Imię: Sarazion, czytane tak, jak pisane. ,,Sarazi" w języku kotów oznacza cud, zaś ,,Sarazion" tłumaczy się jako ,,ten, który jest cudem". Nie uważa się za cud, więc nawet nie przedstawia się tym imieniem. Woli inne, które sam sobie nadał - Aku.
Nazwisko: nadane przez matkę - Chattres. Nadane przez niego samego - Shigani.
Przydomek: Rodzina nazywała go Sarazi, ale przydomkiem jest Łowca Dusz.
Rasa: Wampir, niegdyś pół-kotołak pół-mag. Zachował dawne zdolności, choć są osłabione i nieużywane.
Wiek: 22, ale jako wampir dorastał tylko do dojrzałości biologicznej, około 17-19 lat.
Płeć: mężczyzna, ale istnieje możliwość że dowiesz się tego dopiero w łóżku.
Stanowisko: Łowca i wojownik
Aparycja: Wzdłuż kręgosłupa ciągną się runy będące formułą zaklęcia przywracającego młodość. Jest niższy od wysokiego Jumona i nieco wyższy od Hanneona. Jako urodzony kotołak ma wydłużone kły, ale podczas polowania wydłużają się znacznie bardziej przez wampiryzm. Ma smukłą, wątłą, przypominającą kobiecą budowę i wiele blizn na plecach i brzuchu po ranach zadanych przez pazury swoich morderców. Z twarzy jest podobny do Kiette. Kiedy nie poluje, ma brązowe oczy.
Zdolności: Ma dodatkowo wyostrzone kotołacze zmysły i jest bardzo szybki. Potrafi poruszać się bezszelestnie i wtopić w tło, jednak używa tego tylko przy polowaniach, woli się wyróżniać. Jest dość słaby, jedyna siła fizyczna, jaką ma to ta gdy wchodzi w stan łowcy. Świetnie za to rzuca nożami i posługuje się bronią wszelkiego rodzaju, choć cięższe z nich sprawiają mu dyskomfort. Wszystkie bodźce odbiera niesamowicie szybko, toteż jego refleks jest fenomenalny. Jest odporny na drobniejsze zranienia i na większość chorób. Potrafi zmienić się w kremowego, prążkowanego kota, ale zajmuje mu to dużo czasu i zabiera sporo energii. Nie zawsze też wychodzi pomyślnie. Podobnie z magią - jest w stanie najbliższym sobie żywiołem rozpalić ognisko, innymi pomóc rozkwitnąć roślinie, wylać wodę ze szklanki bez wykonywania jakiegokolwiek ruchu czy zdmuchnąć kartki ze stołu, ale niewiele poza tym. Nawet tak drobne rzeczy wymagają od niego dużego skupienia i silnej woli.
Zainteresowania: Sarazion uwielbia flirtować, szczególnie przy kuflu piwa albo z drinkiem w ręce. Lubi wszelkiego rodzaju rozrywkę - od jedno-nocnych romansów przez gry hazardowe do zdobywania jedzenia. Lubi też krew, ale jest to winą jego sadystycznych zapędów aniżeli bycia wampirem. Interesuje się bronią i sposobami jej wyrabiania.
Charakter: Jest uparty, śmiały, dumny i pewny siebie. A przy tym także odrobinę zboczony. Potrafi manipulować różnymi istotami, wykorzystując urok osobisty. Zazwyczaj odnosi się do wszystkiego z nonszalancją i jest szczery do bólu, a cyniczny uśmieszek nie schodzi mu z ust. Jest brutalny w zdobywaniu posiłku i nie przeszkadza mu marnowanie jedzenia - załatwia go więcej niż on i Jumon są w stanie zjeść. Jest wytrawnym kłamcą i wolnym duchem. Ma jednak ,,coś", co sprawia, że kobiety, a nawet mężczyźni, ulegają jego urokowi. Być może to jego styl bycia sprawia, że Sarazi jest gwiazdą, która kocha być w centrum uwagi. Jest agresywny, wybuchowy i ma cięty język. Jest też porywczy i sprytny. Często zerka na innych z pogardą, jednak prawdę mówiąc jest zamknięty w sobie. Potrafi być opiekuńczy tylko w stosunku do rodziny, chyba że uzna Cię za rodzinę albo się w Tobie zakocha, co jeszcze mu się nie zdarzyło i sam uważa, że to niemożliwe. Boi się samotności i mimo tego, że nie zawsze okazuje Jumonowi miłość czy szacunek, a częściej pyskuje i się buntuje, jest do niego silnie przywiązany. Chciałby być stworzony do wielkich rzeczy, ale widzi w sobie tylko ciemną duszę i twierdzi, że bez sensu walczyć z tym, kim jest, czyli z byciem wampirem. Nie obchodzi go nawet zwykła moralność, jest zagubiony i skupia się głównie na sobie. Prawda jest taka, że z determinacją szuka sensu życia, ale zabiera się do tego od niewłaściwej strony.
Historia: Urodził się jako trzeci w miocie wraz z dwoma swoimi braćmi i jedną siostrą, w grocie pod wodospadem w kraju dzikich kotołaków. Ich ojciec już wtedy nie żył. Zginął, kiedy tylko odkryto, że spoufalał się z magiem. Matka długo opiekowała się nim i jego rodzeństwem. Chciała uciec wraz ze swoimi dziećmi do jakiegoś innego, spokojniejszego miejsca. W noc, w którą miała zamiar to zrobić, kiedy nie świecił księżyc a ona poszła zebrać jakieś jedzenie, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, była świetnie zamaskowana. Sarazion oraz jego rodzeństwo, mając niewyobrażalne szczęście, nie zostali zidentyfikowani jako istoty półkrwi, a jeden z kotołaków nawet ich przygarnął. Wychowywali się tam dosyć spokojnie, choć Sarazi był największym urwisem i demoralizował resztę rodzeństwa a przy tym także inne kotki. Od najwcześniejszych lat miał problemy ze wzrokiem i z czasem utracił go całkowicie w prawym oku, a w lewym znacznie się osłabił. Kilka lat później Kiette przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności przy innych członkach sfory. Kotołaki postanowiły pozbyć się całej czwórki, wraz z ich opiekunem, ale Han i Kiet zdołali uciec, co niestety nie udało się Jumowi i Saraziemu. Ich świeże zwłoki znalazł żyjący w okolicy mag. Zrobiło mu się żal dwójki małych chłopców, sam miał już dorosłe dzieci, więc postanowił poeksperymentować, w efekcie sprawiając, że powstali jako nie do końca wampiry. Dopiero po kilku latach ich przemiana dopełniła się, a ich jedynym sycącym posiłkiem stała się ludzka krew. Dzięki przemianie, słabe oko Saraziego odzyskało sprawność, choć drugie pozostało ślepe. Pamiętając o matce i rodzeństwie, Sarazi i Jum w nadziei, że tamtym udało się przeżyć, wyruszyli na wędrówkę. W pierwotnym głodzie sprowadzili zagładę na jedną z wiosek, potem tylko Sarazion polował. Najwięcej czasu przebywali na dalekim wschodzie, nie uznając jednak tamtej kultury jako własną, choć Saraziemu spodobał się tamtejsza broń i język. To właśnie nim posłużył się przy doborze nowego imienia. Trzyma się cały czas z bratem, nie licząc wypadów do karczm i gospód, gdy Jumon śpi. Dotarli do Hidden przypadkiem, po drodze, choć znaleźli się tam od wschodu, a nie jak ich rodzeństwo - od północy.
Partner: Na stałe nie ma, chociaż nigdy nie zerwał z Rose, Mary ani Jacobem.
Rodzina:Nieznany z imienia ojciec zwany ,,Wspaniałym"
Minah-Tian - mama
Hanneon - starszy (o parę minut) brat
Jumon - starszy (o parę minut) brat
Kiette - młodsza (o parę minut) siostra
Towarzysz: -
Szczegóły:
* Jest biseksualny,
* Lubi alkohol i kiedy ma okazję to pije w nadmiarze,
* Nie widzi na prawe oko i dlatego nosi przepaskę,
* Jego ulubiona broń to sztylet noszony w cholewce buta,
* Być może jest czyimś ojcem, ale prawdopodobnie nigdy się tego nie dowie,
* Nie ma głowy do języków i włada tylko ojczystym i mową wspólną,
* W przeciwieństwie do Hanneona i Kiette, jego oczy nie zmieniają już barwy przy używaniu magii żywiołów a zyskują jedynie poświatę.
(* ,,Aku" pochodzi od japońskiego słowa ,,akuma" oznaczającego diabła lub demona, ,,shigani" to zaś zmieniona wersja ,,shinigami", czyli ,,bóg śmierci")
Autor: Lucy321
sobota, 11 marca 2017
środa, 8 marca 2017
Od Atlanta - Wypadek przy pracy
Nowi towarzysze krótko opowiedzieli z której strony świata mniej-więcej przywędrowali. Nikt jednak nie rozwijał się na temat swojej historii, jeszcze widocznie nie czuli się tutaj zbyt pewnie, miał jednak nadzieję że wszyscy staną się nieco aktywniejsi oraz bardziej otwarci tak by stworzyli wspólnotę jaką Alt zapamiętał z dzieciństwa. Najweselsza z tej małej gromadki wydawała się niebieska Louise, Tenzin badawczo przyglądał się leonisowi oraz innym podróżnikom, jego przyjaciółka snuła się za nim z pogardą spoglądając na innych. Halt coś mruczał pod nosem, a Kiette dreptała za nimi w ciszy wyraźnie zamyślona. Chłopak jeszcze raz postanowił wypróbować na nich swój dodatkowy zmysł ale, nie poczuł nic niepokojącego. A przynajmniej nie ze strony tej piątki, kawałek dalej wyczuł wyraźnie trzaskającą iskrami atmosferę. W pierwszej chwili powiedziałby że to Squall i Halt o coś mogą się kłócić, ale Halt był tutaj a piratka jakiś czas temu zniknęła. Więc musiał być to ktoś inny, a sądząc po miejscy w jakim są czyli na obrzeżach zamieszkanej części Hidden(o ile jakakolwiek część tutaj była zamieszkana).
-Myślę że będziecie mogli poznać dwoje innych tutejszych tubylców.- Uśmiechnął się nagle zmieniając kierunek, a idący za nim bez marudzenia poszli za nim.
-A ty skąd wiesz co?- Halt wybudził się z zamyślenia i zerknął ciekawsko na władce.
-Tam powinni być.- Zapomniał o kłach i wyszczerzył się w uśmiechu, tym razem jednak nie wywołało to aż tak strachliwej reakcji kotki. Atlant czując coraz bardziej narastające napięcie przyśpieszył kroku. Czy oni się nie pozabijają? Zza drzew usłyszeli głośny huk a zaraz po nim niezadowolony syk i wiązanka przekleństw której nie powstydził by się stary szewc.
-Patrz co wyczyniasz ty nieopierzony...
-Ja przynajmniej nie zrzucam innym tony drewna na głowę!- Damski i męsko głos jeszcze niewyraźnie dobiegał do uszu leonisa.
-Miałeś przybić tę głupią dechę! Nie moja wina że masz z tym problemy!
-To może byś pomogła zamiast się wygłupiać!- Podniesione głosy były coraz wyraźniejsze, ale mimo to nikt nie widział ich właścicieli. Dopiero po podniesieniu wzroku dostrzegli stojące na drewnianej platformie postaci. Na razie prowizorycznie sklecone deski przybite były koło dziesięciu metrów nad ziemią między trzema wierzchołkami drzew.
-Kto inny jak nie nasz sierściuch mógłby robić tyle hałasu...- Halt założył ręce na piersi i posłał Gambitowi wredny uśmieszek. Felin spojrzał w dół, był tak zaaferowany kłótnią że nie zwrócił uwagi na przyglądający im się tłumek.
-Czy choć jedna istota tutaj przypomina człowieka, albo chociaż tak się zachowuje?- Louise zwróciła się teatralnym szeptem do Halta który wyszczerzył się wertując w myślach wszystkich tutejszych mieszkańców.
-Jeśli Squall czy ja nie przypominamy cię ludzi to cóż... Ale spokojnie gorszych od tej chodzącej wredoty tutaj nie ma.
Atlant czując że powinien jakoś załagodzić konflikt przyłożył dłonie do ust by było go lepiej słychać. Mimo że był to bardziej teatralny gest, w końcu jego polecenia wyraźnie było słychać na polach bitew.
-Piękny punkt obserwacyjny, ale łatwiej się buduje jak deski są tam u góry a nie na ziemi.- Harpia sfrunęła do nich lądując z gracją tuż przed blondynem.Felin natomiast zaczął schodzić bardziej kocim sposobem- po pniu.
-I tak jeszcze dużo do zrobienia.- Westchnął dotykając ziemi.-W ogóle kto to?- Przechylił się patrząc na gromadkę.
-To? Nasi nowi członkowie!- Atlant wypiął dumnie pierś jak dziecko które przyjęło inne dzieci do swojej tajnej bazy. Malik popatrzył na wszystkich, ale jego wzrok zatrzymał się na wilku. Nieznacznie się zjeżył wtedy. No tak... koty i psowate? Takim będzie ciężko się polubić.
-Miło poznać. Jestem Ziio- Minstrelka wykonała skomplikowany ukłon szeleszcząc piórami na skrzydłach. -A to Gambit.- Dopowiedziała po chwili widząc że ten nie kwapi się do odpowiedzi.
-To są...- Chłopak szykował się żeby przedstawić nowicjuszy ale szybko mu przerwano.
-Wiem że honory honorami ale mówić chyba potrafią co?- Ziio zerknęła z miłym uśmiechem na stojących za plecami leonisa towarzyszami.
-Louise III Andrasta Quartz, ale wystarczy samo Louise.- Pierwsza z szeregu wystąpiła mała wojowniczka w jej ślad ruszył łącznik odzywając się z wolna.
-To jest Suowei a mnie zwą Tenzin.
-A ty?- Ziio pochyliła się do schowanej za Altem blondynki.
-Kiette.- Rzuciła krótko. Białowłosa pokiwała głową z zrozumieniem i wyprostowała się patrząc z powrotem na Atlanta.
-Widzę że szybko wam idzie. Proponuje skończyć to jutro a na razie może poszukamy jakiś budynków zdatnych do zamieszkania. Żeby przed zmrokiem Ci co potrzebują mogli zająć jakieś miejsce do spania. Obawiam się że w nocy może być burza.- Harpia odruchowo spojrzała w niebo i wzięła głębszy oddech. powietrze faktycznie zdawało się ciężkie i było czuć coś w powietrzu nawet jeśli na niebie nie było chmur.
-Mówisz o tych domkach blisko twojego?- Odezwał się Gambit stając przed opierzoną koleżanką, specjalnie odpychając ją na bok.
-Niektóre są tak duże że nawet kilka osób tam sie zmieści a później jak uda się odbudować resztę będziemy myśleć.
-Ledwie tutaj przyszliśmy a już chcesz nam dawać domy? To zbytek łaski.- Odezwała się Niebieska dumnie prężąc się w zbroi niczym rycerz. Atlant uśmiechnął się nieświadomie machając uszami i ogonem.
-Na razie najwyżej stare sienniki bo więcej nie mamy. Ale spokojnie z czasem będzie lepiej, w końcu jako dobry gospodarz muszę przyjąć nowych gości i mieszkańców.
***
~W sumie to dlaczego z nimi nie poszedłeś zobaczyć tych domów?~ Frelser wypuścił z nozdrzy chodne powietrze zadowolony z łyku alkoholu który dostał.
-Ja tam mogę spać wszędzie, więc powiedziałem że poczekam tutaj gdyby ktoś miał przyjść tutaj, jak na przykład na tutaj co nawet nie chce pokazać co jej dolega.- Felin jednoznacznie rzucił spojrzenie na Sztorm otwierającą kolejną butelkę.
-Jutro pobawisz się w doktorka, na razie daj mnie spokój puszku, albo cię ogolę.- Prychnęła śmiechem a jej oczy nieco zabłysły. Lisbeth która dotychczas wydawała się drzemać oparta o pień drzewa wstała i podeszła do nich, jednak z jakiegoś powodu obeszła Squall szerokim łukiem.
-Proponuje rozpalić ognisko zanim zrobi się ciemno.- Rzuciła idąc po drewno. Malik westchnął głośno wstając, natomiast piratka nawet nie drgnęła z miejsca. Nim łowczyni i kotowaty doszli do zebranej kupki chrustu potężna smocza łapa chwyciła wszystko i rzuciła w miejsce starego paleniska.
-Ale się wleczecie...- Oczy Szkwał błysnęły zbójecko gdy przybijała żółwika z ogonem smoka. Frelser pochylił się by zionąc ogniem ale ktoś go uprzedził z rozpalaniem. Zza domku wypadła ognista kula od której niemal natychmiastowo powstało ognisko. Z strony z której nadleciał dziwny płomień wyszedł zadowolony z siebie Atlant zdmuchujący dym z dłoni.
-Widzicie! Jeszcze nie wypadłem z wprawy. O Squall! Lisbeth! Jesteście przynajmniej wy, bo reszty jak widzę nadal nie ma.
-Jeśli jeszcze nie uciekli z powrotem do Sorsiny to może jak zgłodnieją to przyjdą.- Malik wrócił na swoje miejsce przy stole i kubku kawy. Całe towarzystwo rozsiadło się wokoło ognia. Wydawali się mało rozmowni. Nikt nic nie mówił, trwała martwa cisza, która nieco dołowała chłopaka. Ci ludzie i nieludzie wcale nie zdawali się nawet chcieć do siebie zbliżyć. Atlant spojrzał w stronę Ziio i Squall w nadziei że te dwie jakoś rozruszają towarzystwo. Piratka wyłapała spojrzenie blondyna i uśmiechnęła się zbójecko, a raczej w samych jej oczach błysnęły iskierki. Było to dla niej niemal jak prośba by tam mogła się "zabawić".
-Na razie się z nimi "pobawię', ale później musimy zamienić słówko...- Podniosła się z miejsca i przechodząc koło chłopaka poklepała go po ramieniu. Podeszła do ognia podając butelkę siedzącym przy ognisku postacią.
-Jeszcze się chyba słabo znamy co? Może zaczniemy od nowa... Ja jestem Squall...- Atlant postanowił usunąć się z pola rażenia zanim ta coś wywinie. Żeby jakby co nie było na niego. Jakoś sobie chyba poradzą prawda? Chłopak zaszył się gdzieś w gąszczu, wystarczająco daleko by zwykłe odgłosy rozmowy mu się przeszkadzały, ale w razie czego wyczuć co się dzieje. Był zaskoczony jak dobrze udawało mu się wykorzystywać jego umiejętności. Dlatego postanowił sprawdzić jeszcze jedną rzecz. Usiadł po turecku na ziemi i złączył pięści. Chwycił parę wdechów jak przed nurkowaniem. Dawno tego nie robił i bał się trochę ale gdy tylko uspokoił serce, zamknął oczy. Dziwne i mało przyjemne uczucie chłodu przeszyło cale jego ciało, po chwili jednak ustało. Otworzył powoli czy. Udało się! Wyszedł z swojej cielesnej formy. Chłopak aż podskoczył z radości próbując wydać z siebie okrzyk radości zamiast tego jednak wyszedł ,dźwięk podobny do połączenia trzasku ognia i szeptu wiatru. Obrócił się by zerknąć na swoje ciało, ale w tym momencie zamarł... Ciała nie było, nie wyczuwał też obecności kogokolwiek z Hidden. Czyli nie udało się, zdecydowanie się nie udało. Zaczął biegać w swojej spirytystycznej formie gorączkowo szukając ciała. Tak nie powinno być! Był niedoświadczony w opuszczaniu cielesnej powłoki co znaczyło że jeśli za długo spróbuje zostać w tej formie w końcu opadnie z sił i przepadnie zostawiając w lesie spokojnie oddychającą kobie siebie bez samego siebie. Powinien pojawić się tuż obok tak by w każdej chwili wrócić a nie nie wiadomo gdzie. Atlant zaczął warczeć i by odreagować uderzył z całej siły w drzewo. Jego ryk bardziej przypominał chrobot kamieni a miejsce w którym uderzył konar został osmolony ślad.
~Dobra, mam mało czasu muszę znaleźć swoje ciało, albo jakiekolwiek inne...~ Zaczął sam siebie uspokajać w myślach, czując że ta niematerialna forma już zaczyna słabnąć. W tym momencie do jego uszu i świadomości doszły odgłosy czyjejś bytności. Kawałek dalej na polanie siedział oparty o drzewo elf grający na fletni cichą, ale wesołą melodyjkę. Nieznajomy nawet nie wyczuł obecności niematerialnego bytu. Atlant postanowił się chwycić ostatniej deski ratunku jaka mu została - wepchnąć się do ciała nieznajomego. Elf przestał grać i podskoczył, uczucie dodatkowej świadomości nie było zbyt miłym uczuciem sądząc po jego reakcji.
~Wybacz, nie miałam za bardzo innych opcji...~W głowie chłopaka zadźwięczał głos leonisa, który szybko zaczął od tłumaczeń by za bardzo nie wystraszyć chłopaka.
~Nazywam się Atlant i wiem że to może zabrzmieć dziwnie, ale zgubiłem swoje ciało i potrzebowałem czyjegoś ciała by nie zniknąć. Czy mógłbyś pomóc mi znaleźć moje ciało Dirhaelu?~ Wyczytał z myśli imię chłopaka. To zapewne była najdziwniejsza prośba jaką dostał kiedykolwiek chłopak
<Dirhael? Cóż niecodzienne spotkanie, mam nadzieje że się spodoba :)>
-Myślę że będziecie mogli poznać dwoje innych tutejszych tubylców.- Uśmiechnął się nagle zmieniając kierunek, a idący za nim bez marudzenia poszli za nim.
-A ty skąd wiesz co?- Halt wybudził się z zamyślenia i zerknął ciekawsko na władce.
-Tam powinni być.- Zapomniał o kłach i wyszczerzył się w uśmiechu, tym razem jednak nie wywołało to aż tak strachliwej reakcji kotki. Atlant czując coraz bardziej narastające napięcie przyśpieszył kroku. Czy oni się nie pozabijają? Zza drzew usłyszeli głośny huk a zaraz po nim niezadowolony syk i wiązanka przekleństw której nie powstydził by się stary szewc.
-Patrz co wyczyniasz ty nieopierzony...
-Ja przynajmniej nie zrzucam innym tony drewna na głowę!- Damski i męsko głos jeszcze niewyraźnie dobiegał do uszu leonisa.
-Miałeś przybić tę głupią dechę! Nie moja wina że masz z tym problemy!
-To może byś pomogła zamiast się wygłupiać!- Podniesione głosy były coraz wyraźniejsze, ale mimo to nikt nie widział ich właścicieli. Dopiero po podniesieniu wzroku dostrzegli stojące na drewnianej platformie postaci. Na razie prowizorycznie sklecone deski przybite były koło dziesięciu metrów nad ziemią między trzema wierzchołkami drzew.
-Kto inny jak nie nasz sierściuch mógłby robić tyle hałasu...- Halt założył ręce na piersi i posłał Gambitowi wredny uśmieszek. Felin spojrzał w dół, był tak zaaferowany kłótnią że nie zwrócił uwagi na przyglądający im się tłumek.
-Czy choć jedna istota tutaj przypomina człowieka, albo chociaż tak się zachowuje?- Louise zwróciła się teatralnym szeptem do Halta który wyszczerzył się wertując w myślach wszystkich tutejszych mieszkańców.
-Jeśli Squall czy ja nie przypominamy cię ludzi to cóż... Ale spokojnie gorszych od tej chodzącej wredoty tutaj nie ma.
Atlant czując że powinien jakoś załagodzić konflikt przyłożył dłonie do ust by było go lepiej słychać. Mimo że był to bardziej teatralny gest, w końcu jego polecenia wyraźnie było słychać na polach bitew.
-Piękny punkt obserwacyjny, ale łatwiej się buduje jak deski są tam u góry a nie na ziemi.- Harpia sfrunęła do nich lądując z gracją tuż przed blondynem.Felin natomiast zaczął schodzić bardziej kocim sposobem- po pniu.
-I tak jeszcze dużo do zrobienia.- Westchnął dotykając ziemi.-W ogóle kto to?- Przechylił się patrząc na gromadkę.
-To? Nasi nowi członkowie!- Atlant wypiął dumnie pierś jak dziecko które przyjęło inne dzieci do swojej tajnej bazy. Malik popatrzył na wszystkich, ale jego wzrok zatrzymał się na wilku. Nieznacznie się zjeżył wtedy. No tak... koty i psowate? Takim będzie ciężko się polubić.
-Miło poznać. Jestem Ziio- Minstrelka wykonała skomplikowany ukłon szeleszcząc piórami na skrzydłach. -A to Gambit.- Dopowiedziała po chwili widząc że ten nie kwapi się do odpowiedzi.
-To są...- Chłopak szykował się żeby przedstawić nowicjuszy ale szybko mu przerwano.
-Wiem że honory honorami ale mówić chyba potrafią co?- Ziio zerknęła z miłym uśmiechem na stojących za plecami leonisa towarzyszami.
-Louise III Andrasta Quartz, ale wystarczy samo Louise.- Pierwsza z szeregu wystąpiła mała wojowniczka w jej ślad ruszył łącznik odzywając się z wolna.
-To jest Suowei a mnie zwą Tenzin.
-A ty?- Ziio pochyliła się do schowanej za Altem blondynki.
-Kiette.- Rzuciła krótko. Białowłosa pokiwała głową z zrozumieniem i wyprostowała się patrząc z powrotem na Atlanta.
-Widzę że szybko wam idzie. Proponuje skończyć to jutro a na razie może poszukamy jakiś budynków zdatnych do zamieszkania. Żeby przed zmrokiem Ci co potrzebują mogli zająć jakieś miejsce do spania. Obawiam się że w nocy może być burza.- Harpia odruchowo spojrzała w niebo i wzięła głębszy oddech. powietrze faktycznie zdawało się ciężkie i było czuć coś w powietrzu nawet jeśli na niebie nie było chmur.
-Mówisz o tych domkach blisko twojego?- Odezwał się Gambit stając przed opierzoną koleżanką, specjalnie odpychając ją na bok.
-Niektóre są tak duże że nawet kilka osób tam sie zmieści a później jak uda się odbudować resztę będziemy myśleć.
-Ledwie tutaj przyszliśmy a już chcesz nam dawać domy? To zbytek łaski.- Odezwała się Niebieska dumnie prężąc się w zbroi niczym rycerz. Atlant uśmiechnął się nieświadomie machając uszami i ogonem.
-Na razie najwyżej stare sienniki bo więcej nie mamy. Ale spokojnie z czasem będzie lepiej, w końcu jako dobry gospodarz muszę przyjąć nowych gości i mieszkańców.
***
~W sumie to dlaczego z nimi nie poszedłeś zobaczyć tych domów?~ Frelser wypuścił z nozdrzy chodne powietrze zadowolony z łyku alkoholu który dostał.
-Ja tam mogę spać wszędzie, więc powiedziałem że poczekam tutaj gdyby ktoś miał przyjść tutaj, jak na przykład na tutaj co nawet nie chce pokazać co jej dolega.- Felin jednoznacznie rzucił spojrzenie na Sztorm otwierającą kolejną butelkę.
-Jutro pobawisz się w doktorka, na razie daj mnie spokój puszku, albo cię ogolę.- Prychnęła śmiechem a jej oczy nieco zabłysły. Lisbeth która dotychczas wydawała się drzemać oparta o pień drzewa wstała i podeszła do nich, jednak z jakiegoś powodu obeszła Squall szerokim łukiem.
-Proponuje rozpalić ognisko zanim zrobi się ciemno.- Rzuciła idąc po drewno. Malik westchnął głośno wstając, natomiast piratka nawet nie drgnęła z miejsca. Nim łowczyni i kotowaty doszli do zebranej kupki chrustu potężna smocza łapa chwyciła wszystko i rzuciła w miejsce starego paleniska.
-Ale się wleczecie...- Oczy Szkwał błysnęły zbójecko gdy przybijała żółwika z ogonem smoka. Frelser pochylił się by zionąc ogniem ale ktoś go uprzedził z rozpalaniem. Zza domku wypadła ognista kula od której niemal natychmiastowo powstało ognisko. Z strony z której nadleciał dziwny płomień wyszedł zadowolony z siebie Atlant zdmuchujący dym z dłoni.
-Widzicie! Jeszcze nie wypadłem z wprawy. O Squall! Lisbeth! Jesteście przynajmniej wy, bo reszty jak widzę nadal nie ma.
-Jeśli jeszcze nie uciekli z powrotem do Sorsiny to może jak zgłodnieją to przyjdą.- Malik wrócił na swoje miejsce przy stole i kubku kawy. Całe towarzystwo rozsiadło się wokoło ognia. Wydawali się mało rozmowni. Nikt nic nie mówił, trwała martwa cisza, która nieco dołowała chłopaka. Ci ludzie i nieludzie wcale nie zdawali się nawet chcieć do siebie zbliżyć. Atlant spojrzał w stronę Ziio i Squall w nadziei że te dwie jakoś rozruszają towarzystwo. Piratka wyłapała spojrzenie blondyna i uśmiechnęła się zbójecko, a raczej w samych jej oczach błysnęły iskierki. Było to dla niej niemal jak prośba by tam mogła się "zabawić".
-Na razie się z nimi "pobawię', ale później musimy zamienić słówko...- Podniosła się z miejsca i przechodząc koło chłopaka poklepała go po ramieniu. Podeszła do ognia podając butelkę siedzącym przy ognisku postacią.
-Jeszcze się chyba słabo znamy co? Może zaczniemy od nowa... Ja jestem Squall...- Atlant postanowił usunąć się z pola rażenia zanim ta coś wywinie. Żeby jakby co nie było na niego. Jakoś sobie chyba poradzą prawda? Chłopak zaszył się gdzieś w gąszczu, wystarczająco daleko by zwykłe odgłosy rozmowy mu się przeszkadzały, ale w razie czego wyczuć co się dzieje. Był zaskoczony jak dobrze udawało mu się wykorzystywać jego umiejętności. Dlatego postanowił sprawdzić jeszcze jedną rzecz. Usiadł po turecku na ziemi i złączył pięści. Chwycił parę wdechów jak przed nurkowaniem. Dawno tego nie robił i bał się trochę ale gdy tylko uspokoił serce, zamknął oczy. Dziwne i mało przyjemne uczucie chłodu przeszyło cale jego ciało, po chwili jednak ustało. Otworzył powoli czy. Udało się! Wyszedł z swojej cielesnej formy. Chłopak aż podskoczył z radości próbując wydać z siebie okrzyk radości zamiast tego jednak wyszedł ,dźwięk podobny do połączenia trzasku ognia i szeptu wiatru. Obrócił się by zerknąć na swoje ciało, ale w tym momencie zamarł... Ciała nie było, nie wyczuwał też obecności kogokolwiek z Hidden. Czyli nie udało się, zdecydowanie się nie udało. Zaczął biegać w swojej spirytystycznej formie gorączkowo szukając ciała. Tak nie powinno być! Był niedoświadczony w opuszczaniu cielesnej powłoki co znaczyło że jeśli za długo spróbuje zostać w tej formie w końcu opadnie z sił i przepadnie zostawiając w lesie spokojnie oddychającą kobie siebie bez samego siebie. Powinien pojawić się tuż obok tak by w każdej chwili wrócić a nie nie wiadomo gdzie. Atlant zaczął warczeć i by odreagować uderzył z całej siły w drzewo. Jego ryk bardziej przypominał chrobot kamieni a miejsce w którym uderzył konar został osmolony ślad.
~Dobra, mam mało czasu muszę znaleźć swoje ciało, albo jakiekolwiek inne...~ Zaczął sam siebie uspokajać w myślach, czując że ta niematerialna forma już zaczyna słabnąć. W tym momencie do jego uszu i świadomości doszły odgłosy czyjejś bytności. Kawałek dalej na polanie siedział oparty o drzewo elf grający na fletni cichą, ale wesołą melodyjkę. Nieznajomy nawet nie wyczuł obecności niematerialnego bytu. Atlant postanowił się chwycić ostatniej deski ratunku jaka mu została - wepchnąć się do ciała nieznajomego. Elf przestał grać i podskoczył, uczucie dodatkowej świadomości nie było zbyt miłym uczuciem sądząc po jego reakcji.
~Wybacz, nie miałam za bardzo innych opcji...~W głowie chłopaka zadźwięczał głos leonisa, który szybko zaczął od tłumaczeń by za bardzo nie wystraszyć chłopaka.
~Nazywam się Atlant i wiem że to może zabrzmieć dziwnie, ale zgubiłem swoje ciało i potrzebowałem czyjegoś ciała by nie zniknąć. Czy mógłbyś pomóc mi znaleźć moje ciało Dirhaelu?~ Wyczytał z myśli imię chłopaka. To zapewne była najdziwniejsza prośba jaką dostał kiedykolwiek chłopak
<Dirhael? Cóż niecodzienne spotkanie, mam nadzieje że się spodoba :)>
poniedziałek, 6 marca 2017
Zawsze trzeba wiedzieć kiedy kończy się jakiś etap w naszym życiu. Jeżeli uparcie chcemy w nim tkwić dłużej niż to konieczne, tracimy radość i szansę poznania tego co przed nami.
Imię: Wyjątkowo proste jak na standardy jego krainy i całkiem przyjemnie brzmiące: Dirhael. Tam skąd pochodzi imię jest cenne i ważne. Nie stanowi przypadkowego zlepku liter, lecz ma znaczenie i zawiera w sobie choć cząstkę natury posiadacza. Dlatego też wszelkie próby skrócenia sobie tego jakże istotnego miana są odbierane jako absolutny brak taktu. Popełnienie tak niesmacznego, choć przecież błahego błędu znacząco utrudnia jakiekolwiek przyjazne relacje z obrażonym, lecz Dirhael świadom różnic kulturowych przymyka oko na niezamierzone obrażanie go i cierpliwie tłumaczy gdzie został popełniony błąd oraz prosi o to, by następnym razem na to uważać.
Nazwisko: Dirhael nie posiada własnego nazwiska, bo dopóki nie opuścił rodzinnego domu właściwie go nie potrzebował. Przedstawiał się imieniem i wszyscy wiedzieli, że jest właśnie tym, kim jest i nie było żadnych problemów. Sytuacja uległa jednak zmianie i nazwisko stało się mu potrzebne. Zmyślił je przy pierwszej lepszej okazji i posługuje się mianem Rovidan.
Przydomek: W czasie licznych podróży przylgnęło do niego wiele tytułów, które Dirhael wspomina z uśmiechem na twarzy. Uważa, że to dlatego, iż każdy z nich ma swoje znaczenie i miejsce w jego historii. Ponadto Dirhael już dawno temu zrozumiał, że ludzie wiecznie będą go okrzykiwać nazwami bezpośrednio nawiązującymi do natury, więc polubił i to. Najstarszym z nich i jednocześnie najmilszym sercu chłopaka jest Słowik. Lubi także, gdy zwracają się do niego per Włóczykij. Pewnego razu, młoda kobietka, która wyrwała się matce, żeby przyjrzeć się mu dokładniej, okrzyknęła go Listkiem i tak też mu zostało. Chłopak uwielbia przytaczać historię każdego ze swych pseudonimów, by jego rozmówca mógł zrozumieć okoliczności nadania mu, na przykład, wiele mówiącego tytułu Chochlik lub Fiołek.
Rasa: Ludzie na pierwszy rzut oka przypisują mu elfie pochodzenie. Jemu taki stan rzeczy wcale nie przeszkadza, bo w jakimś procencie jest to najszczersza prawda. Przy bliższym poznaniu go także i ta część jego natury, która elfia nie jest, żadnej tajemnicy nie stanowi. Słowik bowiem ma też w rodzinie driady i nigdy nie czuł się w obowiązku zatajać faktu, że jest mieszańcem. Ba, jego cieszy ta miła dla oka i ucha odmienność!
Wiek: Liczy sobie równo 145 lat. Daleko mu jeszcze do tych doświadczonych minionymi wiekami elfów z jego rodzinnej wioski, ale dzieciakiem już nie jest. Czuje się na maksymalnie 19 ludzkich lat i tak też najczęściej zdarza mu się zachowywać.
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Oczywistą oczywistością jest to, że wybór Dirhaela padł w pierwszej kolejności na artystę oraz zielarza. Czułby się po prostu źle gdyby nie użyczał swej wiedzy o świecie roślin w imię wyższych celów. Za bardzo kocha też muzykę, więc tak czy siak byłby nierejestrowanym pieśniarzem, a nie widzi sensu się z tym kryć.
Aparycja: Słowik jest całkiem wysokim, szczupłym chłopakiem, który nawet pomimo szczerych chęci nijak nie potrafi wzbudzić w nikim strachu. Na szczęście Dirhael nie potrzebuje tej cechy i jest całkiem zadowolony z tego jak wygląda. Wiecznie rozczochrane miedziane (lub według niektórych pomarańczowe) włosy w połączeniu z oczami koloru młodych listków sprawiają, że Słowik nie ma się czego wstydzić. Uroku dodaje mu także uśmiech, który tak rzadko ustępuje miejsca innym grymasom, że niejeden znajomy Włóczykija jest święcie przekonany, że właśnie tak wygląda naturalny wyraz jego twarzy. Poza tym jego nieodłącznymi atrybutami są pozornie byle jaki, sękaty kostur i ewidentnie nadgryziony zębem czasu, skórzany worek, w którym chłopak zwykł nosić w czasie swych podróży cały dobytek (W tym jakże cenny dla niego notes z zapiskami dotyczącymi krain i miejsc, które zwiedził.). Zwykle nosi też przy sobie fletnię pana czy lirę, a w worku na ogół upchnięty ma też prosty flet.
Zdolności: Dirhael jest nad wyraz sprawny fizycznie i choć nie mowa tu o szerokim wachlarzu figur akrobatycznych, łatwość z jaką pokonuje przeszkody wymagające kociej precyzji potrafi zachwycić. Zwłaszcza, że Słowik najwyraźniej nie jest świadom swojej naturalnej lekkości i gracji z jaką potrafi się poruszać.W ramach rekompensaty doskonale zdaje sobie sprawę z talentu muzycznego i uwielbia dzielić się nim ze światem. Potrafi zagrać na lirze, flecie i fletni pana i jest z tego powodu na tyle zadowolony, że nie poszukuje nowych instrumentów muzycznych. Ma też rękę do roślin i przedziwny dar przyciągania do siebie zwierząt i niezmiernie mu z tym dobrze. Od biedy potrafi się całkiem skutecznie bić, lecz prędzej sam sobie zrobi krzywdę niż kogoś trwale uszkodzi. Opanował także zdolność posługiwania się karambitem, więc nie jest całkowicie bezbronny, bo nosi przy sobie najgroźniejszy nóż świata. Potrafi też używać swojego kija do znacznie kreatywniejszych rzeczy niż podpieranie się w trasie. Do bagażu jego zdolności można by także zaliczyć manipulację roślinnością i naginanie jej do swojej woli (choć tutaj Dirhael jest tylko odrobinkę bardziej wtajemniczony niż kompletnie zielony w temacie nowicjusz). Nie jest najzdolniejszym magiem na planecie, chociaż stara się uczyć nowych, przydatnych czarów z odłamu tej dobrej magii, ale przez słaby dostęp do wiedzy z tego zakresu do tej pory szło mu to dość opornie. Mimo wszystko nie poddał się i eksperymentował na własną rękę. Chłopak zdaje się także doskonale rozumieć naturę, a nawet sprawia wrażenie jakby był w stanie z nią porozmawiać tak, by zdradziła mu swoje sekrety. Co jeszcze dziwniejsze takie cuda dzieją się naprawdę, co tłumaczy dlaczego Dirhael jest tak świetnym tropicielem oraz skąd w środku lasu wie, że w mieście niedobrze się dzieje. Jednakże zwykle nie przyznaje się do tego tak po prostu, bo zbyt wiele razy widział na twarzach powątpiewanie i niedowierzanie, gdy na pytanie o to skąd wie takie rzeczy, odpowiadał: "Wiatr mi powiedział.".
Zainteresowania: Nikogo nie zdziwi chyba to, że Słowik kocha muzykę. Ma melodyjny głos, więc często zdarza mu się podśpiewywać bez żadnej okazji lub przy pracy, bo zwyczajnie to lubi. Z niemalże równą pasją oddaje się studiowaniu nowych zagadnień czy próbowaniu coraz to innych rzeczy. Za swoje hobby uznaje gromadzenie unikalnych doświadczeń. Często można także zastać go z książką. Fascynuje go cały świat natury. Nie trudno więc zgadnąć, że Dirhael potrafi spędzić cały dzień na gałęzi drzewa, słuchając śpiewu ptaków, szumu wiatru pomiędzy liśćmi i obserwując obłoki leniwie płynące po niebie. Interesującym go zajęciem jest także włóczenie się bez konkretnego planu. Kiedyś próbował swoich sił w malarstwie, lecz uznał, że to nie jest zajęcie dla niego i zadowala się zwyczajnym prostym szkicowaniem kawałkiem węgla, choć nie uważa, by miał do tego szczególne powołanie.
Charakter: Dirhael poproszony o wymienienie najważniejszej dla niego wartości, bez zająknięcia odparłby: "Wolność!". Słowik spętany zakazami, ograniczeniami czy surowymi zasadami nie czuje się dobrze. Pod tym względem jest jak przypisany mu pseudonimem ptak - na wolności śpiewa piękniej niż w klatce. Reprezentuje ten typ osoby, której do szczęścia potrzeba jedynie nieba nad głową i otwartej drogi przed sobą. Chłopak z całą pewnością jest marzycielem i kocha rozmyślać nad nieraz błahymi sprawami. To wolna dusza, która znajduje przyjemność w beztroskim odkrywaniu tajemnic świata i robi to z niezwykłą pasją i zaangażowaniem. Włóczykij, jak przystało na kogoś jego pokroju, stanowi idealny przykład człowieka nie znającego pojęcia punktualności i odpowiedzialności. Choć jeśli obieca, że coś zrobi, na pewno uda mu się dotrzymać danego słowa, bo nie ma dla niego gorszego wstydu niż zawiedzenie kogoś, kto mu zaufał. Dirhael jest też prostolinijny i rozbrajająco szczery, a przy tym cechuje go nieco dziecinna ciekawość. Czasem zdarzy mu się popełnić wyjątkowo nietaktowną wpadkę, bo pyta o wszystko co go zaciekawi, a wyjątkowo łatwo go zafascynować własną osobą. Wobec tego wielu ludzi zarzuca mu wścibstwo nad którym chłopak stara się panować, lecz zwyczajnie mu nie wychodzi. Ma jednak świadomość tego, więc na równi z niewygodnymi pytaniami stara się przepraszać za nie, jeśli zauważy, że w jakiś sposób uraziło to rozmówcę. Słowik jest doskonałym obserwatorem, więc nie sposób zataić przed nim żadnego szczegółu. Drgnięcie mięśnia pod okiem lub ledwo dostrzegalny grymas potrafią powiedzieć mu więcej, niż jego rozmówca by sobie tego życzył. Chłopak, choć nie jest pozbawiony wad, ściąga sympatię otoczenia. Sam ma na ten temat teorię, że szczerym uśmiechem i dobrym słowem jest w stanie wskórać więcej niż gdyby został kolejnym stereotypowym czarnym charakterem. Dirhael jest radosną osobą i uwielbia żartować. Czemuś przecież zawdzięcza miano Chochlika, więc jego żarty przybierają raz na jakiś czas czysto złośliwy wydźwięk, lecz mimo wszystko są to niewinne, nieczyniące szkody dowcipy. Chłopak zdaje się być wulkanem energii i zaraża okolicę pozytywnym nastrojem i motywacją. Mimo to potrafi usiąść czasem gdzieś na boku i zwyczajnie obserwować, nawet nie zwracając na siebie uwagi. Wbrew pozorom Dirhael jest skromny i dobrym komplementem bez trudu można przyprawić go o wyjątkowo widoczne na cerze rudzielca rumieńce. Nie liczy się dla niego wygląd zewnętrzny, bo zbyt wiele razy w czasie swoich podróży spotykał ludzi o "brzydkich twarzach", a jednak pięknym wnętrzu. Zresztą, ktoś pokroju Słowika nie dba o nic, co przyziemne. Ani pieniądze go nie interesują, ani ogólna opinia. Sam uważa, że jest tym, kim jest i nie widzi sensu się zmieniać, by dopasować się do towarzystwa, bo łatwiej zmienić kompanów na takich, którzy polubią jego charakter, a nie nikłe korzyści płynące z tej znajomości (Przecież nie ma zbyt wielu korzyści płynących z utrzymywania kontaktu z biednym jak mysz kościelna włóczęgą, czyż nie?). Bywa też nieco sentymentalny i kocha zbierać pamiątki - w jego notesie znajduje się pełno wysuszonych liści, piórek i wszystkiego co tylko znalazł i uznał za godne zachowania. W gruncie rzeczy nie szuka z nikim zwady i stara się być miły oraz pomocny, bo sam traktuje ludzi tak, jak chciałby być traktowany, zatem równy szacunek okaże biedakowi i ważnej osobistości. Cechuje go także skromność, bo sądzi, że nie ma się czym chwalić, ani tym bardziej przechwalać.
Historia: Jego historia jest wyjątkowo prosta i przyjemna. Urodził się w krainie nie ujętej nazwą na żadnej mapie, a mieszkańcy tego leśnego państewka zwykli zwać je po prostu Domem i tak też się utarło. Dzieciństwo Dirhaela nie było ani tragiczne, ani smutne. Nie był może gwiazdą wśród rówieśników i nigdy szczególnie się nie wyróżniał w żaden sposób, ale nikt mu nie dokuczał. W ten sposób przeżył najmłodsze lata swojego życia i ma co wspominać z tego okresu, gdyż razem z przyjaciółmi nie należał do tych stuprocentowo grzecznych dzieci. W wieku mniej więcej stu lat uznał, że Dom stał się dla niego zbyt ciasny, więc nie mówiąc nic nikomu, spakował swoje rzeczy i wyruszył w świat. Zostawił rodzicom jedynie krótką notkę o tym, żeby zbytnio się nie martwili i, że od czasu do czasu będzie pisał o tym jak bardzo tęskni i gdzie zawiodła go droga. W taki właśnie sposób od czterdziestu pięciu lat wałęsa się po świecie bez planu, ani celu i nie przeszkadza mu wcale ten stan rzeczy. Miał w tym czasie zbyt wiele przygód i poznał zbyt wielu ludzi, by chciało się to komukolwiek przytaczać po kolei. Do Hidden przybył całkiem niedawno i wydaje mu się, że osiądzie w jednym miejscu na nieco dłużej niż parę dni, gdyż nawet osobę pokroju Włóczykija dopada czasem zmęczenie życiem w nieustającej podróży.
Partner: Jest taka jedna, która skradła jego serce, a później na własne oczy widział jak je depcze i grzebie pod płotem. W wyniku przykrego doświadczenia Dirhael stał się ostrożniejszy i mniej ufny w kwestii zawierania związków, lecz stara się nie wykluczać ostatecznie opcji, że znajdzie sobie odpowiednią towarzyszkę.
Rodzina: Ma matkę i ojca oraz siostrę. Swego czasu utrzymywał z nimi bardzo dobry kontakt, ale jakoś zbyt często zaczął zmieniać miejsca pobytu, więc urwało się to. Słowik z przyjemnością powróciłby do pisania listów do domu, a teraz gdy osiadł na nieco dłużej w jednym miejscu może okazać się to możliwe do zrealizowania.
Towarzysz: Wędrował z wieloma towarzyszami, żaden z nich jednakże nie został z nim na stałe. Może to i lepiej, że zwierzęta i tak ostatecznie wybierały wolność?
Szczegóły: *Włóczykij jest wegetarianinem z potrzeby. Nie dość, że rozumie zwierzęta, więc dobrze zna uczucia towarzyszące ich śmierci, to jeszcze mdli go na sam widok mięsa. Nie jest jednak tym typem wegetarianina, który usiłuje nawrócić świat na jego dietę. Potrafi nawet z uśmiechem życzyć siadającym do pieczeni smacznego i nie widzi w tym żadnego problemu. Wyznaje zasadę, iż to, że on unika zjadania tego typu pokarmów nie oznacza od razu, że inni także mają je potępiać. O gustach się przecież nie dyskutuje.
*Prawdę powiedziawszy pojęcia nie ma gdzie leży jego ojczyzna, gdyż ta nijak się nie nazywała. Nie wie też jak tam trafić. Nigdy nie korzystał z żadnych map, więc nie byłby w stanie wskazać nawet gdzie był. Pamięta tylko nazwy i nazwiska, lecz nie sposób, by wskazał którędy szedł.
*Jego ulubioną porą dnia jest wczesny ranek i kocha wschody słońca oraz pierwsze śpiewy ptaków zbudzone tym niezwykłym zjawiskiem, więc z reguły właśnie o wschodzie wstaje. Można zatem przypuszczać, że jak na elfa i driadę przystało żyje zgodnie z rytmem przyrody, odpoczywając w nocy, gdy świat pogrążony jest we śnie i budzi się wraz z naturą w pierwszych promieniach słońca. Odpowiada mu taki styl życia.
*Ma niezwykłą słabość do kwiatów i doskonale zna ich znaczenia, więc żaden podarowany przez niego kwiat nie był nigdy bezpodstawnie i nieświadomie użyty. Jeden z jego pseudonimów - Fiołek - wziął się od tego, że pewna stara zielarka, u której przez pewien czas mieszkał, poznawszy się na charakterze Dirhaela nadała mu miano znaczące "skromna wartość", a on przystał na to, doskonale zdając sobie sprawę z prawdziwości tego tytułu.
*Żyje dość czasu, by używany przez niego język w niewielkim stopniu różnił się od języka współczesnego. Nie przeszkadza mu to dopóki wszyscy są w stanie to zrozumieć, bo w przedziwny sposób dodaje mu to wyjątkowości.
Autor: Apocalypse Rider
Nazwisko: Dirhael nie posiada własnego nazwiska, bo dopóki nie opuścił rodzinnego domu właściwie go nie potrzebował. Przedstawiał się imieniem i wszyscy wiedzieli, że jest właśnie tym, kim jest i nie było żadnych problemów. Sytuacja uległa jednak zmianie i nazwisko stało się mu potrzebne. Zmyślił je przy pierwszej lepszej okazji i posługuje się mianem Rovidan.
Przydomek: W czasie licznych podróży przylgnęło do niego wiele tytułów, które Dirhael wspomina z uśmiechem na twarzy. Uważa, że to dlatego, iż każdy z nich ma swoje znaczenie i miejsce w jego historii. Ponadto Dirhael już dawno temu zrozumiał, że ludzie wiecznie będą go okrzykiwać nazwami bezpośrednio nawiązującymi do natury, więc polubił i to. Najstarszym z nich i jednocześnie najmilszym sercu chłopaka jest Słowik. Lubi także, gdy zwracają się do niego per Włóczykij. Pewnego razu, młoda kobietka, która wyrwała się matce, żeby przyjrzeć się mu dokładniej, okrzyknęła go Listkiem i tak też mu zostało. Chłopak uwielbia przytaczać historię każdego ze swych pseudonimów, by jego rozmówca mógł zrozumieć okoliczności nadania mu, na przykład, wiele mówiącego tytułu Chochlik lub Fiołek.
Rasa: Ludzie na pierwszy rzut oka przypisują mu elfie pochodzenie. Jemu taki stan rzeczy wcale nie przeszkadza, bo w jakimś procencie jest to najszczersza prawda. Przy bliższym poznaniu go także i ta część jego natury, która elfia nie jest, żadnej tajemnicy nie stanowi. Słowik bowiem ma też w rodzinie driady i nigdy nie czuł się w obowiązku zatajać faktu, że jest mieszańcem. Ba, jego cieszy ta miła dla oka i ucha odmienność!
Wiek: Liczy sobie równo 145 lat. Daleko mu jeszcze do tych doświadczonych minionymi wiekami elfów z jego rodzinnej wioski, ale dzieciakiem już nie jest. Czuje się na maksymalnie 19 ludzkich lat i tak też najczęściej zdarza mu się zachowywać.
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Oczywistą oczywistością jest to, że wybór Dirhaela padł w pierwszej kolejności na artystę oraz zielarza. Czułby się po prostu źle gdyby nie użyczał swej wiedzy o świecie roślin w imię wyższych celów. Za bardzo kocha też muzykę, więc tak czy siak byłby nierejestrowanym pieśniarzem, a nie widzi sensu się z tym kryć.
Aparycja: Słowik jest całkiem wysokim, szczupłym chłopakiem, który nawet pomimo szczerych chęci nijak nie potrafi wzbudzić w nikim strachu. Na szczęście Dirhael nie potrzebuje tej cechy i jest całkiem zadowolony z tego jak wygląda. Wiecznie rozczochrane miedziane (lub według niektórych pomarańczowe) włosy w połączeniu z oczami koloru młodych listków sprawiają, że Słowik nie ma się czego wstydzić. Uroku dodaje mu także uśmiech, który tak rzadko ustępuje miejsca innym grymasom, że niejeden znajomy Włóczykija jest święcie przekonany, że właśnie tak wygląda naturalny wyraz jego twarzy. Poza tym jego nieodłącznymi atrybutami są pozornie byle jaki, sękaty kostur i ewidentnie nadgryziony zębem czasu, skórzany worek, w którym chłopak zwykł nosić w czasie swych podróży cały dobytek (W tym jakże cenny dla niego notes z zapiskami dotyczącymi krain i miejsc, które zwiedził.). Zwykle nosi też przy sobie fletnię pana czy lirę, a w worku na ogół upchnięty ma też prosty flet.
Zdolności: Dirhael jest nad wyraz sprawny fizycznie i choć nie mowa tu o szerokim wachlarzu figur akrobatycznych, łatwość z jaką pokonuje przeszkody wymagające kociej precyzji potrafi zachwycić. Zwłaszcza, że Słowik najwyraźniej nie jest świadom swojej naturalnej lekkości i gracji z jaką potrafi się poruszać.W ramach rekompensaty doskonale zdaje sobie sprawę z talentu muzycznego i uwielbia dzielić się nim ze światem. Potrafi zagrać na lirze, flecie i fletni pana i jest z tego powodu na tyle zadowolony, że nie poszukuje nowych instrumentów muzycznych. Ma też rękę do roślin i przedziwny dar przyciągania do siebie zwierząt i niezmiernie mu z tym dobrze. Od biedy potrafi się całkiem skutecznie bić, lecz prędzej sam sobie zrobi krzywdę niż kogoś trwale uszkodzi. Opanował także zdolność posługiwania się karambitem, więc nie jest całkowicie bezbronny, bo nosi przy sobie najgroźniejszy nóż świata. Potrafi też używać swojego kija do znacznie kreatywniejszych rzeczy niż podpieranie się w trasie. Do bagażu jego zdolności można by także zaliczyć manipulację roślinnością i naginanie jej do swojej woli (choć tutaj Dirhael jest tylko odrobinkę bardziej wtajemniczony niż kompletnie zielony w temacie nowicjusz). Nie jest najzdolniejszym magiem na planecie, chociaż stara się uczyć nowych, przydatnych czarów z odłamu tej dobrej magii, ale przez słaby dostęp do wiedzy z tego zakresu do tej pory szło mu to dość opornie. Mimo wszystko nie poddał się i eksperymentował na własną rękę. Chłopak zdaje się także doskonale rozumieć naturę, a nawet sprawia wrażenie jakby był w stanie z nią porozmawiać tak, by zdradziła mu swoje sekrety. Co jeszcze dziwniejsze takie cuda dzieją się naprawdę, co tłumaczy dlaczego Dirhael jest tak świetnym tropicielem oraz skąd w środku lasu wie, że w mieście niedobrze się dzieje. Jednakże zwykle nie przyznaje się do tego tak po prostu, bo zbyt wiele razy widział na twarzach powątpiewanie i niedowierzanie, gdy na pytanie o to skąd wie takie rzeczy, odpowiadał: "Wiatr mi powiedział.".
Zainteresowania: Nikogo nie zdziwi chyba to, że Słowik kocha muzykę. Ma melodyjny głos, więc często zdarza mu się podśpiewywać bez żadnej okazji lub przy pracy, bo zwyczajnie to lubi. Z niemalże równą pasją oddaje się studiowaniu nowych zagadnień czy próbowaniu coraz to innych rzeczy. Za swoje hobby uznaje gromadzenie unikalnych doświadczeń. Często można także zastać go z książką. Fascynuje go cały świat natury. Nie trudno więc zgadnąć, że Dirhael potrafi spędzić cały dzień na gałęzi drzewa, słuchając śpiewu ptaków, szumu wiatru pomiędzy liśćmi i obserwując obłoki leniwie płynące po niebie. Interesującym go zajęciem jest także włóczenie się bez konkretnego planu. Kiedyś próbował swoich sił w malarstwie, lecz uznał, że to nie jest zajęcie dla niego i zadowala się zwyczajnym prostym szkicowaniem kawałkiem węgla, choć nie uważa, by miał do tego szczególne powołanie.
Charakter: Dirhael poproszony o wymienienie najważniejszej dla niego wartości, bez zająknięcia odparłby: "Wolność!". Słowik spętany zakazami, ograniczeniami czy surowymi zasadami nie czuje się dobrze. Pod tym względem jest jak przypisany mu pseudonimem ptak - na wolności śpiewa piękniej niż w klatce. Reprezentuje ten typ osoby, której do szczęścia potrzeba jedynie nieba nad głową i otwartej drogi przed sobą. Chłopak z całą pewnością jest marzycielem i kocha rozmyślać nad nieraz błahymi sprawami. To wolna dusza, która znajduje przyjemność w beztroskim odkrywaniu tajemnic świata i robi to z niezwykłą pasją i zaangażowaniem. Włóczykij, jak przystało na kogoś jego pokroju, stanowi idealny przykład człowieka nie znającego pojęcia punktualności i odpowiedzialności. Choć jeśli obieca, że coś zrobi, na pewno uda mu się dotrzymać danego słowa, bo nie ma dla niego gorszego wstydu niż zawiedzenie kogoś, kto mu zaufał. Dirhael jest też prostolinijny i rozbrajająco szczery, a przy tym cechuje go nieco dziecinna ciekawość. Czasem zdarzy mu się popełnić wyjątkowo nietaktowną wpadkę, bo pyta o wszystko co go zaciekawi, a wyjątkowo łatwo go zafascynować własną osobą. Wobec tego wielu ludzi zarzuca mu wścibstwo nad którym chłopak stara się panować, lecz zwyczajnie mu nie wychodzi. Ma jednak świadomość tego, więc na równi z niewygodnymi pytaniami stara się przepraszać za nie, jeśli zauważy, że w jakiś sposób uraziło to rozmówcę. Słowik jest doskonałym obserwatorem, więc nie sposób zataić przed nim żadnego szczegółu. Drgnięcie mięśnia pod okiem lub ledwo dostrzegalny grymas potrafią powiedzieć mu więcej, niż jego rozmówca by sobie tego życzył. Chłopak, choć nie jest pozbawiony wad, ściąga sympatię otoczenia. Sam ma na ten temat teorię, że szczerym uśmiechem i dobrym słowem jest w stanie wskórać więcej niż gdyby został kolejnym stereotypowym czarnym charakterem. Dirhael jest radosną osobą i uwielbia żartować. Czemuś przecież zawdzięcza miano Chochlika, więc jego żarty przybierają raz na jakiś czas czysto złośliwy wydźwięk, lecz mimo wszystko są to niewinne, nieczyniące szkody dowcipy. Chłopak zdaje się być wulkanem energii i zaraża okolicę pozytywnym nastrojem i motywacją. Mimo to potrafi usiąść czasem gdzieś na boku i zwyczajnie obserwować, nawet nie zwracając na siebie uwagi. Wbrew pozorom Dirhael jest skromny i dobrym komplementem bez trudu można przyprawić go o wyjątkowo widoczne na cerze rudzielca rumieńce. Nie liczy się dla niego wygląd zewnętrzny, bo zbyt wiele razy w czasie swoich podróży spotykał ludzi o "brzydkich twarzach", a jednak pięknym wnętrzu. Zresztą, ktoś pokroju Słowika nie dba o nic, co przyziemne. Ani pieniądze go nie interesują, ani ogólna opinia. Sam uważa, że jest tym, kim jest i nie widzi sensu się zmieniać, by dopasować się do towarzystwa, bo łatwiej zmienić kompanów na takich, którzy polubią jego charakter, a nie nikłe korzyści płynące z tej znajomości (Przecież nie ma zbyt wielu korzyści płynących z utrzymywania kontaktu z biednym jak mysz kościelna włóczęgą, czyż nie?). Bywa też nieco sentymentalny i kocha zbierać pamiątki - w jego notesie znajduje się pełno wysuszonych liści, piórek i wszystkiego co tylko znalazł i uznał za godne zachowania. W gruncie rzeczy nie szuka z nikim zwady i stara się być miły oraz pomocny, bo sam traktuje ludzi tak, jak chciałby być traktowany, zatem równy szacunek okaże biedakowi i ważnej osobistości. Cechuje go także skromność, bo sądzi, że nie ma się czym chwalić, ani tym bardziej przechwalać.
Historia: Jego historia jest wyjątkowo prosta i przyjemna. Urodził się w krainie nie ujętej nazwą na żadnej mapie, a mieszkańcy tego leśnego państewka zwykli zwać je po prostu Domem i tak też się utarło. Dzieciństwo Dirhaela nie było ani tragiczne, ani smutne. Nie był może gwiazdą wśród rówieśników i nigdy szczególnie się nie wyróżniał w żaden sposób, ale nikt mu nie dokuczał. W ten sposób przeżył najmłodsze lata swojego życia i ma co wspominać z tego okresu, gdyż razem z przyjaciółmi nie należał do tych stuprocentowo grzecznych dzieci. W wieku mniej więcej stu lat uznał, że Dom stał się dla niego zbyt ciasny, więc nie mówiąc nic nikomu, spakował swoje rzeczy i wyruszył w świat. Zostawił rodzicom jedynie krótką notkę o tym, żeby zbytnio się nie martwili i, że od czasu do czasu będzie pisał o tym jak bardzo tęskni i gdzie zawiodła go droga. W taki właśnie sposób od czterdziestu pięciu lat wałęsa się po świecie bez planu, ani celu i nie przeszkadza mu wcale ten stan rzeczy. Miał w tym czasie zbyt wiele przygód i poznał zbyt wielu ludzi, by chciało się to komukolwiek przytaczać po kolei. Do Hidden przybył całkiem niedawno i wydaje mu się, że osiądzie w jednym miejscu na nieco dłużej niż parę dni, gdyż nawet osobę pokroju Włóczykija dopada czasem zmęczenie życiem w nieustającej podróży.
Partner: Jest taka jedna, która skradła jego serce, a później na własne oczy widział jak je depcze i grzebie pod płotem. W wyniku przykrego doświadczenia Dirhael stał się ostrożniejszy i mniej ufny w kwestii zawierania związków, lecz stara się nie wykluczać ostatecznie opcji, że znajdzie sobie odpowiednią towarzyszkę.
Rodzina: Ma matkę i ojca oraz siostrę. Swego czasu utrzymywał z nimi bardzo dobry kontakt, ale jakoś zbyt często zaczął zmieniać miejsca pobytu, więc urwało się to. Słowik z przyjemnością powróciłby do pisania listów do domu, a teraz gdy osiadł na nieco dłużej w jednym miejscu może okazać się to możliwe do zrealizowania.
Towarzysz: Wędrował z wieloma towarzyszami, żaden z nich jednakże nie został z nim na stałe. Może to i lepiej, że zwierzęta i tak ostatecznie wybierały wolność?
Szczegóły: *Włóczykij jest wegetarianinem z potrzeby. Nie dość, że rozumie zwierzęta, więc dobrze zna uczucia towarzyszące ich śmierci, to jeszcze mdli go na sam widok mięsa. Nie jest jednak tym typem wegetarianina, który usiłuje nawrócić świat na jego dietę. Potrafi nawet z uśmiechem życzyć siadającym do pieczeni smacznego i nie widzi w tym żadnego problemu. Wyznaje zasadę, iż to, że on unika zjadania tego typu pokarmów nie oznacza od razu, że inni także mają je potępiać. O gustach się przecież nie dyskutuje.
*Prawdę powiedziawszy pojęcia nie ma gdzie leży jego ojczyzna, gdyż ta nijak się nie nazywała. Nie wie też jak tam trafić. Nigdy nie korzystał z żadnych map, więc nie byłby w stanie wskazać nawet gdzie był. Pamięta tylko nazwy i nazwiska, lecz nie sposób, by wskazał którędy szedł.
*Jego ulubioną porą dnia jest wczesny ranek i kocha wschody słońca oraz pierwsze śpiewy ptaków zbudzone tym niezwykłym zjawiskiem, więc z reguły właśnie o wschodzie wstaje. Można zatem przypuszczać, że jak na elfa i driadę przystało żyje zgodnie z rytmem przyrody, odpoczywając w nocy, gdy świat pogrążony jest we śnie i budzi się wraz z naturą w pierwszych promieniach słońca. Odpowiada mu taki styl życia.
*Ma niezwykłą słabość do kwiatów i doskonale zna ich znaczenia, więc żaden podarowany przez niego kwiat nie był nigdy bezpodstawnie i nieświadomie użyty. Jeden z jego pseudonimów - Fiołek - wziął się od tego, że pewna stara zielarka, u której przez pewien czas mieszkał, poznawszy się na charakterze Dirhaela nadała mu miano znaczące "skromna wartość", a on przystał na to, doskonale zdając sobie sprawę z prawdziwości tego tytułu.
*Żyje dość czasu, by używany przez niego język w niewielkim stopniu różnił się od języka współczesnego. Nie przeszkadza mu to dopóki wszyscy są w stanie to zrozumieć, bo w przedziwny sposób dodaje mu to wyjątkowości.
Autor: Apocalypse Rider
środa, 4 stycznia 2017
Od Squall - Coś większego się zbliża...
(zawiera nieco treści brutalnych, jeśli jesteś wrażliwy nie czytaj tego co jest ciemniejsze)
Piratka poczuła się nagle nie najlepiej i uznała że zdecydowanie lepszym wyjściem niż robienie z tego sensacji będzie oddalenie się w sposób który nie będzie świadczył o jej samopoczuciu czyli typowo dla niej nie miły i arogancki. Tak długo jak znajdowała się jeszcze w zasięgu wzroku innych szła wyprostowana, ale gdy tylko uznała że nikt jej nie widzi skuliła się mocno obejmując głowę która w jej mniemaniu miała zaraz miała pęknąć.
-Psia krew... co jest?- Warknęła...
Piratka poczuła się nagle nie najlepiej i uznała że zdecydowanie lepszym wyjściem niż robienie z tego sensacji będzie oddalenie się w sposób który nie będzie świadczył o jej samopoczuciu czyli typowo dla niej nie miły i arogancki. Tak długo jak znajdowała się jeszcze w zasięgu wzroku innych szła wyprostowana, ale gdy tylko uznała że nikt jej nie widzi skuliła się mocno obejmując głowę która w jej mniemaniu miała zaraz miała pęknąć.
-Psia krew... co jest?- Warknęła...
***
Leonis uśmiechnął się najmilej jak umiał równocześnie starając się
nie chwalić lwim uzębieniem żeby nie stresować drobnej blondynki.
-Pewnie, możesz zostać ile chcesz. Wszyscy tutaj są tułaczami, nikogo nie będę trzymał, ani zmuszał, ale zawsze pomogę i przygarnę pod skrzydła. A nawet obronię gdyby wojna miała znaleźć się jeszcze bliżej.- Patrzył dziewczynie głęboko w oczy wysilając swój dodatkowy zmysł by ją przejrzeć jak i innych zebranych. Nie wyczuwał na razie niebezpieczeństwa czy strachu z strony innych, co bardzo go cieszyło. Od kiedy tu był udało mu się już trochę wyostrzyć zmysł wyczuwania emocji co sprawiało że mimo tak krótkiej znajomości wszystkie te istoty tutaj były dla niego niemal jak stado, jakby znał ich dłużej niż tych parę chwil. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, jeszcze nieco niepewna.
-Dziękuję...- Bąknęła jeszcze i spuściła wzrok, Alt nie naskakiwał na nią, rozumiał że ona w przeciwieństwie do niego wcale nie znała więc chciał dać jej czas się oswoić.
-Przedstawię was całej tutejszej ferajnie, w końcu głupio nie znać swoich współtowarzyszy.- Wyprostował się i pobiegł wzrokiem po czwórce nowych i ruszył żywym ale nie zbyt szybkim krokiem.
-Swoja drogą nie wiem czy już tobie mówiłem, ale jest tutaj ktoś bardzo do ciebie podobny.- Posłał tajemnicze spojrzenie Kitte, ten wyjątkowo podobny zapach i aura nie mogły być przypadkiem, a lekkie drgnięcie podpowiadało mu że właśnie Hanneona. Uśmiechnął się pod nosem i z powrotem odwrócił w kierunku marszu.
-Powiedzcie mi tylko jak tu trafiliście? Jestem ciekaw dowiedzieć się czegoś więcej o was...- Zwrócił się do wszystkich.
***
Szatynka powoli otworzyła oczy. Świat zdawał się jej nieco zbyt jaskrawy przez chwilę, jednak szybko wrócił do normy. Podniosła się lekko odruchowo ocierając twarz. Co to? Zatrzymała dłoń. Ciepłe, mokre, gęste. Odsunęła ją od twarzy i uważnie jej się przyjrzała.
-Nosz ja pier...- Warknęła zatykając jedną dziurkę palce i wydmuchując krew z nosa plamiąc zieloną trawę na szkarłatno. To samo zrobiła z drugą dziurką a następnie wytarła resztki z twarzy i podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę wybrzeża jak gdyby nigdy nic. Kręciło jej się jeszcze nieco w głowie ale domyślała się co to mogło być. Gdy tylko zobaczyła błękitne niebo przyśpieszyła kroku, dobrze wiedziała że jest tam już jej ukochane morze. Nie przeszkadzał jej nawet wysoki klif, po prostu skoczyła do wody. Znikając na znacznie dłużej niż mogłyby pozwolić ludzkie płuca, a nawet te u delfinów. Gdyby ktoś to widział uznałby że dziewczyna popełniła samobójstwo skacząc tam i topiąc się. Ta jednak wynurzyła się nawet nie biorąc głębszego wdechu jak by to zrobił ktoś normalnie. Położyła się na wodzie odpoczywając jeszcze chwilę i dopiero wtedy zaczęła wspinać się na swoją łajbę. Gdy tylko jej mokre buty dotknęły pokładu maszty lekko zaskrzypiały a zwisające luźno szoty zakołysały się.
-No wiem, wiem... też tęskniłam.- Przytuliła się do masztu, zaraz jednak odsunęła się od niego sięgnęła po szable i z zawadiackim uśmieszkiem wyciągnęła szable. Wszystkie żagle na jej rozkaz rozwinęły się i nabrały powietrza.
-Dalej k*rwa, pruj przez morze leniwa łajbo!- Zawołała a pchnięty wiatrem okręt szarpnął ruszając gwałtownie. Squall schowała szable do pochwy. Złapała za jedną z zwisających z bomu lin i odbiła się od masztu przelatując w powietrzu parę metrów w stronę steru, nie było to jednak wystarczająco daleko, więc ostatnie metry pokonała puszczając się liny i robiąc salto. Wylądowała idealnie, odgarnęła niesforne włosy z szerokim uśmiechem i złapała za koło sternicze. Patrząc gdzieś przed dziobem zaczęła nucić pod nosem...
Zakochał się John w pięknej Sally
-Pewnie, możesz zostać ile chcesz. Wszyscy tutaj są tułaczami, nikogo nie będę trzymał, ani zmuszał, ale zawsze pomogę i przygarnę pod skrzydła. A nawet obronię gdyby wojna miała znaleźć się jeszcze bliżej.- Patrzył dziewczynie głęboko w oczy wysilając swój dodatkowy zmysł by ją przejrzeć jak i innych zebranych. Nie wyczuwał na razie niebezpieczeństwa czy strachu z strony innych, co bardzo go cieszyło. Od kiedy tu był udało mu się już trochę wyostrzyć zmysł wyczuwania emocji co sprawiało że mimo tak krótkiej znajomości wszystkie te istoty tutaj były dla niego niemal jak stado, jakby znał ich dłużej niż tych parę chwil. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, jeszcze nieco niepewna.
-Dziękuję...- Bąknęła jeszcze i spuściła wzrok, Alt nie naskakiwał na nią, rozumiał że ona w przeciwieństwie do niego wcale nie znała więc chciał dać jej czas się oswoić.
-Przedstawię was całej tutejszej ferajnie, w końcu głupio nie znać swoich współtowarzyszy.- Wyprostował się i pobiegł wzrokiem po czwórce nowych i ruszył żywym ale nie zbyt szybkim krokiem.
-Swoja drogą nie wiem czy już tobie mówiłem, ale jest tutaj ktoś bardzo do ciebie podobny.- Posłał tajemnicze spojrzenie Kitte, ten wyjątkowo podobny zapach i aura nie mogły być przypadkiem, a lekkie drgnięcie podpowiadało mu że właśnie Hanneona. Uśmiechnął się pod nosem i z powrotem odwrócił w kierunku marszu.
-Powiedzcie mi tylko jak tu trafiliście? Jestem ciekaw dowiedzieć się czegoś więcej o was...- Zwrócił się do wszystkich.
***
Szatynka powoli otworzyła oczy. Świat zdawał się jej nieco zbyt jaskrawy przez chwilę, jednak szybko wrócił do normy. Podniosła się lekko odruchowo ocierając twarz. Co to? Zatrzymała dłoń. Ciepłe, mokre, gęste. Odsunęła ją od twarzy i uważnie jej się przyjrzała.
-Nosz ja pier...- Warknęła zatykając jedną dziurkę palce i wydmuchując krew z nosa plamiąc zieloną trawę na szkarłatno. To samo zrobiła z drugą dziurką a następnie wytarła resztki z twarzy i podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę wybrzeża jak gdyby nigdy nic. Kręciło jej się jeszcze nieco w głowie ale domyślała się co to mogło być. Gdy tylko zobaczyła błękitne niebo przyśpieszyła kroku, dobrze wiedziała że jest tam już jej ukochane morze. Nie przeszkadzał jej nawet wysoki klif, po prostu skoczyła do wody. Znikając na znacznie dłużej niż mogłyby pozwolić ludzkie płuca, a nawet te u delfinów. Gdyby ktoś to widział uznałby że dziewczyna popełniła samobójstwo skacząc tam i topiąc się. Ta jednak wynurzyła się nawet nie biorąc głębszego wdechu jak by to zrobił ktoś normalnie. Położyła się na wodzie odpoczywając jeszcze chwilę i dopiero wtedy zaczęła wspinać się na swoją łajbę. Gdy tylko jej mokre buty dotknęły pokładu maszty lekko zaskrzypiały a zwisające luźno szoty zakołysały się.
-No wiem, wiem... też tęskniłam.- Przytuliła się do masztu, zaraz jednak odsunęła się od niego sięgnęła po szable i z zawadiackim uśmieszkiem wyciągnęła szable. Wszystkie żagle na jej rozkaz rozwinęły się i nabrały powietrza.
-Dalej k*rwa, pruj przez morze leniwa łajbo!- Zawołała a pchnięty wiatrem okręt szarpnął ruszając gwałtownie. Squall schowała szable do pochwy. Złapała za jedną z zwisających z bomu lin i odbiła się od masztu przelatując w powietrzu parę metrów w stronę steru, nie było to jednak wystarczająco daleko, więc ostatnie metry pokonała puszczając się liny i robiąc salto. Wylądowała idealnie, odgarnęła niesforne włosy z szerokim uśmiechem i złapała za koło sternicze. Patrząc gdzieś przed dziobem zaczęła nucić pod nosem...
Zakochał się John w pięknej Sally
Łej hej, w babie ze stali
Spał z nią nawet, gdy inni się bali
Potem popłynął w rejs.
Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!
Żadna się równać nie może z Sally
Łej hej z babą ze stali
Gdy strzelisz w pysk, każda jedna się żali
Tylko Sally jeszcze chce.
Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!
Pieśń urwała się gdy po paru godzinach podróży dziewczyna spostrzegła dym unoszący się znad horyzontu, na szczęście nie mogło być to Hidden, bo była już za daleko, ale z pewnością ogień był niedaleko jej nowego "portu". Czuła że to z pewnością wojska Arsmana, może by tak się przywitać już parę dni nie miała porządnej rozrywki. Uśmiechnęła się w jednym z najwredniejszych uśmiechów, a w oczach błysnęły małe iskierki chochlika.
Przy tafli wody było słychać jeszcze resztki odgłosów walki, woda niosła krzyki niedobitków którzy zaraz jednak skończą jak reszta od mieczy i strzał wojsk imperium. Nawet nie zauważyli powoli wynurzającej się z wody postaci w kapturze.
-Zachciało wam się powstań co? Nie podoba wam się w Sorsinie? To już więcej jej nie zobaczycie...- Rechotał jakiś żołnierz podnosząc miecz na krzyczącego i kulącego się ze strachu otyłego mężczyznę, prawdopodobnie byłego właściciela tutejszego zajazdu. Ostrze jednak nie dotknęło przerażonego grubasa, tylko upadło tuż obok z zaciśnięta wciąż na rękojeści odciętą dłonią. Teraz powietrze przeszył rozpaczliwy krzyk napastnika patrzącego z przerażeniem na odciętą kończynę.
-D...dziękuję... je.. jesteś tu...- Roztrzęsiony mężczyzna podniósł wzrok na nieznajomą postać ukrytą pod kapturem, nie dane mu jednak było dokończyć bo żółte oczy wypełnione dziką i chorą satysfakcją sadysty odebrały mu mowę.
-Bynajmniej nie by wam pomóc, a teraz sp*erdalaj z tobą żadna zabawa...- Warknęła a tamten jeszcze na czterech kończynach zaczął uciekać.
-Kim jesteś?- Usłyszała pytanie kogoś obok
-O proszę, a jednak was więcej... już myślałam że się będę nudziła...- Wszyczerzyła się w ironicznym uśmiechu ukazując niezbyt ludzkie kły. W jej pobliżu zbiegli się zaarmwani krzykiem towarzysze kaleki. Umundurowani z mieczami lub łukami, a nawet kosturami. Ot zwykły oddział wojsk Arsmana. Inny szeregowy widząc niej zagrożenie bądź kolejną ofiarę do zabicia rzucił się na dziewczynę od tyłu. Jaka szkoda że od razu go usłyszała. Zrobiła głęboki skłon unikając świszczącego ostrza jednocześnie wyciągając z jednej z kryjówek dość długi i solidny nóż. Gdy obracała się dalej zgięta kierunku napastnika na ułamek sekundy spojrzała mu w oczy i posłała bardzo nieprzyjemny grymas "uśmiechu". Wbiła mu nóż nisko w brzuch i długim ruchem rozpłatała go aż do szyi rozbryzgując na około krew. Nie czekała nawet aż truchło upadnie na ziemię. Skoczyła do kolejnego zbliżającego się natręta z mieczem tek pewnego siebie że nie zauważył kiedy soczysty kopniak połamał mu mostek na kawałki pozbawiając tchu. Następnych trzech nawet nie trzeba było długo męczyć. Squall wybiła jednemu broń z ręki a jego głowę roztrzaskała na pół o drzewo, drugi został z poderżniętym gardłem, gdy złapała trzeciego za szyję dusząc koło jej twarzy śmignęła strzała. Stała z biednym młodziakiem prawdopodobnie gdzieś z stolicy, zaciągnął się do wojska licząc na awans a teraz ślinił się pozbawiany tchu.
-Proszę, proszę... kogo my tu mamy? A już myślałem że cię diabli wzięli...- Usłyszała niski i spokojny głos. Na miejscu pojawił się wysoki i dobrze zbudowany szatyn, był ubrany inaczej, lepiej od towarzyszącej mu grupy żołnierzy.
-Tak dawno się nie widzieliśmy że musiałam się przywitać z tobą Fortisie...- Sztorm posłała mu niby miły uśmiech nie puszczając duszącego się chłopaczka.
Spał z nią nawet, gdy inni się bali
Potem popłynął w rejs.
Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!
Żadna się równać nie może z Sally
Łej hej z babą ze stali
Gdy strzelisz w pysk, każda jedna się żali
Tylko Sally jeszcze chce.
Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!
Pieśń urwała się gdy po paru godzinach podróży dziewczyna spostrzegła dym unoszący się znad horyzontu, na szczęście nie mogło być to Hidden, bo była już za daleko, ale z pewnością ogień był niedaleko jej nowego "portu". Czuła że to z pewnością wojska Arsmana, może by tak się przywitać już parę dni nie miała porządnej rozrywki. Uśmiechnęła się w jednym z najwredniejszych uśmiechów, a w oczach błysnęły małe iskierki chochlika.
Przy tafli wody było słychać jeszcze resztki odgłosów walki, woda niosła krzyki niedobitków którzy zaraz jednak skończą jak reszta od mieczy i strzał wojsk imperium. Nawet nie zauważyli powoli wynurzającej się z wody postaci w kapturze.
-Zachciało wam się powstań co? Nie podoba wam się w Sorsinie? To już więcej jej nie zobaczycie...- Rechotał jakiś żołnierz podnosząc miecz na krzyczącego i kulącego się ze strachu otyłego mężczyznę, prawdopodobnie byłego właściciela tutejszego zajazdu. Ostrze jednak nie dotknęło przerażonego grubasa, tylko upadło tuż obok z zaciśnięta wciąż na rękojeści odciętą dłonią. Teraz powietrze przeszył rozpaczliwy krzyk napastnika patrzącego z przerażeniem na odciętą kończynę.
-D...dziękuję... je.. jesteś tu...- Roztrzęsiony mężczyzna podniósł wzrok na nieznajomą postać ukrytą pod kapturem, nie dane mu jednak było dokończyć bo żółte oczy wypełnione dziką i chorą satysfakcją sadysty odebrały mu mowę.
-Bynajmniej nie by wam pomóc, a teraz sp*erdalaj z tobą żadna zabawa...- Warknęła a tamten jeszcze na czterech kończynach zaczął uciekać.
-Kim jesteś?- Usłyszała pytanie kogoś obok
-O proszę, a jednak was więcej... już myślałam że się będę nudziła...- Wszyczerzyła się w ironicznym uśmiechu ukazując niezbyt ludzkie kły. W jej pobliżu zbiegli się zaarmwani krzykiem towarzysze kaleki. Umundurowani z mieczami lub łukami, a nawet kosturami. Ot zwykły oddział wojsk Arsmana. Inny szeregowy widząc niej zagrożenie bądź kolejną ofiarę do zabicia rzucił się na dziewczynę od tyłu. Jaka szkoda że od razu go usłyszała. Zrobiła głęboki skłon unikając świszczącego ostrza jednocześnie wyciągając z jednej z kryjówek dość długi i solidny nóż. Gdy obracała się dalej zgięta kierunku napastnika na ułamek sekundy spojrzała mu w oczy i posłała bardzo nieprzyjemny grymas "uśmiechu". Wbiła mu nóż nisko w brzuch i długim ruchem rozpłatała go aż do szyi rozbryzgując na około krew. Nie czekała nawet aż truchło upadnie na ziemię. Skoczyła do kolejnego zbliżającego się natręta z mieczem tek pewnego siebie że nie zauważył kiedy soczysty kopniak połamał mu mostek na kawałki pozbawiając tchu. Następnych trzech nawet nie trzeba było długo męczyć. Squall wybiła jednemu broń z ręki a jego głowę roztrzaskała na pół o drzewo, drugi został z poderżniętym gardłem, gdy złapała trzeciego za szyję dusząc koło jej twarzy śmignęła strzała. Stała z biednym młodziakiem prawdopodobnie gdzieś z stolicy, zaciągnął się do wojska licząc na awans a teraz ślinił się pozbawiany tchu.
-Proszę, proszę... kogo my tu mamy? A już myślałem że cię diabli wzięli...- Usłyszała niski i spokojny głos. Na miejscu pojawił się wysoki i dobrze zbudowany szatyn, był ubrany inaczej, lepiej od towarzyszącej mu grupy żołnierzy.
-Tak dawno się nie widzieliśmy że musiałam się przywitać z tobą Fortisie...- Sztorm posłała mu niby miły uśmiech nie puszczając duszącego się chłopaczka.
-Ładnie to tak? Zabawiasz się z chłopstwem, a ja na morzu widzę tylko
horyzont...- Mruknęła z teatralnym smutkiem. Stojący przed nią mężczyzna
był już jej doskonale znany. Jeden z najwyżej postawionych dowódców
Sorsiny, odpowiedzialny za najdelikatniejsze, najdziwniejsze i tajne sprawy wojenne. Jeśli trzeba było coś załatwić po cichu ale z dużą ilością trupów to właśnie jego wysyłano. Stąd też dziewczyna go znała, to głównie on zajmował się polowaniem na nią z resztą gdyby wydało się istnienie Hidden nie kto inny jak on zjawiłby się na czele wojsk.
-Ostatnio dostałem inne zadanie, ale nie bój się tobą też się zajmę, choć może nie będę musiał skoro sama tu przyszłaś. Poza tym będziemy tak gadać jak go trzymasz? Zostaw żółtodzioba, mało ci zatopionych statków?- Piratka wzruszyła ramionami, jakby zgadzając się z nim że trzymanie młodego nie było najlepszym zajęciem i puściła go. Blondyn zaczął łapczywie wciągać powietrze, kobieta jednak nie chciała dać mu dalej oddychać jednym błyskawicznym ruchem skręciła mu kark. Wśród żłnierzy przesunął się cichy pomruk, jednak dowódca stał zupełnie nie wzruszony. Squall pewnym krokiem podeszła do szatyna i z uwodzicielskim spojrzeniem położyła mu dłoń na ramieniu.
-Jestem ciekawa co ktoś jak ty robi w tej wiosce, to raczej nie jest miejsce dla kogoś od zadań "specjalnych"- Mówiła nie przestając go uwodzić. Bez krępacji przesuwała dłońmi po jego torsie i twarzy, czasem nawet sama się o niego ocierała, zostawiała na jego mundrze krwawe ślady. Ten jednak stał dalej niewzruszony.
-Mam tutaj takie samo zadanie jak inne. A teraz jeśli pozwolisz, chciałbym cię zamknąć, dokończyć to zadanie a dopiero później cię zabić...- Położył jej dłoń na policzku i spojrzał głęboko w oczy mówiąc to.
-Och... nie mów że nadal masz mi za złe tę niewinną noc. Myślałam że ci się podobało...- Udawała że się nieco wstydzi gdy wspomina to. Jednocześnie sięgała po swoją szable tak by tego nie widział ani on, ani jego sługusy. -Wiesz... moglibyśmy to kiedyś powtórzyć... nawet tu... nawet teraz...- Wyszeptała mu do ucha nieco przesuwając po nim językiem. W tym momencie zamachnęła się szablą. Niestety, dowódca nie był normalnym człowiekiem i odskoczył od ciosu. Nie odpowiedział jednak na jej atak. Skinieniem głowy dał znak swoim podwładnym by to oni męczyli się z piratką. Szybko szacując miała przeciw sobie około tuzina ludzi tutaj, a z pewnością w wiosce było ich więcej i każdej chwili mogli się pojawić. Squall oślepiła najbliższego który do niej podbiegł precyzyjny cięciem, następnie kopnęła na resztę dając sobie chwilę by wskoczyć na najwyższego z nich i dostać się w korony drzew. Szybko zniknęła w liściach. W górę poszybowało jeszcze kilka strzał, ale zaraz łuczników powstrzymał ich dowódca.
-Wiesz perełko, jeśli chciałaś mnie zabić trzeba było zrobić to gdy leżałem nago przywiązany do łóżka w portowej karczmie.- Zawołał licząc na odpowiedź by mógł namierzyć ją.
-Więc jesteś zły tylko o poranek?- Wyszczerzyła się spadając tuż za plecami łuczników. Szabla świsnęła w powietrzu podrzynając gardła trzem z nich. Kilka strzał śmignęło koło niej z czego jedna drasnęła ją w bok. To jej nie zatrzymało najbliżej stojącemu łucznikowi wbiła nos w czaszkę obuchem szabli masakrując mu twarz, dwóch następnych pozbawiła rąk przecinając ścięgna. Z boku zaatakowało ją dwóch mięśniaków z mieczami. Zrobiła unik przed pierwszym ciosem, następnie złapała go za ramię i ustawiła ostrze tak że przebiło drugiego mężczyznę. A swojej marionetce wbiła w oko wydobyty z rękawa sztylet. Zanim zdążyła puścić swój nóż usłyszała charakterystyczny metaliczny dźwięk jaki wydaje rzucane zaklęcie, robiąc piruet odbiła je ostrzem szabli i wysłała szydercze mrugnięcie do maga który je rzucił a był to właśnie Fortis.
-Chyba zapomniałeś że to się mnie nie ima.
-Moja wina...- Odwzajemnił uśmiech i w następnej chwili dobył broń przypominającą długi, cienki jednoręczny miecz. Para zaczęła w niemożliwy do zarejestrowania dla ludzkiego oka tempie wymieniać się ciosami. Squall zadała się przy ty świetnie bawić wykonując zwody i uniki na przemian z nieczystymi zagrywkami. Odbiła ostrze przeciwnika i zamachnęła się celując w gardło przeciwnika, jednak ten cofnął się o krok przez co udało jej się tylko rozospłatać mu policzek. Dowódca dotknął krwi i obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem atakując z jeszcze większym zawzięciem. Sztorm to jednak jeszcze bardziej bawiło, a jaj twarz wykrzywiał coraz to bardziej szaleńczy uśmiech. Jeden z wojowników Fortisa zaatakował ją od tyłu, udało jej się sparować cios najpierw jego, następnie dowódcy który cofnął się o krok. Dziewczyna uderzyła pięścią w twarz woja wybijając mu zęby i sprawiając że padł jak długi, zaraz jednak zaatakował ją kolejny i kolejny razem z jej głównym przeciwnikiem. Akcja się zagęczszała dziewczyna równocześnie walczyła już z czterema napastkimami. Udało jej jednego ciąć przez cały tors ale w tym samym momencie sama końcówka broni szatyna sięgnęła jej samej podobnie jak jemu trafiając jedynie twarz i rozcinając łuk brwiowy. Nie zatrzymując się rozcięła głowę kolejnego i obiła kolejny atak Fortisa. Odsłonił się, to była jej szansa, zamachnęła się po raz kolejny chcąc go rozpłatać ale ostatni z jego parobków zasłonił go. Żołnierz został rozpłatany piórem szabli a upadając uderzył jelcem w głowę dowódcy zamraczając go na chwilę. Od strony dogorywającej wioski tak jak się spodziewała zaczęło przybywać coraz więcej ludzi widzących swojego dowódcę w opresji rzucali się na nią. Squall walczyła z nimi zabijając i ranią kolejnych ale teraz było ich już za wiele, na morzu mogłaby ich bez trudu pokonać, ale tu? na lądzie? Kolejne strzały kierowane w jej stronę i kolejne zaklęcia które musiała odbijać. Postanowiła jednak pożegnać się z nimi w spektakularny sposób. Na samym skraju palącej się połaci terenu dostrzegła beczki na wojskowym wozie. mogły być tylko z prochem bądź alkoholem, ale raczej to pierwsze. Squall podskoczyła łapiąc się gałęzi, następnie rozchuźdała się z niej i przeskoczyła nad znaczną częścią wojskowych, ostatnie metry pokonując skacząc po głowach niektórych. Wylądowała na wozie z którego szybko zeskoczyła i schowała się za nim. Wyjęła kamienie blokujące koła, chwyciła palące się polano i wdrapała się na szczyt beczek.
-Fortis! Pozdrów ode mnie szatana!- Wyszczerzyła się rzucając płomień na beczki. Powóz ruszył z górki w stronę plaży. Przerażeni wojskowi zaczęli rozpierzchać się przed palącym się prochem na kołach z szaloną kobietą na nich. W ostatniej chwili dziewczyna skoczyła a za jej plecami beczki zaczęły wybuchać dodatkowo ją odrzucając na szczęście trafiła prosto do wody gdzie popłynęła do swojego statku. Gdy tylko wdrapała się na pokład okręt sam wziął kurs na Hidden a Squall zajęła się prowizorycznym opatrywaniem poparzeń na plecach i rany na boku, przeciętą brew jedynie przetarła rękawem. Zerkała jeszcze co jakiś czas w stronę unoszącego się dymu. Pewnie większość zginęła ale z pewnością nie Fortis, za dług się z nim użerała by wiedzieć że takie coś nie zabije tego paladyna. Ale z pewnością jeszcze na niego trafi... Wracała do Hidden nucąc pod nosem resztę znanych jej szant, nim dopłynęła do swojej zatoczki było już ciemno. Zakotwiczyła statek, zamaskowała się i skierowała w stronę wczorajszego ognika, w końcu tam właśnie powinien się ktoś pojawić, a ona miała powiedzieć coś ważnego Atlantowi. Gdy jednak znalazła się pod jego domem zobaczyła jedynie smoka, Felina i Lisbeth.
-A gdzie reszta?- Zapytała siadając na ganku i kładąc nogi na stole.
~Phester i Mild jeszcze nie wrócili, a Atlant z resztą oceniają tutejsze budynki na ile można je zamieszkać.~ W jej głowie za wibrował głos gada
-Ja tam mam już gdzie spać, więc niech sobie łażą.- Mruknęła naciągając jeszcze mocniej kaptur i kominiarkę.Niespodziewanie przysunął się do niej ogromny łeb Frelsera i zaczął ją obwąchiwać.
-Hej! Co ty robisz?- Warknęła odsuwając od siebie jego paszczę.
~Dziwnie pachniesz...~ Stwierdził widując ją spojrzeniem
-No i?
~Nic chodziło mi raczej o to że oprócz tego pachniesz krwią i sądzę że jesteś ranna.~ Oznajmił na tyle głośno że chyba wszyscy usłyszeli to zdanie w swoich głowach. ~Powinien cię ktoś opatrzyć.~ Dodał po chwili.
-Obejdzie się, już to zrobiłam.
-Ha! Ty wiesz cokolwiek o medycynie? Byłem pewien że ty co najwyżej odkazisz ranę alkoholem... tylko że do ustnie.- Zakpił Malik śmiejąc się głośno, Squall jednak puściła to mimo uszu. -Daj się opatrzyć komuś kto wie co zrobić żeby się przynajmniej nie wykrwawić.- Mruknął wyciągając do niej łapę, która jednak błyskawicznie została odtrącona
-Żyję, na cholerę mi opatrunki.- Fuknęła
-No może po to żeby nie wdało się zakażenie?
-Phi! Też mi coś
-Boże co ci szkodzi? To będzie chwila i gotowe
-Nie i koniec
~Mogę ją przytrzymać.~ Zaproponował Frelser podnosząc już łapę.
-Tylko spróbuj a zostaniesz wałachem... Mruknęła ciskając błyskawicami z oczu.
-A później będziesz jojczeć że gangrena.
~Albo dostaniesz gorączki.~ Poirytowana dziewczyna sięgnęła po stojącą na stole butelkę rumu i odkorkowała.
-Jak tak bardzo wam zależy to jutro sobie mnie opatrzycie, nawet temu upiorowi pozwolę się zabawić w lekarza, tylko dajcie mi dziś spokoju dobra? W życiu nawet szkorbutu nie miałam czy też nie złapałam nic wenerycznego to i rana będzie zdrowa.- Zaśmiała się i przetknęła sobie butelkę pod kominiarką tak by nikt nic nie zobaczył i napiła się.
-Ech... Boski trunek, chcesz?- Zerknęła na smoka, ale już znała odpowiedź.
<Ludu ruszyć się, albo polecą kopniaki w dupęcję i moje narzekania :) >
wtorek, 3 stycznia 2017
Od Kiette c.d. Tenzina
Stanęłam tak daleko od wilczej paszczy, jak się dało, ale nie na tyle, by odstawać od tłumu. Przyglądałam się wszystkim z niknącym z wolna strachem, ale nadal nieufnością. Nie przysłuchiwałam się o czym mówią, a starałam się opanować wszystkie emocje i odzyskać swój ponury spokój.
Byli dziwni. To znaczy, każde z nich było czymś innym, ale żyli w jednej społeczności. Dawno nie widziałam miejsca, gdzie tyle ras żyje w zgodzie. Co może znaczyć, że jednak mój brat tutaj jest... Chociaż, on by chciał być wśród innych istot? Raczej nie.
Mimo pierwszego wrażenia, chyba najwięcej mojego zaufania wzbudził póki co ich władca, chociaż łucznik oraz towarzysz wilka, ani nawet mała, niebieska istotka nie wydawali się być groźni. Tylko ja już się przekonałam, że nie wolno oceniać po pozorach. Swoją drogą, piratka patrzyła na mnie dość dziwnym wzrokiem, który sprawiał, że miałam ochotę się schować.
Na ziemię sprowadziła mnie ręka Halta, która wyrosła przede mną. Spojrzałam na nią jak na coś z innego świata i niepewnie uścisnęłam, a kąciki moich ust drgnęły na chwilę.
Kiedy już ją puściłam, poczekałam, aż Atlant porozmawia już z nowymi członkami i podeszłam nieco bliżej. Byłam zmęczona i przydałby mi się porządny odpoczynek.
Oczy zaszły mi czerwienią i po chwili Shi-Shi był już w moich ramionach. Wysyłał mi silne impulsy powiadamiające o energii Hanneona. Ale nie chciałam pytać, czy tam jest. Sam Han, jeśli nadal tu przebywa, pewnie stawia na ukrywanie się.
- Mogłabym zatrzymać się tu na jakiś czas? - zapytałam, stając naprzeciw niego. Chyba mogę im na te parę dni zaufać. - Być może zajmie to nieco dłużej niż kilka dni. Chciałabym się zregenerować przed dalszą podróżą, to samo tyczy się mojego nietoperza.
Spojrzałam na Atlanta swoimi na tę chwilę czerwonymi ślepiami w oczekiwaniu.
<Drodzy zebrani? Przygarniecie Kiette? default smiley ;)>
Byli dziwni. To znaczy, każde z nich było czymś innym, ale żyli w jednej społeczności. Dawno nie widziałam miejsca, gdzie tyle ras żyje w zgodzie. Co może znaczyć, że jednak mój brat tutaj jest... Chociaż, on by chciał być wśród innych istot? Raczej nie.
Mimo pierwszego wrażenia, chyba najwięcej mojego zaufania wzbudził póki co ich władca, chociaż łucznik oraz towarzysz wilka, ani nawet mała, niebieska istotka nie wydawali się być groźni. Tylko ja już się przekonałam, że nie wolno oceniać po pozorach. Swoją drogą, piratka patrzyła na mnie dość dziwnym wzrokiem, który sprawiał, że miałam ochotę się schować.
Na ziemię sprowadziła mnie ręka Halta, która wyrosła przede mną. Spojrzałam na nią jak na coś z innego świata i niepewnie uścisnęłam, a kąciki moich ust drgnęły na chwilę.
Kiedy już ją puściłam, poczekałam, aż Atlant porozmawia już z nowymi członkami i podeszłam nieco bliżej. Byłam zmęczona i przydałby mi się porządny odpoczynek.
Oczy zaszły mi czerwienią i po chwili Shi-Shi był już w moich ramionach. Wysyłał mi silne impulsy powiadamiające o energii Hanneona. Ale nie chciałam pytać, czy tam jest. Sam Han, jeśli nadal tu przebywa, pewnie stawia na ukrywanie się.
- Mogłabym zatrzymać się tu na jakiś czas? - zapytałam, stając naprzeciw niego. Chyba mogę im na te parę dni zaufać. - Być może zajmie to nieco dłużej niż kilka dni. Chciałabym się zregenerować przed dalszą podróżą, to samo tyczy się mojego nietoperza.
Spojrzałam na Atlanta swoimi na tę chwilę czerwonymi ślepiami w oczekiwaniu.
<Drodzy zebrani? Przygarniecie Kiette? default smiley ;)>
piątek, 23 września 2016
Od Tenzina c.d. Atlanta
Tenzin na polityce znał się równie dobrze co kot na łowieniu ryb: niby mgliste pojęcie miał i w razie czego potrafił złapać jedną czy dwie sztuki, ale nie umiał się posłużyć wędką, bo nie miał ku temu możliwości. Tak jak kotu brakuje do tego celu kciuków, tak Owcy brakowało biegłości do tych wszystkich zmian. Polityka to ciąg nagłych przypadków, zmieniających się polityków i władców, a nasze Jagniątko najzwyczajniej nie miało do takich rzeczy głowy. Czasem przychodziło wraz z Wilkiem po ważniejsze osobistości, by zaprowadzić ich na drugą stronę. Dopiero tutaj dało się poznać, który król, wójt lub grododzierżca rzeczywiście dobrze sprawowali daną im władzę. Ci mądrzy przeważnie czuli już, że są zmęczeni życiem i przyjmowali ofertę Tenzina. Jednakże ku wielkiemu smutkowi łagodnego łącznika zdecydowana większość panikowała, rzucając się do bezmyślnej ucieczki albo - co gorsza - wzywając straże. Za to Suowei lubiła takich polityków. Oczywiście na surowo.
Tak więc chociaż zdarzały się Łowcom te sporadyczne interwencje w politykę śmiertelników, babrali się w tym bagnie względnie rzadko. Najczęściej, wzorem wspomnianego wcześniej kota polującego na ryby, po prostu szkoda było na to wszystko fatygi. Człowiek miał wędkę, sam złowi, tobie pozostaje się połasić o kawałek. I tak samo było w rzeczywistości: większość politycznych rywali wykańczała się samoistnie, chociażby trując sobie wino. Tenzin nienawidził w ludziach nieszczerości i skłonności do nieczystych zagrań, mimo to jednak trzeba przyznać, że znacznie ułatwiali mu polowanie - skatowany trucizną człowiek nie był w stanie uciec przed Wiecznymi Łowcami.
Mimo braku ogarnięcia do wszystkich oficjalnych tytułów, rang i innych dupereli, Jagnię potrafiło zrozumieć słowo ,,władca" oraz co się z tym słowem wiązało. Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać. Słysząc, że leonis jest władcą Hidden (domyślił się, że to pewnie oficjalna nazwa tej ich małej ojczyzny), przyłożył prawą pięść do serca i z gracją skłonił się dosłownie do linii pasa, odchylając do tyłu drugą rękę.
- To zaszczyt pana poznać - powiedział szczerze, prostując się.
Suowei jego zachowanie zupełnie przestało się podobać. Zawarczała ostrzegawczo, na co stojąca obok Tenzina piratka odsunęła się odruchowo, a reszta spojrzała niepewnie na wilkopodobne monstrum. Owca spojrzała na nią dumnie wyprostowana, zakładając ręce na piersi. Nie musiał nic jej mówić. Nawet bez telepatii doskonale zrozumiała przekaz: ,,Rób co chcesz. Nie zamierzam cię słuchać". A to wkurzyło ją jeszcze bardziej. Szybko jednak ucichła, bo wśród tego chaosu cech miała w zanadrzu i dozę wyrozumiałości. Jagniątko było tylko bezrozumnym szczeniakiem. Nie rozumiał w co się wpakował. Nie wiedział, że nie powinni byli tu przychodzić. Pewnie nawet nie rozumiał jakie konsekwencje wiązały się z kłanianiem śmiertelnemu władcy. Ale to nic. Póki ona z nim będzie, nic mu się nie stanie. Jeszcze mu wyperswaduje z głowy pomysł mieszania się wśród tych potworów. Zaraz mu przejdzie. Co przecież może fascynować łącznika tak bardzo w tych marnych kreaturach? Znudzi się i to szybko, niebawem wrócą do bezpańskich lasów na łowy. Wszystko będzie jak dawniej...
Nie wiedziała jednak, jak bardzo jej myśli odbiegały od rzeczywistości. Jej kochane bezbronne Jagnię nie zamierzało się stąd wynosić. Potem tylko trzeba będzie jej to jakoś wytłumaczyć...
- Ale z was dziwadła - wypaliła bez namysłu piratka taksując wzrokiem łowców. Tenzin już miał zapytać o co jej dokładnie chodzi, jednak kobieta nagle machnęła niedbale ręką. - A co mi tam. Pozwólcie, że zabiorę swą odrażającą postać sprzed waszych oczu - uśmiechnęła się i ruszyła w swoim kierunku.
Łucznik i Atlant odprowadzali ją lekko nieufnym wzrokiem. Leonis szybko wrócił do konkretów.
- Cóż, ja się przedstawiłem, duchowi przyjaciele również to zrobili... - uśmiechnął się zachęcająco najpierw do niebieskiego karzełka, a następnie do siedzącej na gałęzi kotołaczki.
Biały łucznik przypomniał sobie nagle o obecności drobnej dziewczyny. Znowu zalało go poczucie wstydu i zażenowania. Nie chciał jej wystraszyć, naprawdę. Musiał ją przeprosić, ale znając działanie paniki doskonale wiedział, że w tej chwili odzywając się do niej jedynie dolałby oliwy do ognia. Trzeba będzie to zrobić później...i to najlepiej bez towarzystwa Suowei.
Blondynka dalej tkwiła na drzewie. Bardziej odważna okazała się ta mała, porośnięta niebieskim meszkiem istotka. Wystąpiła jak przed szereg, zasalutowała po żołniersku i przedstawiła się:
- Louise Trzecia Andrasta Quartz - do usług!
- Każda para rąk się przyda! - odpowiedział wesoło Atlant, również salutując. Spojrzał wyczekująco w górę.
Kotołaczka jeszcze chwilę siedziała niepewnie, wpijając palce w gałąź. W końcu powoli zeszła na ziemię. Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, po czym zebrała się na odwagę by się odezwać.
- Kiette - mruknęła, po czym zdecydowała się jednak powtórzyć nieco głośniej: - Kiette Chattres.
- Tak ciężko było? - leonis uśmiechnął się pokrzepiająco. - Nic ci tutaj nie grozi. Nie wiem czym oni cię tak wystraszyli - wskazał kciukiem w stronę Owcy i Wilka - ale jestem pewien, że nie zrobią ci nic złego... - spojrzał znacząco w stronę Tenzina. - Nie chcę mieć z wami kłopotów, dobrze?
Ten pokiwał energicznie głową.
~ Pfft, jasne... ~ prychnęła do siebie Suowei.
~ Zachowuj się ~ zbeształ ją przez telepatię łącznik.
~ Nie będzie mi żaden śmiertelnik dyktował warunki...
~ Więc JA zrobię to za nich jeśli dalej będziesz dawała ku temu powody.
~ Nie ośmielisz się...
Przerwał połączenie z Wilkiem zanim doszło do długiego, bezsensownego monologu jak to głupi i naiwny był Tenzin. Może kiedyś by tego słuchał. Teraz jednak doskonale wiedział czego chce, a tym czymś było pozostanie wśród tej nietypowej społeczności.
- Ażeby sprawiedliwości stało się zadość - wtrącił się jedyny pełnokrwisty człowiek w towarzystwie - Halt Quicksilver - przedstawił się, podając swoją dłoń w stronę Owcy.
Duch przekręcił głowę, jakby chciał spojrzeć na rękę ze wszystkich stron, niezbyt rozumiejąc czego łucznik w kapturze od niego oczekuje. Coś mu ten gest mówił, ale nie za bardzo wiedział co dokładnie.
~ Potrząśnij nią ~ podpowiedziała mu Su z westchnieniem zniecierpliwienia.
Tenzin więc niepewnie chwycił w dwa palce palec wskazujący mężczyzny i potrząsnął kilka razy. Suowei mruknęła coś niewyraźnie, jednak ze słyszalnym zażenowaniem. Halt natomiast sprawiał wrażenie rozbawionego.
- Może być - uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. - Chyba nie spędzałeś dużo czasu wśród ludzi, co?
Owca jedynie wzruszyła ramionami. Spędzać spędzał. Ale wolno się uczył.
Ursa? Reddie? Kiette? No cóż, wiele nie zmieniłam, ale przynajmniej już nie blokuję kolejki :P
Tak więc chociaż zdarzały się Łowcom te sporadyczne interwencje w politykę śmiertelników, babrali się w tym bagnie względnie rzadko. Najczęściej, wzorem wspomnianego wcześniej kota polującego na ryby, po prostu szkoda było na to wszystko fatygi. Człowiek miał wędkę, sam złowi, tobie pozostaje się połasić o kawałek. I tak samo było w rzeczywistości: większość politycznych rywali wykańczała się samoistnie, chociażby trując sobie wino. Tenzin nienawidził w ludziach nieszczerości i skłonności do nieczystych zagrań, mimo to jednak trzeba przyznać, że znacznie ułatwiali mu polowanie - skatowany trucizną człowiek nie był w stanie uciec przed Wiecznymi Łowcami.
Mimo braku ogarnięcia do wszystkich oficjalnych tytułów, rang i innych dupereli, Jagnię potrafiło zrozumieć słowo ,,władca" oraz co się z tym słowem wiązało. Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać. Słysząc, że leonis jest władcą Hidden (domyślił się, że to pewnie oficjalna nazwa tej ich małej ojczyzny), przyłożył prawą pięść do serca i z gracją skłonił się dosłownie do linii pasa, odchylając do tyłu drugą rękę.
- To zaszczyt pana poznać - powiedział szczerze, prostując się.
Suowei jego zachowanie zupełnie przestało się podobać. Zawarczała ostrzegawczo, na co stojąca obok Tenzina piratka odsunęła się odruchowo, a reszta spojrzała niepewnie na wilkopodobne monstrum. Owca spojrzała na nią dumnie wyprostowana, zakładając ręce na piersi. Nie musiał nic jej mówić. Nawet bez telepatii doskonale zrozumiała przekaz: ,,Rób co chcesz. Nie zamierzam cię słuchać". A to wkurzyło ją jeszcze bardziej. Szybko jednak ucichła, bo wśród tego chaosu cech miała w zanadrzu i dozę wyrozumiałości. Jagniątko było tylko bezrozumnym szczeniakiem. Nie rozumiał w co się wpakował. Nie wiedział, że nie powinni byli tu przychodzić. Pewnie nawet nie rozumiał jakie konsekwencje wiązały się z kłanianiem śmiertelnemu władcy. Ale to nic. Póki ona z nim będzie, nic mu się nie stanie. Jeszcze mu wyperswaduje z głowy pomysł mieszania się wśród tych potworów. Zaraz mu przejdzie. Co przecież może fascynować łącznika tak bardzo w tych marnych kreaturach? Znudzi się i to szybko, niebawem wrócą do bezpańskich lasów na łowy. Wszystko będzie jak dawniej...
Nie wiedziała jednak, jak bardzo jej myśli odbiegały od rzeczywistości. Jej kochane bezbronne Jagnię nie zamierzało się stąd wynosić. Potem tylko trzeba będzie jej to jakoś wytłumaczyć...
- Ale z was dziwadła - wypaliła bez namysłu piratka taksując wzrokiem łowców. Tenzin już miał zapytać o co jej dokładnie chodzi, jednak kobieta nagle machnęła niedbale ręką. - A co mi tam. Pozwólcie, że zabiorę swą odrażającą postać sprzed waszych oczu - uśmiechnęła się i ruszyła w swoim kierunku.
Łucznik i Atlant odprowadzali ją lekko nieufnym wzrokiem. Leonis szybko wrócił do konkretów.
- Cóż, ja się przedstawiłem, duchowi przyjaciele również to zrobili... - uśmiechnął się zachęcająco najpierw do niebieskiego karzełka, a następnie do siedzącej na gałęzi kotołaczki.
Biały łucznik przypomniał sobie nagle o obecności drobnej dziewczyny. Znowu zalało go poczucie wstydu i zażenowania. Nie chciał jej wystraszyć, naprawdę. Musiał ją przeprosić, ale znając działanie paniki doskonale wiedział, że w tej chwili odzywając się do niej jedynie dolałby oliwy do ognia. Trzeba będzie to zrobić później...i to najlepiej bez towarzystwa Suowei.
Blondynka dalej tkwiła na drzewie. Bardziej odważna okazała się ta mała, porośnięta niebieskim meszkiem istotka. Wystąpiła jak przed szereg, zasalutowała po żołniersku i przedstawiła się:
- Louise Trzecia Andrasta Quartz - do usług!
- Każda para rąk się przyda! - odpowiedział wesoło Atlant, również salutując. Spojrzał wyczekująco w górę.
Kotołaczka jeszcze chwilę siedziała niepewnie, wpijając palce w gałąź. W końcu powoli zeszła na ziemię. Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, po czym zebrała się na odwagę by się odezwać.
- Kiette - mruknęła, po czym zdecydowała się jednak powtórzyć nieco głośniej: - Kiette Chattres.
- Tak ciężko było? - leonis uśmiechnął się pokrzepiająco. - Nic ci tutaj nie grozi. Nie wiem czym oni cię tak wystraszyli - wskazał kciukiem w stronę Owcy i Wilka - ale jestem pewien, że nie zrobią ci nic złego... - spojrzał znacząco w stronę Tenzina. - Nie chcę mieć z wami kłopotów, dobrze?
Ten pokiwał energicznie głową.
~ Pfft, jasne... ~ prychnęła do siebie Suowei.
~ Zachowuj się ~ zbeształ ją przez telepatię łącznik.
~ Nie będzie mi żaden śmiertelnik dyktował warunki...
~ Więc JA zrobię to za nich jeśli dalej będziesz dawała ku temu powody.
~ Nie ośmielisz się...
Przerwał połączenie z Wilkiem zanim doszło do długiego, bezsensownego monologu jak to głupi i naiwny był Tenzin. Może kiedyś by tego słuchał. Teraz jednak doskonale wiedział czego chce, a tym czymś było pozostanie wśród tej nietypowej społeczności.
- Ażeby sprawiedliwości stało się zadość - wtrącił się jedyny pełnokrwisty człowiek w towarzystwie - Halt Quicksilver - przedstawił się, podając swoją dłoń w stronę Owcy.
Duch przekręcił głowę, jakby chciał spojrzeć na rękę ze wszystkich stron, niezbyt rozumiejąc czego łucznik w kapturze od niego oczekuje. Coś mu ten gest mówił, ale nie za bardzo wiedział co dokładnie.
~ Potrząśnij nią ~ podpowiedziała mu Su z westchnieniem zniecierpliwienia.
Tenzin więc niepewnie chwycił w dwa palce palec wskazujący mężczyzny i potrząsnął kilka razy. Suowei mruknęła coś niewyraźnie, jednak ze słyszalnym zażenowaniem. Halt natomiast sprawiał wrażenie rozbawionego.
- Może być - uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. - Chyba nie spędzałeś dużo czasu wśród ludzi, co?
Owca jedynie wzruszyła ramionami. Spędzać spędzał. Ale wolno się uczył.
Ursa? Reddie? Kiette? No cóż, wiele nie zmieniłam, ale przynajmniej już nie blokuję kolejki :P
wtorek, 6 września 2016
Od Hanneona c.d. Viserany - Wątpliwości
Odwróć się Han - krzyczała już od dłuższego czasu podświadomość. - Idź,
zamknij drzwi na klucz i schowaj się w środku! Pomogłeś, to wystarczy...
Ech... W tym wypadku jednak wygrała kocia ciekawość i zamiast, jak na aspołecznego maga pożegnać się i pozamykać na cztery spusty, zdecydowałem się tam stać i usłyszeć wizję swojej przyszłości.
Nie spuszczając wzroku z Vis, sięgnąłem do złotego łańcuszka na szyi i zdjąłem przez głowę swój amulet, zawsze noszony pod ubraniem. Przedstawiał perfekcyjnie wykonaną głowę kota-szamana wielkości łapy przeciętnego kota o opalach zamiast oczu. Nie posiadał żadnych magicznych właściwości poza tym, że oczy medalionu zmieniały się tak jak moje w trakcie używania magii. Tak właściwie, w pewnym sensie to były moje oczy, posiadały moje spojrzenie, ale pozostawały niewidzące. Jego wartość jest głównie symboliczna, oznacza dwojaką naturę - kotołaka i maga, no i sentymentalna - mama nam je dała. Kiette dostała srebrny, Jum miał miedziany, a Sarazi platynowy.
Vis najpierw z zaciekawieniem i pewną dozą podziwu dla twórcy spojrzała na amulet, a potem utkwiła zahipnotyzowany wzrok w kamieniach będących oczami kota. Prychnąłem cicho. Tak częso się zdarza. Viserany potrząsnęła głową i ostrożnie wzięła go do rąk.
Może i - jakby ktoś chciał w to wątpić przez moją dość lichą posturę - jestem mężczyzną i nie znam się za bardzo na błyskotkach, ale ten amulet był piękny, wykonany z niezwykłą dokładnością i posiadający żywe spojrzenie. Dlatego i ja sam podziwiam moją mamę, gdyż wszystkie cztery od podstaw bez użycia magii zrobiła sama. Użyła jej tylko i wyłącznie do ożywienia opali.
Viserany zacisnęła dłoń na amulecie, po czym wstrzymała oddech. Na tyle długo, że prawie zacząłem się martwić. Ale wtedy znów zaczęła oddychać i na mnie spojrzała, dość dziwnym wzrokiem.
- Jakaś... jakaś dziewczyna z nietoperzem zapuka do twoich drzwi - powiedziała, chyba sama z lekka zaskoczona tą wizją.
- Dziewczyna? - Uniosłem brew. Nikt mnie nie odwiedza, a płci żeńskiej to już zupełnie. - A wiesz, jak wyglądała?
- Jakaś młodziutka blondynka. Rozwiane włosy, niewysoka.
Czy to możliwe, żeby...
- Oczy - powiedziałem, zaczynając się z wolna martwić. - Widziałaś oczy?
- Fiołkowe. Piękny odcień! - odparła, a ja zacisnąłem usta.
- Kiette - wyszeptałem, ale na pewno usłyszała. - A widziałaś coś jeszcze?
- Tylko, jak zaskoczony ją przytuliłeś na powitanie.
- Nie przeszłaby od tak całego kraju, zwłaszcza w obecnych czasach, żeby mnie odwiedzić. Sama - mruknąłem do siebie.
A może Kiet wychodzi za mąż? Ale czy wtedy nie byłaby ze swoim narzeczonym?
Po chwili wlepiania oczu w ziemię zwróciłem się do Viserany:
- Kiedy spełniają się twoje wizje? Po jakim czasie?
- Różnie, ale zwykle w niedalekiej przyszłości. - Po jej minie wiedziałem, że usiłuje dociec, czemu te informacje tak na mnie podziałały. - Po twoim zachowaniu wnioskuję, że ją znasz. Kim ona dla ciebie jest?
Przechyliłem głowę, uświadamiając sobie, że podobieństwo między mną a Kiette jest... Właściwie, to wcale go nie ma. Ona i nasi nieżyjący już bracia odziedziczyli kolor włosów po ojcu, a ja jedyny po mamie. To samo zaś tyczy się oczu, z tą różnicą, że Sarazion też miał brązowe. Jak jeszcze z braćmi cokolwiek mnie łączyło - wspomniane oczy czy w przypadku Jumona kształt i duże podobieństwo twarzy, tak z Kiette w wyglądzie nie mamy ani jednej wspólnej cechy.
Tak więc, cokolwiek Viserany pomyślała, na pewno nie pomyślała o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
Już otwierałem usta, żeby jej to wyjaśnić, kiedy ot tak kruk wleciał sobie do mojej chatki, bo zostawiłem otwarte drzwi. Słyszałem jedynie tłuczące się szkło, kiedy usiłował się wydostać.
Nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłem i jakim sposobem miałem kruka między pazurami. Naprawdę tego nie wiem. Ptak zakrakał i wlepił we mnie swoje okrągłe oczy, przestając się szamotać. Momentalnie z lekkim przerażeniem zdjąłem z niego swoje już ręce, a ptak niezwłocznie uciekł, niemal wlatując w nieco rozbawioną Viserany opierającą się o próg.
On wyglądał jak Nero.
Nie.
Niemożliwe.
Wzdychając ciężko i odganiając tym samym dziwne myśli, przeczesałem włosy dłońmi siedząc na swoich stopach wśród kilku potłuczonych słoików i buteleczek. Tylko kilku na szczęście i z prawie ogólnodostępnymi zawartościami.
A jednak zbieranie niektórych ziół w lesie samemu zajmie mi przynajmniej cały dzień, a jak na - niestety - w połowie kota przystało, nie chcę marnować całego dnia. Wtedy też coś mi się przypomniało.
- Chciałaś mi dzisiaj pomóc, prawda? - zwróciłem się do Vis.
Zapuszczaliśmy się coraz dalej w las, dość powoli, nie spiesząc się zbytnio. Usta Viserany niemal się nie zamykały, ale - chociaż gaduł nie lubię - nawet wyjątkowo słuchałem. Głównie dlatego, że chciałem być miły, a poza tym, przez to mówienie dowiedziałem się paru ciekawostek o Hidden, co poniekąd interesujące było.
- Wybacz, że przerywam - powiedziałem, zatrzymując się - ale tutaj jest dość sporo Wrzeszczotków Leśników, które poza obecną listą do zebrania mogą mi się przydać.
- A tak w ogóle, po co ci to wszystko? Te rośliny i jakieś mikstury - zapytała, dziwnie przy tym gestykulując. - Przecież nie jesteś lekarzem.
Kucnąłem przy herbacianej roślinie przypominającej jeden malutki kielich konwalii na lichej łodydze i ostrożnie, żeby zadać roślinie jak najmniej bólu odciąłem sam kwiat (i w tym momencie rozległ się dźwięk przypominający stłumiony wrzask) i jeden liść, które magią ziemi natychmiast przywróciłem do poprzedniego stanu.
- Czasami bawię się w alchemika - prychnąłem, odpowiadając na jej pytanie, a to była zresztą prawda, bo kilka razy usiłowałem coś stworzyć. - Przeważnie opisuję je i ich właściwości w swoich księgach.
- Czyli można cię nazwać zielarzem? - podsumowała.
- Nazywaj to jak chcesz. - Wzruszyłem ramionami, chowając wrzeszczotka do malutkiej skrzyneczki, a skrzyneczkę do torby akurat wtedy, gdy po naszej lewej rozległo się wycie wilków.
Westchnąłem tylko, w duchu licząc, że jakimś sposobem przejdą dookoła, bo zwyczajnie za nimi nie przepadam i dalej szedłem w las, a Viserany, nasłuchując, wędrowała za mną.
- Są blisko - powiedziała dwa metry za mną, jakby ostrzegawczo.
- Słyszę.
Kucnąłem, żeby podnieść z ziemi ciekawie wyglądającą szyszkę.
- I to nie małe stado. - Zapasała ręce, patrząc na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
Z tego też zdawałem sobie sprawę, w końcu przy większym skupieniu się potrafię wyczuć drgania podłoża.
Uniosłem nieco ironicznie kącik ust, prawie odsłaniając przydługi kieł. Raz przez świecące w ciemności oczy i kły wzięli mnie za wampira. Ta ucieczka wtedy była całkiem niezłą zabawą.
- Dopóki mnie nie zaskoczą, jestem w stanie sobie bez problemu poradzić bez robienia im krzywdy, nawet, jeśli jestem kotołakiem. - Spojrzałem na nią z ukosa. I wcale nie żartowałem.
<Viserany? Czuj się zaszczycona, bo Han mówi do Ciebie dobrowolnie ;)>
Ech... W tym wypadku jednak wygrała kocia ciekawość i zamiast, jak na aspołecznego maga pożegnać się i pozamykać na cztery spusty, zdecydowałem się tam stać i usłyszeć wizję swojej przyszłości.
Nie spuszczając wzroku z Vis, sięgnąłem do złotego łańcuszka na szyi i zdjąłem przez głowę swój amulet, zawsze noszony pod ubraniem. Przedstawiał perfekcyjnie wykonaną głowę kota-szamana wielkości łapy przeciętnego kota o opalach zamiast oczu. Nie posiadał żadnych magicznych właściwości poza tym, że oczy medalionu zmieniały się tak jak moje w trakcie używania magii. Tak właściwie, w pewnym sensie to były moje oczy, posiadały moje spojrzenie, ale pozostawały niewidzące. Jego wartość jest głównie symboliczna, oznacza dwojaką naturę - kotołaka i maga, no i sentymentalna - mama nam je dała. Kiette dostała srebrny, Jum miał miedziany, a Sarazi platynowy.
Vis najpierw z zaciekawieniem i pewną dozą podziwu dla twórcy spojrzała na amulet, a potem utkwiła zahipnotyzowany wzrok w kamieniach będących oczami kota. Prychnąłem cicho. Tak częso się zdarza. Viserany potrząsnęła głową i ostrożnie wzięła go do rąk.
Może i - jakby ktoś chciał w to wątpić przez moją dość lichą posturę - jestem mężczyzną i nie znam się za bardzo na błyskotkach, ale ten amulet był piękny, wykonany z niezwykłą dokładnością i posiadający żywe spojrzenie. Dlatego i ja sam podziwiam moją mamę, gdyż wszystkie cztery od podstaw bez użycia magii zrobiła sama. Użyła jej tylko i wyłącznie do ożywienia opali.
Viserany zacisnęła dłoń na amulecie, po czym wstrzymała oddech. Na tyle długo, że prawie zacząłem się martwić. Ale wtedy znów zaczęła oddychać i na mnie spojrzała, dość dziwnym wzrokiem.
- Jakaś... jakaś dziewczyna z nietoperzem zapuka do twoich drzwi - powiedziała, chyba sama z lekka zaskoczona tą wizją.
- Dziewczyna? - Uniosłem brew. Nikt mnie nie odwiedza, a płci żeńskiej to już zupełnie. - A wiesz, jak wyglądała?
- Jakaś młodziutka blondynka. Rozwiane włosy, niewysoka.
Czy to możliwe, żeby...
- Oczy - powiedziałem, zaczynając się z wolna martwić. - Widziałaś oczy?
- Fiołkowe. Piękny odcień! - odparła, a ja zacisnąłem usta.
- Kiette - wyszeptałem, ale na pewno usłyszała. - A widziałaś coś jeszcze?
- Tylko, jak zaskoczony ją przytuliłeś na powitanie.
- Nie przeszłaby od tak całego kraju, zwłaszcza w obecnych czasach, żeby mnie odwiedzić. Sama - mruknąłem do siebie.
A może Kiet wychodzi za mąż? Ale czy wtedy nie byłaby ze swoim narzeczonym?
Po chwili wlepiania oczu w ziemię zwróciłem się do Viserany:
- Kiedy spełniają się twoje wizje? Po jakim czasie?
- Różnie, ale zwykle w niedalekiej przyszłości. - Po jej minie wiedziałem, że usiłuje dociec, czemu te informacje tak na mnie podziałały. - Po twoim zachowaniu wnioskuję, że ją znasz. Kim ona dla ciebie jest?
Przechyliłem głowę, uświadamiając sobie, że podobieństwo między mną a Kiette jest... Właściwie, to wcale go nie ma. Ona i nasi nieżyjący już bracia odziedziczyli kolor włosów po ojcu, a ja jedyny po mamie. To samo zaś tyczy się oczu, z tą różnicą, że Sarazion też miał brązowe. Jak jeszcze z braćmi cokolwiek mnie łączyło - wspomniane oczy czy w przypadku Jumona kształt i duże podobieństwo twarzy, tak z Kiette w wyglądzie nie mamy ani jednej wspólnej cechy.
Tak więc, cokolwiek Viserany pomyślała, na pewno nie pomyślała o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
Już otwierałem usta, żeby jej to wyjaśnić, kiedy ot tak kruk wleciał sobie do mojej chatki, bo zostawiłem otwarte drzwi. Słyszałem jedynie tłuczące się szkło, kiedy usiłował się wydostać.
Nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłem i jakim sposobem miałem kruka między pazurami. Naprawdę tego nie wiem. Ptak zakrakał i wlepił we mnie swoje okrągłe oczy, przestając się szamotać. Momentalnie z lekkim przerażeniem zdjąłem z niego swoje już ręce, a ptak niezwłocznie uciekł, niemal wlatując w nieco rozbawioną Viserany opierającą się o próg.
On wyglądał jak Nero.
Nie.
Niemożliwe.
Wzdychając ciężko i odganiając tym samym dziwne myśli, przeczesałem włosy dłońmi siedząc na swoich stopach wśród kilku potłuczonych słoików i buteleczek. Tylko kilku na szczęście i z prawie ogólnodostępnymi zawartościami.
A jednak zbieranie niektórych ziół w lesie samemu zajmie mi przynajmniej cały dzień, a jak na - niestety - w połowie kota przystało, nie chcę marnować całego dnia. Wtedy też coś mi się przypomniało.
- Chciałaś mi dzisiaj pomóc, prawda? - zwróciłem się do Vis.
Zapuszczaliśmy się coraz dalej w las, dość powoli, nie spiesząc się zbytnio. Usta Viserany niemal się nie zamykały, ale - chociaż gaduł nie lubię - nawet wyjątkowo słuchałem. Głównie dlatego, że chciałem być miły, a poza tym, przez to mówienie dowiedziałem się paru ciekawostek o Hidden, co poniekąd interesujące było.
- Wybacz, że przerywam - powiedziałem, zatrzymując się - ale tutaj jest dość sporo Wrzeszczotków Leśników, które poza obecną listą do zebrania mogą mi się przydać.
- A tak w ogóle, po co ci to wszystko? Te rośliny i jakieś mikstury - zapytała, dziwnie przy tym gestykulując. - Przecież nie jesteś lekarzem.
Kucnąłem przy herbacianej roślinie przypominającej jeden malutki kielich konwalii na lichej łodydze i ostrożnie, żeby zadać roślinie jak najmniej bólu odciąłem sam kwiat (i w tym momencie rozległ się dźwięk przypominający stłumiony wrzask) i jeden liść, które magią ziemi natychmiast przywróciłem do poprzedniego stanu.
- Czasami bawię się w alchemika - prychnąłem, odpowiadając na jej pytanie, a to była zresztą prawda, bo kilka razy usiłowałem coś stworzyć. - Przeważnie opisuję je i ich właściwości w swoich księgach.
- Czyli można cię nazwać zielarzem? - podsumowała.
- Nazywaj to jak chcesz. - Wzruszyłem ramionami, chowając wrzeszczotka do malutkiej skrzyneczki, a skrzyneczkę do torby akurat wtedy, gdy po naszej lewej rozległo się wycie wilków.
Westchnąłem tylko, w duchu licząc, że jakimś sposobem przejdą dookoła, bo zwyczajnie za nimi nie przepadam i dalej szedłem w las, a Viserany, nasłuchując, wędrowała za mną.
- Są blisko - powiedziała dwa metry za mną, jakby ostrzegawczo.
- Słyszę.
Kucnąłem, żeby podnieść z ziemi ciekawie wyglądającą szyszkę.
- I to nie małe stado. - Zapasała ręce, patrząc na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
Z tego też zdawałem sobie sprawę, w końcu przy większym skupieniu się potrafię wyczuć drgania podłoża.
Uniosłem nieco ironicznie kącik ust, prawie odsłaniając przydługi kieł. Raz przez świecące w ciemności oczy i kły wzięli mnie za wampira. Ta ucieczka wtedy była całkiem niezłą zabawą.
- Dopóki mnie nie zaskoczą, jestem w stanie sobie bez problemu poradzić bez robienia im krzywdy, nawet, jeśli jestem kotołakiem. - Spojrzałem na nią z ukosa. I wcale nie żartowałem.
<Viserany? Czuj się zaszczycona, bo Han mówi do Ciebie dobrowolnie ;)>
Subskrybuj:
Posty (Atom)

