środa, 4 stycznia 2017

Od Squall - Coś większego się zbliża...

(zawiera nieco treści brutalnych, jeśli jesteś wrażliwy nie czytaj tego co jest ciemniejsze)


    Piratka poczuła się nagle nie najlepiej i uznała że zdecydowanie lepszym wyjściem niż robienie z tego sensacji będzie oddalenie się w sposób który nie będzie świadczył o jej samopoczuciu czyli typowo dla niej nie miły i arogancki. Tak długo jak znajdowała się jeszcze w zasięgu wzroku innych szła wyprostowana, ale gdy tylko uznała że nikt jej nie widzi skuliła się mocno obejmując głowę która w jej mniemaniu miała zaraz miała pęknąć.
  -Psia krew... co jest?- Warknęła...
***
   Leonis uśmiechnął się najmilej jak umiał równocześnie starając się nie chwalić lwim uzębieniem żeby nie stresować drobnej blondynki.
  -Pewnie, możesz zostać ile chcesz. Wszyscy tutaj są tułaczami, nikogo nie będę trzymał, ani zmuszał, ale zawsze pomogę i przygarnę pod skrzydła. A nawet obronię gdyby wojna miała znaleźć się jeszcze bliżej.- Patrzył dziewczynie głęboko w oczy wysilając swój dodatkowy zmysł by ją przejrzeć jak i innych zebranych. Nie wyczuwał na razie niebezpieczeństwa czy strachu z strony innych, co bardzo go cieszyło. Od kiedy tu był udało mu się już trochę wyostrzyć zmysł wyczuwania emocji co sprawiało że mimo tak krótkiej znajomości wszystkie te istoty tutaj były dla niego niemal jak stado, jakby znał ich dłużej niż tych parę chwil. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, jeszcze nieco niepewna.
  -Dziękuję...- Bąknęła jeszcze i spuściła wzrok, Alt nie naskakiwał na nią, rozumiał że ona w przeciwieństwie do niego wcale nie znała więc chciał dać jej czas się oswoić.
  -Przedstawię was całej tutejszej ferajnie, w końcu głupio nie znać swoich współtowarzyszy.- Wyprostował się i pobiegł wzrokiem po czwórce nowych i ruszył żywym ale nie zbyt szybkim krokiem.
  -Swoja drogą nie wiem czy już tobie mówiłem, ale jest tutaj ktoś bardzo do ciebie podobny.- Posłał tajemnicze spojrzenie Kitte, ten wyjątkowo podobny zapach i aura nie mogły być przypadkiem, a lekkie drgnięcie podpowiadało mu że właśnie Hanneona. Uśmiechnął się pod nosem i z powrotem odwrócił w kierunku marszu.
  -Powiedzcie mi tylko jak tu trafiliście? Jestem ciekaw dowiedzieć się czegoś więcej o was...- Zwrócił się do wszystkich.


***


     Szatynka powoli otworzyła oczy. Świat zdawał się jej nieco zbyt jaskrawy przez chwilę, jednak szybko wrócił do normy. Podniosła się lekko odruchowo ocierając twarz. Co to? Zatrzymała dłoń. Ciepłe, mokre, gęste. Odsunęła ją od twarzy i uważnie jej się przyjrzała.
  -Nosz ja pier...- Warknęła zatykając jedną dziurkę palce i wydmuchując krew z nosa plamiąc zieloną trawę na szkarłatno. To samo zrobiła z drugą dziurką a następnie wytarła resztki z twarzy i podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę wybrzeża jak gdyby nigdy nic. Kręciło jej się jeszcze nieco w głowie ale domyślała się co to mogło być. Gdy tylko zobaczyła błękitne niebo przyśpieszyła kroku, dobrze wiedziała że jest tam już jej ukochane morze. Nie przeszkadzał jej nawet wysoki klif, po prostu skoczyła do wody. Znikając na znacznie dłużej niż mogłyby pozwolić ludzkie płuca, a nawet te u delfinów. Gdyby ktoś to widział uznałby że dziewczyna popełniła samobójstwo skacząc tam i topiąc się. Ta jednak wynurzyła się nawet nie biorąc głębszego wdechu jak by to zrobił ktoś normalnie. Położyła się na wodzie odpoczywając jeszcze chwilę i dopiero wtedy zaczęła wspinać się na swoją łajbę. Gdy tylko jej mokre buty dotknęły pokładu maszty lekko zaskrzypiały a zwisające luźno szoty zakołysały się.
  -No wiem, wiem... też tęskniłam.- Przytuliła się do masztu, zaraz jednak odsunęła się od niego sięgnęła po szable i z zawadiackim uśmieszkiem wyciągnęła szable. Wszystkie żagle na jej rozkaz rozwinęły się i nabrały powietrza.
  -Dalej k*rwa, pruj przez morze leniwa łajbo!- Zawołała a pchnięty wiatrem okręt szarpnął ruszając gwałtownie. Squall schowała szable do pochwy. Złapała za jedną z zwisających z bomu lin i odbiła się od masztu przelatując w powietrzu parę metrów w stronę steru, nie było to jednak wystarczająco daleko, więc ostatnie metry pokonała puszczając się liny i robiąc salto. Wylądowała idealnie, odgarnęła niesforne włosy z szerokim uśmiechem i złapała za koło sternicze. Patrząc gdzieś przed dziobem zaczęła nucić pod nosem...


Zakochał się John w pięknej Sally
Łej hej, w babie ze stali
Spał z nią nawet, gdy inni się bali
Potem popłynął w rejs.

Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!

Żadna się równać nie może z Sally
Łej hej z babą ze stali
Gdy strzelisz w pysk, każda jedna się żali
Tylko Sally jeszcze chce.

Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!



    Pieśń urwała się gdy po paru godzinach podróży dziewczyna spostrzegła dym unoszący się znad horyzontu, na szczęście nie mogło być to Hidden, bo była już za daleko, ale z pewnością ogień był niedaleko jej nowego "portu". Czuła że to z pewnością wojska Arsmana, może by tak się przywitać już parę dni nie miała porządnej rozrywki. Uśmiechnęła się w jednym z najwredniejszych uśmiechów, a w oczach błysnęły małe iskierki chochlika.
    Przy tafli wody było słychać jeszcze resztki odgłosów walki, woda niosła krzyki niedobitków którzy zaraz jednak skończą jak reszta od mieczy i strzał wojsk imperium. Nawet nie zauważyli powoli wynurzającej się z wody postaci w kapturze.
  -Zachciało wam się powstań co? Nie podoba wam się w Sorsinie? To już więcej jej nie zobaczycie...- Rechotał jakiś żołnierz podnosząc miecz na krzyczącego i kulącego się ze strachu otyłego mężczyznę, prawdopodobnie byłego właściciela tutejszego zajazdu. Ostrze jednak nie dotknęło przerażonego grubasa, tylko upadło tuż obok z zaciśnięta wciąż na rękojeści odciętą dłonią. Teraz powietrze przeszył rozpaczliwy krzyk napastnika patrzącego z przerażeniem na odciętą kończynę.
  -D...dziękuję... je.. jesteś tu...- Roztrzęsiony mężczyzna podniósł wzrok na nieznajomą postać ukrytą pod kapturem, nie dane mu jednak było dokończyć bo żółte oczy wypełnione dziką i chorą satysfakcją sadysty odebrały mu mowę.
  -Bynajmniej nie by wam pomóc, a teraz sp*erdalaj z tobą żadna zabawa...- Warknęła a tamten jeszcze na czterech kończynach zaczął uciekać.
  -Kim jesteś?- Usłyszała pytanie kogoś obok
  -O proszę, a jednak was więcej... już myślałam że się będę nudziła...- Wszyczerzyła się w ironicznym uśmiechu ukazując niezbyt ludzkie kły. W jej pobliżu zbiegli się zaarmwani krzykiem towarzysze kaleki. Umundurowani z mieczami lub łukami, a nawet kosturami. Ot zwykły oddział wojsk Arsmana. Inny szeregowy widząc niej zagrożenie bądź kolejną ofiarę do zabicia rzucił się na dziewczynę od tyłu. Jaka szkoda że od razu go usłyszała. Zrobiła głęboki skłon unikając świszczącego ostrza jednocześnie wyciągając z jednej z kryjówek dość długi i solidny nóż. Gdy obracała się dalej zgięta kierunku napastnika na ułamek sekundy spojrzała mu w oczy i posłała bardzo nieprzyjemny grymas "uśmiechu". Wbiła mu nóż nisko w brzuch i długim ruchem rozpłatała go aż do szyi rozbryzgując na około krew. Nie czekała nawet aż truchło upadnie na ziemię. Skoczyła do kolejnego zbliżającego się natręta z mieczem tek pewnego siebie że nie zauważył kiedy soczysty kopniak połamał mu mostek na kawałki pozbawiając tchu. Następnych trzech nawet nie trzeba było długo męczyć. Squall wybiła jednemu broń z ręki a jego głowę roztrzaskała na pół o drzewo, drugi został z poderżniętym gardłem, gdy złapała trzeciego za szyję dusząc koło jej twarzy śmignęła strzała. Stała z biednym młodziakiem prawdopodobnie gdzieś z stolicy, zaciągnął się do wojska licząc na awans a teraz ślinił się pozbawiany tchu.
  -Proszę, proszę... kogo my tu mamy? A już myślałem że cię diabli wzięli...- Usłyszała niski i spokojny głos. Na miejscu pojawił się wysoki i dobrze zbudowany szatyn, był ubrany inaczej, lepiej od towarzyszącej mu grupy żołnierzy.
  -Tak dawno się nie widzieliśmy że musiałam się przywitać z  tobą Fortisie...- Sztorm posłała mu niby miły uśmiech nie puszczając duszącego się chłopaczka.
  -Ładnie to tak? Zabawiasz się z chłopstwem, a ja na morzu widzę tylko horyzont...- Mruknęła z teatralnym smutkiem. Stojący przed nią mężczyzna był już jej doskonale znany. Jeden z najwyżej postawionych dowódców Sorsiny, odpowiedzialny za najdelikatniejsze, najdziwniejsze i tajne sprawy wojenne. Jeśli trzeba było coś załatwić po cichu ale z dużą ilością trupów to właśnie jego wysyłano. Stąd też dziewczyna go znała, to głównie on zajmował się polowaniem na nią z resztą gdyby wydało się istnienie Hidden nie kto inny jak on zjawiłby się na czele wojsk.
 -Ostatnio dostałem inne zadanie, ale nie bój się tobą też się zajmę, choć może nie będę musiał skoro sama tu przyszłaś. Poza tym będziemy tak gadać jak go trzymasz? Zostaw żółtodzioba, mało ci zatopionych statków?- Piratka wzruszyła ramionami, jakby zgadzając się z nim że trzymanie młodego nie było najlepszym zajęciem i puściła go. Blondyn zaczął łapczywie wciągać powietrze, kobieta jednak nie chciała dać mu dalej oddychać jednym błyskawicznym ruchem skręciła mu kark. Wśród żłnierzy przesunął się cichy pomruk, jednak dowódca stał zupełnie nie wzruszony. Squall pewnym krokiem podeszła do szatyna i z uwodzicielskim spojrzeniem położyła mu dłoń na ramieniu.
 -Jestem ciekawa co ktoś jak ty robi w tej wiosce, to raczej nie jest miejsce dla kogoś od zadań "specjalnych"- Mówiła nie przestając go uwodzić. Bez krępacji przesuwała dłońmi po jego torsie i twarzy, czasem nawet sama się o niego ocierała, zostawiała na jego mundrze krwawe ślady. Ten jednak stał dalej niewzruszony.
 -Mam tutaj takie samo zadanie jak inne. A teraz jeśli pozwolisz, chciałbym cię zamknąć, dokończyć to zadanie a dopiero później cię zabić...- Położył jej dłoń na policzku i spojrzał głęboko w oczy mówiąc to.
 -Och... nie mów że nadal masz mi za złe tę niewinną noc. Myślałam że ci się podobało...- Udawała że się nieco wstydzi gdy wspomina to. Jednocześnie sięgała po swoją szable tak by tego nie widział ani on, ani jego sługusy. -Wiesz... moglibyśmy to kiedyś powtórzyć... nawet tu... nawet teraz...- Wyszeptała mu do ucha nieco przesuwając po nim językiem. W tym momencie zamachnęła się szablą. Niestety, dowódca nie był normalnym człowiekiem i odskoczył od ciosu. Nie odpowiedział jednak na jej atak. Skinieniem głowy dał znak swoim podwładnym by to oni męczyli się z piratką. Szybko szacując miała przeciw sobie około tuzina ludzi tutaj, a z pewnością w wiosce było ich więcej i  każdej chwili mogli się pojawić. Squall oślepiła najbliższego który do niej podbiegł precyzyjny cięciem, następnie kopnęła na resztę dając sobie chwilę by wskoczyć na najwyższego z nich i dostać się w korony drzew. Szybko zniknęła w liściach. W górę poszybowało jeszcze kilka strzał, ale zaraz łuczników powstrzymał ich dowódca.
 -Wiesz perełko, jeśli chciałaś mnie zabić trzeba było zrobić to gdy leżałem nago przywiązany do łóżka w portowej karczmie.- Zawołał licząc na odpowiedź by mógł namierzyć ją. 
 -Więc jesteś zły tylko o poranek?- Wyszczerzyła się spadając tuż za plecami łuczników. Szabla świsnęła w powietrzu podrzynając gardła trzem z nich. Kilka strzał śmignęło koło niej z czego jedna drasnęła ją w bok. To jej nie zatrzymało najbliżej stojącemu łucznikowi wbiła nos w czaszkę obuchem szabli masakrując mu twarz, dwóch następnych pozbawiła rąk przecinając ścięgna. Z boku zaatakowało ją dwóch mięśniaków z mieczami. Zrobiła unik przed pierwszym ciosem, następnie złapała go za ramię i ustawiła ostrze tak że przebiło drugiego mężczyznę. A swojej marionetce wbiła w oko wydobyty z rękawa sztylet. Zanim zdążyła puścić swój nóż usłyszała charakterystyczny metaliczny dźwięk jaki wydaje rzucane zaklęcie, robiąc piruet odbiła je ostrzem szabli i wysłała szydercze mrugnięcie do maga który je rzucił a był to właśnie Fortis.
 -Chyba zapomniałeś że to się mnie nie ima.
 -Moja wina...- Odwzajemnił uśmiech i w następnej chwili dobył broń przypominającą długi, cienki jednoręczny miecz. Para zaczęła w niemożliwy do zarejestrowania dla ludzkiego oka tempie wymieniać się ciosami. Squall zadała się przy ty świetnie bawić wykonując zwody i uniki na przemian z nieczystymi zagrywkami. Odbiła ostrze przeciwnika i zamachnęła się celując w gardło przeciwnika, jednak ten cofnął się o krok przez co udało jej się tylko rozospłatać mu policzek. Dowódca dotknął krwi i obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem atakując z jeszcze większym zawzięciem. Sztorm to jednak jeszcze bardziej bawiło, a jaj twarz wykrzywiał coraz to bardziej szaleńczy uśmiech. Jeden z wojowników Fortisa zaatakował ją od tyłu, udało jej się sparować cios najpierw jego, następnie dowódcy który cofnął się o krok. Dziewczyna uderzyła pięścią w twarz woja wybijając mu zęby i sprawiając że padł jak długi, zaraz jednak zaatakował ją kolejny i kolejny razem z jej głównym przeciwnikiem. Akcja się zagęczszała dziewczyna równocześnie walczyła już z czterema napastkimami. Udało jej jednego ciąć przez cały tors ale w tym samym momencie sama końcówka broni szatyna sięgnęła jej samej podobnie jak jemu trafiając jedynie twarz i rozcinając łuk brwiowy. Nie zatrzymując się rozcięła głowę kolejnego i obiła kolejny atak Fortisa. Odsłonił się, to była jej szansa, zamachnęła się po raz kolejny chcąc go rozpłatać ale ostatni z jego parobków zasłonił go. Żołnierz został rozpłatany piórem szabli a upadając uderzył jelcem w głowę dowódcy zamraczając go na chwilę. Od strony dogorywającej wioski tak jak się spodziewała zaczęło przybywać coraz więcej ludzi widzących swojego dowódcę w opresji rzucali się na nią. Squall walczyła z nimi zabijając i ranią kolejnych ale teraz było ich już za wiele, na morzu mogłaby ich bez trudu pokonać, ale tu? na lądzie? Kolejne strzały kierowane w jej stronę i kolejne zaklęcia które musiała odbijać. Postanowiła jednak pożegnać się z nimi w spektakularny sposób. Na samym skraju palącej się połaci terenu dostrzegła beczki na wojskowym wozie. mogły być tylko z prochem bądź alkoholem, ale raczej to pierwsze. Squall podskoczyła łapiąc się gałęzi, następnie rozchuźdała się z niej i przeskoczyła nad znaczną częścią wojskowych, ostatnie metry pokonując skacząc po głowach niektórych. Wylądowała na wozie z którego szybko zeskoczyła i schowała się za nim. Wyjęła kamienie blokujące koła, chwyciła palące się polano i wdrapała się na szczyt beczek.
 -Fortis! Pozdrów ode mnie szatana!- Wyszczerzyła się rzucając płomień na beczki. Powóz ruszył z górki w stronę plaży. Przerażeni wojskowi zaczęli rozpierzchać się przed palącym się prochem na kołach z szaloną kobietą na nich. W ostatniej chwili dziewczyna skoczyła a za jej plecami beczki zaczęły wybuchać dodatkowo ją odrzucając na szczęście trafiła prosto do wody gdzie popłynęła do swojego statku. Gdy tylko wdrapała się na pokład okręt sam wziął kurs na Hidden a Squall zajęła się prowizorycznym opatrywaniem poparzeń na plecach i rany na boku, przeciętą brew jedynie przetarła rękawem. Zerkała jeszcze co jakiś czas w stronę unoszącego się dymu. Pewnie większość zginęła ale z pewnością nie Fortis, za dług się z nim użerała by wiedzieć że takie coś nie zabije tego paladyna. Ale z pewnością jeszcze na niego trafi... Wracała do Hidden nucąc pod nosem resztę znanych jej szant, nim dopłynęła do swojej zatoczki było już ciemno. Zakotwiczyła statek, zamaskowała się i skierowała w stronę wczorajszego ognika, w końcu tam właśnie powinien się ktoś pojawić, a ona miała powiedzieć coś ważnego Atlantowi. Gdy jednak znalazła się pod jego domem zobaczyła jedynie smoka, Felina i Lisbeth.
 -A gdzie reszta?- Zapytała siadając na ganku i kładąc nogi na stole.
 ~Phester i Mild jeszcze nie wrócili, a Atlant z resztą oceniają tutejsze budynki na ile można je zamieszkać.~ W jej głowie za wibrował głos gada
 -Ja tam mam już gdzie spać, więc niech sobie łażą.- Mruknęła naciągając jeszcze mocniej kaptur i kominiarkę.Niespodziewanie przysunął się do niej ogromny łeb Frelsera i zaczął ją obwąchiwać.
 -Hej! Co ty robisz?- Warknęła odsuwając od siebie jego paszczę.
 ~Dziwnie pachniesz...~ Stwierdził widując ją spojrzeniem
 -No i?
 ~Nic chodziło mi raczej o to że oprócz tego pachniesz krwią i sądzę że jesteś ranna.~ Oznajmił na tyle głośno że chyba wszyscy usłyszeli to zdanie w swoich głowach. ~Powinien cię ktoś opatrzyć.~ Dodał po chwili.
 -Obejdzie się, już to zrobiłam.
 -Ha! Ty wiesz cokolwiek o medycynie? Byłem pewien że ty co najwyżej odkazisz ranę alkoholem... tylko że do ustnie.- Zakpił Malik śmiejąc się głośno, Squall jednak puściła to mimo uszu. -Daj się opatrzyć komuś kto wie co zrobić żeby się przynajmniej nie wykrwawić.- Mruknął wyciągając do niej łapę, która jednak błyskawicznie została odtrącona
 -Żyję, na cholerę mi opatrunki.- Fuknęła
 -No może po to żeby nie wdało się zakażenie?
 -Phi! Też mi coś
 -Boże co ci szkodzi? To będzie chwila i gotowe
 -Nie i koniec
 ~Mogę ją przytrzymać.~ Zaproponował Frelser podnosząc już łapę.
 -Tylko spróbuj a zostaniesz wałachem... Mruknęła ciskając błyskawicami z oczu.
 -A później będziesz jojczeć że gangrena.
 ~Albo dostaniesz gorączki.~ Poirytowana dziewczyna sięgnęła po stojącą na stole butelkę rumu i odkorkowała.
 -Jak tak bardzo wam zależy to jutro sobie mnie opatrzycie, nawet temu upiorowi pozwolę się zabawić w lekarza, tylko dajcie mi dziś spokoju dobra? W życiu nawet szkorbutu nie miałam czy też nie złapałam nic wenerycznego to i rana będzie zdrowa.- Zaśmiała się i przetknęła sobie butelkę pod kominiarką tak by nikt nic nie zobaczył i napiła się.
 -Ech... Boski trunek, chcesz?- Zerknęła na smoka, ale już znała odpowiedź.

<Ludu ruszyć się, albo polecą kopniaki w dupęcję i moje narzekania :) >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz