sobota, 24 października 2015

Od Mild cd Halta - Pan w czarnym płaszczu

[Na początek przepraszam Vis, że pozbawiam cię dokończenia, ale nie mogłam się powstrzymać x3]

        - Ja chcę! - powiedziała nieco zbyt głośno Mild. Halt i Viserany spojrzeli w jej kierunku zaskoczeni. - Chcę się nauczyć strzelać z łuku!
  - Nie jestem pewien, czy to dobry... - zaoponował łucznik, ale Vis mu przerwała:
  - Świetny pomysł, młoda! No dalej, Halt! Pochwalisz się swoimi niesamowitymi zdolnościami strzeleckimi, o których tyle gadasz.
  Chłopak czując, że jest w mniejszości westchnął.
  - Niech będzie - odpowiedział, ale zanim Daya zdążyła się nacieszyć wizją lekcji strzeleckich dodał: - Tylko ostrzegam: na lekcjach robisz WSZYSTKO co ci każę, jasne?
  Dziewczynka pokiwała skwapliwie głową.
  - Zuch dziewczyna - Halt naciągnął na głowę kaptur i wyciągnął się na ścianie. -  A teraz spać.
  Mild wcale nie była zmęczona. Za dużo się tego popołudnia działo. Ale Ash i Vis jak na złość akurat teraz musiały zgodzić się z łucznikiem i również ułożyć się na snu. Jak wszyscy, to wszyscy, pomyślała elfka wzdychając i położyła się obok dziewczyn.

        Następnego dnia obudziła się później niż reszta. Ze zdziwieniem stwierdziła, że poza nią w stajni została tylko Ashlotte. Starsza z dziewczyn czyściła właśnie swoją klacz. 
  - Gdzie reszta? - zapytała zaspana elfka przecierając jedno oko i rozglądając po stajni. Miedziany koń łucznika też zniknął, ale jego siodło i ogłowie zostało.
  - Na zewnątrz - odpowiedziała Ash.
  Mild wstała. Chwyciła swój miecz i idąc w stronę wyjścia przełożyła pas pochwy przez głowę i lewą rękę. Pogoda poprawiła się zdecydowanie. Poranne słońce przyjemnie grzało. Udeptana ziemia przed stajnią dalej była wilgotna, ale nie było już większych kałuż. Musiało przestać padać dobre kilka godzin przed wschodem. Daya zauważyła pasącego się niedaleko rdzawego ogiera należącego do Halta. nie był nigdzie uwiązany, ale nie wyglądał jakby chciał gdziekolwiek iść. Wtedy do uszu elfki dotarło stłumione klapnięcie. Obeszła budynek z jednej strony. Z boku znajdował się ogrodzony padok, gdzie przy płocie tuż przed ścianą lasu łucznik ustawił właśnie jakąś belę siana. Viserany stała oparta o ścianę stajni.
  - Proszę, ktoś postanowił w końcu wstać! - zawołał do dziewczyny Halt. - Jeśli przyjdzie ci jeszcze kiedyś się u mnie uczyć to trzeba będzie popracować nad twoją punktualnością.
  - Wybacz! - odparła Mild i stanęła obok Vis.
  - Mnie nie przepraszaj. To nie mój czas został zmarnowany - stwierdził łucznik otrzepując dłonie z kurzu. - Pani pozwoli.
  Elfka udała się za Haltem. Chłopak stanął w połowie padoku i wyciągnął łuk.
  - Pozwól, że najpierw pokażę ci na czym stoisz - powiedział.
  Dziewczyna pokiwała głową i uważnie patrzyła na każdy ruch łucznika. Halt stanął bokiem do celu na lekko rozstawionych nogach. Wyjął z kołczana strzałę i nałożył ją na cięciwę. Płynnym ruchem uniósł łuk równocześnie naciągając cięciwę aż musnął brzechwą wargę. Odczekał chwilę, by Mild mogła wszystko zapamiętać i puścił strzałę. Zatopiła się aż po lotki w stogu. Halt uśmiechnął się do dziewczyny i podał jej łuk. Ta wzięła broń. Okazała się cięższa niż myślała. Na dodatek zdecydowanie nie była do niej dopasowana. Łucznik zachęcił ją kiwnięciem głowy. Daya wzięła podaną strzałę. Samo nałożenie jej na cięciwę nie było łatwe. Nie wspominając o naciągnięciu. Mild z trudem pociągnęła strzałę do tyłu, a i tak nie naciągnęła łuku do końca. Uniosła broń gotową do strzału i spróbowała wycelować. Ale w ostatniej chwili przed wypuszczeniem strzała przechyliła się w bok i gdy elfka zwolniła cięciwę pocisk przeleciał jakieś dwa metry od stogu siana i zniknął w lesie. Halt zaklaskał sarkastycznie.
  - Pięknie, jak na pierwszy raz - powiedział. 
  - Mogę druga strzałę? - zapytała Mild uparcie chcąc nauczyć się strzelać z łuku.
  - Oj nie, nie! Gdyby dawał ci za każdym strzałem nową zmarnowałabyś mi cały kołczan.
  - To czym mam strzelać?
  Łucznik wymownie machnął ręką w stronę lasu. Dziewczyna zrozumiała przekaz i ruszyła zmizerowana na przeciwną stronę padoku. Przeszła bez trudu przez płot i weszła między drzewa w kierunku gdzie ostatni raz widziała strzałę.
  Dziesięć minut kluczyła między drzewami, by w końcu stwierdzić, że chyba za daleko zabrnęła. Straciła przez moment orientację. Co jakiś czas słyszała jednak głos Halta. Chłopak nie tylko ją w ten sposób pospieszał, ale pomagał jej także w stwierdzeniu skąd przyszła i gdzie powinna się kierować gdy znajdzie nieszczęsną strzałę. Ale pocisk zaginął. Po piętnastu minutach szukania zniecierpliwiona dziewczyna poddała się. Zauważyła prześwit między drzewami po jej lewej, więc ruszyła w tamtym kierunku. Przebrnęła przez gałęzie. Ścieżka była nieco niżej, toteż gdy tylko dziewczynka wyczuła obniżenie terenu na ślepo zbiegła na dół...I na coś wpadła.
  Impet sprawił, że usiadła na tyłku. wysoki mężczyzna, z którym się zderzyła zdołał utrzymać równowagę. Dziewczyna pospieszyła z przeprosinami:
  - Najmocniej pana przepraszam. Nie zauważyłam...
  Urwała, bowiem w tym momencie spojrzała na nieznajomego. Był to wysoki facet w czarnym płaszczu. Mild nawet nie zdziwił fakt, że nosi takie odzienie w słoneczną i ciepłą pogodę. Jej uwagę zwróciła maska mężczyzny, przypominająca kształtem ptasi dziób. Siedziała na ziemi zamurowana.
  - Nic się nie stało - odpowiedział spokojnie pan w czarnym płaszczu i wyciągnął do niej rękę.
  Daya podparła się na niej i wstała, dalej ze zdziwienia nie mogąc nic powiedzieć. Wtedy oboje spojrzeli w kierunku z którego po raz kolejny dobiegł głos Halta:
  - MILD! WRACAJ JUŻ Z TĄ STRZAŁĄ!
  Mężczyzna w masce spojrzał na elfkę pytająco.

Phester? Dorwałam cię! :D

Od Squall c.d. Malika - KAWY!!!

 -Powiedzieli że swoje towary zostawili przy napastniku. Po ich zachowaniu można stwierdzić że było to stosunkowo niedawno, więc jeśli będziemy mieli szczęście odbierzemy kawę i inne dobrodziejstwa naszemu konkurentowi.- Uśmiechnęła się patrząc w kierunku z którego nadeszli kupcy. Teraz faktycznie droga wydawała się być nieużywana od czasów rozpoczęcia wojny, albo i dłużej.
 -Idziemy, byle żwawiej.- Zakomenderowała i ruszyła dziarskim krokiem.
 -Aj, aj kapitanie.- Westchnął Gambit i powłóczył nogami za nią.
 -Co jest? Nie chcesz kawusi? Po twojej minie można stwierdzić, że baaardzo jej potrzebujesz.
 -Po prostu myślę, że jeśli tamci uciekli bez walki zostawiając swój dobytek to znaczy, że owo Coś nie było niczym przyjemnym ani miłym.
 -Farmazony pleciesz.- Machnęła ręką. -Tamci uciekli by nawet przed jeleniem nadybanym przy potoku, skoro nas się tak bali.
 -Raczej ciebie... i jakoś się im nie dziwię...- Mruknął do siebie pod nosem.
 -Słyszałam....
 -Ciekawi mnie co oni tutaj robili, tutaj nawet nic nie ma.- Kot zmienił temat i zamaszystym ruchem kopnął kamień przy drodze.
 -Nie mam blade...- Squall przerwała wypowiedź bo kopnięty kamień odbił się od pnia i uderzył ją w bok głowy. Kamyczek był wielkości koniuszka palca, ale mimo wszystko zdenerwowało to dziewczynę -Ty zafajdany sierściuchu...- Syknęła przez zaciśnięte zęby. Gambit przez moment nie rozumiał co się dzieje, dopiero po chwili dotarło do niego, gdy kobieta obróciła się a jej źrenice zwężyły się ze złości.
 -Hej to był przypadek.- Zaśmiał się kontem oka już szukając drogi ucieczki.
 -Jak z tobą skończę to rodzona matka cię nie pozna.- W tym momencie skoczyła na chłopaka, ale ten zdołał uskoczyć. I już biegł drogą śmiejąc się pod nosem.
 -Zobaczysz! Zawiąże tobie ogon z kuśką na supeł!- Warknęła za nim kontynuując pościg. Malik obrócił głowę w biegu by coś odkrzyknąć, ale uderzył coś i się od tego odbił upadając na glebę. Nim się pozbierał Squall już go dopadła. Nie tknęła go jednak. Patrzyła na to coś, a raczej kogoś na kogo wpadł kocur. Wysoki blond mężczyzna z rogami powoli obrócił się w ich stronę.
 -Demon?- Zapytał z powontpiewaniem Gambit patrząc na zwierzęce atrybuty chłopaka.
 -Gorzej... Wojskowy.- Warknęła dziewczyna prostując się. Miała już styczność z słynnym generałem i była gotowa do ataku w każdej chwili. Nieznajomy uśmiechnął się miło.
 -Dawno śmy się nie widzieli kapitanie.- Zwrócił się do dziewczyny.
 -Znów na mnie polujesz Bestyjko? Znów chcesz dostać bęcki?- Uśmiechnęła się kpiąco. Mężczyzna jednak zaprzeczył kiwnięciem głowy.
 -Czy ja nadal wyglądam na psa Arsmana?- Zadał retoryczne pytanie prezentując swoją postać. Teraz dopiero dziewczyna zauważyła obdarty strój Leonisa.
 -To wy się znacie?- Gambit uniósł brew i popatrzył to na dziewczynę to na chłopaka.
 -Och oczywiście...- Zaśmiała się dziewczyna.- Ten tutaj to dowódca armii... Raz próbował mnie dopaść. Czyżby nie spodobało ci się na tej rafie?- Zakpiła, na co mężczyzna skrzywił się przypominając sobie swoje ostatnie, a zarazem jedynie spotkanie z piratką.
 -Nie specjalnie. Ale tym razem nie musisz mnie wyprowadzać na manowce i usiłować zabić. Nie należę już do wojska.- Oznajmił.
 -A cóż to się stało?- Zapytała podchodząc bliżej zalotnie patrząc na niego.
 -Nie istotne. Możesz być jednak pewna że nie spróbuję cię złapać, bo jeśli to zrobię i zaprowadzę przed sąd, ja skończę tak samo nędznie jak ty.- Powiedział spokojnie.
 -Szczerze wątpię...- Wyszeptała mu do ucha.
 -Chwila, chwila!- Kot wcisnął się między nich i rozsunął. -Pierwsze primo kim ty u diabła jesteś?- Wskazał palcem na blondyna. Ten wyszczerzył się i delikatnie ukłonił.
 -Atlant Lakoo, dawny dowódca armii, aktualnie banita oraz "władca" Hidden.- Squall wybuchła nagle gromkim śmiechem, a Alt obrzucił ją spojeniem godnym żmii.
 -Co cię tak bawi?- Wyprostował się
 -Nie wierzę! Słynna Bestia została banitą? Na dodatek ma własny kraj?! Panie ratuj!- Dziewczyna niemal kulała się ze śmiechu.
 -Za to ty nadal bawisz się z wojskiem w kotka i myszkę? Jeszcze nie znudziło się tobie ukrywanie prawdziwego Sztormu?- Zapytał pewny siebie, ale zaraz umilkł widząc groźny błysk w oku dziewczyny.
 -Mniejsza z tym. Wiesz może coś o kupcach którzy tędy przechodzili?- Zadał kolejne pytanie.
 -Przechodzili tędy jacyś maruderzy, ale przepędziłem ich. Zostawili tylko trochę cukru, herbaty i...
 -KAWY!!!- Dokończyli za niego chórkiem i dopadli do koszy pełnych dobrodziejstw. Atlant nie komentował uniósł jedynie brwi i cofnął się krok jak robi się to przy wariatach.
 -Mam ochotę na kawę z rumem...- Rozmarzyła się dziewczyna.
 -Jesteś dziwna... kapitanie...- Skwitował Malik, ale ona puściła do mimo uszu.
 -Bierzemy to!- Zawołała chwytając jeden z koszy, a kot drugi i ruszyli w stronę statku.
 -Hola, hola, moi mili. Kawa należy do mnie, to moje tereny.- Oznajmił spokojnie za nimi.
 -Słucham???- Squall powoli przekręciła głowę.
 -Dlatego zapraszam was do mnie na kawę.- Uśmiechnął się.

<Malik? Co robimy?>

Od Malika cd Squall - Odmieńcy

       Malik złapał butelkę, ale na zawartość spoglądał z powątpiewaniem. Nie żeby podejrzewał kapitan o próbę otrucia go. To by było jak dla niej chyba zbyt proste. Przez ten krótki czas, który w jej towarzystwie spędził zdążył już domyślić się z jakiej gliny jest ulepiona. Takie osoby jak ona zdecydowanie nie lubiły prostych rozwiązań. Gdyby tylko chciała, pozbyłaby się go w bardziej widowiskowy sposób. A mimo to kocur wahał się. Znał starą jak świat zasadę ,,Nie pij ze swoim szefem". Póki siedział na tej łajbie, to Squall była szefem. Jednak z drugiej strony wiedział też, że odmowa przy takiej propozycji może panią kapitan urazić, a tego nie chciał. Za bardzo cenił sobie swoją skórę. Po chwili wahania uniósł lekko butelkę do toastu i pociągnął jeden łyk. Skrzywił się lekko. Nie był przyzwyczajony do alkoholu, poza spirytusem do odkażania ran. Squall widząc to parsknęła śmiechem.
  - Cóż to, kiciu? - zadrwiła. - Za mocne dla ciebie?
  - Wiesz, jedyny napój który zwykle piję o poranku to porządna kawa - odparł.
  - Wybacz, księciulku, nie mamy jej obecnie na stanie - kapitan uśmiechnęła się złośliwie, po czym nagle zmarszczyła brwi z namysłem. - W sumie...czemu by nie uzupełnić zapasów.
  Demoniczny uśmiech dziewczyny wcale nie podobał się Gambitowi.
 
        Szybko dotarli na ląd. Plan Squall zakładał, że niedaleko prowadził trakt kupiecki. Sztorm czekał w naturalnym doku, gdzie nikt nie powinien go znaleźć. Piratka natomiast ,,porwała" ze sobą swojego dzielnego majtka i ruszyli w las. Znalezienie owego traktu nie było wielkim wyzwaniem. Problem polegał na czym innym...
  - Emmm...Pani kapitan? - zapytał niepewnie Malik.
  - Czego? - rzuciła Squall szukając miejsca na zasadzkę.
  - Nie jestem perfekcyjnym tropicielem, ale ten szlak wygląda na nieużywany i to od dłuższego czasu - Gambit spoglądał na szeroką drogę z powątpiewaniem.
  - Za długo żeś drogi nie widział i bajdurzysz - odparła dziewczyna podciągając się na jednej z grubszych gałęzi. Po chwili już na niej siedziała okrakiem.
  - Moja rodzinna wioska zajmowała się kupiectwem. Wiem na czym stoję - upierał się kot. - Stare koleiny po wozach zniekształcone przez deszcze, ślady butów i kopyt zanikły zupełnie, a przede wszystkim nigdzie nie ma świeżych oznak bytności. Coś mi tu śmierdzi i tym razem nie jest to ściera z pokładu.
  Squall już miała zripostować stwierdzenie felina. Nagle jednak zamarła w bezruchu i spojrzała w górę szlaku, znikającego w ciemnym lesie. Malik również coś usłyszał. Kroki. Natychmiast skoczył z miejsca i podciągnął się znikając w gęstym listowiu. Usiadł na osobnej gałęzi, naprzeciwko dziewczyny.
  - I co teraz? - syknął do Squall.
  - Daj mi się zastanowić...Masz przy sobie jakąś broń?
  Gambit pogładził swój szeroki sztylet po rękojeści. Wtedy przypomniał sobie o czymś jeszcze. Z sakwy przy pasie wyjął dwa okrągłe przedmioty. Piratka rozpoznała je natychmiast i uśmiechnęła się szeroko.
  - Bomby dymne. Niezły pomysł - przyznała.
  Malik rzucił jedną kapitan. Oboje czekali na odpowiedni moment. Gdy tylko pod ich drzewem przebiegła trójka ludzi, równocześnie cisnęli im pod nogi bomby dymne. Rozległ się trzask i ścieżkę zakryły geste opary szarego, gryzącego w oczy dymu. Niedoszli rabusie zeskoczyli na ziemię i w chwilę przygnietli do ziemi zaskoczonych ludzi...
  I dopiero gdy dym opadł do obu dotarło, że napadli nie tych co trzeba. może i byli to kupcy, ale nie mieli przy sobie nic. Co ciekawsze, nie wyglądali nawet na ofiary napaści: ich ubranie było całe, a sakiewki dalej ciężkie. Po prostu ich towary szlak trafił.
  - Co to ma znaczyć, do cholery?! - wrzasnęła zawiedziona Squall i cisnęła trzymanym za kołnierz biedakiem. Malik tymczasem w zamieszaniu jednego zdążył spętać za ręce, a drugi leżał przybity do ziemi sztyletem za rękaw drogiej kurty.
  - Kim jesteście? - zapytał. - Kupcami?
  Biedacy pokiwali gorliwie głowami.
  - To czym wy handlujecie? Powietrzem? - piratka założyła ręce na piersi.
  - Nie! - zaprzeczył ten spętany. - Tylko...no...nas okradli.
  - Kto? - warknął Malik.
  Wtedy ten ciśnięty przez Squall na trawę zdołał niezgrabnie wstać i pobiegł przed siebie tak szybko jak tylko mógł.
  - ODMIEŃCY! - wrzeszczał. - WSZĘDZIE ODMIEŃCY!
  - Co z nim nie tak? - rzucił sam do siebie felin.
  Przesłuchiwany uznał to za pytanie i szybko udzielił odpowiedzi:
  - Oni! Tak! Odmieńcy! To oni nas napadli! Tacy jak WY!
  - Znaczy się...nie napadli - poprawił go przybity do ziemi. - To my żeśmy im towary oddali...Jakem tylko ich obaczyli, tośmy się tak przerazili, żeśmy rzucili wszystko na ziemię i pobiegli. Znaczy się, tylko jednego my wiedzieli, ale gdzie jeden tam całe leże potworów. Prawdę gadali, że ten szlak już nieczynny...
  Gambit spojrzał z tryumfem na Squall. Ta prychnęła, wyrwała z ziemi sztylet Malika uwalniając przybitego biedaka i warknęła do kupców:
  - Spieprzać, póki mam dobry humor.
  Posłuchali bez namysłu. Zniknęli w przeciwnym kierunku z którego przyszli. Piratka oddała felinowi jego sztylet wpatrując się z namysłem w ciemny las, z którego wybiegli kupcy.
  - No to z kawy nici - powiedział kot. Squall nic nie mówiła. - Halo? Żyjesz? - dziewczyna otrząsnęła się nagle. - Coś ty tak zamarła jak słup soli?

Squall? Ruszamy do Hidden? x3

Gwizdacz

Imię: Gwizdacz
Rasa: Koń. Szczegółowej nazwy rasy nawet jego właściciel nie zna. Wiadomo tylko, że to koń gorącokrwisty.
Wiek: 5 lat
Płeć: Samiec
Krótki opis: Nie jest to potężny, bojowy rumak. Jego pobratymców hodowano z myślą o gońcach i posłańcach. Miały być wytrzymałe i ,,lekkie", by szybko przebywać znaczne odległości w największych upałach. Gwidacz ma lśniącą kasztanowatą maść, przywodzi na myśl miedzianą figurkę. Ma charakter typowego złośliwca, który nie usłucha nikogo poza swoim właścicielem. Każdego nieproszonego gościa na grzbiecie szybko wita z glebą, a na wszelkie próby przekupstwa smakołykiem odpowiada ugryzieniem w wyciągniętą rękę. Na dodatek ogier zna kilka przydatnych sztuczek. Potrafi poruszać się niesamowicie (jak na konia) cicho, a w razie czego zastygnąć w całkowitym bezruchu. Najszybciej reaguje na gwizdy - stąd imię.
Właściciel: Halt Quicksilver

piątek, 23 października 2015

Gienah i Kraz


Imię: Gienah i Kraz (imiona dwóch najjaśniejszych gwiazd gwiazdozbioru kruka)
Rasa: Kruki
Wiek: 7lat
Płeć: Samiec i samiczka
Krótki opis: Pewien lekarz znalazł w lesie te dwa pisklęta, uratował je i odchował od tego czasu zawsze mu towarzyszą jak cienie. Między innymi dzięki tym ptakom do ich właściciela przylgło miano Kruka. Stworzenia są inteligentne i często pomagają swojemu panu. Gienah jest raczej negatywnie nastawiony do innych, ucieka od nich a w ostateczności umie dziabnąć. Kraz za to jest przeciwieństwem brata przymila się do każdego... każdego kto ma smakołyki.
Właściciel: Phester

Wierzyć oczom swym to najgłupsza z wiar...

Imię: Phester (czyt. Fester)
Nazwisko: Rodzina go wyklęła, więc jego nazwisko zostało wymazane.
Przydomek: Ludzie zwą go Krukiem.
Rasa: Wyższy wampir
Wiek: 689lat
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Mędrzec, Medyk
Aparycja: Ma on wysoką i wyprostowaną, ale mizerną sylwetkę. Zawsze nosi długi płaszcz, kapelusz i maskę. W rzeczywistości jedyną częścią ciała jaką można u niego zobaczyć są kościste dłonie. Nigdy owej maski nie zdejmuje, jedni twierdzą że jest on okropnie oszpecony bliznami, inni myślą że ta maska właściwie jest jego twarzą.Jego postać wszystkim kojarzy się z czarnym ptakiem, jakie mu towarzyszą.
Zdolności: Jest on bardzo dobrze wykształcony i posiada szeroką wiedzę w zakresie wielu dziedzin. Najlepiej jednak zna się na medycynie, zielarstwie i psychologii. Raczej nie umie walczyć, co jednak nie oznacza że jest bezbronny. Jest odporny na ogień, a wszystkie jego rany prędzej czy później zasklepiają się (choć może trwać to nawet dekady). Posiada moce umożliwiające mu manipulację ludźmi oraz uspokajanie zwierz, a także znikanie i bezszelestne przemieszczanie się.
Zainteresowania: Najbardziej lubi ciszę i spokój w której może spokojnie delektować się przyjemną lekturą i poszerzać swoją wiedzę. Może nie wygląda, ale pomaganie innym w aspektach medycznych również przysparza mu wiele przyjemności.
Charakter: Dla większości jest to postać zagadka. Jest on bardzo cichy i spokojny, nikt nigdy nie widział by się kiedykolwiek denerwował czy smucił. Zdaje się on wcale nie odczuwać emocji. Niezwykle powściągliwy i zimny w obyciu. Mimo to miły i opiekuńczy. Zwykł również czasem drwić czy też używać sarkazmu w niektórych przypadkach, choć normalnie jest szczery do bólu. Większości wydaje się straszny, możliwe że to wygląd i czarna aura, a możliwe że właśnie takie chłodne zachowanie. Jego charakter idealnie oddaje głos - zimny, płynny, opanowany i spokojny. Nie wywyższa się, choć posiada ogromną wiedze i mądrość którą nie jednego młodzieniaszka może zagiąć.
Historia: Phester to ten rodzaj wampira który się rodzi. Wychowywał się w samej stolicy Sorsiny gdzie wiele lat był związany z tamtejszą uczelnią w której się uczył, a później wykładał. Pamięta on bardzo dobrze czasy pokoju. Było to spokojne życie które prowadził wraz z rodziną. Miał wtedy również nawet narzeczoną. Do czasu... Gdy ostatni władca kraju umarł. Jego bliscy mieli duży wpływ na tamtejsze wydarzenia. Był on temu jednak bardzo przeciwny i po długiej kłótni postanowił odejść. Przez całą wojnę podróżował on pomagając tym którzy tego potrzebowali. Jego bliskim jednak to nie odpowiadało, uważali oni że wyższy nie może tak hańbić swojego imienia zniżając się do poziomu innych ras. A jako że mieli oni naprawdę duże wpływy u samej głowy państwa Phester był zmuszony ukrywać się i uciekać przed wojskami. Nie przeszkadzało to jednak w kontynuowaniu jego misji. W końcu jednak sytuacja zrobiła się zbyt gorąca więc postanowił przeczekać jakiś czas w Hidden.
Partner: Nigdy nie związał się z żadną na dłużej choć bardzo by chciał.
Rodzina: Owszem ma matkę, ojca i dwoje braci. Jednak ich drogi rozeszły się bardzo dawno temu.
Towarzysz: Gienah i Kraz
Szczegóły: -Nie pije on krwi jak zwykłe wampiry, odżywia się jak normalni ludzie.
-Może ze spokojem wychodzić na słońce (i tak jest zakryty)
-Czosnek czy osinowe kołki też na niego nie działają.
-Jak wielu lekarzy nosi przy sobie mnóstwo ziół. Prócz roli farmaceutycznej zagłuszają one też charakterystyczną wampirzą woń.
Autor: Ursa

poniedziałek, 19 października 2015

Od Squall c.d. Malika - Zaraz będzie brzeg

Dziewczyna ponownie zaklęła walcząc z złamaną stęgą (końcówka masztu). Gdyby nie to kontynuowałaby rejs z uśmiechem na ustach. W końcu walka z żywiołem również mogła być zabawą. Nie jednak przy takich uszkodzeniach. Za późno zareagowała i pierwsze uderzenie wiatru za mocno naciągnęło wanty, które złamały drewno niczym zapałkę. Mimo nieprzerwanego deszczu nie chowała się pod pokład. Musiała szybko opuścić ten port. Właściciele, czyli stacjonujące tu wojsko, mogło nie ucieszyć się z takiego gościa jak ona.
-Przynajmniej jedna gęba mniej.- Żachnęła się widząc jak zakapturzona postać wyprowadza konia na brzeg. Nie mógł być to kto inny jak Halt. Kapitan zamocowała kolejną linę na maszcie tak by w miarę możliwości unieruchomić złamanie. Teraz byle by łajba płynęła, a poważną naprawą zajmie się w bezpieczniejszym miejscu. Poklepała raz jeszcze omasztowanie i pocałowała je niczym matka dziecko.
-Już niedaleko, jeśli tę noc przepłyniesz zrobię tobie chwilę wolnego.- Mruknęła po czym skoczyła na staling, przebiegła po nim jak kot następnie zeskoczyła na pokład pośrednio łapiąc jednej z zwisających szot i wykonując salto. Gdy tylko się wyprostowała kichnęła głośno i pociągnęła nosem. Ostatnia godzina spędzona na deszczu i chłodzie zaczynała dawać się we znaki. To był w sumie jedyny powód dla którego Squall przed ponownym wypłynięciem zeszła do swojej kajuty. W pomieszczeniu panował głęboki półmrok. Mimo to zauważyła mały, kanciasty, czarny i błyszczący przedmiot na stole. Następnie poczuła w nozdrzach smród mokrej sierści.
-Miałam nadzieję że zabierzesz tę złodziejską dupę wraz z Haltem... Sierściuchu...- Uśmiechnęła się ukazując białe kły i błyskając demonicznymi oczami.
-To tak się dziękuję za odnalezienie zguby?- Gambit wyszedł z cienia.
-Odnalezienie? Nie... Ale za kradzież owszem.- Odpowiedziała sięgając po karafkę z rumem, nawet nie spojrzała na kieliszek. Pociągnęła tylko długi łyk trunku i westchnęła ocierając brodę. Kot nie spuszczał z niej bacznego spojrzenia. Squall już wiedziała o co może mu chodzić.
-Nie jesteś pierwszym...- Mruknęła w końcu, nie zmieniając swojego diablego uśmiechu. Gość nie odpowiedział, jednak uniósł pytająco brew. -Kim jestem? Demon? Kotołak? Wampir? Zjawa? Daruj sobie. Nie takie opowieści krążą po portach oraz między pozostawionymi za mną zgliszczami. Masz szczęście że prócz tego co o mnie mówią. Nadal lubię zabawić się w człowieka. Może to właśnie dlatego zgodziłam się zabrać na łajbę ciebie i tego drugiego. Nie licz jednak że płyniesz bez zapłaty. A jeśli raz jeszcze spróbujesz wydobyć coś ode mnie. Pamiętaj... Cena rośnie...- Gambit miał przez moment wrażenie, że nie tylko jej kły się wydłużyły.
-A na razie.- Wcisnęła mu w łapy ścierkę i wiadro. -Dawno nie było tutaj załogi, a zęza sama się nie umyje.- Uśmiech nieco się zmienił, teraz był po prostu wredny.
-Co się nie umyje?- Uniósł ponownie brew. Już po chwili stali pod pokładem, nad wejściem do najniższego pokładu - zęzy. Felin aż zmarszczył nos czując ten smród.
-Nie zmieszczę się- Postarał się wyłgać, na co kapitan wepchnęła do dziury.
-Jesteś kotem, więc wszędzie wleziesz. I nie zapominaj o "Pani kapitan".- Wrzuciła mu ścierkę i wyszła na pokład by znów wyjść na morze. Przede wszystkim nie chciała by kotowaty pałętał jej się pod nogami. Poza tym mógł powoli zaczynać się odpłacać za niezostawienie go na wyspie. Teraz gdy była prawie sama, mogła skupić się jedynie na żegludze. Łajba zaskrzypiała, żagiel załopotał i Sztorm znów znalazł się na otwartych wodach.

Squall zmarszczyła nos przez sen i leniwie otworzyła oczy. Słońce było na niebie, a tafla wody gładka. Dziewczyna podniosła się z koła sterowego, na którym się opierała śpiąc. Wiedziała że jacht po pokonaniu burzy sam sobie poradzi.
-Pani kapitan!- Z dolnego pokładu rozległo się wołanie, a przy okazji udało się namierzyć źródło nieprzyjemnego zapachu. -Nienawidzę pani...- Fuknął rzucając ścierkę z złością za burtę. Szatynka z trudem powstrzymywała śmiech widząc naburmuszonego "majtka".
-Ten chlew tam na dole został wysprzątany jak kazałaś. A teraz idę się wymyć.- Wycedził z wymuszoną grzecznością i w jak najbardziej obraźliwy sposób ukłonił się i odszedł z skrzypieniem mokrych butów i zostawiając brudne plamy.
-A jak skończysz się wylizywać to posprzątaj po sobie pokład.- Zaśmiała się. Gdy tamten zajmował się swoimi zadaniami. Squall zeszła na moment do kajuty wyliczyć i zaznaczyć na mapie tę końcówkę trasy. Gdy skończyła ponownie wyszła na pokład.
-Za godzinkę dobijamy. I zanim zaczniesz marudzić, ostrzegam, gdy tylko dobijemy. Nie mam ochoty widzieć cię ani sekundy dłużej na mojej łajbie. A na razie łap kocie- Rzuciła towarzyszowi flaszkę, a swoją odkorkowała zębami i wypluła korek.
-Zdrowie.- Uniosła butelkę i uśmiechnęła się.

<Malik? Na lądzie też będzie co robić :D>