butelki jednak sprawiały jej nieco kłopotu, a i tak nie za bardzo miała ochotę na alkohol. Tenzin natomiast wydawał się w ogóle nie wiedzieć co zrobić z podarunkiem. Piratka spojrzała na niego jakby nagle dostrzegając brak ust. Halt obserwując to wszystko wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć śmiechem.
- No dobra, głupi pomysł - stwierdziła kobieta.
- To może poopowiadajcie coś o sobie? - zaproponowała Ziio z przyjaznym uśmiechem, połowicznie skupiona na strojeniu lutni.
Lou zgłosiła się na ochotnika i zaczęła opowiadać jak to zdecydowała się wyruszyć na wojaczkę z resztą świata. Wszyscy przysiedli się bliżej, wsłuchując uprzejmie w jej historię. Wszyscy...poza smokiem. Gad, początkowo trzymając łeb obok felina o imieniu Malik, zorientował się, że nowi zostawili swoje butelki rumu bez opieki. Wyślizgnął się jakoś z kółka wokół ogniska i korzystając z odwracającej uwagę Andy przysunął łeb do zasłuchanej Kiette, próbując chwycić zbyt dużymi pyskiem porzuconą butelę. Przy okazji lekko potrącił jej nogę nosem, na co dziewczyna pisnęła zaskoczona i odsunęła się dwa metry dalej. Smok widząc jej reakcję również się cofnął, zupełnie zmieszany.
~ Nie chciałem...wybacz - w głowach zgromadzonych odezwał się łagodny, zawstydzony głos.
- Ładnie to tak kraść, Frel? - rzucił złośliwie Malik.
- I kto to mówi... - wtrąciła się harpia, ale felin zignorował jej uwagę.
- HAH! Moja krew! - zaśmiała się Squall. - Już swoją porcję dostałeś, pijaczyno jeden! Wszystkie zapasy mi wychłepczesz!
Frelser skulił się jeszcze bardziej i z miną zbesztanego psa wrócił na swoje miejsce, nie myśląc już o podkradaniu cudzego napitku. Nawet Lou zatrzęsły się barki z tłumionego śmiechu. Do tej pory widziała w życiu tylko jednego smoka i to karłowatego, ale nawet tamten wykazywał więcej pychy. Na miejscu Frela i tak zabrałby co chce, a potem jeszcze syknął ostrzegawczo na resztę. Szary gad najwyraźniej nie zamierzał się sprzeciwiać ludzkiemu słowu, jak w zupełności udomowione zwierzę.
Squall dostrzegła nagle, że Halt ani razu się nie odezwał w ciągu całego zajścia. Uniosła pytająco brew i nieco zbyt mocno uderzyła go w bark, wytrącając z namysłu.
- A ty co? Zakochany czy jak? - uśmiechnęła się złośliwie.
- Myślę - odparł łucznik. - Wybaczę ci to niedopatrzenie biorąc pod uwagę jak rzadko widuje się takie zjawisko u piratów.
- Oho, znowu sobie grabisz - pogroziła mu teatralnie palcem. - A o czym myślałeś?
- Atlant wspominał coś o starej wiosce niedaleko stąd - wyjaśnił. - Ciekawi mnie ile z niej naprawdę zostało...
- Ej, to chodźmy zobaczyć! - wtrąciła się Louise.
- No nie wiem... - Halt spojrzał na niebo.
- Jeszcze widno. Zdążycie się rozejrzeć i wrócić - Malik wzruszył ramionami. - I tak czekałoby nas oprowadzanie nowych.
- My też chętnie zobaczymy tutejsze tereny - dopowiedział Tenzin. Wilcza paszcza szczypnęła go w ramię jakby w akcie protestu, ale Owca jedynie cofnęła rękę, zupełnie ją ignorując.
- Niech wam będzie - brunet wstał z miejsca i spojrzał po reszcie. - Kiette? Też idziesz?
Blondynka zastanowiła się chwilę po czym pokiwała potakującą głową.
- No to idziemy - Obieżyświat zarzucił na ramię swój łuk i zwrócił się jeszcze do zostającej przy ognisku czwórki: - Gdyby Alt wrócił powiedzcie, że poszliśmy na zachód stąd.
Ziio pokiwała głową potakująco i wróciła do grania delikatnej melodii. Squall wyciągnęła się na swoim miejscu, a Malik klepał Frelsera po szyi pocieszająco. Halt machnął ręką na swoją nieplanowaną wycieczkę i ruszyli w kierunku domniemanej wioski.
Lou przepychała się przez sięgającą jej nosa trawę w iście heroicznym boju. Zawsze przypominało to jej słowa babci, gdy dreptała przed kominkiem z drewnianym mieczykiem głosząc śmierć całemu imperium cieniutkim głosikiem. Starsza Recydywa kręciła tylko z dezaprobatą głową, powtarzając tę samą sentencję, obecnie wkutą w głowę małej Andy, jak zresztą wiele pozostałych. Mogła to wyrecytować z pamięci: ,,A walcz sobie Lusiu, walcz. I tak ci to nic nie da jak potykasz się o własne nogi i gubisz w trawie na babcinym podwórku". Wbrew wszelkim pozorom, te deprymujące słowa jedynie popychały dziewczynę naprzód, ku dalszym szkoleniom i marzeniom o rycerskiej sławie. Aż żal było myśleć, że babcia, mimo wszystko dumna ze swojej odważnej wnusi, nie dożyła widoku młodszej Louise w zbroi, młotem w ręku i tarczy na plecach.
Zdradliwe źdźbło połaskotało ją w nos. Nie zdążyła dokończyć przekleństwa, gdy trawa wokół niej zatrzęsła się od piskliwego kichnięcia.
- Dobra, teraz ją widzę! - rzucił ktoś z tyłu złośliwie. Niebieska odchyliła trawsko, dostrzegając zadowolony uśmiech Halta. Znacznie wyprzedziła grupę, gnana naprzód typową sobie ciekawością i niecierpliwością. Reszta nie wydawała się tak spieszyć. Ludzki łucznik spokojnie odpowiadał na wszystkie pytania kotołaczki, oraz nieco rzadsze padające od dziwnej humanoidalnej owcy. Wilczy pysk dalej się nie odezwał, chociaż nawet Halt spoglądał w jego stronę z oczekiwaniem, jakby tego od niego oczekiwał. Dziewczyna była już skłonna stwierdzić, że z tej dwójki tylko Tenzin potrafi mówić.
- Wiesz co mnie zawsze zastanawiało? - odkrzyknęła w odpowiedzi do łucznika. - Niejeden raz nasłuchałam się kpin, że nie nadążę za oddziałem, bo mam za krótkie nóżki, a trójka długonogów jakoś cały czas TKWI NA SZARYM KOŃCU!
Tenzin przekrzywił lekko głowę przysłuchując się słowom Louise. W pierwszej kolejność pomyślała, że może wziął sobie to za obrazę - biorąc pod uwagę fakt jak zrozumiał zwrot ,,potrząsnąć cudzą dłonią", mogło być to całkiem możliwe. Jednak nie był urażony. Zamiast tego zrozumiał tą uwagę jeszcze dosłowniej. Ruszył w kierunku Lou sprężystym, lekkim krokiem, w trzech skokach przesadzając dzielącą ich odległość. Gdy ją mijał, Niebieska odniosła dziwne wrażenie, że nawet nie poczuła na sobie pędu powietrza, a trawa jedynie lekko się pochyliła. Inna sprawa była z Wilkiem. Chociaż poruszał się bezgłośnie (w przeciwieństwie do głuchego, półsłyszalnego przytupu kopyt), niski lot nad trawą przygiął ją niemal całkowicie do ziemi, jakby groźny duch manifestował swój majestat. W mgnieniu oka dwójka łączników dotarła na szczyt łagodnego pagórka. Quartz prychnęła pod nosem i pobiegła za nimi. Gdy w końcu ich dogoniła, jagnięcy łucznik siedział w przyklęku na jakimś zarośniętym murku, a jego towarzyszka płynęła leniwie wokół niego. Mała wojowniczka wspięła się po kamieniach siadając obok.
- Myliłaś się - stwierdził, przekrzywiając łeb. Nie była to złośliwa uwaga, czy też próba podważenia jej autorytetu, a raczej czysto naturalne stwierdzenie faktu. - Jednak potrafię szybciej biec.
- To był sarkazm - zaśmiał się Halt docierając na miejsce. - Musisz się jeszcze sporo nauczyć o ludzkiej naturze, baranku.
Wilk słysząc lekką kpinę warknął ostrzegawczo w stronę człowieka. Stojąca za łucznikiem Kiette cofnęła się o krok, ale nie uciekła. Halt drgnął, rozumiejąc, że potwór kierował to w jego stronę, a nie kotołaczki. Lou znowu naszły wątpliwości, czy aby na pewno jest to tylko bezmyślna bestia ślepo podążająca za swoim panem. Sam Tenzin zresztą żadnego właściciela nie przypominał. Pozostawiła sobie jednak ten zamysł na później. Teraz w oczy rzuciło jej się coś zgoła ciekawszego...
- Tam są! - zawołała, wychylając się gwałtownie do tyłu i wskazując palcem w dół.
Przez ciemne chmury, niechybnie zapowiadające deszcz, przebijały się promienie słońca, rzucając złote łaty na kołyszącą się trawę. Oblewały widoczne dwadzieścia metrów dalej połowicznie zawalone dachy i nagle ściany małych domów. Niegdyś między nimi musiała iść droga, teraz jednak koleiny po wozach zarosły zupełnie, a płotki otaczające nieużywane grządki zakryte były warstwą bluszczu.
- Jeśli to nie jest wioska - stwierdził Halt - to podejmę się próby zjedzenia bandany Squall.
- Dlaczego miałbyś jeść bandanę? - zapytał Tenzin.
- Nieważne - westchnął łucznik i machnął ręką zachęcająco. - Przyglądnijmy się temu zanim zacznie padać.
Kto dalej? Wiem, że krótko, nie przypominajcie *^*
Subskrybuj:
Posty (Atom)

