Na dobra, mam ja no kilka spraw organizacyjnych :) Ale nie bójcie się, nie będę groźna, no chyba że macie coś na sumieniu :P
Sprawa pierwsza będzie tą milszą kwestią, a konkretnie chodzi mi o
stanowiska, jak pewnie zauważyliście stanowiska wyższe(czerwone) są
puste z wyjątkiem dwóch. Dlatego ogłaszam mały "przetarg" na te miejsca.
Jak to ma wyglądać? Dość proste to będzie. Zgłaszacie mi w komentarzu
którą postać widzielibyście na jedno z wolnych stanowisk i podacie
powód. Nie musicie zgłaszać swoich postaci, możecie też cudze. Te które
będą najlepiej za argumentowane (tak, pobawię się teraz w pana i władce
błuhahaha~!) dostaną owe stanowiska, oczywiście jeśli autor postaci
wyrazi takową chęć. Tak więc paluszki w ruch i czekam na komentarze!
Kolejną rzeczą jaką chciałam omówić jest playlista na której od dawna
jest zaledwie jeden utwór (leniwiec pospolity ze mnie). Więc prośba do
was, jeśli macie ciekawe nutki w klimacie naszego bloga przysyłajcie mi
linki z yt na howrse, a obiecuje że w najbliższym czasie będziecie mogli
posłuchać tych utworów :D
Ostatnia kwestia, niestety najmniej przyjemna to klasyczne dla mnie
upomnienia... znów zamienię się w poganiacza i będę stała nad wami z
batem pod tytułem "pisz, albo wylot". Przyznaje i bije się w pierś że
sama ostatnio zaniedbałam nasze feniksy... ale są też osoby które mają
swoje za uszami. I teraz trochę sobie powytykam palcami takie osoby (tak
ze mną na czele... nadal kajam się za to)
Emma- Twoje ostatnie opowiadanie dostałam w grudniu... a ostatni raz
współdziałałaś z innymi postaciami sierpniu... Dlatego muszę ci
zagrozić usunięciem postaci jeśli to się nie zmieni.
Ashlotte- Co prawda twoja postać pojawia się w innych opowiadaniach,
ale sama ostatni raz napisałaś pod koniec zeszłego roku... Więc podobnie
proszę żebyś sprężyła się i też zaczęła z nami pisać nieco aktywniej.
Viserany- Też grudzień!!! Więc hop hop do pisania, bo nad wami wszystkimi wisi mój bat.
Havar- Twoja aktywność to zaledwie jedno opko w październiku... wiem,
pisałaś mi, że masz problem z ową postacią dlatego jakaś informacja w
tej sprawie byłaby pomocna.
Erin- Krótko i na temat: blokujesz Dheraia!
Miwertia- Nadal nie dostałam od ciebie żadnego opka...
Frelser, Mild, Malik- Nyan? Nie zapomniałaś o kimś?
Lisbeth- listopad... długo co?
Wymieniłam niemal wszystkich, wiem o tym i to mnie przeraża, dlatego
gorąca prośba by coś z tym zrobić, za dwa tygodnie znów do tego usiądę i
sprawdzę czy coś się zmieniło, jeśli nie... przykro mi ale będę
zmuszona wyciągnąć konsekwencje (tak dla siebie też). Blog długo był w
zastoju głównie z mojej winy, więc nikogo nie wywalę już dziś, bo wiem
że to moja wina, ale ja teraz spinam tyłek i zabieram się za robotę kto
nie zepnie razem ze mną no niestety... Dlatego moje drogie feniksy CZY
DAMY RADĘ?
~Ursa
niedziela, 15 maja 2016
sobota, 14 maja 2016
Od Squall c.d. Hanneona - Z pijanym żeglarzem co zrobimy?
Chłopak jeszcze długo czuł na sobie żółte ślepia dziewczyny, co z
pewnością nie było miłym uczuciem zważywszy, że powinna stracić go z
oczu przy takich ciemnościach już na kilka metrów od polany. Tym czasem
on czół na sobie jej wzrok długo dłużej. Wzdrygnął się na ułamek sekundy
jak wskoczył w gęstsze krzaki i zniknął. Na ustach piratki zatańczył
złośliwy uśmieszek.
-Nawet nie próbuj...- Ktoś odwrócił jej uwagę od nieznajomego. -Wystarczy że nad nami się pastwisz, zostaw szczeniaka.- Halt prychnął krótko, a dziewczyna wróciła na swoje miejsce nie zmieniając wyrazu twarzy, a raczej oczu.
-Raczej kota... śmierdział sierściuchem.- Niby to mimochodem wskazała na siedzącego nieopodal Malika który prychnął teatralnie wprawiając towarzystwo w rozbawienie. Ziio zagrała pierwszy takt nowej piosenki. Tuż obok niej siedział Frelser niemal opierając się o nią z przymkniętymi oczami. Squall zaczęła się zastanawiać o jaki utwór mój poprosić ten monstrualny gad. Długo na odpowiedź nie musiała czekać, spokojna melodia bez słów spokojnie ciągnęła się między rozmowami zebranych. Dziewczyna sięgnęła po swój garnuszek z alkoholem i już miała przyłożyć do ust. Zapomniała o jednym malutkim szczególiku... miała zasłoniętą twarz. Widząc to Halt roześmiał się kpiąco, co prawda nie na długo, bo dziewczyna niby to przypadkiem kopnęła jego naczynie z którego większość trunku wylała się w trawę.
-Ups... chyba koniec picia na dziś co?- W oczach znów zabłysła iskierka wredoty.
-Na szczęście nie tylko dla mnie.- Odwzajemnił się patrząc uporczywie na kominiarkę. Dziewczyna bez słowa schyliła się, zerwała dosyć spore źdźbło trawy i włożyła je do swojego kubka. Następnie sięgnęła do cholewy buta wyciągając niewielki sztylet, po czym skierowała w swoją stronę. Chłopak zamarł na chwile nie rozumiejąc co kombinuje dziewczyna. Squall wzięła lekki zamach u ukuła się dokładnie tam gdzie za materiałem powinny być usta.
-To ty...- Odruchowo wyciągnął rękę, zaraz jednak ją cofnął. W czarnym materiale pojawiła się maleńka dziurka, tak mała że nadal nic nie było widać spod kominiarki. Dziewczyna z wyczuwalną satysfakcją przełożyła trawiastą słomkę przez usta i pociągnęła długi łyk rumu. Gdy odejmowała kubek od ust, nie mogła nie westchnąć głośno z zachwytem.
-Twoje niezdrowie.- Uniosła znacząco naczynie i napiła się jeszcze trochę.
-Uciekając z tego przeklętego statku w życiu bym nie pomyślał ze trafię znów na największą zmorę tego świata... A tu patrz! Siedzi koło mnie i spokojnie sobie popija rum.- Łucznik pokiwał głową.
-Też miałam nadzieje że chodzący pech mnie ominie a tu patrz... takie buty...
-"Chodzący pech"?!
-Gdzie się nie pojawisz tam coś zmajstrujesz: znalezienie przez strażników, przypałętanie się kota, złamanie masztu i jeszcze połamałeś nogi jakiegoś chłopa.- Dziewczyna wyliczała na palcach.
-Co? Chwila! skąd wiesz o parobku?.- Mimowolnie jego wzrok uciekł w stronę Vis i Mild, na co Squall zaniosła się gromkim śmiechem.
-A wiesz... wiatr mi wyśpiewał takie nowiny.- Puściła mu zalotne oczko, na co odpowiedział jedynie głośnym westchnięciem. Oboje byli tak pochłonięci dokuczaniem sobie nawzajem, że nawet nie spostrzegli, że zarówno melodia i ogólny gwar ustały. A jedynym co przerywało ciszę prócz strzelających iskier z ogniska było ciche, miarowe chrapanie smoka. Dogasający płomień ognika falował w rytm oddechu gada co wywołało cichy śmiech dziewczyny. Tak duże i groźne zwierze a śpiąc przypominał kociątko. Z resztą nie tylko on zdawał się odejść w krainę morfeusza, minstrelka oparta o łapę Frelsera z zaciśniętą w dłoniach lutnią. Atlant rozłożył się na jednym z pni wokoło ogniska z opuszczonym ogonem i jedną łapą niczym prawdziwy lew. Tuż obok oparte o siebie Mild i Viserany. Ashlotte siedziała nieopodal nich oparta o drzewo, a jej głowa co jakiś czas opadała na ramię, w końcu uległa i skuliła się w trawie. Podobnie jak Gambit który przejawiając swoją kocią naturę skulił się blisko ognia pomrukując cicho. Nawet Lisbeth owinęła się swoim płaszczem oparta o konar. Wszyscy oddychali miarowo i spokojnie, jak małe dzieci które po długiej zabawie zasnęły przy ciepłym kominku. Mimo że gdzieś oddali szumiał ciemny bór, a z gór można było usłyszeć wycie wilków. To każdy spał spokojnie w cieple ogniska. Tutaj nikt nie słyszał krzyków, lamentów ani szczęknięć żelaza. Jedyny ogień jaki wśród nich się znajdował dawał poczucie bezpieczeństwa i ciepło, nie strach i ból. Tutaj po prostu nie było wojny, a każdy z tych podróżnych przebył długą drogę by móc tak po prostu zasnąć w ciszy, nawet wśród innych praktycznie nieznanych włóczęgów. Jedynej osoby jakiej jej brakowało w tym towarzystwie był zamaskowany medyk. On po prostu znikł... nawet nie wiadomo jak i kiedy, ale go nie było. Ale co ją to obchodziło? Niech się szlaja jak ten kot, z którym z resztą nie skończyła, ale to innym razem. Dziewczyna chwyciła gruby kawałek drewna i dorzuciła go do ognia by do rana nie zgasł.
-Hej... Halt?- Odezwała się cicho, co było dość niecodzienne jak na nią. Gdy jednak nie uzyskała odpowiedzi obróciła głowę w stronę łucznika.
-No nie wierzę...- Prychnęła widząc jak Obierzyświat zasnął na siedząco tuż koło niej, a zajęło mu to ledwie minutę. Na ustach dziewczyny zatańczył szelmowski uśmieszek. Wstała i zniknęła w lesie odbiegając gdzieś, po pewnej chwili jedna wróciła chicho nucąc.
-Z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- Zaczęła coś majstrować przy niczego nieświadomym śpiącym. Poczuła na sobie czyjś wzrok, a konkretnie była to dziewczyna z czerwoną bandamką która najwyraźniej nie zdążyła jeszcze zasnąć do końca. Squall jedynie puściła jej oczko i przyłożyła palec do ust by była cicho. Lisbeth wzruszyła ramionami i okryła się szczelniej.
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Gdy przyjdzie raniutko...
~~***~~
Słońce wzeszło powoli, oświetlając jeszcze resztki wiosennego szronu, który z resztą nie potrzebował wiele czasu by zmienić się w kropelki wody. Pierwsze ptaki obudziły się na chwile przed słońcem, ale teraz las ożył od świergotów, ruchu zwierząt zaczynających wstawać. Zaczynał się nowy, ciepły, nieco wietrzny i całkowicie normalny dzień w Hidden... no prawie. Podczas gdy wszyscy spokojnie jeszcze drzemali, jedna osoba zaczynała się budzić. Niestety nieco dalej od reszty, a nawet o wiele dalej.
-K*RWA MAĆ!!!- Zawołał ochrypiały głos orientując się gdzie jest. -Squall ja ciebie zabije, najnormalniej świecie ZABIJE!!! Utopie jak psa! Słyszysz mnie?- Halt który właściwie był tą jedyną osobą zaszamotał się wściekle do jednak nic nie dało. Wisiał przywiązany gęsto linami całym ciałem do grubej gałęzi twarzą w dół, nad mocno zarośniętą ścieszką. Spróbował ruszyć chociaż głową, ale mógł tylko nieco obejrzeć się na boki. Po jego prawej stronie podwieszone do innej gałęzi wisiały jego broń i buty, natomiast po lewej... ubranie...
-Nie wierzę... co mnie pokarało...- Puścił pod nosem jeszcze dłuższą i bardziej mięsistą wiązankę. -Przysięgam, że ja osobiście tego demona nabije na pal...- Zazgrzytał zębami, po czym spróbował zacząć krzyczeć najgłośniej jak się da, a nóż-widelec ktoś go usłyszy. I nawet mu się udało. Poczuł na sobie czyjś wzrok, wzrok przepełniony nieskończonym zdziwieniem oraz niemym pytaniem, której jednak podaruje sobie cytować ze względu na nadmiar przekleństw. Te trzy metry pod nim stała niska, lekko niebieskawa z blond włosami dziewczyna, do złudzenia przypominająca chochlika. Nieznajoma zamrugała kilka razy.
-Emm.. słuchaj... wiem że to dziwne ale czy dałabyś radę mnie stąd ściągnąć?
-Czy...- Dziewczyna wskazała palcem na wiszące ubrania.
-Błagam, nie pytaj...- Westchnął głośno. -Lepiej żebyś nie poznała sprawcy.
-Och... a czemu to niby?- Gdzieś z góry dobiegł kobiecy głos.
-Squall? Poczekaj tylko jak ja się uwolnię...- Zagroził znów się szamocąc.
-Spokojnie, słyszałam.- Zapewniła go. Siedziała tuż nad nim, na tej samej gałęzi, tylko, że nie mógł jej zobaczyć zważywszy na swoje położenie. Dziewczyna tam właśnie też spała nie chcąc przegapić pobudki "przyjaciela".
-Zdejmij mnie stąd albo...- Nie dokończył bo Squall nie zwlekając wyjęła sztylet i przecięła liny na całej długości. Chłopak spadł dokładnie na przygotowane do tego miejsce czyli usypaną kupkę zielska i liści. Pierwszym co napotkał po wynurzeniu się z tej sterty była nadal zdziwiona mina nieznajomej. Chwilę później spadły na niego buty i ubrania. Łuk jednak został w górze.
-Mam nadzieje że ty nie do Hidden?- Piratka zeskoczyła tuż obok niebieskoskórej z szerokim, niby to miłym uśmiechem. Nie miała już na sobie ani kominiarki, ani rękawiczek, a nawet kaptura, wyglądała całkowicie normalnie. No nie licząc oczu i tego diabelskiego uśmieszku. W tym czasie Halt błyskawicznie ubrał się i sapiąc z wściekłości skoczył na dziewczynę. Ta jednak wdzięcznym ruchem uniknęła ataku. Obierzyświat jednak nie odpuszczał i podciął ją, następnie przygważdżając własnym ciałem.
-Dobra... jak by się tu zemścić...- Zaczął zastanawiać się głośno z wrednym uśmiechem.
-Eeee... czyżby Halt Quicksilver i Squall Repentina?- Zapytała nieznajoma pochylając się nieco nad skotłowanymi, co z resztą był w sumie tylko teatralnym gestem bo wzrostem nie przewyższała większego psa. Oboje na obejrzeli się na nią nieco zdziwieni.
-Tak, a c...- Nie skończył bo Squall odepchnęła go wyzwalając się z uścisku i stając na przeciw z swoim nieodłącznym wyrazem twarzy. Halt na razie stał spokojnie, ale Squall czuła że planuje on już swoją zemstę.
<Louise? Halt, mam nadzieje że mnie nie zamordujesz XD>
-Nawet nie próbuj...- Ktoś odwrócił jej uwagę od nieznajomego. -Wystarczy że nad nami się pastwisz, zostaw szczeniaka.- Halt prychnął krótko, a dziewczyna wróciła na swoje miejsce nie zmieniając wyrazu twarzy, a raczej oczu.
-Raczej kota... śmierdział sierściuchem.- Niby to mimochodem wskazała na siedzącego nieopodal Malika który prychnął teatralnie wprawiając towarzystwo w rozbawienie. Ziio zagrała pierwszy takt nowej piosenki. Tuż obok niej siedział Frelser niemal opierając się o nią z przymkniętymi oczami. Squall zaczęła się zastanawiać o jaki utwór mój poprosić ten monstrualny gad. Długo na odpowiedź nie musiała czekać, spokojna melodia bez słów spokojnie ciągnęła się między rozmowami zebranych. Dziewczyna sięgnęła po swój garnuszek z alkoholem i już miała przyłożyć do ust. Zapomniała o jednym malutkim szczególiku... miała zasłoniętą twarz. Widząc to Halt roześmiał się kpiąco, co prawda nie na długo, bo dziewczyna niby to przypadkiem kopnęła jego naczynie z którego większość trunku wylała się w trawę.
-Ups... chyba koniec picia na dziś co?- W oczach znów zabłysła iskierka wredoty.
-Na szczęście nie tylko dla mnie.- Odwzajemnił się patrząc uporczywie na kominiarkę. Dziewczyna bez słowa schyliła się, zerwała dosyć spore źdźbło trawy i włożyła je do swojego kubka. Następnie sięgnęła do cholewy buta wyciągając niewielki sztylet, po czym skierowała w swoją stronę. Chłopak zamarł na chwile nie rozumiejąc co kombinuje dziewczyna. Squall wzięła lekki zamach u ukuła się dokładnie tam gdzie za materiałem powinny być usta.
-To ty...- Odruchowo wyciągnął rękę, zaraz jednak ją cofnął. W czarnym materiale pojawiła się maleńka dziurka, tak mała że nadal nic nie było widać spod kominiarki. Dziewczyna z wyczuwalną satysfakcją przełożyła trawiastą słomkę przez usta i pociągnęła długi łyk rumu. Gdy odejmowała kubek od ust, nie mogła nie westchnąć głośno z zachwytem.
-Twoje niezdrowie.- Uniosła znacząco naczynie i napiła się jeszcze trochę.
-Uciekając z tego przeklętego statku w życiu bym nie pomyślał ze trafię znów na największą zmorę tego świata... A tu patrz! Siedzi koło mnie i spokojnie sobie popija rum.- Łucznik pokiwał głową.
-Też miałam nadzieje że chodzący pech mnie ominie a tu patrz... takie buty...
-"Chodzący pech"?!
-Gdzie się nie pojawisz tam coś zmajstrujesz: znalezienie przez strażników, przypałętanie się kota, złamanie masztu i jeszcze połamałeś nogi jakiegoś chłopa.- Dziewczyna wyliczała na palcach.
-Co? Chwila! skąd wiesz o parobku?.- Mimowolnie jego wzrok uciekł w stronę Vis i Mild, na co Squall zaniosła się gromkim śmiechem.
-A wiesz... wiatr mi wyśpiewał takie nowiny.- Puściła mu zalotne oczko, na co odpowiedział jedynie głośnym westchnięciem. Oboje byli tak pochłonięci dokuczaniem sobie nawzajem, że nawet nie spostrzegli, że zarówno melodia i ogólny gwar ustały. A jedynym co przerywało ciszę prócz strzelających iskier z ogniska było ciche, miarowe chrapanie smoka. Dogasający płomień ognika falował w rytm oddechu gada co wywołało cichy śmiech dziewczyny. Tak duże i groźne zwierze a śpiąc przypominał kociątko. Z resztą nie tylko on zdawał się odejść w krainę morfeusza, minstrelka oparta o łapę Frelsera z zaciśniętą w dłoniach lutnią. Atlant rozłożył się na jednym z pni wokoło ogniska z opuszczonym ogonem i jedną łapą niczym prawdziwy lew. Tuż obok oparte o siebie Mild i Viserany. Ashlotte siedziała nieopodal nich oparta o drzewo, a jej głowa co jakiś czas opadała na ramię, w końcu uległa i skuliła się w trawie. Podobnie jak Gambit który przejawiając swoją kocią naturę skulił się blisko ognia pomrukując cicho. Nawet Lisbeth owinęła się swoim płaszczem oparta o konar. Wszyscy oddychali miarowo i spokojnie, jak małe dzieci które po długiej zabawie zasnęły przy ciepłym kominku. Mimo że gdzieś oddali szumiał ciemny bór, a z gór można było usłyszeć wycie wilków. To każdy spał spokojnie w cieple ogniska. Tutaj nikt nie słyszał krzyków, lamentów ani szczęknięć żelaza. Jedyny ogień jaki wśród nich się znajdował dawał poczucie bezpieczeństwa i ciepło, nie strach i ból. Tutaj po prostu nie było wojny, a każdy z tych podróżnych przebył długą drogę by móc tak po prostu zasnąć w ciszy, nawet wśród innych praktycznie nieznanych włóczęgów. Jedynej osoby jakiej jej brakowało w tym towarzystwie był zamaskowany medyk. On po prostu znikł... nawet nie wiadomo jak i kiedy, ale go nie było. Ale co ją to obchodziło? Niech się szlaja jak ten kot, z którym z resztą nie skończyła, ale to innym razem. Dziewczyna chwyciła gruby kawałek drewna i dorzuciła go do ognia by do rana nie zgasł.
-Hej... Halt?- Odezwała się cicho, co było dość niecodzienne jak na nią. Gdy jednak nie uzyskała odpowiedzi obróciła głowę w stronę łucznika.
-No nie wierzę...- Prychnęła widząc jak Obierzyświat zasnął na siedząco tuż koło niej, a zajęło mu to ledwie minutę. Na ustach dziewczyny zatańczył szelmowski uśmieszek. Wstała i zniknęła w lesie odbiegając gdzieś, po pewnej chwili jedna wróciła chicho nucąc.
-Z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- Zaczęła coś majstrować przy niczego nieświadomym śpiącym. Poczuła na sobie czyjś wzrok, a konkretnie była to dziewczyna z czerwoną bandamką która najwyraźniej nie zdążyła jeszcze zasnąć do końca. Squall jedynie puściła jej oczko i przyłożyła palec do ust by była cicho. Lisbeth wzruszyła ramionami i okryła się szczelniej.
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Gdy przyjdzie raniutko...
~~***~~
Słońce wzeszło powoli, oświetlając jeszcze resztki wiosennego szronu, który z resztą nie potrzebował wiele czasu by zmienić się w kropelki wody. Pierwsze ptaki obudziły się na chwile przed słońcem, ale teraz las ożył od świergotów, ruchu zwierząt zaczynających wstawać. Zaczynał się nowy, ciepły, nieco wietrzny i całkowicie normalny dzień w Hidden... no prawie. Podczas gdy wszyscy spokojnie jeszcze drzemali, jedna osoba zaczynała się budzić. Niestety nieco dalej od reszty, a nawet o wiele dalej.
-K*RWA MAĆ!!!- Zawołał ochrypiały głos orientując się gdzie jest. -Squall ja ciebie zabije, najnormalniej świecie ZABIJE!!! Utopie jak psa! Słyszysz mnie?- Halt który właściwie był tą jedyną osobą zaszamotał się wściekle do jednak nic nie dało. Wisiał przywiązany gęsto linami całym ciałem do grubej gałęzi twarzą w dół, nad mocno zarośniętą ścieszką. Spróbował ruszyć chociaż głową, ale mógł tylko nieco obejrzeć się na boki. Po jego prawej stronie podwieszone do innej gałęzi wisiały jego broń i buty, natomiast po lewej... ubranie...
-Nie wierzę... co mnie pokarało...- Puścił pod nosem jeszcze dłuższą i bardziej mięsistą wiązankę. -Przysięgam, że ja osobiście tego demona nabije na pal...- Zazgrzytał zębami, po czym spróbował zacząć krzyczeć najgłośniej jak się da, a nóż-widelec ktoś go usłyszy. I nawet mu się udało. Poczuł na sobie czyjś wzrok, wzrok przepełniony nieskończonym zdziwieniem oraz niemym pytaniem, której jednak podaruje sobie cytować ze względu na nadmiar przekleństw. Te trzy metry pod nim stała niska, lekko niebieskawa z blond włosami dziewczyna, do złudzenia przypominająca chochlika. Nieznajoma zamrugała kilka razy.
-Emm.. słuchaj... wiem że to dziwne ale czy dałabyś radę mnie stąd ściągnąć?
-Czy...- Dziewczyna wskazała palcem na wiszące ubrania.
-Błagam, nie pytaj...- Westchnął głośno. -Lepiej żebyś nie poznała sprawcy.
-Och... a czemu to niby?- Gdzieś z góry dobiegł kobiecy głos.
-Squall? Poczekaj tylko jak ja się uwolnię...- Zagroził znów się szamocąc.
-Spokojnie, słyszałam.- Zapewniła go. Siedziała tuż nad nim, na tej samej gałęzi, tylko, że nie mógł jej zobaczyć zważywszy na swoje położenie. Dziewczyna tam właśnie też spała nie chcąc przegapić pobudki "przyjaciela".
-Zdejmij mnie stąd albo...- Nie dokończył bo Squall nie zwlekając wyjęła sztylet i przecięła liny na całej długości. Chłopak spadł dokładnie na przygotowane do tego miejsce czyli usypaną kupkę zielska i liści. Pierwszym co napotkał po wynurzeniu się z tej sterty była nadal zdziwiona mina nieznajomej. Chwilę później spadły na niego buty i ubrania. Łuk jednak został w górze.
-Mam nadzieje że ty nie do Hidden?- Piratka zeskoczyła tuż obok niebieskoskórej z szerokim, niby to miłym uśmiechem. Nie miała już na sobie ani kominiarki, ani rękawiczek, a nawet kaptura, wyglądała całkowicie normalnie. No nie licząc oczu i tego diabelskiego uśmieszku. W tym czasie Halt błyskawicznie ubrał się i sapiąc z wściekłości skoczył na dziewczynę. Ta jednak wdzięcznym ruchem uniknęła ataku. Obierzyświat jednak nie odpuszczał i podciął ją, następnie przygważdżając własnym ciałem.
-Dobra... jak by się tu zemścić...- Zaczął zastanawiać się głośno z wrednym uśmiechem.
-Eeee... czyżby Halt Quicksilver i Squall Repentina?- Zapytała nieznajoma pochylając się nieco nad skotłowanymi, co z resztą był w sumie tylko teatralnym gestem bo wzrostem nie przewyższała większego psa. Oboje na obejrzeli się na nią nieco zdziwieni.
-Tak, a c...- Nie skończył bo Squall odepchnęła go wyzwalając się z uścisku i stając na przeciw z swoim nieodłącznym wyrazem twarzy. Halt na razie stał spokojnie, ale Squall czuła że planuje on już swoją zemstę.
<Louise? Halt, mam nadzieje że mnie nie zamordujesz XD>
Od Hanneona cd. Atlanta - Wpadka
Nie ma miejsca na żadne gierki czy hipnotyzowanie spojrzeniem. Raz,
gorący uczynek. Dwa, sporo ludzi. Trzy, przede mną stoi władca. A ja
leżę na brzuchu na ziemi, jakby ktoś mną rzucił. A nie, przecież tak
właśnie było. I z której niby strony jestem ,,zwycięzcą"?!
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.
<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.
<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>
piątek, 13 maja 2016
Urodziny Feniksów
Cóż urodziny w prawdzie były wczoraj, no ale... miałam taką sytuacje a nie inną więc piszę o tym dopiero teraz, mam nadzije że dzień zwłoki nikomu nie przeszkadza :P A ja sobie pomyślałam że łaśnie z tej okazji robię mały konkurs oraz event. Jeśli chodzi o konkurs to będziecie mogli wybrać swoją ulubioną postać z bloga w ankiecie po prawej --->. Natomiast o evencie powiadomię was już w ciągu najbliższych dni, mam nadzieje że to was też trochę ożywi bo choć piszemy tutaj już rok to opowiadań jest stosunkowo mało a akcja ruszyła ledwie kilka dni. Mimo to dziękuje wam że feniksy wciąż są a Hidden jeszcze nie upadło dzięki wam :D
Jeszcze raz wam wszystkim dziękuje i liczę na kolejne lata. No i wszystkiego najlepszego Feniksy~!
~Ursa
Jeszcze raz wam wszystkim dziękuje i liczę na kolejne lata. No i wszystkiego najlepszego Feniksy~!
~Ursa
Od Atlanta c.d. Ziio i Hanneona - Podglądacz
Śpiewaczka nie zdążyła nawet nabrać dobrze tchu gdy ktoś już zaczął nową pieśń. Ziio rozpoznała utwór i zanim skończył się pierwszy wers minstrelka dołączyła w śpiewie i grze do melodii.
Na szlaku przeznaczenia trwaj,
A jest nim walka.
Twój miecz nie pozna smaku rdzy,
Zalśni od krwi.
I jeszcze jedno prawo Twe,
To Niespodzianka.
Ktokolwiek się sprzeciwi jej,
Przeznaczony mu miecz.
Tej nocy nie zobaczysz gwiazd,
To łuna nad Sorsiną.
Zapłonie i ukarze świat,
Świat, który zginie.
Jak stado czarnych kruków gdzieś,
Pędzą wrogowie.
Uszedłeś ale losy Twe,
Dokonują się w Tobie.
Ty pytasz co zrobiłeś źle,
Wciąż zadajesz pytania.
Oszukać przeznaczenie chcesz,
I spotyka Cię kara.
Twój los już napisany jest,
Twe daremne starania.
Jak kamień co rzucony chce,
Gwiazdą w niebie się znaleźć.
-Jak przystało na barda.- Squall która to właśnie podsunęła nowy kawałek z uśmiechem przyjrzała się harpii. Ta zadowolona z pochwały skinęła w jej kierunku głową. Wokół ogniska znów zawrzało od rozmów. Praktycznie każdy miał coś do powiedzenia. Rozmówcy co rusz zamieniali się w parach i grupach rozpoczynając nowe tematy. Sam Alt dołączył się do rozmowy miedzy Mild i Lisbeth. Z początku był on nawet lekko zaskoczony rozmownością zamaskowanej dziewczyny. Podejrzewał że to podjęty temat tak ją zaciekawił, czyli temat istot jakie zamieszkują tutejsze rejony.
-Czyli jak? Tu w górach siedzą wszystkie potwory?- Elfka wychyliła się przez ramię drugiej dziewczyny.
-Wszystkie? Nie z pewnością nie, ale spora część.- Sprostował Leonis
-Demon, potwór czy groźne zwierze jak każdy starają się uciekać przed wojskami. No chyba że to padlinożercy jak ghule.- Wytłumaczyła Lis, widać było że zna się na rzeczy i nie umknęło to uwadze chłopaka.
-A pasmo górskie tu na skraju kontynentu jest idealnym miejscem by się ukryć.
-Czy to przypadkiem nie spraw nam problemów?
-Z pewnością trzeba mieć się na baczności, jak jednak obserwuje wszystkich tutaj, to każdy da radę sobie poradzić z ewentualnym niebezpieczeństwem. A jeśli mam być szczery to towarzystwo wilkołaków, strzyg, leszych i całej tej zgraj jest nawet na rękę.
-Na rękę? Banda jakiś potworów i dziwadeł?!- Mild aż zapiała z zdziwienia.
-Jakbyśmy sami nie byli dziwadłami.- Trafnie zauwarzyła starsza dziewczyna. Co Lakoo skomentował jedynie cichym uśmiechem, jakby potwierdzał te słowa.
-A co do potworów to pewnie że są nam pomocne, oczywiście pośrednio. Bo pomyśl tuż za tymi górami trwa wojna Arsmana, a dzięki temu że te tereny są uznawane za siedlisko wszelkiego plugastwa, jak na razie nasz szanowny król nie zbliża się do nas.- Elfka pokiwała głową rozumiejąc już co władca ma na myśli. Atlant rozejrzał się po oświetlanych ogniem postaciach. Jedyną osobą która od początku nie ruszył się z miejsca, praktycznie nie odzywał i tylko siedziała z boku nie wdając się z nikim w dyskusje był oczywiście zamaskowany medyk. Obserwował bacznie otoczenie i towarzystwo. Phester poczuł na sobie wzrok władcy i powoli wskazał palcem na scenę rozgrywającą się zaledwie parę kroków za światłem ognia. Atlant obrócił się w wskazanym kierunku, zaraz za nim zrobili to jego rozmówcy.
-Ładnie to tak skradać się i podsłuchiwać?- Zza krzaków dobiegł głos Squall, a po chwili coś z głośnym hukiem wyleciało z liści i wylądowało pod nogami wszystkich. Był to drobny, czerwonowłosy chłopak.
-Patrzcie tylko kogo znalazłam.- Zaraz za żywym pociskiem wyszła sprawczyni małego zamieszania. -Krążył tak już chyba od kilku godzin i nas obserwował.- Oświadczyła oskarżycielsko.
-Jakbyś sama była święta.- Zaśmiał się Halt. -Zostaw biedaka, już i tak samą swoją obecności niszczysz wszystkim psychikę.
-Och... nie martw się w porównaniu z tobą mój drogi ja uspakajam ludzki umysł.- Wysłała w jego kierunku jeden z najwredniejszych uśmiechów na jaki było ją stać, choć wyrażały to tylko oczy jako, iż reszta jej twarzy była zakryta, to jednak całkowicie wystarczyło.
-A wracając do naszego "podglądacza". Jak cię zwą?- Atlant wstał i wyciągnął do niego rękę by pomóc mu wstać. Nieznajomy jeszcze chwilę siedział na ziemi jakby zastanawiał się czy na pewno ma odpowiadać czy może lepiej dać nogę? Rozglądając się wokół doszedł jednak do wniosku że daleko nie ucieknie, więc może lepiej będzie poznać swoich sąsiadów.
-Hanneon.- Powiedział i wstał bez oferowanej mu pomocy.
-Chyba mamy kolejnego złośnika.- Malik posłał krótkie spojrzenie kilku innym osobą.
-Wiesz kolego, samotnik czy nie, złośnik czy nie zapraszamy do ognia.- Zaproszenie Atlanta tak na prawdę nie dotyczył konkretnie by przyszedł do nich tu i teraz, ale by starał się nie odstawać i przekonać do nich.
<Hanneon? Sorki za ścierę, ale chciałam choć trochę napisać :) >
link do całej piosenki
Na szlaku przeznaczenia trwaj,
A jest nim walka.
Twój miecz nie pozna smaku rdzy,
Zalśni od krwi.
I jeszcze jedno prawo Twe,
To Niespodzianka.
Ktokolwiek się sprzeciwi jej,
Przeznaczony mu miecz.
Tej nocy nie zobaczysz gwiazd,
To łuna nad Sorsiną.
Zapłonie i ukarze świat,
Świat, który zginie.
Jak stado czarnych kruków gdzieś,
Pędzą wrogowie.
Uszedłeś ale losy Twe,
Dokonują się w Tobie.
Ty pytasz co zrobiłeś źle,
Wciąż zadajesz pytania.
Oszukać przeznaczenie chcesz,
I spotyka Cię kara.
Twój los już napisany jest,
Twe daremne starania.
Jak kamień co rzucony chce,
Gwiazdą w niebie się znaleźć.
-Jak przystało na barda.- Squall która to właśnie podsunęła nowy kawałek z uśmiechem przyjrzała się harpii. Ta zadowolona z pochwały skinęła w jej kierunku głową. Wokół ogniska znów zawrzało od rozmów. Praktycznie każdy miał coś do powiedzenia. Rozmówcy co rusz zamieniali się w parach i grupach rozpoczynając nowe tematy. Sam Alt dołączył się do rozmowy miedzy Mild i Lisbeth. Z początku był on nawet lekko zaskoczony rozmownością zamaskowanej dziewczyny. Podejrzewał że to podjęty temat tak ją zaciekawił, czyli temat istot jakie zamieszkują tutejsze rejony.
-Czyli jak? Tu w górach siedzą wszystkie potwory?- Elfka wychyliła się przez ramię drugiej dziewczyny.
-Wszystkie? Nie z pewnością nie, ale spora część.- Sprostował Leonis
-Demon, potwór czy groźne zwierze jak każdy starają się uciekać przed wojskami. No chyba że to padlinożercy jak ghule.- Wytłumaczyła Lis, widać było że zna się na rzeczy i nie umknęło to uwadze chłopaka.
-A pasmo górskie tu na skraju kontynentu jest idealnym miejscem by się ukryć.
-Czy to przypadkiem nie spraw nam problemów?
-Z pewnością trzeba mieć się na baczności, jak jednak obserwuje wszystkich tutaj, to każdy da radę sobie poradzić z ewentualnym niebezpieczeństwem. A jeśli mam być szczery to towarzystwo wilkołaków, strzyg, leszych i całej tej zgraj jest nawet na rękę.
-Na rękę? Banda jakiś potworów i dziwadeł?!- Mild aż zapiała z zdziwienia.
-Jakbyśmy sami nie byli dziwadłami.- Trafnie zauwarzyła starsza dziewczyna. Co Lakoo skomentował jedynie cichym uśmiechem, jakby potwierdzał te słowa.
-A co do potworów to pewnie że są nam pomocne, oczywiście pośrednio. Bo pomyśl tuż za tymi górami trwa wojna Arsmana, a dzięki temu że te tereny są uznawane za siedlisko wszelkiego plugastwa, jak na razie nasz szanowny król nie zbliża się do nas.- Elfka pokiwała głową rozumiejąc już co władca ma na myśli. Atlant rozejrzał się po oświetlanych ogniem postaciach. Jedyną osobą która od początku nie ruszył się z miejsca, praktycznie nie odzywał i tylko siedziała z boku nie wdając się z nikim w dyskusje był oczywiście zamaskowany medyk. Obserwował bacznie otoczenie i towarzystwo. Phester poczuł na sobie wzrok władcy i powoli wskazał palcem na scenę rozgrywającą się zaledwie parę kroków za światłem ognia. Atlant obrócił się w wskazanym kierunku, zaraz za nim zrobili to jego rozmówcy.
-Ładnie to tak skradać się i podsłuchiwać?- Zza krzaków dobiegł głos Squall, a po chwili coś z głośnym hukiem wyleciało z liści i wylądowało pod nogami wszystkich. Był to drobny, czerwonowłosy chłopak.
-Patrzcie tylko kogo znalazłam.- Zaraz za żywym pociskiem wyszła sprawczyni małego zamieszania. -Krążył tak już chyba od kilku godzin i nas obserwował.- Oświadczyła oskarżycielsko.
-Jakbyś sama była święta.- Zaśmiał się Halt. -Zostaw biedaka, już i tak samą swoją obecności niszczysz wszystkim psychikę.
-Och... nie martw się w porównaniu z tobą mój drogi ja uspakajam ludzki umysł.- Wysłała w jego kierunku jeden z najwredniejszych uśmiechów na jaki było ją stać, choć wyrażały to tylko oczy jako, iż reszta jej twarzy była zakryta, to jednak całkowicie wystarczyło.
-A wracając do naszego "podglądacza". Jak cię zwą?- Atlant wstał i wyciągnął do niego rękę by pomóc mu wstać. Nieznajomy jeszcze chwilę siedział na ziemi jakby zastanawiał się czy na pewno ma odpowiadać czy może lepiej dać nogę? Rozglądając się wokół doszedł jednak do wniosku że daleko nie ucieknie, więc może lepiej będzie poznać swoich sąsiadów.
-Hanneon.- Powiedział i wstał bez oferowanej mu pomocy.
-Chyba mamy kolejnego złośnika.- Malik posłał krótkie spojrzenie kilku innym osobą.
-Wiesz kolego, samotnik czy nie, złośnik czy nie zapraszamy do ognia.- Zaproszenie Atlanta tak na prawdę nie dotyczył konkretnie by przyszedł do nich tu i teraz, ale by starał się nie odstawać i przekonać do nich.
<Hanneon? Sorki za ścierę, ale chciałam choć trochę napisać :) >
link do całej piosenki
wtorek, 10 maja 2016
Od Louise - Historie i obietnica
Lou
kichnęła zdmuchując kępkę siana przed sobą. Doprawdy, co jej przyszło
do głowy, by pakować się na wóz z ususzoną trawą i to jeszcze w środku
wiosny? To tak jakby alergik kupił sobie dziesięć kotów. Podrapała nos
wierzchem ukrytej w rękawicy dłoni, wyklinając pod nosem boga-zielarza,
Egannona, wywołując u prowadzącego wóz dobrodusznego staruszka salwę
śmiechu.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
Idąc po raz kolejny układała zbierane
od jakiegoś czasu fakty. Wszystkie tropy prowadziły ją jednoznacznie do
jednego miejsca: tajemniczego lasu, gdzie według wzrastających w siłę
plotek powstawało dziwne, nieoryginalne państewko stworzone z wyrzutków i
potworów. Teraz miała okazję jeszcze raz przypomnieć sobie wszystko co
słyszała o domniemanych jego obywatelach. Trochę już po kraju łaziła i
niejedno jej się o uszy obiło, a kilka z tych pogłosek wartych było
zapamiętania...
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
poniedziałek, 9 maja 2016
Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki
Imię: Louise (III) Andrasta, przez przyjaciół nazywana Lou, Anda lub Lusia. Z tym ostatnim lepiej uważać, bo wypowiedziane nieodpowiednim tonem może ci zaszkodzić.
Nazwisko: Quartz
Przydomek: Właściwie to nie posiada żadnego stałego przezwiska. Po babce rodzina nazywała ją Recydywą. Obcy najczęściej nazywają ją pierwszym lepszym skojarzeniem, jak Niebieska lub Chochlik. Bywają też bardziej złośliwe określenia dotyczące jej wzrostu, ale na szczęście Lou jest wyjątkowo wyrozumiała.
Rasa: Pierwsze co przychodzi na myśl niemal każdemu to chochlik. Louise nie jest jednak przedstawicielką Yordlów, rasy bardziej ucywilizowanej niż ich krewni (bo choćby nie wiem jak zaprzeczali, są w pewnym stopniu z chochlikami spokrewnieni).
Wiek: 28 lat
Płeć: Kobieta, czy też - jak kto woli - samica
Stanowisko: Wojownik, Rzemieślnik
Aparycja: Pierwsze co zdecydowanie rzuca się w oczy to wzrost Andy. Niejeden raz spotkała się z często złośliwymi propozycjami posadzenia na barana, czy nawet włożenia do kieszeni płaszcza podróżnego. To drugie jest zdecydowanie przesadzone, bo mimo wszystko AŻ tak mała nie jest...w końcu uczciwie sięga nieco powyżej kolana dorosłego człowieka. Tiaaa, wygląd to zdecydowanie jej pięta Achillesowa. Mało kto traktuje ją poważnie przy pierwszym spotkaniu, bo nawet dzierżąc broń dalej przypomina cukierkowe stworzonko z bajki dla dzieci. Ma nieco za dużą głowę, porośniętą gęstą czupryną irytujących blond loków. Lou zawsze spina je w kucyki, mimo to jednak zawsze wypada z nich krzywa grzywka. Spod włosów po bokach głowy Louise wystaje para długich, sterczących uszu. Dziewczyna ma także drobny nosek i jeden wystający spod wargi kieł, co winduje jej urok. Jednak największą rolę w degradowaniu jej powagi odgrywają oczy: duże, różowo fioletowe o kocich źrenicach, z rzadkimi czarnymi rzęsami jak od tuszu (chociaż Anda nigdy się nie maluje). Dodam jeszcze, że jej błękitną skórę porasta mięciutki puszek o tym samym kolorze, jak u jakiegoś kociaka. Lou prawie zawsze ubiera się w pełną zbroję piechotną (widoczna na arcie - nie chce mi się opisywać :P). Gdy nie ma jednak potrzeby dźwigania żelastwa chodzi w samej zielonej tunice, zakładanej właśnie pod pancerz. Na plecy ma przeważnie zarzuconą tarczę.
Zdolności: Louise, chociaż należy do rasy względnie magicznej, nie posiada nadnaturalnych zdolności. Ma za to zaklętą broń - młot. Oręż potrafi rozpłynąć się w powietrzu i pojawić na nieme życzenie jego właścicielki, bo podczas podróży bywa dość nieporęcznym bagażem. Rozmiarami był przeznaczony raczej dla dorosłego ludzkiego mężczyzny, więc gdy Anda trzyma go w łapkach trudno powstrzymać śmiech. Oczywiście o ile nie widziałeś dziewczyny w akcji. Chociaż jest mała, potrafi sprawnie wywijać swoim młotem i solidnie przywalić. I nie, nie potrafi podnosić rzeczy cięższych od siebie - to po prostu kolejna zaleta zaklętej broni: młot w rękach Louise jest idealnie wyważony pod jej rozmiary, jednak komuś obcemu może wydawać się ciężki niczym dziesięć miechów. Andrasta jest świetnie przeszkolona w walce i strategii, dobrze orientuje się w układach wojsk i polityce. Dzięki swojemu wzrostowi na starcie zyskuje pewną przewagę nad przeciwnikiem, między innymi dzięki zaskoczeniu. Jest zwinna i świetnie się wspina. To także dobry kowal i rymarz (Yordlowie z natury zajmowali się wytwórstwem broni, zbroi i siodeł).
Zainteresowania: Jeśli jesteś uzbrojony w jakikolwiek oręż, nie zdziw się gdy Louise zacznie cię o niego wypytywać. Dziewczyna czasem wydaje się być bardziej zainteresowana cudzą bronią niż imieniem jej właściciela. Całe szczęście ludzie częściej uznają to bardziej za zabawne niż obraźliwe. Cóż się dziwić? Anda prawie całe życie przesiedziała w kuźni, nic więc dziwnego, że swój fach rzemieślnika traktuje na równi z hobby. Mała wydaje się mieć jakieś pomniejsze stadium ADHD - jej palce wiecznie szukają jakiegoś zajęcia. A to splata zerwane źdźbła w koszyczki, to znowu wygina jakiś drucik czy bawi się sprężynką znalezioną w kieszeni. Gdy nie ma co robić, zaczyna świrować. Dlatego właśnie z nudów chodzi i jak nakręcona wypytuje każdą napotkaną osobę czy nie potrzeba może naostrzyć jej miecz, zaszyć jakąś dziurę, wymienić popręg w siodle, wszystko, byleby nie siedzieć bezczynnie. W ostateczności chwyta młot lub jakiś krótki miecz i ćwiczy z tarczą i bronią na przemian. Lubi też gadać z innymi na jakieś interesujące ją tematy.
Charakter: Lou mimo małego ciałka kryje w sobie wielkie serce. Jest odważna, i to w ten zdrowy, nie graniczący z głupotą sposób, a czegoś takiego ino ze świecą szukać. To oddany żołnierz i przyjaciel. Jest gotowa rzucić się w ogień dla dobra sprawy. Często chcąc pomóc komuś innemu zapomina o własnym zdrowiu. Możliwe, że jest aż zbyt dobroduszna. Nawet najgorszemu wrogowi odstąpiłaby ostatni łyk wody. Niejeden raz już słyszała, że kiedyś ją jej postępowanie zgubi, bo w takich czasach jak te nie ma miejsca na wielkoduszność. Mimo wszystko Anda pozostaje tą samą pomocną i ofiarną dziewczyną, nieważne ile razy zostanie przez to ugryziona w rękę przez jakiegoś niewdzięcznika. Louise ceni sobie honor. Nie porzuca przyjaciół w potrzebie, ani nie ignoruje rozkazów...no chyba, że ktoś wymaga od niej tego pierwszego. Wtedy nie ma co liczyć na posłuch ze strony małej Yordlki. Razem z honorem, jak to w przypadku prawdziwego rycerza, idzie wiara. W ciężkich próbach Lou pokłada ją w bogach swojego ludu, dziękuje im za każde zwycięstwo...i bluzga ich imionami, jak to na prawdziwego wierzącego przystało. Psy wiesza więc najczęściej na bogini męstwa, Concordii, bogu wojny, Gafaharze, i opiekunce patriotów bez kraju, Naiome. Gdy dziewczyna się uprze dopnie swego, choćby nie wiem ile miało to czasu zająć. Dlatego jeśli cię o coś zapyta, wypada odpowiedzieć od razu, inaczej sam skażesz się na towarzystwo natrętnego wielkookiego chochlika. Im więcej będziesz ją od siebie odpychał, tym szybciej będzie wracać, niczym puchata niebieska bańka-wstańka. Ma w sobie także pełno dumy, której nie da się zburzyć żadnymi wyzwiskami. Rzucane w jej kierunku wszelkie docinki są niczym groch o ścianę. Chociaż Andrasta z godnością je ignoruje, ma dobrą pamięć do twarzy osoby zdolnej ją obrazić. Po takich zachowaniach szybko wyrabia sobie zdanie o innych. Jeśli nie okażesz jej chociaż dozy szacunku, nie masz co liczyć na wzajemność. Lou może i ma sporo cierpliwości do przedstawicieli tępej masy społecznej, jednak w przypadku osobistości, od której oczekuje nieco więcej inteligencji, nie da szargać swojej dumy niczym starą ścierkę. Nie współpracuje z idiotami, tak mówiąc w skrócie. Zniżanie siebie do ich poziomu traktuje gorzej od jakiejkolwiek obrazy. Dziewczyna nie lubi być porównywana do innych. Uważa się za jedyną w swoim rodzaju i nie, to nie objaw narcyzmu. Jednej rzeczy mało kto się spodziewa po tej szczerej i uczciwej wojowniczce: aktorstwa. Nawet Louise, chociaż szczerze nie cierpi swoich słodkich gał, zdarza się nadużywać niewinnego wyglądu we własnych celach. Może i nie jest kuszącą pięknością, ale ma własne metody, które działają nie tylko na mężczyzn. Przeważnie wystarczy, że zrobi szczenięce oczy i zakwili swoim słodkim głosikiem, a każdy przypadkowy mieszczuch da się nabrać. Co poradzisz? Trzeba jakoś żyć, lepsze naciąganie przechodniów na dziecięcy urok niż napadanie ich w lasach. Wystarczy jednak lepiej Lou poznać, by już nie dać się nabrać na tą bajeczkę o ,,bezbronnej małej podróżnej”, którą wciska każdemu durniowi. Wszystkie bajdurzenia o ,,bezbronności” idą w niepamięć gdy przyjdzie ci zobaczyć jak rozkwasza młotem łeb jakiegoś bandyty.
Historia: Yordlowie to doprawdy dziwna rasa. W ich przypadku doskonale potwierdza się przysłowie ,,im mniejsze, tym bardziej uparte”, którymi przeważnie opisuje się kuce lub terriery. Niedouczeni mylnie nazywają Yordlów ,,chochlikami”, nie widząc żadnej różnicy między małymi upierdliwymi złośnikami podgryzającymi meble i szczającymi do wiader z mlekiem, a w pełni ucywilizowaną rasą kowali i rzemieślników. Gdyby nazwać przypadkowego Yordla chochlikiem, niewykluczone, że naraziłbyś do siebie całą brać, bo każdy z nich najwyżej ceni sobie dobro swojego pobratymca. Szargasz imię jednego - szargasz imię wszystkich. (Po prawdzie jednak choćby nie wiadomo jak się zapierali, Yordlowie mimo wszystko są w pewnym stopniu spokrewnieni z chochlikami, chociaż ŻADEN nie powiedziałby ci tego wprost.)
Do rzeczy; Otóż Yordlowie osiedlili się daleko na wschodzie Sorsiny, z dala od ludzkich siedzib. Mieli własne, dobrze skoordynowane państwo i żyli sobie w szczęściu oraz dostatku długie lata. Nagle jednak wybuchła wojna. Wojska Arsmana wkrótce dotarły do granic małej ojczyzny niepozornych karzełków. Nie spodziewali się ataku, więc nie mieli gotowej armii. A nawet jeśliby mieli, któż przeraziłby się sięgających kolana zapuszkowanych w metalu wielkookich skrzatów? Całe szczęście dowódca armii nie widział sensu w niszczeniu kraju. A wszystko dzięki zdolnościom kuźnieckim jego obywateli. Nawiązał porozumienie z wodzem Yordlów: Arsman nie przyśle tu swoich wojsk dopóty, dopóki będzie dostawał najwyższej jakości broń. Porozumienie podpisano i tak rozpoczął się najbardziej pracowity i męczący okres w historii Yordlów.
I w tych też czasach przyszło żyć małej, niepozornej ślicznotce imieniem Louise III (po babciach) Andrasta (po matce) Quartz.
Dziewczyna zawsze miała w sobie pewien kompleks niższości. Nie podobała jej się sytuacja w jakim znajdował się jej kraj. Możliwe, że nasłuchała się zbyt dużo opowieści babki (słynnej w rodzinie jako ,,Recydywa”) o tym, jak to było tu pięknie bez Arsmana. Tak więc babka Recydywa napchała małej Lusi do głowy pełno ,,głupot”, że bycie tchórzem nie popłaca, zwłaszcza, gdy kraj i rodzina w potrzebie. A czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci i dorosła już Louise dorobiła się dziedzicząc przydomek babci. Całe życie hartowała się chwytając typowo męskich zawodów i uczyła się walczyć, aby nie dać się zaskoczyć przyszłości.
Nazwisko: Quartz
Przydomek: Właściwie to nie posiada żadnego stałego przezwiska. Po babce rodzina nazywała ją Recydywą. Obcy najczęściej nazywają ją pierwszym lepszym skojarzeniem, jak Niebieska lub Chochlik. Bywają też bardziej złośliwe określenia dotyczące jej wzrostu, ale na szczęście Lou jest wyjątkowo wyrozumiała.
Rasa: Pierwsze co przychodzi na myśl niemal każdemu to chochlik. Louise nie jest jednak przedstawicielką Yordlów, rasy bardziej ucywilizowanej niż ich krewni (bo choćby nie wiem jak zaprzeczali, są w pewnym stopniu z chochlikami spokrewnieni).
Wiek: 28 lat
Płeć: Kobieta, czy też - jak kto woli - samica
Stanowisko: Wojownik, Rzemieślnik
Aparycja: Pierwsze co zdecydowanie rzuca się w oczy to wzrost Andy. Niejeden raz spotkała się z często złośliwymi propozycjami posadzenia na barana, czy nawet włożenia do kieszeni płaszcza podróżnego. To drugie jest zdecydowanie przesadzone, bo mimo wszystko AŻ tak mała nie jest...w końcu uczciwie sięga nieco powyżej kolana dorosłego człowieka. Tiaaa, wygląd to zdecydowanie jej pięta Achillesowa. Mało kto traktuje ją poważnie przy pierwszym spotkaniu, bo nawet dzierżąc broń dalej przypomina cukierkowe stworzonko z bajki dla dzieci. Ma nieco za dużą głowę, porośniętą gęstą czupryną irytujących blond loków. Lou zawsze spina je w kucyki, mimo to jednak zawsze wypada z nich krzywa grzywka. Spod włosów po bokach głowy Louise wystaje para długich, sterczących uszu. Dziewczyna ma także drobny nosek i jeden wystający spod wargi kieł, co winduje jej urok. Jednak największą rolę w degradowaniu jej powagi odgrywają oczy: duże, różowo fioletowe o kocich źrenicach, z rzadkimi czarnymi rzęsami jak od tuszu (chociaż Anda nigdy się nie maluje). Dodam jeszcze, że jej błękitną skórę porasta mięciutki puszek o tym samym kolorze, jak u jakiegoś kociaka. Lou prawie zawsze ubiera się w pełną zbroję piechotną (widoczna na arcie - nie chce mi się opisywać :P). Gdy nie ma jednak potrzeby dźwigania żelastwa chodzi w samej zielonej tunice, zakładanej właśnie pod pancerz. Na plecy ma przeważnie zarzuconą tarczę.
Zdolności: Louise, chociaż należy do rasy względnie magicznej, nie posiada nadnaturalnych zdolności. Ma za to zaklętą broń - młot. Oręż potrafi rozpłynąć się w powietrzu i pojawić na nieme życzenie jego właścicielki, bo podczas podróży bywa dość nieporęcznym bagażem. Rozmiarami był przeznaczony raczej dla dorosłego ludzkiego mężczyzny, więc gdy Anda trzyma go w łapkach trudno powstrzymać śmiech. Oczywiście o ile nie widziałeś dziewczyny w akcji. Chociaż jest mała, potrafi sprawnie wywijać swoim młotem i solidnie przywalić. I nie, nie potrafi podnosić rzeczy cięższych od siebie - to po prostu kolejna zaleta zaklętej broni: młot w rękach Louise jest idealnie wyważony pod jej rozmiary, jednak komuś obcemu może wydawać się ciężki niczym dziesięć miechów. Andrasta jest świetnie przeszkolona w walce i strategii, dobrze orientuje się w układach wojsk i polityce. Dzięki swojemu wzrostowi na starcie zyskuje pewną przewagę nad przeciwnikiem, między innymi dzięki zaskoczeniu. Jest zwinna i świetnie się wspina. To także dobry kowal i rymarz (Yordlowie z natury zajmowali się wytwórstwem broni, zbroi i siodeł).
Zainteresowania: Jeśli jesteś uzbrojony w jakikolwiek oręż, nie zdziw się gdy Louise zacznie cię o niego wypytywać. Dziewczyna czasem wydaje się być bardziej zainteresowana cudzą bronią niż imieniem jej właściciela. Całe szczęście ludzie częściej uznają to bardziej za zabawne niż obraźliwe. Cóż się dziwić? Anda prawie całe życie przesiedziała w kuźni, nic więc dziwnego, że swój fach rzemieślnika traktuje na równi z hobby. Mała wydaje się mieć jakieś pomniejsze stadium ADHD - jej palce wiecznie szukają jakiegoś zajęcia. A to splata zerwane źdźbła w koszyczki, to znowu wygina jakiś drucik czy bawi się sprężynką znalezioną w kieszeni. Gdy nie ma co robić, zaczyna świrować. Dlatego właśnie z nudów chodzi i jak nakręcona wypytuje każdą napotkaną osobę czy nie potrzeba może naostrzyć jej miecz, zaszyć jakąś dziurę, wymienić popręg w siodle, wszystko, byleby nie siedzieć bezczynnie. W ostateczności chwyta młot lub jakiś krótki miecz i ćwiczy z tarczą i bronią na przemian. Lubi też gadać z innymi na jakieś interesujące ją tematy.
Charakter: Lou mimo małego ciałka kryje w sobie wielkie serce. Jest odważna, i to w ten zdrowy, nie graniczący z głupotą sposób, a czegoś takiego ino ze świecą szukać. To oddany żołnierz i przyjaciel. Jest gotowa rzucić się w ogień dla dobra sprawy. Często chcąc pomóc komuś innemu zapomina o własnym zdrowiu. Możliwe, że jest aż zbyt dobroduszna. Nawet najgorszemu wrogowi odstąpiłaby ostatni łyk wody. Niejeden raz już słyszała, że kiedyś ją jej postępowanie zgubi, bo w takich czasach jak te nie ma miejsca na wielkoduszność. Mimo wszystko Anda pozostaje tą samą pomocną i ofiarną dziewczyną, nieważne ile razy zostanie przez to ugryziona w rękę przez jakiegoś niewdzięcznika. Louise ceni sobie honor. Nie porzuca przyjaciół w potrzebie, ani nie ignoruje rozkazów...no chyba, że ktoś wymaga od niej tego pierwszego. Wtedy nie ma co liczyć na posłuch ze strony małej Yordlki. Razem z honorem, jak to w przypadku prawdziwego rycerza, idzie wiara. W ciężkich próbach Lou pokłada ją w bogach swojego ludu, dziękuje im za każde zwycięstwo...i bluzga ich imionami, jak to na prawdziwego wierzącego przystało. Psy wiesza więc najczęściej na bogini męstwa, Concordii, bogu wojny, Gafaharze, i opiekunce patriotów bez kraju, Naiome. Gdy dziewczyna się uprze dopnie swego, choćby nie wiem ile miało to czasu zająć. Dlatego jeśli cię o coś zapyta, wypada odpowiedzieć od razu, inaczej sam skażesz się na towarzystwo natrętnego wielkookiego chochlika. Im więcej będziesz ją od siebie odpychał, tym szybciej będzie wracać, niczym puchata niebieska bańka-wstańka. Ma w sobie także pełno dumy, której nie da się zburzyć żadnymi wyzwiskami. Rzucane w jej kierunku wszelkie docinki są niczym groch o ścianę. Chociaż Andrasta z godnością je ignoruje, ma dobrą pamięć do twarzy osoby zdolnej ją obrazić. Po takich zachowaniach szybko wyrabia sobie zdanie o innych. Jeśli nie okażesz jej chociaż dozy szacunku, nie masz co liczyć na wzajemność. Lou może i ma sporo cierpliwości do przedstawicieli tępej masy społecznej, jednak w przypadku osobistości, od której oczekuje nieco więcej inteligencji, nie da szargać swojej dumy niczym starą ścierkę. Nie współpracuje z idiotami, tak mówiąc w skrócie. Zniżanie siebie do ich poziomu traktuje gorzej od jakiejkolwiek obrazy. Dziewczyna nie lubi być porównywana do innych. Uważa się za jedyną w swoim rodzaju i nie, to nie objaw narcyzmu. Jednej rzeczy mało kto się spodziewa po tej szczerej i uczciwej wojowniczce: aktorstwa. Nawet Louise, chociaż szczerze nie cierpi swoich słodkich gał, zdarza się nadużywać niewinnego wyglądu we własnych celach. Może i nie jest kuszącą pięknością, ale ma własne metody, które działają nie tylko na mężczyzn. Przeważnie wystarczy, że zrobi szczenięce oczy i zakwili swoim słodkim głosikiem, a każdy przypadkowy mieszczuch da się nabrać. Co poradzisz? Trzeba jakoś żyć, lepsze naciąganie przechodniów na dziecięcy urok niż napadanie ich w lasach. Wystarczy jednak lepiej Lou poznać, by już nie dać się nabrać na tą bajeczkę o ,,bezbronnej małej podróżnej”, którą wciska każdemu durniowi. Wszystkie bajdurzenia o ,,bezbronności” idą w niepamięć gdy przyjdzie ci zobaczyć jak rozkwasza młotem łeb jakiegoś bandyty.
Historia: Yordlowie to doprawdy dziwna rasa. W ich przypadku doskonale potwierdza się przysłowie ,,im mniejsze, tym bardziej uparte”, którymi przeważnie opisuje się kuce lub terriery. Niedouczeni mylnie nazywają Yordlów ,,chochlikami”, nie widząc żadnej różnicy między małymi upierdliwymi złośnikami podgryzającymi meble i szczającymi do wiader z mlekiem, a w pełni ucywilizowaną rasą kowali i rzemieślników. Gdyby nazwać przypadkowego Yordla chochlikiem, niewykluczone, że naraziłbyś do siebie całą brać, bo każdy z nich najwyżej ceni sobie dobro swojego pobratymca. Szargasz imię jednego - szargasz imię wszystkich. (Po prawdzie jednak choćby nie wiadomo jak się zapierali, Yordlowie mimo wszystko są w pewnym stopniu spokrewnieni z chochlikami, chociaż ŻADEN nie powiedziałby ci tego wprost.)
Do rzeczy; Otóż Yordlowie osiedlili się daleko na wschodzie Sorsiny, z dala od ludzkich siedzib. Mieli własne, dobrze skoordynowane państwo i żyli sobie w szczęściu oraz dostatku długie lata. Nagle jednak wybuchła wojna. Wojska Arsmana wkrótce dotarły do granic małej ojczyzny niepozornych karzełków. Nie spodziewali się ataku, więc nie mieli gotowej armii. A nawet jeśliby mieli, któż przeraziłby się sięgających kolana zapuszkowanych w metalu wielkookich skrzatów? Całe szczęście dowódca armii nie widział sensu w niszczeniu kraju. A wszystko dzięki zdolnościom kuźnieckim jego obywateli. Nawiązał porozumienie z wodzem Yordlów: Arsman nie przyśle tu swoich wojsk dopóty, dopóki będzie dostawał najwyższej jakości broń. Porozumienie podpisano i tak rozpoczął się najbardziej pracowity i męczący okres w historii Yordlów.
I w tych też czasach przyszło żyć małej, niepozornej ślicznotce imieniem Louise III (po babciach) Andrasta (po matce) Quartz.
Dziewczyna zawsze miała w sobie pewien kompleks niższości. Nie podobała jej się sytuacja w jakim znajdował się jej kraj. Możliwe, że nasłuchała się zbyt dużo opowieści babki (słynnej w rodzinie jako ,,Recydywa”) o tym, jak to było tu pięknie bez Arsmana. Tak więc babka Recydywa napchała małej Lusi do głowy pełno ,,głupot”, że bycie tchórzem nie popłaca, zwłaszcza, gdy kraj i rodzina w potrzebie. A czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci i dorosła już Louise dorobiła się dziedzicząc przydomek babci. Całe życie hartowała się chwytając typowo męskich zawodów i uczyła się walczyć, aby nie dać się zaskoczyć przyszłości.
Całę szczęście problem rozwiązał się sam zanim Anda wszczęła jakąś rewolucję. Arsman najwyraźniej uznał swój oręż za wystarczający, bo jego armie zajęły kraj Yordlów, zmuszając wszystkich ich do ucieczki. Louise liczyła w głębi ducha, że to popchnie jej rodaków do działania. Ale Yordlowie woleli osiąść w innymi miejscu i zacząć wszystko od nowa. Tego było za wiele. Uparta Recydywa zdecydowała się porzucić plemię i podążyć ścieżką świętej pamięci babki. Razem ze swoim młotem Onoirem i tarczą Creideamh chciała przysłużyć się sprawie oporu przeciwko Arsmanowi. Podróżowała więc od wojska do wojska licząc na przydział. Ale w każdym wypadku spotykała się z wyśmianiem lub pobłażliwym odesłaniem. Nikt nawet nie chciał sprawdzić ile ten maluch miał w sobie siły, bo...bo był maluchem. Ludzie szukali silnych mężczyzn, nie puszystych skrzatów z katarem siennym. Mimo to Lou nie poddawała się i z dumnie uniesioną głową maszerowała do następnych poborów, nie pozwalając się sobie załamać. Aż w końcu doszły ją słuchy o powstającym gdzieś w lasach buntowniczym państewku złożonym z samych wyrzutków. Może więc kolejny władający bronią wyrzutek nie zrobi różnicy, a może nawet się przyda?
Partner: Pfft! Po co komu jakiś plątający się pod nogami dureń?
Rodzina: Ojciec Arbrecht, matka Andrasta, trójka starszych braci i dwoje młodszych, dwie starsze siostry i jedna młodsza, kochana świętej pamięci babka Louise (alias ,,Recydywa”)
Towarzysz: Nie potrzeba jej zwierzaka. Przynajmniej na razie.
Szczegóły:
- Jej zaklęty młot nosi imię Onoir, czyli ,,honor”, a tarcza Creideahm - ,,wiara”. Dlatego też gdy Lou mawia, że zwalcza swych wrogów honorem, a wiara zawsze ją chroni, można brać to nawet dosłownie.
- Andrasta ma alergię na kurz i pyłki. Zdarza się jej często kichnąć przypadkowo podczas rozmowy, psując przy tym całą powagę sytuacji, bo doprawdy trudno się nie uśmiechnąć słysząc dźwięk podobny do fuknięcia kociaka.
- Gdy jest zdenerwowana, zaczyna gadać do siebie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zdarza jej się przy tym wyżywać podczas pracy, jakby to nagrzane żeliwo lub zepsute siodło było prowodyrem wszelkiego zła na świecie. Lepiej się do niej wtedy nie zbliżać, bo młot kowalski może jej się niechcący ,,wymsknąć” z ręki.
- Ma wyrobiony odruch zdmuchiwania z nosa opadające kosmyki włosów.
- Jej uszy drgają jak u kota gdy np. Przelatuje obok nich jakaś mucha, albo ktoś pstryknie obok palcami. Niektórzy żartownisie lubią sobie właśnie w ten sposób nadużywać cierpliwości Louise, co niebywale skłania ją ku myśleniu, czy łamanie komuś palców miechem nie jest karalne.
Autor: RedRidingHood
Partner: Pfft! Po co komu jakiś plątający się pod nogami dureń?
Rodzina: Ojciec Arbrecht, matka Andrasta, trójka starszych braci i dwoje młodszych, dwie starsze siostry i jedna młodsza, kochana świętej pamięci babka Louise (alias ,,Recydywa”)
Towarzysz: Nie potrzeba jej zwierzaka. Przynajmniej na razie.
Szczegóły:
- Jej zaklęty młot nosi imię Onoir, czyli ,,honor”, a tarcza Creideahm - ,,wiara”. Dlatego też gdy Lou mawia, że zwalcza swych wrogów honorem, a wiara zawsze ją chroni, można brać to nawet dosłownie.
- Andrasta ma alergię na kurz i pyłki. Zdarza się jej często kichnąć przypadkowo podczas rozmowy, psując przy tym całą powagę sytuacji, bo doprawdy trudno się nie uśmiechnąć słysząc dźwięk podobny do fuknięcia kociaka.
- Gdy jest zdenerwowana, zaczyna gadać do siebie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zdarza jej się przy tym wyżywać podczas pracy, jakby to nagrzane żeliwo lub zepsute siodło było prowodyrem wszelkiego zła na świecie. Lepiej się do niej wtedy nie zbliżać, bo młot kowalski może jej się niechcący ,,wymsknąć” z ręki.
- Ma wyrobiony odruch zdmuchiwania z nosa opadające kosmyki włosów.
- Jej uszy drgają jak u kota gdy np. Przelatuje obok nich jakaś mucha, albo ktoś pstryknie obok palcami. Niektórzy żartownisie lubią sobie właśnie w ten sposób nadużywać cierpliwości Louise, co niebywale skłania ją ku myśleniu, czy łamanie komuś palców miechem nie jest karalne.
Autor: RedRidingHood
Subskrybuj:
Posty (Atom)

