środa, 4 stycznia 2017

Od Squall - Coś większego się zbliża...

(zawiera nieco treści brutalnych, jeśli jesteś wrażliwy nie czytaj tego co jest ciemniejsze)


    Piratka poczuła się nagle nie najlepiej i uznała że zdecydowanie lepszym wyjściem niż robienie z tego sensacji będzie oddalenie się w sposób który nie będzie świadczył o jej samopoczuciu czyli typowo dla niej nie miły i arogancki. Tak długo jak znajdowała się jeszcze w zasięgu wzroku innych szła wyprostowana, ale gdy tylko uznała że nikt jej nie widzi skuliła się mocno obejmując głowę która w jej mniemaniu miała zaraz miała pęknąć.
  -Psia krew... co jest?- Warknęła...
***
   Leonis uśmiechnął się najmilej jak umiał równocześnie starając się nie chwalić lwim uzębieniem żeby nie stresować drobnej blondynki.
  -Pewnie, możesz zostać ile chcesz. Wszyscy tutaj są tułaczami, nikogo nie będę trzymał, ani zmuszał, ale zawsze pomogę i przygarnę pod skrzydła. A nawet obronię gdyby wojna miała znaleźć się jeszcze bliżej.- Patrzył dziewczynie głęboko w oczy wysilając swój dodatkowy zmysł by ją przejrzeć jak i innych zebranych. Nie wyczuwał na razie niebezpieczeństwa czy strachu z strony innych, co bardzo go cieszyło. Od kiedy tu był udało mu się już trochę wyostrzyć zmysł wyczuwania emocji co sprawiało że mimo tak krótkiej znajomości wszystkie te istoty tutaj były dla niego niemal jak stado, jakby znał ich dłużej niż tych parę chwil. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, jeszcze nieco niepewna.
  -Dziękuję...- Bąknęła jeszcze i spuściła wzrok, Alt nie naskakiwał na nią, rozumiał że ona w przeciwieństwie do niego wcale nie znała więc chciał dać jej czas się oswoić.
  -Przedstawię was całej tutejszej ferajnie, w końcu głupio nie znać swoich współtowarzyszy.- Wyprostował się i pobiegł wzrokiem po czwórce nowych i ruszył żywym ale nie zbyt szybkim krokiem.
  -Swoja drogą nie wiem czy już tobie mówiłem, ale jest tutaj ktoś bardzo do ciebie podobny.- Posłał tajemnicze spojrzenie Kitte, ten wyjątkowo podobny zapach i aura nie mogły być przypadkiem, a lekkie drgnięcie podpowiadało mu że właśnie Hanneona. Uśmiechnął się pod nosem i z powrotem odwrócił w kierunku marszu.
  -Powiedzcie mi tylko jak tu trafiliście? Jestem ciekaw dowiedzieć się czegoś więcej o was...- Zwrócił się do wszystkich.


***


     Szatynka powoli otworzyła oczy. Świat zdawał się jej nieco zbyt jaskrawy przez chwilę, jednak szybko wrócił do normy. Podniosła się lekko odruchowo ocierając twarz. Co to? Zatrzymała dłoń. Ciepłe, mokre, gęste. Odsunęła ją od twarzy i uważnie jej się przyjrzała.
  -Nosz ja pier...- Warknęła zatykając jedną dziurkę palce i wydmuchując krew z nosa plamiąc zieloną trawę na szkarłatno. To samo zrobiła z drugą dziurką a następnie wytarła resztki z twarzy i podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę wybrzeża jak gdyby nigdy nic. Kręciło jej się jeszcze nieco w głowie ale domyślała się co to mogło być. Gdy tylko zobaczyła błękitne niebo przyśpieszyła kroku, dobrze wiedziała że jest tam już jej ukochane morze. Nie przeszkadzał jej nawet wysoki klif, po prostu skoczyła do wody. Znikając na znacznie dłużej niż mogłyby pozwolić ludzkie płuca, a nawet te u delfinów. Gdyby ktoś to widział uznałby że dziewczyna popełniła samobójstwo skacząc tam i topiąc się. Ta jednak wynurzyła się nawet nie biorąc głębszego wdechu jak by to zrobił ktoś normalnie. Położyła się na wodzie odpoczywając jeszcze chwilę i dopiero wtedy zaczęła wspinać się na swoją łajbę. Gdy tylko jej mokre buty dotknęły pokładu maszty lekko zaskrzypiały a zwisające luźno szoty zakołysały się.
  -No wiem, wiem... też tęskniłam.- Przytuliła się do masztu, zaraz jednak odsunęła się od niego sięgnęła po szable i z zawadiackim uśmieszkiem wyciągnęła szable. Wszystkie żagle na jej rozkaz rozwinęły się i nabrały powietrza.
  -Dalej k*rwa, pruj przez morze leniwa łajbo!- Zawołała a pchnięty wiatrem okręt szarpnął ruszając gwałtownie. Squall schowała szable do pochwy. Złapała za jedną z zwisających z bomu lin i odbiła się od masztu przelatując w powietrzu parę metrów w stronę steru, nie było to jednak wystarczająco daleko, więc ostatnie metry pokonała puszczając się liny i robiąc salto. Wylądowała idealnie, odgarnęła niesforne włosy z szerokim uśmiechem i złapała za koło sternicze. Patrząc gdzieś przed dziobem zaczęła nucić pod nosem...


Zakochał się John w pięknej Sally
Łej hej, w babie ze stali
Spał z nią nawet, gdy inni się bali
Potem popłynął w rejs.

Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!

Żadna się równać nie może z Sally
Łej hej z babą ze stali
Gdy strzelisz w pysk, każda jedna się żali
Tylko Sally jeszcze chce.

Łej hej opowiem wam o Sally
Łej hej o babie ze stali
Opowiem wam dziś, jak ona się...
Tylko piwa dajcie mi!



    Pieśń urwała się gdy po paru godzinach podróży dziewczyna spostrzegła dym unoszący się znad horyzontu, na szczęście nie mogło być to Hidden, bo była już za daleko, ale z pewnością ogień był niedaleko jej nowego "portu". Czuła że to z pewnością wojska Arsmana, może by tak się przywitać już parę dni nie miała porządnej rozrywki. Uśmiechnęła się w jednym z najwredniejszych uśmiechów, a w oczach błysnęły małe iskierki chochlika.
    Przy tafli wody było słychać jeszcze resztki odgłosów walki, woda niosła krzyki niedobitków którzy zaraz jednak skończą jak reszta od mieczy i strzał wojsk imperium. Nawet nie zauważyli powoli wynurzającej się z wody postaci w kapturze.
  -Zachciało wam się powstań co? Nie podoba wam się w Sorsinie? To już więcej jej nie zobaczycie...- Rechotał jakiś żołnierz podnosząc miecz na krzyczącego i kulącego się ze strachu otyłego mężczyznę, prawdopodobnie byłego właściciela tutejszego zajazdu. Ostrze jednak nie dotknęło przerażonego grubasa, tylko upadło tuż obok z zaciśnięta wciąż na rękojeści odciętą dłonią. Teraz powietrze przeszył rozpaczliwy krzyk napastnika patrzącego z przerażeniem na odciętą kończynę.
  -D...dziękuję... je.. jesteś tu...- Roztrzęsiony mężczyzna podniósł wzrok na nieznajomą postać ukrytą pod kapturem, nie dane mu jednak było dokończyć bo żółte oczy wypełnione dziką i chorą satysfakcją sadysty odebrały mu mowę.
  -Bynajmniej nie by wam pomóc, a teraz sp*erdalaj z tobą żadna zabawa...- Warknęła a tamten jeszcze na czterech kończynach zaczął uciekać.
  -Kim jesteś?- Usłyszała pytanie kogoś obok
  -O proszę, a jednak was więcej... już myślałam że się będę nudziła...- Wszyczerzyła się w ironicznym uśmiechu ukazując niezbyt ludzkie kły. W jej pobliżu zbiegli się zaarmwani krzykiem towarzysze kaleki. Umundurowani z mieczami lub łukami, a nawet kosturami. Ot zwykły oddział wojsk Arsmana. Inny szeregowy widząc niej zagrożenie bądź kolejną ofiarę do zabicia rzucił się na dziewczynę od tyłu. Jaka szkoda że od razu go usłyszała. Zrobiła głęboki skłon unikając świszczącego ostrza jednocześnie wyciągając z jednej z kryjówek dość długi i solidny nóż. Gdy obracała się dalej zgięta kierunku napastnika na ułamek sekundy spojrzała mu w oczy i posłała bardzo nieprzyjemny grymas "uśmiechu". Wbiła mu nóż nisko w brzuch i długim ruchem rozpłatała go aż do szyi rozbryzgując na około krew. Nie czekała nawet aż truchło upadnie na ziemię. Skoczyła do kolejnego zbliżającego się natręta z mieczem tek pewnego siebie że nie zauważył kiedy soczysty kopniak połamał mu mostek na kawałki pozbawiając tchu. Następnych trzech nawet nie trzeba było długo męczyć. Squall wybiła jednemu broń z ręki a jego głowę roztrzaskała na pół o drzewo, drugi został z poderżniętym gardłem, gdy złapała trzeciego za szyję dusząc koło jej twarzy śmignęła strzała. Stała z biednym młodziakiem prawdopodobnie gdzieś z stolicy, zaciągnął się do wojska licząc na awans a teraz ślinił się pozbawiany tchu.
  -Proszę, proszę... kogo my tu mamy? A już myślałem że cię diabli wzięli...- Usłyszała niski i spokojny głos. Na miejscu pojawił się wysoki i dobrze zbudowany szatyn, był ubrany inaczej, lepiej od towarzyszącej mu grupy żołnierzy.
  -Tak dawno się nie widzieliśmy że musiałam się przywitać z  tobą Fortisie...- Sztorm posłała mu niby miły uśmiech nie puszczając duszącego się chłopaczka.
  -Ładnie to tak? Zabawiasz się z chłopstwem, a ja na morzu widzę tylko horyzont...- Mruknęła z teatralnym smutkiem. Stojący przed nią mężczyzna był już jej doskonale znany. Jeden z najwyżej postawionych dowódców Sorsiny, odpowiedzialny za najdelikatniejsze, najdziwniejsze i tajne sprawy wojenne. Jeśli trzeba było coś załatwić po cichu ale z dużą ilością trupów to właśnie jego wysyłano. Stąd też dziewczyna go znała, to głównie on zajmował się polowaniem na nią z resztą gdyby wydało się istnienie Hidden nie kto inny jak on zjawiłby się na czele wojsk.
 -Ostatnio dostałem inne zadanie, ale nie bój się tobą też się zajmę, choć może nie będę musiał skoro sama tu przyszłaś. Poza tym będziemy tak gadać jak go trzymasz? Zostaw żółtodzioba, mało ci zatopionych statków?- Piratka wzruszyła ramionami, jakby zgadzając się z nim że trzymanie młodego nie było najlepszym zajęciem i puściła go. Blondyn zaczął łapczywie wciągać powietrze, kobieta jednak nie chciała dać mu dalej oddychać jednym błyskawicznym ruchem skręciła mu kark. Wśród żłnierzy przesunął się cichy pomruk, jednak dowódca stał zupełnie nie wzruszony. Squall pewnym krokiem podeszła do szatyna i z uwodzicielskim spojrzeniem położyła mu dłoń na ramieniu.
 -Jestem ciekawa co ktoś jak ty robi w tej wiosce, to raczej nie jest miejsce dla kogoś od zadań "specjalnych"- Mówiła nie przestając go uwodzić. Bez krępacji przesuwała dłońmi po jego torsie i twarzy, czasem nawet sama się o niego ocierała, zostawiała na jego mundrze krwawe ślady. Ten jednak stał dalej niewzruszony.
 -Mam tutaj takie samo zadanie jak inne. A teraz jeśli pozwolisz, chciałbym cię zamknąć, dokończyć to zadanie a dopiero później cię zabić...- Położył jej dłoń na policzku i spojrzał głęboko w oczy mówiąc to.
 -Och... nie mów że nadal masz mi za złe tę niewinną noc. Myślałam że ci się podobało...- Udawała że się nieco wstydzi gdy wspomina to. Jednocześnie sięgała po swoją szable tak by tego nie widział ani on, ani jego sługusy. -Wiesz... moglibyśmy to kiedyś powtórzyć... nawet tu... nawet teraz...- Wyszeptała mu do ucha nieco przesuwając po nim językiem. W tym momencie zamachnęła się szablą. Niestety, dowódca nie był normalnym człowiekiem i odskoczył od ciosu. Nie odpowiedział jednak na jej atak. Skinieniem głowy dał znak swoim podwładnym by to oni męczyli się z piratką. Szybko szacując miała przeciw sobie około tuzina ludzi tutaj, a z pewnością w wiosce było ich więcej i  każdej chwili mogli się pojawić. Squall oślepiła najbliższego który do niej podbiegł precyzyjny cięciem, następnie kopnęła na resztę dając sobie chwilę by wskoczyć na najwyższego z nich i dostać się w korony drzew. Szybko zniknęła w liściach. W górę poszybowało jeszcze kilka strzał, ale zaraz łuczników powstrzymał ich dowódca.
 -Wiesz perełko, jeśli chciałaś mnie zabić trzeba było zrobić to gdy leżałem nago przywiązany do łóżka w portowej karczmie.- Zawołał licząc na odpowiedź by mógł namierzyć ją. 
 -Więc jesteś zły tylko o poranek?- Wyszczerzyła się spadając tuż za plecami łuczników. Szabla świsnęła w powietrzu podrzynając gardła trzem z nich. Kilka strzał śmignęło koło niej z czego jedna drasnęła ją w bok. To jej nie zatrzymało najbliżej stojącemu łucznikowi wbiła nos w czaszkę obuchem szabli masakrując mu twarz, dwóch następnych pozbawiła rąk przecinając ścięgna. Z boku zaatakowało ją dwóch mięśniaków z mieczami. Zrobiła unik przed pierwszym ciosem, następnie złapała go za ramię i ustawiła ostrze tak że przebiło drugiego mężczyznę. A swojej marionetce wbiła w oko wydobyty z rękawa sztylet. Zanim zdążyła puścić swój nóż usłyszała charakterystyczny metaliczny dźwięk jaki wydaje rzucane zaklęcie, robiąc piruet odbiła je ostrzem szabli i wysłała szydercze mrugnięcie do maga który je rzucił a był to właśnie Fortis.
 -Chyba zapomniałeś że to się mnie nie ima.
 -Moja wina...- Odwzajemnił uśmiech i w następnej chwili dobył broń przypominającą długi, cienki jednoręczny miecz. Para zaczęła w niemożliwy do zarejestrowania dla ludzkiego oka tempie wymieniać się ciosami. Squall zadała się przy ty świetnie bawić wykonując zwody i uniki na przemian z nieczystymi zagrywkami. Odbiła ostrze przeciwnika i zamachnęła się celując w gardło przeciwnika, jednak ten cofnął się o krok przez co udało jej się tylko rozospłatać mu policzek. Dowódca dotknął krwi i obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem atakując z jeszcze większym zawzięciem. Sztorm to jednak jeszcze bardziej bawiło, a jaj twarz wykrzywiał coraz to bardziej szaleńczy uśmiech. Jeden z wojowników Fortisa zaatakował ją od tyłu, udało jej się sparować cios najpierw jego, następnie dowódcy który cofnął się o krok. Dziewczyna uderzyła pięścią w twarz woja wybijając mu zęby i sprawiając że padł jak długi, zaraz jednak zaatakował ją kolejny i kolejny razem z jej głównym przeciwnikiem. Akcja się zagęczszała dziewczyna równocześnie walczyła już z czterema napastkimami. Udało jej jednego ciąć przez cały tors ale w tym samym momencie sama końcówka broni szatyna sięgnęła jej samej podobnie jak jemu trafiając jedynie twarz i rozcinając łuk brwiowy. Nie zatrzymując się rozcięła głowę kolejnego i obiła kolejny atak Fortisa. Odsłonił się, to była jej szansa, zamachnęła się po raz kolejny chcąc go rozpłatać ale ostatni z jego parobków zasłonił go. Żołnierz został rozpłatany piórem szabli a upadając uderzył jelcem w głowę dowódcy zamraczając go na chwilę. Od strony dogorywającej wioski tak jak się spodziewała zaczęło przybywać coraz więcej ludzi widzących swojego dowódcę w opresji rzucali się na nią. Squall walczyła z nimi zabijając i ranią kolejnych ale teraz było ich już za wiele, na morzu mogłaby ich bez trudu pokonać, ale tu? na lądzie? Kolejne strzały kierowane w jej stronę i kolejne zaklęcia które musiała odbijać. Postanowiła jednak pożegnać się z nimi w spektakularny sposób. Na samym skraju palącej się połaci terenu dostrzegła beczki na wojskowym wozie. mogły być tylko z prochem bądź alkoholem, ale raczej to pierwsze. Squall podskoczyła łapiąc się gałęzi, następnie rozchuźdała się z niej i przeskoczyła nad znaczną częścią wojskowych, ostatnie metry pokonując skacząc po głowach niektórych. Wylądowała na wozie z którego szybko zeskoczyła i schowała się za nim. Wyjęła kamienie blokujące koła, chwyciła palące się polano i wdrapała się na szczyt beczek.
 -Fortis! Pozdrów ode mnie szatana!- Wyszczerzyła się rzucając płomień na beczki. Powóz ruszył z górki w stronę plaży. Przerażeni wojskowi zaczęli rozpierzchać się przed palącym się prochem na kołach z szaloną kobietą na nich. W ostatniej chwili dziewczyna skoczyła a za jej plecami beczki zaczęły wybuchać dodatkowo ją odrzucając na szczęście trafiła prosto do wody gdzie popłynęła do swojego statku. Gdy tylko wdrapała się na pokład okręt sam wziął kurs na Hidden a Squall zajęła się prowizorycznym opatrywaniem poparzeń na plecach i rany na boku, przeciętą brew jedynie przetarła rękawem. Zerkała jeszcze co jakiś czas w stronę unoszącego się dymu. Pewnie większość zginęła ale z pewnością nie Fortis, za dług się z nim użerała by wiedzieć że takie coś nie zabije tego paladyna. Ale z pewnością jeszcze na niego trafi... Wracała do Hidden nucąc pod nosem resztę znanych jej szant, nim dopłynęła do swojej zatoczki było już ciemno. Zakotwiczyła statek, zamaskowała się i skierowała w stronę wczorajszego ognika, w końcu tam właśnie powinien się ktoś pojawić, a ona miała powiedzieć coś ważnego Atlantowi. Gdy jednak znalazła się pod jego domem zobaczyła jedynie smoka, Felina i Lisbeth.
 -A gdzie reszta?- Zapytała siadając na ganku i kładąc nogi na stole.
 ~Phester i Mild jeszcze nie wrócili, a Atlant z resztą oceniają tutejsze budynki na ile można je zamieszkać.~ W jej głowie za wibrował głos gada
 -Ja tam mam już gdzie spać, więc niech sobie łażą.- Mruknęła naciągając jeszcze mocniej kaptur i kominiarkę.Niespodziewanie przysunął się do niej ogromny łeb Frelsera i zaczął ją obwąchiwać.
 -Hej! Co ty robisz?- Warknęła odsuwając od siebie jego paszczę.
 ~Dziwnie pachniesz...~ Stwierdził widując ją spojrzeniem
 -No i?
 ~Nic chodziło mi raczej o to że oprócz tego pachniesz krwią i sądzę że jesteś ranna.~ Oznajmił na tyle głośno że chyba wszyscy usłyszeli to zdanie w swoich głowach. ~Powinien cię ktoś opatrzyć.~ Dodał po chwili.
 -Obejdzie się, już to zrobiłam.
 -Ha! Ty wiesz cokolwiek o medycynie? Byłem pewien że ty co najwyżej odkazisz ranę alkoholem... tylko że do ustnie.- Zakpił Malik śmiejąc się głośno, Squall jednak puściła to mimo uszu. -Daj się opatrzyć komuś kto wie co zrobić żeby się przynajmniej nie wykrwawić.- Mruknął wyciągając do niej łapę, która jednak błyskawicznie została odtrącona
 -Żyję, na cholerę mi opatrunki.- Fuknęła
 -No może po to żeby nie wdało się zakażenie?
 -Phi! Też mi coś
 -Boże co ci szkodzi? To będzie chwila i gotowe
 -Nie i koniec
 ~Mogę ją przytrzymać.~ Zaproponował Frelser podnosząc już łapę.
 -Tylko spróbuj a zostaniesz wałachem... Mruknęła ciskając błyskawicami z oczu.
 -A później będziesz jojczeć że gangrena.
 ~Albo dostaniesz gorączki.~ Poirytowana dziewczyna sięgnęła po stojącą na stole butelkę rumu i odkorkowała.
 -Jak tak bardzo wam zależy to jutro sobie mnie opatrzycie, nawet temu upiorowi pozwolę się zabawić w lekarza, tylko dajcie mi dziś spokoju dobra? W życiu nawet szkorbutu nie miałam czy też nie złapałam nic wenerycznego to i rana będzie zdrowa.- Zaśmiała się i przetknęła sobie butelkę pod kominiarką tak by nikt nic nie zobaczył i napiła się.
 -Ech... Boski trunek, chcesz?- Zerknęła na smoka, ale już znała odpowiedź.

<Ludu ruszyć się, albo polecą kopniaki w dupęcję i moje narzekania :) >

wtorek, 3 stycznia 2017

Od Kiette c.d. Tenzina

Stanęłam tak daleko od wilczej paszczy, jak się dało, ale nie na tyle, by odstawać od tłumu. Przyglądałam się wszystkim z niknącym z wolna strachem, ale nadal nieufnością. Nie przysłuchiwałam się o czym mówią, a starałam się opanować wszystkie emocje i odzyskać swój ponury spokój.
Byli dziwni. To znaczy, każde z nich było czymś innym, ale żyli w jednej społeczności. Dawno nie widziałam miejsca, gdzie tyle ras żyje w zgodzie. Co może znaczyć, że jednak mój brat tutaj jest... Chociaż, on by chciał być wśród innych istot? Raczej nie.
Mimo pierwszego wrażenia, chyba najwięcej mojego zaufania wzbudził póki co ich władca, chociaż łucznik oraz towarzysz wilka, ani nawet mała, niebieska istotka nie wydawali się być groźni. Tylko ja już się przekonałam, że nie wolno oceniać po pozorach. Swoją drogą, piratka patrzyła na mnie dość dziwnym wzrokiem, który sprawiał, że miałam ochotę się schować.
Na ziemię sprowadziła mnie ręka Halta, która wyrosła przede mną. Spojrzałam na nią jak na coś z innego świata i niepewnie uścisnęłam, a kąciki moich ust drgnęły na chwilę.
Kiedy już ją puściłam, poczekałam, aż Atlant porozmawia już z nowymi członkami i podeszłam nieco bliżej. Byłam zmęczona i przydałby mi się porządny odpoczynek.
Oczy zaszły mi czerwienią i po chwili Shi-Shi był już w moich ramionach. Wysyłał mi silne impulsy powiadamiające o energii Hanneona. Ale nie chciałam pytać, czy tam jest. Sam Han, jeśli nadal tu przebywa, pewnie stawia na ukrywanie się.
- Mogłabym zatrzymać się tu na jakiś czas? - zapytałam, stając naprzeciw niego. Chyba mogę im na te parę dni zaufać. - Być może zajmie to nieco dłużej niż kilka dni. Chciałabym się zregenerować przed dalszą podróżą, to samo tyczy się mojego nietoperza.
Spojrzałam na Atlanta swoimi na tę chwilę czerwonymi ślepiami w oczekiwaniu.

<Drodzy zebrani? Przygarniecie Kiette? default smiley ;)>

piątek, 23 września 2016

Od Tenzina c.d. Atlanta

        Tenzin na polityce znał się równie dobrze co kot na łowieniu ryb: niby mgliste pojęcie miał i w razie czego potrafił złapać jedną czy dwie sztuki, ale nie umiał się posłużyć wędką, bo nie miał ku temu możliwości. Tak jak kotu brakuje do tego celu kciuków, tak Owcy brakowało biegłości do tych wszystkich zmian. Polityka to ciąg nagłych przypadków, zmieniających się polityków i władców, a nasze Jagniątko najzwyczajniej nie miało do takich rzeczy głowy. Czasem przychodziło wraz z Wilkiem po ważniejsze osobistości, by zaprowadzić ich na drugą stronę. Dopiero tutaj dało się poznać, który król, wójt lub grododzierżca rzeczywiście dobrze sprawowali daną im władzę. Ci mądrzy przeważnie czuli już, że są zmęczeni życiem i przyjmowali ofertę Tenzina. Jednakże ku wielkiemu smutkowi łagodnego łącznika zdecydowana większość panikowała, rzucając się do bezmyślnej ucieczki albo - co gorsza - wzywając straże. Za to Suowei lubiła takich polityków. Oczywiście na surowo.
  Tak więc chociaż zdarzały się Łowcom te sporadyczne interwencje w politykę śmiertelników, babrali się w tym bagnie względnie rzadko. Najczęściej, wzorem wspomnianego wcześniej kota polującego na ryby, po prostu szkoda było na to wszystko fatygi. Człowiek miał wędkę, sam złowi, tobie pozostaje się połasić o kawałek. I tak samo było w rzeczywistości: większość politycznych rywali wykańczała się samoistnie, chociażby trując sobie wino. Tenzin nienawidził w ludziach nieszczerości i skłonności do nieczystych zagrań, mimo to jednak trzeba przyznać, że znacznie ułatwiali mu polowanie - skatowany trucizną człowiek nie był w stanie uciec przed Wiecznymi Łowcami.
  Mimo braku ogarnięcia do wszystkich oficjalnych tytułów, rang i innych dupereli, Jagnię potrafiło zrozumieć słowo ,,władca" oraz co się z tym słowem wiązało. Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać. Słysząc, że leonis jest władcą Hidden (domyślił się, że to pewnie oficjalna nazwa tej ich małej ojczyzny), przyłożył prawą pięść do serca i z gracją skłonił się dosłownie do linii pasa, odchylając do tyłu drugą rękę.
  - To zaszczyt pana poznać - powiedział szczerze, prostując się.
  Suowei jego zachowanie zupełnie przestało się podobać. Zawarczała ostrzegawczo, na co stojąca obok Tenzina piratka odsunęła się odruchowo, a reszta spojrzała niepewnie na wilkopodobne monstrum. Owca spojrzała na nią dumnie wyprostowana, zakładając ręce na piersi. Nie musiał nic jej mówić. Nawet bez telepatii doskonale zrozumiała przekaz: ,,Rób co chcesz. Nie zamierzam cię słuchać". A to wkurzyło ją jeszcze bardziej. Szybko jednak ucichła, bo wśród tego chaosu cech miała w zanadrzu i dozę wyrozumiałości. Jagniątko było tylko bezrozumnym szczeniakiem. Nie rozumiał w co się wpakował. Nie wiedział, że nie powinni byli tu przychodzić. Pewnie nawet nie rozumiał jakie konsekwencje wiązały się z kłanianiem śmiertelnemu władcy. Ale to nic. Póki ona z nim będzie, nic mu się nie stanie. Jeszcze mu wyperswaduje z głowy pomysł mieszania się wśród tych potworów. Zaraz mu przejdzie. Co przecież może fascynować łącznika tak bardzo w tych marnych kreaturach? Znudzi się i to szybko, niebawem wrócą do bezpańskich lasów na łowy. Wszystko będzie jak dawniej...
  Nie wiedziała jednak, jak bardzo jej myśli odbiegały od rzeczywistości. Jej kochane bezbronne Jagnię nie zamierzało się stąd wynosić. Potem tylko trzeba będzie jej to jakoś wytłumaczyć...
  - Ale z was dziwadła - wypaliła bez namysłu piratka taksując wzrokiem łowców. Tenzin już miał zapytać o co jej dokładnie chodzi, jednak kobieta nagle machnęła niedbale ręką. - A co mi tam. Pozwólcie, że zabiorę swą odrażającą postać sprzed waszych oczu - uśmiechnęła się i ruszyła w swoim kierunku.
  Łucznik i Atlant odprowadzali ją lekko nieufnym wzrokiem. Leonis szybko wrócił do konkretów.
  - Cóż, ja się przedstawiłem, duchowi przyjaciele również to zrobili... - uśmiechnął się zachęcająco najpierw do niebieskiego karzełka, a następnie do siedzącej na gałęzi kotołaczki.
  Biały łucznik przypomniał sobie nagle o obecności drobnej dziewczyny. Znowu zalało go poczucie wstydu i zażenowania. Nie chciał jej wystraszyć, naprawdę. Musiał ją przeprosić, ale znając działanie paniki doskonale wiedział, że w tej chwili odzywając się do niej jedynie dolałby oliwy do ognia. Trzeba będzie to zrobić później...i to najlepiej bez towarzystwa Suowei.
  Blondynka dalej tkwiła na drzewie. Bardziej odważna okazała się ta mała, porośnięta niebieskim meszkiem istotka. Wystąpiła jak przed szereg, zasalutowała po żołniersku i przedstawiła się:
  - Louise Trzecia Andrasta Quartz - do usług!
  - Każda para rąk się przyda! - odpowiedział wesoło Atlant, również salutując. Spojrzał wyczekująco w górę.
  Kotołaczka jeszcze chwilę siedziała niepewnie, wpijając palce w gałąź. W końcu powoli zeszła na ziemię. Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, po czym zebrała się na odwagę by się odezwać.
  - Kiette - mruknęła, po czym zdecydowała się jednak powtórzyć nieco głośniej: - Kiette Chattres.
  - Tak ciężko było? - leonis uśmiechnął się pokrzepiająco. - Nic ci tutaj nie grozi. Nie wiem czym oni cię tak wystraszyli - wskazał kciukiem w stronę Owcy i Wilka - ale jestem pewien, że nie zrobią ci nic złego... - spojrzał znacząco w stronę Tenzina. - Nie chcę mieć z wami kłopotów, dobrze?
  Ten pokiwał energicznie głową.
  ~ Pfft, jasne... ~ prychnęła do siebie Suowei.
  ~ Zachowuj się ~ zbeształ ją przez telepatię łącznik.
  ~ Nie będzie mi żaden śmiertelnik dyktował warunki...
  ~ Więc JA zrobię to za nich jeśli dalej będziesz dawała ku temu powody.
  ~ Nie ośmielisz się...
  Przerwał połączenie z Wilkiem zanim doszło do długiego, bezsensownego monologu jak to głupi i naiwny był Tenzin. Może kiedyś by tego słuchał. Teraz jednak doskonale wiedział czego chce, a tym czymś było pozostanie wśród tej nietypowej społeczności.
  - Ażeby sprawiedliwości stało się zadość - wtrącił się jedyny pełnokrwisty człowiek w towarzystwie - Halt Quicksilver - przedstawił się, podając swoją dłoń w stronę Owcy.
  Duch przekręcił głowę, jakby chciał spojrzeć na rękę ze wszystkich stron, niezbyt rozumiejąc czego łucznik w kapturze od niego oczekuje. Coś mu ten gest mówił, ale nie za bardzo wiedział co dokładnie.
  ~ Potrząśnij nią ~ podpowiedziała mu Su z westchnieniem zniecierpliwienia.
  Tenzin więc niepewnie chwycił w dwa palce palec wskazujący mężczyzny i potrząsnął kilka razy. Suowei mruknęła coś niewyraźnie, jednak ze słyszalnym zażenowaniem. Halt natomiast sprawiał wrażenie rozbawionego.
  - Może być - uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. - Chyba nie spędzałeś dużo czasu wśród ludzi, co?
  Owca jedynie wzruszyła ramionami. Spędzać spędzał. Ale wolno się uczył.


Ursa? Reddie? Kiette? No cóż, wiele nie zmieniłam, ale przynajmniej już nie blokuję kolejki :P

wtorek, 6 września 2016

Od Hanneona c.d. Viserany - Wątpliwości

Odwróć się Han - krzyczała już od dłuższego czasu podświadomość. - Idź, zamknij drzwi na klucz i schowaj się w środku! Pomogłeś, to wystarczy...
  Ech... W tym wypadku jednak wygrała kocia ciekawość i zamiast, jak na aspołecznego maga pożegnać się i pozamykać na cztery spusty, zdecydowałem się tam stać i usłyszeć wizję swojej przyszłości.
  Nie spuszczając wzroku z Vis, sięgnąłem do złotego łańcuszka na szyi i zdjąłem przez głowę swój amulet, zawsze noszony pod ubraniem. Przedstawiał perfekcyjnie wykonaną głowę kota-szamana wielkości łapy przeciętnego kota o opalach zamiast oczu. Nie posiadał żadnych magicznych właściwości poza tym, że oczy medalionu zmieniały się tak jak moje w trakcie używania magii. Tak właściwie, w pewnym sensie to były moje oczy, posiadały moje spojrzenie, ale pozostawały niewidzące. Jego wartość jest głównie symboliczna, oznacza dwojaką naturę - kotołaka i maga, no i sentymentalna - mama nam je dała. Kiette dostała srebrny, Jum miał miedziany, a Sarazi platynowy.
  Vis najpierw z zaciekawieniem i pewną dozą podziwu dla twórcy spojrzała na amulet, a potem utkwiła zahipnotyzowany wzrok w kamieniach będących oczami kota. Prychnąłem cicho. Tak częso się zdarza. Viserany potrząsnęła głową i ostrożnie wzięła go do rąk.
  Może i - jakby ktoś chciał w to wątpić przez moją dość lichą posturę - jestem mężczyzną i nie znam się za bardzo na błyskotkach, ale ten amulet był piękny, wykonany z niezwykłą dokładnością i posiadający żywe spojrzenie. Dlatego i ja sam podziwiam moją mamę, gdyż wszystkie cztery od podstaw bez użycia magii zrobiła sama. Użyła jej tylko i wyłącznie do ożywienia opali.
  Viserany zacisnęła dłoń na amulecie, po czym wstrzymała oddech. Na tyle długo, że prawie zacząłem się martwić. Ale wtedy znów zaczęła oddychać i na mnie spojrzała, dość dziwnym wzrokiem.
  - Jakaś... jakaś dziewczyna z nietoperzem zapuka do twoich drzwi - powiedziała, chyba sama z lekka zaskoczona tą wizją.
  - Dziewczyna? - Uniosłem brew. Nikt mnie nie odwiedza, a płci żeńskiej to już zupełnie. - A wiesz, jak wyglądała?
  - Jakaś młodziutka blondynka. Rozwiane włosy, niewysoka.
Czy to możliwe, żeby...
  - Oczy - powiedziałem, zaczynając się z wolna martwić. - Widziałaś oczy?
  - Fiołkowe. Piękny odcień! - odparła, a ja zacisnąłem usta.
  - Kiette - wyszeptałem, ale na pewno usłyszała. - A widziałaś coś jeszcze?
  - Tylko, jak zaskoczony ją przytuliłeś na powitanie.
  - Nie przeszłaby od tak całego kraju, zwłaszcza w obecnych czasach, żeby mnie odwiedzić. Sama - mruknąłem do siebie.
A może Kiet wychodzi za mąż? Ale czy wtedy nie byłaby ze swoim narzeczonym?
Po chwili wlepiania oczu w ziemię zwróciłem się do Viserany:
  - Kiedy spełniają się twoje wizje? Po jakim czasie?
  - Różnie, ale zwykle w niedalekiej przyszłości. - Po jej minie wiedziałem, że usiłuje dociec, czemu te informacje tak na mnie podziałały. - Po twoim zachowaniu wnioskuję, że ją znasz. Kim ona dla ciebie jest?
  Przechyliłem głowę, uświadamiając sobie, że podobieństwo między mną a Kiette jest... Właściwie, to wcale go nie ma. Ona i nasi nieżyjący już bracia odziedziczyli kolor włosów po ojcu, a ja jedyny po mamie. To samo zaś tyczy się oczu, z tą różnicą, że Sarazion też miał brązowe. Jak jeszcze z braćmi cokolwiek mnie łączyło - wspomniane oczy czy w przypadku Jumona kształt i duże podobieństwo twarzy, tak z Kiette w wyglądzie nie mamy ani jednej wspólnej cechy.
  Tak więc, cokolwiek Viserany pomyślała, na pewno nie pomyślała o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
  Już otwierałem usta, żeby jej to wyjaśnić, kiedy ot tak kruk wleciał sobie do mojej chatki, bo zostawiłem otwarte drzwi. Słyszałem jedynie tłuczące się szkło, kiedy usiłował się wydostać.
  Nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłem i jakim sposobem miałem kruka między pazurami. Naprawdę tego nie wiem. Ptak zakrakał i wlepił we mnie swoje okrągłe oczy, przestając się szamotać. Momentalnie z lekkim przerażeniem zdjąłem z niego swoje już ręce, a ptak niezwłocznie uciekł, niemal wlatując w nieco rozbawioną Viserany opierającą się o próg.
  On wyglądał jak Nero.
  Nie.
  Niemożliwe.
  Wzdychając ciężko i odganiając tym samym dziwne myśli, przeczesałem włosy dłońmi siedząc na swoich stopach wśród kilku potłuczonych słoików i buteleczek. Tylko kilku na szczęście i z prawie ogólnodostępnymi zawartościami.
  A jednak zbieranie niektórych ziół w lesie samemu zajmie mi przynajmniej cały dzień, a jak na - niestety - w połowie kota przystało, nie chcę marnować całego dnia. Wtedy też coś mi się przypomniało.
  - Chciałaś mi dzisiaj pomóc, prawda? - zwróciłem się do Vis.

  Zapuszczaliśmy się coraz dalej w las, dość powoli, nie spiesząc się zbytnio. Usta Viserany niemal się nie zamykały, ale - chociaż gaduł nie lubię - nawet wyjątkowo słuchałem. Głównie dlatego, że chciałem być miły, a poza tym, przez to mówienie dowiedziałem się paru ciekawostek o Hidden, co poniekąd interesujące było.
  - Wybacz, że przerywam - powiedziałem, zatrzymując się - ale tutaj jest dość sporo Wrzeszczotków Leśników, które poza obecną listą do zebrania mogą mi się przydać.
  - A tak w ogóle, po co ci to wszystko? Te rośliny i jakieś mikstury - zapytała, dziwnie przy tym gestykulując. - Przecież nie jesteś lekarzem.
  Kucnąłem przy herbacianej roślinie przypominającej jeden malutki kielich konwalii na lichej łodydze i ostrożnie, żeby zadać roślinie jak najmniej bólu odciąłem sam kwiat (i w tym momencie rozległ się dźwięk przypominający stłumiony wrzask) i jeden liść, które magią ziemi natychmiast przywróciłem do poprzedniego stanu.
  - Czasami bawię się w alchemika - prychnąłem, odpowiadając na jej pytanie, a to była zresztą prawda, bo kilka razy usiłowałem coś stworzyć. - Przeważnie opisuję je i ich właściwości w swoich księgach.
  - Czyli można cię nazwać zielarzem? - podsumowała.
  - Nazywaj to jak chcesz. - Wzruszyłem ramionami, chowając wrzeszczotka do malutkiej skrzyneczki, a skrzyneczkę do torby akurat wtedy, gdy po naszej lewej rozległo się wycie wilków.
  Westchnąłem tylko, w duchu licząc, że jakimś sposobem przejdą dookoła, bo zwyczajnie za nimi nie przepadam i dalej szedłem w las, a Viserany, nasłuchując, wędrowała za mną.
  - Są blisko - powiedziała dwa metry za mną, jakby ostrzegawczo.
  - Słyszę.
Kucnąłem, żeby podnieść z ziemi ciekawie wyglądającą szyszkę.
  - I to nie małe stado. - Zapasała ręce, patrząc na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
  Z tego też zdawałem sobie sprawę, w końcu przy większym skupieniu się potrafię wyczuć drgania podłoża.
  Uniosłem nieco ironicznie kącik ust, prawie odsłaniając przydługi kieł. Raz przez świecące w ciemności oczy i kły wzięli mnie za wampira. Ta ucieczka wtedy była całkiem niezłą zabawą.
  - Dopóki mnie nie zaskoczą, jestem w stanie sobie bez problemu poradzić bez robienia im krzywdy, nawet, jeśli jestem kotołakiem. - Spojrzałem na nią z ukosa. I wcale nie żartowałem.


<Viserany? Czuj się zaszczycona, bo Han mówi do Ciebie dobrowolnie ;)>

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Atlanta c.d. Kiette - Goście

Atlant nie ruszył się widząc z jakim trudem kotka łapała powietrze. Mężczyzna postarał się najmocniej jak mógł wytężyć swój dodatkowy zmysł. Nawet przy jego niskich umiejętnościach wyraźnie wyczuł strach u dziewczyny. Poczuł jednak co jeszcze... ona miała coś wspólnego z kotołakiem który tak wczoraj się ukrywał. Podświadomie czół że to w jakimś stopniu mogła być rodzina, ale nie chciał rzucać swoich podejrzeń bezpodstawnie, może gdyby jeszcze trochę popracował byłby pewny. W pobliżu był ktoś jeszcze, a nawet dwóch ktosiów. Czół wyraźny zapach zwierzęcy, ale i aurę czegoś mądrzejszego od zwykłego zwierza. Między drzewami stała biała, na nieco przykurczonych nogach postać, a tuż za nią unosiło się coś co przypominało ducha. Zapach owcy i wilka, oraz niemal duchowa aura, czyżby łącznik? Leonis zadarł głowę znów w stronę kotki skulonej na drzewie.
  -Jeśli powiem "nie bój się" zapewne nie zadziała hę?- Uśmiechnął się pod nosem i usiadł spokojnie, jak gdyby nigdy nic pod drzewem na którym siedziała nieznajoma.
  -C... co robisz?- Usłyszał słaby głos z góry.
  -Czekam, może nie wyglądam, ale nie jestem potworem. Co ciekawsze ty jesteś moim gościem. Niegrzecznie by było gdybym cię zostawił nawet się nie witając.- Z błogim uśmiechem założył ręce za głowę i przymknął oczy nucąc coś cicho. Gdyby naciskał dziewczyna bez wątpienia uciekłaby i tyle, ale teraz gdy sam czekał, dał jej szanse zarówno do namysłu, jak i oswojenia się z sytuacją.
  -Jak to jestem gościem?- Zdawało się, że głos dziewczyny przybrał nieco na pewności, choć nadal był cichy i nieco drżał.
  -Normalnie, jeśli przychodzisz do kogoś, te jesteś gościem. W tym konkretnym wypadku moim.- Wyjaśnił na spokojnie. Wyczuł jak nagle niepokój dziewczyny wzrósł, ale nie ruszyła się. Lakoo otworzył oczy by sprawdzić co zaniepokoiło kotkę, choć nie musiał, domyślał się co to.
  -Więc i my jesteśmy gośćmi?- Usłyszał dość dziwny głos. Tuż nad nim stał biały łącznik, a za nim krążył cienisty wilk. -Nie chcieliśmy jej nastraszyć.- Alt ponownie musiał wysilić się by wyczuć cokolwiek od nieznajomych, a przychodziło mu to mimo wszystko z trudem. Jagnię wydawało się mówić prawdę i nie miało złych intencji, co do wilka jednak nie był pewien, mimo to postanowił im zaufać.
  -Nazywam się Tenzin, a to Suowei.- Przedstawił się z lekkim skinieniem głowy.
  -Miło mi was poznać, ja jestem...- Nie dokończył bo ktoś mu szybko przerwał uzupełniając mimo woli jego wypowiedź.
  -Atlant!!!- Kawałek dalej szło dwoje ludzi i ktoś od nich niższy. Halt lekko skłonił się, jak przystało przy władcy a mała blondyneczka zrobiła to w ślad za nim. Tylko Squall ominęła tę powinność.
  -Koleżanka chciała do nas dołączyć, a z kim jak z kim to z tobą powinna omawiać takie sprawy, co Bestio?- Piratka wysyczała jego stary przydomek. Atlant zignorował dokuczliwość dziewczyny, choć nie miał z nią wiele styczności sprzed czasów Hidden, wiedział że nie było sensu wdawanie się z nią w dyskusje czy sprzeczki, a i z jego upomnienia niewiele by sobie zdobiła.
  -Więc mamy kolejnego straceńca śród nas.- Uśmiechnął się do bląd karzełka.
  -Więc ty tu odpowiadasz za wszystko?
  -Na to wygląda.- Wzruszył ramionami. W tym czasie Squall z niezbyt miłym uśmiechem fascynacji przyglądała się nieznajomym pół duchom obok.
  -Chwila, czyli kim ty jesteś?- Z nad głów wszystkich dobiegł dziewczęcy głosik. Kotka już nie była kotką, teraz na gałęzi siedziała drobna blondynka.
  -Nie pochwalił się?- Sztorm poklepała go po ramieniu.
  -Jakby nie patrzeć on jest tutaj władcą. Choć może lepszym mianem byłby "Szef grupy renegatów".- Odezwał się Halt który jak dotychczas tylko obserwował zbiegowisko.
  -Faktycznie...- Westchnął, poniekąd miał nadzieję że ci nowi jeszcze chwile nie będą świadomi jego roli w ty miejscu, ale mówi się trudno. -Nazywam się Atlant Lakoo, władca Hidden.- Wyszczerzył się w uśmiechu, który choć miły i szczery ukazywał lwie kły, co spowodowało dyskomfort u dziewczyny na drzewie, więc szybko zamknął usta i starał się uśmiechać z zaciśniętymi wargami.

<Kiette? Tenzin? Louise? Halt? Wybaczcie zbiegowisko i trochę bezsęsowne opko, ale muszę was ruszyć żeby mogła wproadzić nowy event  ;)>

Postać poboczna

Imię: Kizanataki, ale utarło się, że Kiza.
Nazwisko: nie ma, ale można przyjąć, że Lupus.
Przydomek: Zaklinaczka
Rasa: w 3/4 człowiek, w 1/4 nimfa leśna.
Wiek: 19
Płeć: kobieta
Krótki opis: Kizę nazywają Zaklinaczką Wilków. Mieszka wśród nich, odkąd jej rodzice porzucili ją w lesie, gdy miała sześć lat. Nie wie, dlaczego jej to zrobili. Nie lubi mówić, choć to potrafi. Zdarza się, że zapomina słów i się w nich plącze. Często jest zamyślona i gubi się w tym, co sama mówiła. Nie zdziw się, gdy po kilku minutach rozmowy zapomni, o czym z tobą rozmawiała. Jest bardzo nieufna i bojaźliwa. Ciężko jest przekonać ją, że nie chce się niczego złego, a jeszcze trudniej zawiązać współpracę. Posiada niezwykle dużo różnych informacji i plotek, które przynoszą jej dzicy przyjaciele zapuszczający się w najdalsze i najciemniejsze zakątki swych obszernych terytoriów. Dzięki nim jest uszami i oczami lasów i ich okolic. Wszystkie wilki z lasów otaczających Hidden traktują ją jak swoją alfę, a ona rozumie ich mowę. Najczęściej widziana jest ze współalfą - nieprzeciętnych rozmiarów srebrzystym basiorem, który jest zarazem jej osobistym obrońcą. Zazwyczaj można ją spotkać siedzącą na głazie przy jeziorku w lesie, brodzącą patykiem w wodzie. Kiedy chcesz się czegoś dowiedzieć, udaj się do Kizy. Ona będzie wiedzieć. A jeśli nie, to się tego prędzej czy później dowie i wyśle po ciebie wilczego posłańca.
Autor: Lucy321

środa, 24 sierpnia 2016

Od Phestera c.d. Mild - Księga z księżycem

 -Tak ot sobie idziesz do tego czegoś?!- Zawołała Mild za mężczyzną kompletnie nie rozumiejąc jego postępowania. Każdy choć trochę wyszkolony wojak wiedział, że nigdy, ale to NIGDY! Nie pcha się w stronę czegoś czego się nie zna. Zawsze najpierw trzeba wiedzieć z czym ma się do czynienia. Chwile stała uparcie, ale gdy czarna postać zniknęła za regałem ruszyła biegiem śladami medyka.
 -Wiesz w ogóle co to może być? Duch? Zjawa? Może jakiś potwór pilnujący tego miejsca!- Mówiła zaaferowanym szeptem. Kruk natomiast przemieszczał się i zakręcał coraz głębiej między regały niemal nie wydając przy tym odgłosów.
 -Słuchaj... możesz mi nie wierzyć, ale czasem czuje że coś jest nie tak i właśnie TERAZ to czuję!- Głos dziewczyny nieświadomie z szeptu przechodził do normalnego. Phester nagle stanął, a elfka odbiła się od jego pleców. Mędrzec stał całkowicie nieruchomo, nawet w miejscach na oczy w masce nie mogła nic dostrzec. Mild częściowo przyzwyczaiła się do towarzystwa dziwnego lekarza, mimo to jednak w tej chili nie umiała wyzbyć się nieprzyjemnego uczucia chłodu oraz strachu.
 -Nie ruszaj się...- Powiedział głosem który zdawał się niemal mrozić powietrze. Odruchowo zacisnęła palce na rękojeści. Ciszę przerwał cichy, ale bliski hałas. Tuż za nią z pułki spadła książka. Elfka gwałtownie dobyła broni i obróciła się w kierunku potencjalnego zagrożenia.
 -Nie podoba mi się to, wiesz co to może być?- Zapytała, a gdy po dłuższym czasie nie dostała odpowiedzi obróciła głowę, ale czarnego towarzysza już nie było.
 -Ch*lera jasna...- Syknęła i ostrożnie zaczęła przesuwać się dalej. Długa cisza sprawiała że przechodziły ją ciarki. Nagle rozległ się głośny krzyk, a raczej skrzek jakiś łopot. Później tylko coś zazgrzytało o posadzkę i znów wszystko ucichło. Mild przekroczyła kolejny zakręt między regałami a tuż przed jej twarzą śmignął ogromny cień. Dziwne coś zatrzymało się gwałtownie robiąc przy tym trochę hałasu, następnie zza półek powoli wynurzyła się dziwna... wężowa... głowa.
 -Prosiłem żebyś się nie ruszała.- Znikąd pojawił się czarny medyk, przez co dziewczyna jeszcze bardziej poczuła się zdezorientowana. Nim jednak zdążyła zarejestrować, że to jej przyjaciel czy cokolwiek pomyśleć. Zamachnęła się mieczem i mogłaby dać głowę że w coś trafiła. Mimo to kościste palce złapały ją niczym imadło i odrzuciły w bok. Dosłownie ułamek sekundy przed tym jak korytarz wypełnił błękitny ogień. Rozejrzała się otumaniona za Krukiem.
 -To strażnik.- Odezwał się ponury głos za nią. Wysoki mężczyzna stał wyprostowany, jak gdyby nigdy nic.
 -Czego pilnuje?
 -Czegoś, czego nie powinniśmy znaleźć.- Rzucił nieruchomo patrząc na przygasające płomienie, które o dziwo nie osmoliły nawet jednej książki. Mild przyglądała się miejscu z którego powinno przyjść to gadzie coś. Ale jej towarzysz nie pozwolił jej czekać. Jedną ręką postawił ją z klęczek za połać koszuli. Elfkę nieco zdziwiła siła w tym wątłym ciele, ale nie teraz będzie się zastanawiać. Pobiegła za Phesterem, nie zwróciła nawet uwagi że jedyne co można było usłyszeć to jej oddech i tylko jej kroki. Mężczyzna cały czas przyśpieszał, ale zdawało się że wcale nie biegnie, jakby tylko sunął do przodu zmuszając elfkę do biegu, często zakręcając i zmieniając kierunki. Nagle zatrzymał się , przygnał do ściany i zakrył usta dziewczyny kościstą dłonią zanim zdążyła je otworzyć. Cień śmignął tuż przed nimi, prawie nie wydając dźwięku. Odczekali jeszcze chwilę po czym medyk niemal wepchał ją za drzwi do osobnej sali.
 -O co tu chodzi?- Zapytała szeptem którego niemal nie było słychać.
 -To jest zaklęcie, strażnik powołany do życia by chronić czegoś w tych murach. Podeszliśmy za blisko tego "czegoś" i się obudził.
 -I co? Zabijemy to?- Mild uniosła lekko miecz który cały ten czas trzymała w dłoni. Phester pokiwał przecząco głową.
 -Trzeba znaleźć zaklęcie.
 -Wiesz czego on broni?
 -Podejrzewam , że tego samego czego szukam.- Mruknął. Miał ogromną ochote wyprowadzić stamtąd elfkę. Doskonale wiedział że ona sama nie uaktywniłaby zaklęcia, które obudziło się wyczuwając zagrożenie czyli jego. Ale dobrowolnie też dziewczyna penie nie chciałaby wyjść. Miał więc dwie opcje, albo zniszczy zaklęcie zanim ich znajdzie, albo wyprowadzi ją podstępem.
 -Co więc chcesz zrobić?- Zapytała nie podnosząc nadal głosu.
 -Znasz stare języki magii?- Mild zatrzepotała rzęsami, Phester czując że dziewczyna mogłaby mieć z tym problem szybko zaczął coś innego. -Zaklęcie musi mieć swoją fizyczną formę. Jest ono ukryte w jednej z książek lub przedmiocie, albo nawet w samym strażniku.
-Jak ono wygląda?- Zapytała, ale nie dostała odpowiedzi, bo pod drzwiami zaczął przeciskać się cień. Mild przygotowała się do walki. Phester jednak ponownie nie pozwolił jej choćby przyjąć szermierczej postawy. Otworzył drzwi i zatrzasnął za sobą, a cień zniknął.
 -Znów zostawia mnie samą...- Mruknęła niezadowolona łapiąc za klamkę pewna że jeszcze go dostrzerzec. Nie było jednak nawet śladu ani medyka, ani cienia. Stąpając jak najciszej starała się znaleźć fontannę w centrum biblioteki z nadzieją że znajdzie tam może owe "zaklęcie". Ponownie zaległa cisza. Zdawało się być wyjątkowo cicho i spokojnie. Schowała miecz, była jednak dalej czujna. Odnalezienie fontanny chwile jej zajęło, w końcu jednak to jej się udało. Kamienna sowa dalej stała jak wcześniej wpatrzona gdzieś w jeden punkt.
 -Gdzie schowałabym zaklęcie mające chronić to miejsce?- Zadała sobie ciche pytanie patrząc w oczy sowy. Daya podeszła jeszcze bliżej posągu następnie podążyła wzrokiem w kierunku w jaki wpatrzony był ptak. Na regale na przeciwko fontanny stał zbiór książek, tak jak z resztą wszędzie. Ale tylko jedna z nich na grzbiecie miała srebrną klamrę. Mild podeszła do niej i wyjęła spomiędzy swoich starych towarzyszek. Otrzepała ją od kurzu i dokładniej na nią spojrzała. Była czarna i gładka z wyjątkiem małego symbolu księżyca. Co bardziej ją zdziwiło srebrna klamra zamykająca jej stronnice nie miała dziurki na klucz. Coś jej jednak mówiło że tam może być ukryty potrzebne im zaklęcie. Ale co miałaby zrobić z tym dalej? Możliwe że Phester wiedział, ale gdzie on mógł być? Elfka przymknęła oczy i starała ię jak najuważniej nasłuchiwać jakichkolwiek odgłosów. Wreszcie trafiła. Coś otarło się o regał, a to mógł być jej towarzysz, ale i strażnik. Ruszyła w stronę zlokalizowanego hałasu ponownie zagłębiając się w labirynt korytarzy. Z kolejnymi zakrętami czuła coraz większe napięcie, wiążące się z większym prawdopodobieństwem spotkania dziwnego cienia.
 -Phester...- Odważyła się cicho zawołać medyka. Na co odpowiedział jej cichy syk. Gwałtownie obróciła się zaciskając palce na książce i dobywając miecza, ale nic za nią nie było. Syk zrobił się głośniejszy podniosła głowę. Wężo-podobne zwierze na futrzanych nogach z zakrzywionymi pazurami zwierzało się z górnego regału nad nią. Daya była gotowa na atak i gotowa zaatakować. Pamiętała też brak zniszczeń po błękitnych płomieniach i była pewna że to iluzja stwora. Więc stała twardo pewna zwycięstwa. Jednej chwili strażnik otworzył gębę z której wydobył się niebieski ogień i w następnej coś czarnego przysłoniło jej cały obraz. Jak zwykle znikąd pojawił się Phester stał przed nią, dziób maski przylegał do torsu, a ramionami rozciągał połacie płaszcza od którego odbijał się płomień. Teraz jego postać rzeczywiście przywodziła na myśl ogromnego, czarnego ptaka. Nie trwało to długo, mężczyzna złapał ją jak kocię i pociągnął gdzieś przed sobą. Mild miała mnóstwo pytań, ale widząc dymiący płaszcz ugryzła się w język i postanowiła poczekać jeszcze chwile. Po lekkich nadpaleniach mogła też wywnioskować że jednak to nie była iluzja i mogła ją poparzyć.
 -Myślę że coś może tu być.- Podała swoje znalezisko mędrcowi. Szare oczy mężczyzny spojrzały na srebrny symbol na okładce. Wymamrotał coś co całkiem było dla niej niezrozumiałe. Zamek szczęknął i książka się otworzyła, a z niej wypadła jedna kartka, jakby wyrwana z zeszytu. Mężczyzna złapał ją i przerwał w pół. Cień sunący w ich stronę nagle zatrzymał się i powoli wyparował z posadzki. Phester wyprostował się i zatrzasnął księgę, a zamek ponownie szczęknął.
 -Co to? Tego szukałeś?- Nie wytrzymała w końcu i znów zaczęła pytać
 -Kodeks i nie do końca... Lepiej to schować...- Mruknął i zaczął iść jak gdyby nic się wcześniej nie działo dalej między pułki biblioteki, a za nim biegł mały, jasny cień z milionem pytań.

<Mild? Mam nadzieje że nie zawiodłam oczekiwań :P A o księdzę radze nie zapominać bo mam już małe plany B) >