Człowieka cały czas potykają jakieś nieprzyjemności. I Halt
miał w tym zakresie spore doświadczenie. Jako podróżnik zmagał się z
wieloma problemami. Na łodzi nawet podczas spokojnych wiatrów nękają go
nudności, nie mówmy więc o tym, co się dzieje w jego żołądku podczas
sztormów. Przez całe życie zdążył poznać każdy rodzaj opadów. Grzbiet
tłukły mu lodowe kule gradu prawie co lato. Mżawki nie dawały się
wyspać. Ulewy sprawiały, że gdy już raz człowiekowi zamokły do ostatniej
nitki buty, to już się nie przejmował omijaniem kałuż tylko szedł na
wprost. Wiatry chlastały po twarzy gorzej niż wściekła kobieta otwartą
dłonią. Burze piaskowe i śnieżne wydawały się ciąć policzki na odlew i
wydrapywać oczy.
Ale przy kataklizmie pokroju Squall wszystko wydawało się blednąć.
Łucznik podciągnął się do góry i usiadł okrakiem na konarze wyliczając
pod nosem najwymyślniejsze epitety. Już zanim skończyły mu się pomysły
dostrzegł, że słowa po prostu nie są w stanie opisać piratki. I to
zdecydowanie nie w tym dobrym sensie. Rozejrzał się w poszukiwaniu
swojego łuku. Miał nadzieję, że ta małpa nie zrobiła go w konia i
rzeczywiście gdzieś tu jest. Całe szczęście (trudno stwierdzić czyje -
Halta czy Squall) był: wisiał na krańcu gałęzi. Halt zmrużył oczy
patrząc doń podejrzliwie. Przez swoje ostatnie pasmo nieszczęść nie mógł
zaufać niczemu, a zwłaszcza cienkiemu konarowi. Toteż zdecydował się
nie płaszczyć jak głupek i czekać na trzask, tylko zejść niżej, gdzie
drzewo mogło spokojnie wytrzymać jego ciężar. Stanął pewnie na
przygiętych nogach, przeszedł metr, półtora, po czym wyciągnął rękę po
swoją broń. W końcu zadowolony zsunął się po pniu na dół i ruszył drogą w
stronę Hidden.
Widząc w oddali sylwetkę Squall (ich nową
towarzyszkę dostrzegł nieco później) do głowy cisnęły mu się
najróżniejsze pomysły na zemstę. Przyszło mu spędzić trochę czasu między
korsarzami z zimnych krain północy i doświadczyć ich złośliwości. Przy
tym, co ci potrafili wymyślić wybryk piratki wydawał się mało
oryginalny. Ale łucznik miał swoje metody. Złotooka zaciągnęła u niego
debet. Nie ma co go marnować za JEDNYM razem...
- ...to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - dotarł do niego fragment wypowiedzi Squall, gdy dogonił dziewczyny.
- A zaprowadzisz mnie do niego? - zapytała chochlikopodobna.
- Ależ oczywiście! - wtrącił się wesoło chłopak klepiąc przesadnie
piratkę w plecy. - Alt na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę
więcej.
- Raczej o jedną piątą osoby - dziewczyna poprawiła go
mierząc niebieską wzrokiem. - No dobra, żartuję - uśmiechnęła się
złośliwie czochrając ją pojednawczo po głowie.
Mała fuknęła, ale
dumnie zniosła zniewagę. Obieżyświat przyjrzał się jej ciekawie.
Czubkiem głowy ledwo przerastała psa, a mimo to chłopak odnosił
wrażenie, że mieściło się w niej więcej dumy niż w jakimkolwiek
napuszonym sorsińskim rycerzu. Noszona prze nią miniaturowa kopia ubioru
ciężkozbrojnego żołnierza piechoty i zarzucona na ramieniu tarcza
komicznie kontrastowały z porośniętą kocim meszkiem niebieską
twarzyczką, dużymi oczami i typowo dziewczęcymi dwoma kucykami. Halta
szczerze zastanawiało jak tak małe, z pozoru delikatne stworzonko mogło
przeżyć jakąkolwiek bitwę.
- Skoro już nas skądś znasz, to może wyrównasz rachunek? - zaproponował chochlikowi.
Dziewczyna podniosła na niego różowe oczy po czym odpowiedziała dumnie.
- Louise Trzecia Andrasta Quartz.
- Łoł! Chwila! - Squall pokręciła głową.
- Co? O dwa wyrazy za dużo dla twojej szarej komórki? - rzucił łucznik.
- Kaca mam, dajcie mi trochę forów - złotooka machnęła ręką niedbale.
- Pirat z kacem? - brunet uniósł niedowierzająco brew.
- Nie bądź taki cwany - uśmiechnęła się złośliwie. - Skąd u takich
małych istotek biorą się takie poważne imiona? - rzuciła do Louise.
- Takie małe istotki miewają znacznie lepiej rozwiniętą kulturę od
dużych durnych istotek, które przywiązują swoich kompanów do drzew pod
wpływem alkoholu - odgryzła się Quartz.
- Dobrze! Tak trzymaj! - wtrącił się Halt. - Z piratami trzeba po krasnoludzku!
- Sam lepszy nie jesteś, skoro dałeś się uwiązać pod konarem wysoko nad
ziemią - niebieska zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów dając wyraz
swojemu zażenowaniu.
I piratka i łucznik zdecydowali się
przemilczeć fakt, że właśnie nawtykała im wyrastająca ponad kolana
blondwłosa dziewczyna. Las zaczynał się już przerzedzać, odsłaniając
znajomą polanę.
Squall? Teraz twoja kolej, no chyba, że chcesz nadrobić opka Altowi ;P Wybaczcie, że bez ładu i składu :<
sobota, 28 maja 2016
czwartek, 26 maja 2016
Od Viserany - Atak Zabójczych Butów
Wyobraźcie sobie, że obrywacie w łeb kamieniem. Takim dużym, zimnym,
ostrym...I teraz to co tygryski lubią najbardziej - zwiększcie to
uczucie parę razy! Fajnie, co? Otóż... nie, nie fajnie.
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków? Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak! Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24 godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się. Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu... Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku - kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty - którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy, ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia... Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać. Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna, bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu, wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków? Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak! Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24 godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się. Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu... Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku - kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty - którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy, ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia... Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać. Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna, bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu, wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>
wtorek, 17 maja 2016
Od Louise cd Squall - Ludzie są dziwni...
Lou doskonale pamiętała swoje dzieciństwo. Zwłaszcza wieczory u
dziadków. Dziadzio zawsze palił w kominku, po czym siadał na bujanym
fotelu pykając fajkę, a obok babcia robiła na drutach, jak każda
przykładna starsza pani. I wtedy do tego ich upojnego zacisza wpadała
rozchichrana burza blond włosów z różowymi pełnymi podniecenia oczami,
nie dając już starszym Yordlom cienia szansy na cichutki wieczór.
Dziadek wtedy śmiał się czym wielkiej Hekalii, bogini rodziny zawinił,
że pokarała go wnuczętami. Aż w końcu babcia sadzała małą Lusię na
kolanach i opowiadała niesamowite historie przy słodkawo mdlącej woni
dziadkowej fajki oraz trzaskaniu ognia w kominku. Stara Recydywa miała
szeroki wachlarz opowiastek. Raz na przykład opowiadała jak to ci Wielcy
Ludzie Zachodu (tak strachliwi Yordlowie nazywali żołnierzy z Sorsiny)
pod wpływem alkoholu zaniżają się do poziomu intelektualnego górskich
trolli, wymyślając najgłupsze pomysły z możliwych. A to plują
towarzyszom do piwa, to znowu malują śpiącym męskie genitalia na twarzy,
a gdy się obudzą wmawiają im jakie to niemożliwe rzeczy wyrabiali
zeszłego wieczora. Luśka słuchała wtedy tego i nie wierzyła, jak
jakikolwiek napar może zrobić z dumnego człowieka imbecyla, albo jak w
ogóle można dać sobie zrobić cokolwiek z wymienionych przez babkę
wygłupów.
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich, trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć - powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk - odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę, by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo ,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję - dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona, ale nic nie odpowiedziała.
Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich, trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć - powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk - odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę, by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo ,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję - dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona, ale nic nie odpowiedziała.
Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P
niedziela, 15 maja 2016
3 kwestie
Na dobra, mam ja no kilka spraw organizacyjnych :) Ale nie bójcie się, nie będę groźna, no chyba że macie coś na sumieniu :P
Sprawa pierwsza będzie tą milszą kwestią, a konkretnie chodzi mi o stanowiska, jak pewnie zauważyliście stanowiska wyższe(czerwone) są puste z wyjątkiem dwóch. Dlatego ogłaszam mały "przetarg" na te miejsca. Jak to ma wyglądać? Dość proste to będzie. Zgłaszacie mi w komentarzu którą postać widzielibyście na jedno z wolnych stanowisk i podacie powód. Nie musicie zgłaszać swoich postaci, możecie też cudze. Te które będą najlepiej za argumentowane (tak, pobawię się teraz w pana i władce błuhahaha~!) dostaną owe stanowiska, oczywiście jeśli autor postaci wyrazi takową chęć. Tak więc paluszki w ruch i czekam na komentarze!
Kolejną rzeczą jaką chciałam omówić jest playlista na której od dawna jest zaledwie jeden utwór (leniwiec pospolity ze mnie). Więc prośba do was, jeśli macie ciekawe nutki w klimacie naszego bloga przysyłajcie mi linki z yt na howrse, a obiecuje że w najbliższym czasie będziecie mogli posłuchać tych utworów :D
Ostatnia kwestia, niestety najmniej przyjemna to klasyczne dla mnie upomnienia... znów zamienię się w poganiacza i będę stała nad wami z batem pod tytułem "pisz, albo wylot". Przyznaje i bije się w pierś że sama ostatnio zaniedbałam nasze feniksy... ale są też osoby które mają swoje za uszami. I teraz trochę sobie powytykam palcami takie osoby (tak ze mną na czele... nadal kajam się za to)
Emma- Twoje ostatnie opowiadanie dostałam w grudniu... a ostatni raz współdziałałaś z innymi postaciami sierpniu... Dlatego muszę ci zagrozić usunięciem postaci jeśli to się nie zmieni.
Ashlotte- Co prawda twoja postać pojawia się w innych opowiadaniach, ale sama ostatni raz napisałaś pod koniec zeszłego roku... Więc podobnie proszę żebyś sprężyła się i też zaczęła z nami pisać nieco aktywniej.
Viserany- Też grudzień!!! Więc hop hop do pisania, bo nad wami wszystkimi wisi mój bat.
Havar- Twoja aktywność to zaledwie jedno opko w październiku... wiem, pisałaś mi, że masz problem z ową postacią dlatego jakaś informacja w tej sprawie byłaby pomocna.
Erin- Krótko i na temat: blokujesz Dheraia!
Miwertia- Nadal nie dostałam od ciebie żadnego opka...
Frelser, Mild, Malik- Nyan? Nie zapomniałaś o kimś?
Lisbeth- listopad... długo co?
Wymieniłam niemal wszystkich, wiem o tym i to mnie przeraża, dlatego gorąca prośba by coś z tym zrobić, za dwa tygodnie znów do tego usiądę i sprawdzę czy coś się zmieniło, jeśli nie... przykro mi ale będę zmuszona wyciągnąć konsekwencje (tak dla siebie też). Blog długo był w zastoju głównie z mojej winy, więc nikogo nie wywalę już dziś, bo wiem że to moja wina, ale ja teraz spinam tyłek i zabieram się za robotę kto nie zepnie razem ze mną no niestety... Dlatego moje drogie feniksy CZY DAMY RADĘ?
~Ursa
Sprawa pierwsza będzie tą milszą kwestią, a konkretnie chodzi mi o stanowiska, jak pewnie zauważyliście stanowiska wyższe(czerwone) są puste z wyjątkiem dwóch. Dlatego ogłaszam mały "przetarg" na te miejsca. Jak to ma wyglądać? Dość proste to będzie. Zgłaszacie mi w komentarzu którą postać widzielibyście na jedno z wolnych stanowisk i podacie powód. Nie musicie zgłaszać swoich postaci, możecie też cudze. Te które będą najlepiej za argumentowane (tak, pobawię się teraz w pana i władce błuhahaha~!) dostaną owe stanowiska, oczywiście jeśli autor postaci wyrazi takową chęć. Tak więc paluszki w ruch i czekam na komentarze!
Kolejną rzeczą jaką chciałam omówić jest playlista na której od dawna jest zaledwie jeden utwór (leniwiec pospolity ze mnie). Więc prośba do was, jeśli macie ciekawe nutki w klimacie naszego bloga przysyłajcie mi linki z yt na howrse, a obiecuje że w najbliższym czasie będziecie mogli posłuchać tych utworów :D
Ostatnia kwestia, niestety najmniej przyjemna to klasyczne dla mnie upomnienia... znów zamienię się w poganiacza i będę stała nad wami z batem pod tytułem "pisz, albo wylot". Przyznaje i bije się w pierś że sama ostatnio zaniedbałam nasze feniksy... ale są też osoby które mają swoje za uszami. I teraz trochę sobie powytykam palcami takie osoby (tak ze mną na czele... nadal kajam się za to)
Emma- Twoje ostatnie opowiadanie dostałam w grudniu... a ostatni raz współdziałałaś z innymi postaciami sierpniu... Dlatego muszę ci zagrozić usunięciem postaci jeśli to się nie zmieni.
Ashlotte- Co prawda twoja postać pojawia się w innych opowiadaniach, ale sama ostatni raz napisałaś pod koniec zeszłego roku... Więc podobnie proszę żebyś sprężyła się i też zaczęła z nami pisać nieco aktywniej.
Viserany- Też grudzień!!! Więc hop hop do pisania, bo nad wami wszystkimi wisi mój bat.
Havar- Twoja aktywność to zaledwie jedno opko w październiku... wiem, pisałaś mi, że masz problem z ową postacią dlatego jakaś informacja w tej sprawie byłaby pomocna.
Erin- Krótko i na temat: blokujesz Dheraia!
Miwertia- Nadal nie dostałam od ciebie żadnego opka...
Frelser, Mild, Malik- Nyan? Nie zapomniałaś o kimś?
Lisbeth- listopad... długo co?
Wymieniłam niemal wszystkich, wiem o tym i to mnie przeraża, dlatego gorąca prośba by coś z tym zrobić, za dwa tygodnie znów do tego usiądę i sprawdzę czy coś się zmieniło, jeśli nie... przykro mi ale będę zmuszona wyciągnąć konsekwencje (tak dla siebie też). Blog długo był w zastoju głównie z mojej winy, więc nikogo nie wywalę już dziś, bo wiem że to moja wina, ale ja teraz spinam tyłek i zabieram się za robotę kto nie zepnie razem ze mną no niestety... Dlatego moje drogie feniksy CZY DAMY RADĘ?
~Ursa
sobota, 14 maja 2016
Od Squall c.d. Hanneona - Z pijanym żeglarzem co zrobimy?
Chłopak jeszcze długo czuł na sobie żółte ślepia dziewczyny, co z
pewnością nie było miłym uczuciem zważywszy, że powinna stracić go z
oczu przy takich ciemnościach już na kilka metrów od polany. Tym czasem
on czół na sobie jej wzrok długo dłużej. Wzdrygnął się na ułamek sekundy
jak wskoczył w gęstsze krzaki i zniknął. Na ustach piratki zatańczył
złośliwy uśmieszek.
-Nawet nie próbuj...- Ktoś odwrócił jej uwagę od nieznajomego. -Wystarczy że nad nami się pastwisz, zostaw szczeniaka.- Halt prychnął krótko, a dziewczyna wróciła na swoje miejsce nie zmieniając wyrazu twarzy, a raczej oczu.
-Raczej kota... śmierdział sierściuchem.- Niby to mimochodem wskazała na siedzącego nieopodal Malika który prychnął teatralnie wprawiając towarzystwo w rozbawienie. Ziio zagrała pierwszy takt nowej piosenki. Tuż obok niej siedział Frelser niemal opierając się o nią z przymkniętymi oczami. Squall zaczęła się zastanawiać o jaki utwór mój poprosić ten monstrualny gad. Długo na odpowiedź nie musiała czekać, spokojna melodia bez słów spokojnie ciągnęła się między rozmowami zebranych. Dziewczyna sięgnęła po swój garnuszek z alkoholem i już miała przyłożyć do ust. Zapomniała o jednym malutkim szczególiku... miała zasłoniętą twarz. Widząc to Halt roześmiał się kpiąco, co prawda nie na długo, bo dziewczyna niby to przypadkiem kopnęła jego naczynie z którego większość trunku wylała się w trawę.
-Ups... chyba koniec picia na dziś co?- W oczach znów zabłysła iskierka wredoty.
-Na szczęście nie tylko dla mnie.- Odwzajemnił się patrząc uporczywie na kominiarkę. Dziewczyna bez słowa schyliła się, zerwała dosyć spore źdźbło trawy i włożyła je do swojego kubka. Następnie sięgnęła do cholewy buta wyciągając niewielki sztylet, po czym skierowała w swoją stronę. Chłopak zamarł na chwile nie rozumiejąc co kombinuje dziewczyna. Squall wzięła lekki zamach u ukuła się dokładnie tam gdzie za materiałem powinny być usta.
-To ty...- Odruchowo wyciągnął rękę, zaraz jednak ją cofnął. W czarnym materiale pojawiła się maleńka dziurka, tak mała że nadal nic nie było widać spod kominiarki. Dziewczyna z wyczuwalną satysfakcją przełożyła trawiastą słomkę przez usta i pociągnęła długi łyk rumu. Gdy odejmowała kubek od ust, nie mogła nie westchnąć głośno z zachwytem.
-Twoje niezdrowie.- Uniosła znacząco naczynie i napiła się jeszcze trochę.
-Uciekając z tego przeklętego statku w życiu bym nie pomyślał ze trafię znów na największą zmorę tego świata... A tu patrz! Siedzi koło mnie i spokojnie sobie popija rum.- Łucznik pokiwał głową.
-Też miałam nadzieje że chodzący pech mnie ominie a tu patrz... takie buty...
-"Chodzący pech"?!
-Gdzie się nie pojawisz tam coś zmajstrujesz: znalezienie przez strażników, przypałętanie się kota, złamanie masztu i jeszcze połamałeś nogi jakiegoś chłopa.- Dziewczyna wyliczała na palcach.
-Co? Chwila! skąd wiesz o parobku?.- Mimowolnie jego wzrok uciekł w stronę Vis i Mild, na co Squall zaniosła się gromkim śmiechem.
-A wiesz... wiatr mi wyśpiewał takie nowiny.- Puściła mu zalotne oczko, na co odpowiedział jedynie głośnym westchnięciem. Oboje byli tak pochłonięci dokuczaniem sobie nawzajem, że nawet nie spostrzegli, że zarówno melodia i ogólny gwar ustały. A jedynym co przerywało ciszę prócz strzelających iskier z ogniska było ciche, miarowe chrapanie smoka. Dogasający płomień ognika falował w rytm oddechu gada co wywołało cichy śmiech dziewczyny. Tak duże i groźne zwierze a śpiąc przypominał kociątko. Z resztą nie tylko on zdawał się odejść w krainę morfeusza, minstrelka oparta o łapę Frelsera z zaciśniętą w dłoniach lutnią. Atlant rozłożył się na jednym z pni wokoło ogniska z opuszczonym ogonem i jedną łapą niczym prawdziwy lew. Tuż obok oparte o siebie Mild i Viserany. Ashlotte siedziała nieopodal nich oparta o drzewo, a jej głowa co jakiś czas opadała na ramię, w końcu uległa i skuliła się w trawie. Podobnie jak Gambit który przejawiając swoją kocią naturę skulił się blisko ognia pomrukując cicho. Nawet Lisbeth owinęła się swoim płaszczem oparta o konar. Wszyscy oddychali miarowo i spokojnie, jak małe dzieci które po długiej zabawie zasnęły przy ciepłym kominku. Mimo że gdzieś oddali szumiał ciemny bór, a z gór można było usłyszeć wycie wilków. To każdy spał spokojnie w cieple ogniska. Tutaj nikt nie słyszał krzyków, lamentów ani szczęknięć żelaza. Jedyny ogień jaki wśród nich się znajdował dawał poczucie bezpieczeństwa i ciepło, nie strach i ból. Tutaj po prostu nie było wojny, a każdy z tych podróżnych przebył długą drogę by móc tak po prostu zasnąć w ciszy, nawet wśród innych praktycznie nieznanych włóczęgów. Jedynej osoby jakiej jej brakowało w tym towarzystwie był zamaskowany medyk. On po prostu znikł... nawet nie wiadomo jak i kiedy, ale go nie było. Ale co ją to obchodziło? Niech się szlaja jak ten kot, z którym z resztą nie skończyła, ale to innym razem. Dziewczyna chwyciła gruby kawałek drewna i dorzuciła go do ognia by do rana nie zgasł.
-Hej... Halt?- Odezwała się cicho, co było dość niecodzienne jak na nią. Gdy jednak nie uzyskała odpowiedzi obróciła głowę w stronę łucznika.
-No nie wierzę...- Prychnęła widząc jak Obierzyświat zasnął na siedząco tuż koło niej, a zajęło mu to ledwie minutę. Na ustach dziewczyny zatańczył szelmowski uśmieszek. Wstała i zniknęła w lesie odbiegając gdzieś, po pewnej chwili jedna wróciła chicho nucąc.
-Z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- Zaczęła coś majstrować przy niczego nieświadomym śpiącym. Poczuła na sobie czyjś wzrok, a konkretnie była to dziewczyna z czerwoną bandamką która najwyraźniej nie zdążyła jeszcze zasnąć do końca. Squall jedynie puściła jej oczko i przyłożyła palec do ust by była cicho. Lisbeth wzruszyła ramionami i okryła się szczelniej.
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Gdy przyjdzie raniutko...
~~***~~
Słońce wzeszło powoli, oświetlając jeszcze resztki wiosennego szronu, który z resztą nie potrzebował wiele czasu by zmienić się w kropelki wody. Pierwsze ptaki obudziły się na chwile przed słońcem, ale teraz las ożył od świergotów, ruchu zwierząt zaczynających wstawać. Zaczynał się nowy, ciepły, nieco wietrzny i całkowicie normalny dzień w Hidden... no prawie. Podczas gdy wszyscy spokojnie jeszcze drzemali, jedna osoba zaczynała się budzić. Niestety nieco dalej od reszty, a nawet o wiele dalej.
-K*RWA MAĆ!!!- Zawołał ochrypiały głos orientując się gdzie jest. -Squall ja ciebie zabije, najnormalniej świecie ZABIJE!!! Utopie jak psa! Słyszysz mnie?- Halt który właściwie był tą jedyną osobą zaszamotał się wściekle do jednak nic nie dało. Wisiał przywiązany gęsto linami całym ciałem do grubej gałęzi twarzą w dół, nad mocno zarośniętą ścieszką. Spróbował ruszyć chociaż głową, ale mógł tylko nieco obejrzeć się na boki. Po jego prawej stronie podwieszone do innej gałęzi wisiały jego broń i buty, natomiast po lewej... ubranie...
-Nie wierzę... co mnie pokarało...- Puścił pod nosem jeszcze dłuższą i bardziej mięsistą wiązankę. -Przysięgam, że ja osobiście tego demona nabije na pal...- Zazgrzytał zębami, po czym spróbował zacząć krzyczeć najgłośniej jak się da, a nóż-widelec ktoś go usłyszy. I nawet mu się udało. Poczuł na sobie czyjś wzrok, wzrok przepełniony nieskończonym zdziwieniem oraz niemym pytaniem, której jednak podaruje sobie cytować ze względu na nadmiar przekleństw. Te trzy metry pod nim stała niska, lekko niebieskawa z blond włosami dziewczyna, do złudzenia przypominająca chochlika. Nieznajoma zamrugała kilka razy.
-Emm.. słuchaj... wiem że to dziwne ale czy dałabyś radę mnie stąd ściągnąć?
-Czy...- Dziewczyna wskazała palcem na wiszące ubrania.
-Błagam, nie pytaj...- Westchnął głośno. -Lepiej żebyś nie poznała sprawcy.
-Och... a czemu to niby?- Gdzieś z góry dobiegł kobiecy głos.
-Squall? Poczekaj tylko jak ja się uwolnię...- Zagroził znów się szamocąc.
-Spokojnie, słyszałam.- Zapewniła go. Siedziała tuż nad nim, na tej samej gałęzi, tylko, że nie mógł jej zobaczyć zważywszy na swoje położenie. Dziewczyna tam właśnie też spała nie chcąc przegapić pobudki "przyjaciela".
-Zdejmij mnie stąd albo...- Nie dokończył bo Squall nie zwlekając wyjęła sztylet i przecięła liny na całej długości. Chłopak spadł dokładnie na przygotowane do tego miejsce czyli usypaną kupkę zielska i liści. Pierwszym co napotkał po wynurzeniu się z tej sterty była nadal zdziwiona mina nieznajomej. Chwilę później spadły na niego buty i ubrania. Łuk jednak został w górze.
-Mam nadzieje że ty nie do Hidden?- Piratka zeskoczyła tuż obok niebieskoskórej z szerokim, niby to miłym uśmiechem. Nie miała już na sobie ani kominiarki, ani rękawiczek, a nawet kaptura, wyglądała całkowicie normalnie. No nie licząc oczu i tego diabelskiego uśmieszku. W tym czasie Halt błyskawicznie ubrał się i sapiąc z wściekłości skoczył na dziewczynę. Ta jednak wdzięcznym ruchem uniknęła ataku. Obierzyświat jednak nie odpuszczał i podciął ją, następnie przygważdżając własnym ciałem.
-Dobra... jak by się tu zemścić...- Zaczął zastanawiać się głośno z wrednym uśmiechem.
-Eeee... czyżby Halt Quicksilver i Squall Repentina?- Zapytała nieznajoma pochylając się nieco nad skotłowanymi, co z resztą był w sumie tylko teatralnym gestem bo wzrostem nie przewyższała większego psa. Oboje na obejrzeli się na nią nieco zdziwieni.
-Tak, a c...- Nie skończył bo Squall odepchnęła go wyzwalając się z uścisku i stając na przeciw z swoim nieodłącznym wyrazem twarzy. Halt na razie stał spokojnie, ale Squall czuła że planuje on już swoją zemstę.
<Louise? Halt, mam nadzieje że mnie nie zamordujesz XD>
-Nawet nie próbuj...- Ktoś odwrócił jej uwagę od nieznajomego. -Wystarczy że nad nami się pastwisz, zostaw szczeniaka.- Halt prychnął krótko, a dziewczyna wróciła na swoje miejsce nie zmieniając wyrazu twarzy, a raczej oczu.
-Raczej kota... śmierdział sierściuchem.- Niby to mimochodem wskazała na siedzącego nieopodal Malika który prychnął teatralnie wprawiając towarzystwo w rozbawienie. Ziio zagrała pierwszy takt nowej piosenki. Tuż obok niej siedział Frelser niemal opierając się o nią z przymkniętymi oczami. Squall zaczęła się zastanawiać o jaki utwór mój poprosić ten monstrualny gad. Długo na odpowiedź nie musiała czekać, spokojna melodia bez słów spokojnie ciągnęła się między rozmowami zebranych. Dziewczyna sięgnęła po swój garnuszek z alkoholem i już miała przyłożyć do ust. Zapomniała o jednym malutkim szczególiku... miała zasłoniętą twarz. Widząc to Halt roześmiał się kpiąco, co prawda nie na długo, bo dziewczyna niby to przypadkiem kopnęła jego naczynie z którego większość trunku wylała się w trawę.
-Ups... chyba koniec picia na dziś co?- W oczach znów zabłysła iskierka wredoty.
-Na szczęście nie tylko dla mnie.- Odwzajemnił się patrząc uporczywie na kominiarkę. Dziewczyna bez słowa schyliła się, zerwała dosyć spore źdźbło trawy i włożyła je do swojego kubka. Następnie sięgnęła do cholewy buta wyciągając niewielki sztylet, po czym skierowała w swoją stronę. Chłopak zamarł na chwile nie rozumiejąc co kombinuje dziewczyna. Squall wzięła lekki zamach u ukuła się dokładnie tam gdzie za materiałem powinny być usta.
-To ty...- Odruchowo wyciągnął rękę, zaraz jednak ją cofnął. W czarnym materiale pojawiła się maleńka dziurka, tak mała że nadal nic nie było widać spod kominiarki. Dziewczyna z wyczuwalną satysfakcją przełożyła trawiastą słomkę przez usta i pociągnęła długi łyk rumu. Gdy odejmowała kubek od ust, nie mogła nie westchnąć głośno z zachwytem.
-Twoje niezdrowie.- Uniosła znacząco naczynie i napiła się jeszcze trochę.
-Uciekając z tego przeklętego statku w życiu bym nie pomyślał ze trafię znów na największą zmorę tego świata... A tu patrz! Siedzi koło mnie i spokojnie sobie popija rum.- Łucznik pokiwał głową.
-Też miałam nadzieje że chodzący pech mnie ominie a tu patrz... takie buty...
-"Chodzący pech"?!
-Gdzie się nie pojawisz tam coś zmajstrujesz: znalezienie przez strażników, przypałętanie się kota, złamanie masztu i jeszcze połamałeś nogi jakiegoś chłopa.- Dziewczyna wyliczała na palcach.
-Co? Chwila! skąd wiesz o parobku?.- Mimowolnie jego wzrok uciekł w stronę Vis i Mild, na co Squall zaniosła się gromkim śmiechem.
-A wiesz... wiatr mi wyśpiewał takie nowiny.- Puściła mu zalotne oczko, na co odpowiedział jedynie głośnym westchnięciem. Oboje byli tak pochłonięci dokuczaniem sobie nawzajem, że nawet nie spostrzegli, że zarówno melodia i ogólny gwar ustały. A jedynym co przerywało ciszę prócz strzelających iskier z ogniska było ciche, miarowe chrapanie smoka. Dogasający płomień ognika falował w rytm oddechu gada co wywołało cichy śmiech dziewczyny. Tak duże i groźne zwierze a śpiąc przypominał kociątko. Z resztą nie tylko on zdawał się odejść w krainę morfeusza, minstrelka oparta o łapę Frelsera z zaciśniętą w dłoniach lutnią. Atlant rozłożył się na jednym z pni wokoło ogniska z opuszczonym ogonem i jedną łapą niczym prawdziwy lew. Tuż obok oparte o siebie Mild i Viserany. Ashlotte siedziała nieopodal nich oparta o drzewo, a jej głowa co jakiś czas opadała na ramię, w końcu uległa i skuliła się w trawie. Podobnie jak Gambit który przejawiając swoją kocią naturę skulił się blisko ognia pomrukując cicho. Nawet Lisbeth owinęła się swoim płaszczem oparta o konar. Wszyscy oddychali miarowo i spokojnie, jak małe dzieci które po długiej zabawie zasnęły przy ciepłym kominku. Mimo że gdzieś oddali szumiał ciemny bór, a z gór można było usłyszeć wycie wilków. To każdy spał spokojnie w cieple ogniska. Tutaj nikt nie słyszał krzyków, lamentów ani szczęknięć żelaza. Jedyny ogień jaki wśród nich się znajdował dawał poczucie bezpieczeństwa i ciepło, nie strach i ból. Tutaj po prostu nie było wojny, a każdy z tych podróżnych przebył długą drogę by móc tak po prostu zasnąć w ciszy, nawet wśród innych praktycznie nieznanych włóczęgów. Jedynej osoby jakiej jej brakowało w tym towarzystwie był zamaskowany medyk. On po prostu znikł... nawet nie wiadomo jak i kiedy, ale go nie było. Ale co ją to obchodziło? Niech się szlaja jak ten kot, z którym z resztą nie skończyła, ale to innym razem. Dziewczyna chwyciła gruby kawałek drewna i dorzuciła go do ognia by do rana nie zgasł.
-Hej... Halt?- Odezwała się cicho, co było dość niecodzienne jak na nią. Gdy jednak nie uzyskała odpowiedzi obróciła głowę w stronę łucznika.
-No nie wierzę...- Prychnęła widząc jak Obierzyświat zasnął na siedząco tuż koło niej, a zajęło mu to ledwie minutę. Na ustach dziewczyny zatańczył szelmowski uśmieszek. Wstała i zniknęła w lesie odbiegając gdzieś, po pewnej chwili jedna wróciła chicho nucąc.
-Z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- Zaczęła coś majstrować przy niczego nieświadomym śpiącym. Poczuła na sobie czyjś wzrok, a konkretnie była to dziewczyna z czerwoną bandamką która najwyraźniej nie zdążyła jeszcze zasnąć do końca. Squall jedynie puściła jej oczko i przyłożyła palec do ust by była cicho. Lisbeth wzruszyła ramionami i okryła się szczelniej.
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Gdy przyjdzie raniutko...
~~***~~
Słońce wzeszło powoli, oświetlając jeszcze resztki wiosennego szronu, który z resztą nie potrzebował wiele czasu by zmienić się w kropelki wody. Pierwsze ptaki obudziły się na chwile przed słońcem, ale teraz las ożył od świergotów, ruchu zwierząt zaczynających wstawać. Zaczynał się nowy, ciepły, nieco wietrzny i całkowicie normalny dzień w Hidden... no prawie. Podczas gdy wszyscy spokojnie jeszcze drzemali, jedna osoba zaczynała się budzić. Niestety nieco dalej od reszty, a nawet o wiele dalej.
-K*RWA MAĆ!!!- Zawołał ochrypiały głos orientując się gdzie jest. -Squall ja ciebie zabije, najnormalniej świecie ZABIJE!!! Utopie jak psa! Słyszysz mnie?- Halt który właściwie był tą jedyną osobą zaszamotał się wściekle do jednak nic nie dało. Wisiał przywiązany gęsto linami całym ciałem do grubej gałęzi twarzą w dół, nad mocno zarośniętą ścieszką. Spróbował ruszyć chociaż głową, ale mógł tylko nieco obejrzeć się na boki. Po jego prawej stronie podwieszone do innej gałęzi wisiały jego broń i buty, natomiast po lewej... ubranie...
-Nie wierzę... co mnie pokarało...- Puścił pod nosem jeszcze dłuższą i bardziej mięsistą wiązankę. -Przysięgam, że ja osobiście tego demona nabije na pal...- Zazgrzytał zębami, po czym spróbował zacząć krzyczeć najgłośniej jak się da, a nóż-widelec ktoś go usłyszy. I nawet mu się udało. Poczuł na sobie czyjś wzrok, wzrok przepełniony nieskończonym zdziwieniem oraz niemym pytaniem, której jednak podaruje sobie cytować ze względu na nadmiar przekleństw. Te trzy metry pod nim stała niska, lekko niebieskawa z blond włosami dziewczyna, do złudzenia przypominająca chochlika. Nieznajoma zamrugała kilka razy.
-Emm.. słuchaj... wiem że to dziwne ale czy dałabyś radę mnie stąd ściągnąć?
-Czy...- Dziewczyna wskazała palcem na wiszące ubrania.
-Błagam, nie pytaj...- Westchnął głośno. -Lepiej żebyś nie poznała sprawcy.
-Och... a czemu to niby?- Gdzieś z góry dobiegł kobiecy głos.
-Squall? Poczekaj tylko jak ja się uwolnię...- Zagroził znów się szamocąc.
-Spokojnie, słyszałam.- Zapewniła go. Siedziała tuż nad nim, na tej samej gałęzi, tylko, że nie mógł jej zobaczyć zważywszy na swoje położenie. Dziewczyna tam właśnie też spała nie chcąc przegapić pobudki "przyjaciela".
-Zdejmij mnie stąd albo...- Nie dokończył bo Squall nie zwlekając wyjęła sztylet i przecięła liny na całej długości. Chłopak spadł dokładnie na przygotowane do tego miejsce czyli usypaną kupkę zielska i liści. Pierwszym co napotkał po wynurzeniu się z tej sterty była nadal zdziwiona mina nieznajomej. Chwilę później spadły na niego buty i ubrania. Łuk jednak został w górze.
-Mam nadzieje że ty nie do Hidden?- Piratka zeskoczyła tuż obok niebieskoskórej z szerokim, niby to miłym uśmiechem. Nie miała już na sobie ani kominiarki, ani rękawiczek, a nawet kaptura, wyglądała całkowicie normalnie. No nie licząc oczu i tego diabelskiego uśmieszku. W tym czasie Halt błyskawicznie ubrał się i sapiąc z wściekłości skoczył na dziewczynę. Ta jednak wdzięcznym ruchem uniknęła ataku. Obierzyświat jednak nie odpuszczał i podciął ją, następnie przygważdżając własnym ciałem.
-Dobra... jak by się tu zemścić...- Zaczął zastanawiać się głośno z wrednym uśmiechem.
-Eeee... czyżby Halt Quicksilver i Squall Repentina?- Zapytała nieznajoma pochylając się nieco nad skotłowanymi, co z resztą był w sumie tylko teatralnym gestem bo wzrostem nie przewyższała większego psa. Oboje na obejrzeli się na nią nieco zdziwieni.
-Tak, a c...- Nie skończył bo Squall odepchnęła go wyzwalając się z uścisku i stając na przeciw z swoim nieodłącznym wyrazem twarzy. Halt na razie stał spokojnie, ale Squall czuła że planuje on już swoją zemstę.
<Louise? Halt, mam nadzieje że mnie nie zamordujesz XD>
Od Hanneona cd. Atlanta - Wpadka
Nie ma miejsca na żadne gierki czy hipnotyzowanie spojrzeniem. Raz,
gorący uczynek. Dwa, sporo ludzi. Trzy, przede mną stoi władca. A ja
leżę na brzuchu na ziemi, jakby ktoś mną rzucił. A nie, przecież tak
właśnie było. I z której niby strony jestem ,,zwycięzcą"?!
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.
<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.
<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>
piątek, 13 maja 2016
Urodziny Feniksów
Cóż urodziny w prawdzie były wczoraj, no ale... miałam taką sytuacje a nie inną więc piszę o tym dopiero teraz, mam nadzije że dzień zwłoki nikomu nie przeszkadza :P A ja sobie pomyślałam że łaśnie z tej okazji robię mały konkurs oraz event. Jeśli chodzi o konkurs to będziecie mogli wybrać swoją ulubioną postać z bloga w ankiecie po prawej --->. Natomiast o evencie powiadomię was już w ciągu najbliższych dni, mam nadzieje że to was też trochę ożywi bo choć piszemy tutaj już rok to opowiadań jest stosunkowo mało a akcja ruszyła ledwie kilka dni. Mimo to dziękuje wam że feniksy wciąż są a Hidden jeszcze nie upadło dzięki wam :D
Jeszcze raz wam wszystkim dziękuje i liczę na kolejne lata. No i wszystkiego najlepszego Feniksy~!
~Ursa
Jeszcze raz wam wszystkim dziękuje i liczę na kolejne lata. No i wszystkiego najlepszego Feniksy~!
~Ursa
Subskrybuj:
Posty (Atom)

