wtorek, 3 stycznia 2017

Od Kiette c.d. Tenzina

Stanęłam tak daleko od wilczej paszczy, jak się dało, ale nie na tyle, by odstawać od tłumu. Przyglądałam się wszystkim z niknącym z wolna strachem, ale nadal nieufnością. Nie przysłuchiwałam się o czym mówią, a starałam się opanować wszystkie emocje i odzyskać swój ponury spokój.
Byli dziwni. To znaczy, każde z nich było czymś innym, ale żyli w jednej społeczności. Dawno nie widziałam miejsca, gdzie tyle ras żyje w zgodzie. Co może znaczyć, że jednak mój brat tutaj jest... Chociaż, on by chciał być wśród innych istot? Raczej nie.
Mimo pierwszego wrażenia, chyba najwięcej mojego zaufania wzbudził póki co ich władca, chociaż łucznik oraz towarzysz wilka, ani nawet mała, niebieska istotka nie wydawali się być groźni. Tylko ja już się przekonałam, że nie wolno oceniać po pozorach. Swoją drogą, piratka patrzyła na mnie dość dziwnym wzrokiem, który sprawiał, że miałam ochotę się schować.
Na ziemię sprowadziła mnie ręka Halta, która wyrosła przede mną. Spojrzałam na nią jak na coś z innego świata i niepewnie uścisnęłam, a kąciki moich ust drgnęły na chwilę.
Kiedy już ją puściłam, poczekałam, aż Atlant porozmawia już z nowymi członkami i podeszłam nieco bliżej. Byłam zmęczona i przydałby mi się porządny odpoczynek.
Oczy zaszły mi czerwienią i po chwili Shi-Shi był już w moich ramionach. Wysyłał mi silne impulsy powiadamiające o energii Hanneona. Ale nie chciałam pytać, czy tam jest. Sam Han, jeśli nadal tu przebywa, pewnie stawia na ukrywanie się.
- Mogłabym zatrzymać się tu na jakiś czas? - zapytałam, stając naprzeciw niego. Chyba mogę im na te parę dni zaufać. - Być może zajmie to nieco dłużej niż kilka dni. Chciałabym się zregenerować przed dalszą podróżą, to samo tyczy się mojego nietoperza.
Spojrzałam na Atlanta swoimi na tę chwilę czerwonymi ślepiami w oczekiwaniu.

<Drodzy zebrani? Przygarniecie Kiette? default smiley ;)>

piątek, 23 września 2016

Od Tenzina c.d. Atlanta

        Tenzin na polityce znał się równie dobrze co kot na łowieniu ryb: niby mgliste pojęcie miał i w razie czego potrafił złapać jedną czy dwie sztuki, ale nie umiał się posłużyć wędką, bo nie miał ku temu możliwości. Tak jak kotu brakuje do tego celu kciuków, tak Owcy brakowało biegłości do tych wszystkich zmian. Polityka to ciąg nagłych przypadków, zmieniających się polityków i władców, a nasze Jagniątko najzwyczajniej nie miało do takich rzeczy głowy. Czasem przychodziło wraz z Wilkiem po ważniejsze osobistości, by zaprowadzić ich na drugą stronę. Dopiero tutaj dało się poznać, który król, wójt lub grododzierżca rzeczywiście dobrze sprawowali daną im władzę. Ci mądrzy przeważnie czuli już, że są zmęczeni życiem i przyjmowali ofertę Tenzina. Jednakże ku wielkiemu smutkowi łagodnego łącznika zdecydowana większość panikowała, rzucając się do bezmyślnej ucieczki albo - co gorsza - wzywając straże. Za to Suowei lubiła takich polityków. Oczywiście na surowo.
  Tak więc chociaż zdarzały się Łowcom te sporadyczne interwencje w politykę śmiertelników, babrali się w tym bagnie względnie rzadko. Najczęściej, wzorem wspomnianego wcześniej kota polującego na ryby, po prostu szkoda było na to wszystko fatygi. Człowiek miał wędkę, sam złowi, tobie pozostaje się połasić o kawałek. I tak samo było w rzeczywistości: większość politycznych rywali wykańczała się samoistnie, chociażby trując sobie wino. Tenzin nienawidził w ludziach nieszczerości i skłonności do nieczystych zagrań, mimo to jednak trzeba przyznać, że znacznie ułatwiali mu polowanie - skatowany trucizną człowiek nie był w stanie uciec przed Wiecznymi Łowcami.
  Mimo braku ogarnięcia do wszystkich oficjalnych tytułów, rang i innych dupereli, Jagnię potrafiło zrozumieć słowo ,,władca" oraz co się z tym słowem wiązało. Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać. Słysząc, że leonis jest władcą Hidden (domyślił się, że to pewnie oficjalna nazwa tej ich małej ojczyzny), przyłożył prawą pięść do serca i z gracją skłonił się dosłownie do linii pasa, odchylając do tyłu drugą rękę.
  - To zaszczyt pana poznać - powiedział szczerze, prostując się.
  Suowei jego zachowanie zupełnie przestało się podobać. Zawarczała ostrzegawczo, na co stojąca obok Tenzina piratka odsunęła się odruchowo, a reszta spojrzała niepewnie na wilkopodobne monstrum. Owca spojrzała na nią dumnie wyprostowana, zakładając ręce na piersi. Nie musiał nic jej mówić. Nawet bez telepatii doskonale zrozumiała przekaz: ,,Rób co chcesz. Nie zamierzam cię słuchać". A to wkurzyło ją jeszcze bardziej. Szybko jednak ucichła, bo wśród tego chaosu cech miała w zanadrzu i dozę wyrozumiałości. Jagniątko było tylko bezrozumnym szczeniakiem. Nie rozumiał w co się wpakował. Nie wiedział, że nie powinni byli tu przychodzić. Pewnie nawet nie rozumiał jakie konsekwencje wiązały się z kłanianiem śmiertelnemu władcy. Ale to nic. Póki ona z nim będzie, nic mu się nie stanie. Jeszcze mu wyperswaduje z głowy pomysł mieszania się wśród tych potworów. Zaraz mu przejdzie. Co przecież może fascynować łącznika tak bardzo w tych marnych kreaturach? Znudzi się i to szybko, niebawem wrócą do bezpańskich lasów na łowy. Wszystko będzie jak dawniej...
  Nie wiedziała jednak, jak bardzo jej myśli odbiegały od rzeczywistości. Jej kochane bezbronne Jagnię nie zamierzało się stąd wynosić. Potem tylko trzeba będzie jej to jakoś wytłumaczyć...
  - Ale z was dziwadła - wypaliła bez namysłu piratka taksując wzrokiem łowców. Tenzin już miał zapytać o co jej dokładnie chodzi, jednak kobieta nagle machnęła niedbale ręką. - A co mi tam. Pozwólcie, że zabiorę swą odrażającą postać sprzed waszych oczu - uśmiechnęła się i ruszyła w swoim kierunku.
  Łucznik i Atlant odprowadzali ją lekko nieufnym wzrokiem. Leonis szybko wrócił do konkretów.
  - Cóż, ja się przedstawiłem, duchowi przyjaciele również to zrobili... - uśmiechnął się zachęcająco najpierw do niebieskiego karzełka, a następnie do siedzącej na gałęzi kotołaczki.
  Biały łucznik przypomniał sobie nagle o obecności drobnej dziewczyny. Znowu zalało go poczucie wstydu i zażenowania. Nie chciał jej wystraszyć, naprawdę. Musiał ją przeprosić, ale znając działanie paniki doskonale wiedział, że w tej chwili odzywając się do niej jedynie dolałby oliwy do ognia. Trzeba będzie to zrobić później...i to najlepiej bez towarzystwa Suowei.
  Blondynka dalej tkwiła na drzewie. Bardziej odważna okazała się ta mała, porośnięta niebieskim meszkiem istotka. Wystąpiła jak przed szereg, zasalutowała po żołniersku i przedstawiła się:
  - Louise Trzecia Andrasta Quartz - do usług!
  - Każda para rąk się przyda! - odpowiedział wesoło Atlant, również salutując. Spojrzał wyczekująco w górę.
  Kotołaczka jeszcze chwilę siedziała niepewnie, wpijając palce w gałąź. W końcu powoli zeszła na ziemię. Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, po czym zebrała się na odwagę by się odezwać.
  - Kiette - mruknęła, po czym zdecydowała się jednak powtórzyć nieco głośniej: - Kiette Chattres.
  - Tak ciężko było? - leonis uśmiechnął się pokrzepiająco. - Nic ci tutaj nie grozi. Nie wiem czym oni cię tak wystraszyli - wskazał kciukiem w stronę Owcy i Wilka - ale jestem pewien, że nie zrobią ci nic złego... - spojrzał znacząco w stronę Tenzina. - Nie chcę mieć z wami kłopotów, dobrze?
  Ten pokiwał energicznie głową.
  ~ Pfft, jasne... ~ prychnęła do siebie Suowei.
  ~ Zachowuj się ~ zbeształ ją przez telepatię łącznik.
  ~ Nie będzie mi żaden śmiertelnik dyktował warunki...
  ~ Więc JA zrobię to za nich jeśli dalej będziesz dawała ku temu powody.
  ~ Nie ośmielisz się...
  Przerwał połączenie z Wilkiem zanim doszło do długiego, bezsensownego monologu jak to głupi i naiwny był Tenzin. Może kiedyś by tego słuchał. Teraz jednak doskonale wiedział czego chce, a tym czymś było pozostanie wśród tej nietypowej społeczności.
  - Ażeby sprawiedliwości stało się zadość - wtrącił się jedyny pełnokrwisty człowiek w towarzystwie - Halt Quicksilver - przedstawił się, podając swoją dłoń w stronę Owcy.
  Duch przekręcił głowę, jakby chciał spojrzeć na rękę ze wszystkich stron, niezbyt rozumiejąc czego łucznik w kapturze od niego oczekuje. Coś mu ten gest mówił, ale nie za bardzo wiedział co dokładnie.
  ~ Potrząśnij nią ~ podpowiedziała mu Su z westchnieniem zniecierpliwienia.
  Tenzin więc niepewnie chwycił w dwa palce palec wskazujący mężczyzny i potrząsnął kilka razy. Suowei mruknęła coś niewyraźnie, jednak ze słyszalnym zażenowaniem. Halt natomiast sprawiał wrażenie rozbawionego.
  - Może być - uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. - Chyba nie spędzałeś dużo czasu wśród ludzi, co?
  Owca jedynie wzruszyła ramionami. Spędzać spędzał. Ale wolno się uczył.


Ursa? Reddie? Kiette? No cóż, wiele nie zmieniłam, ale przynajmniej już nie blokuję kolejki :P

wtorek, 6 września 2016

Od Hanneona c.d. Viserany - Wątpliwości

Odwróć się Han - krzyczała już od dłuższego czasu podświadomość. - Idź, zamknij drzwi na klucz i schowaj się w środku! Pomogłeś, to wystarczy...
  Ech... W tym wypadku jednak wygrała kocia ciekawość i zamiast, jak na aspołecznego maga pożegnać się i pozamykać na cztery spusty, zdecydowałem się tam stać i usłyszeć wizję swojej przyszłości.
  Nie spuszczając wzroku z Vis, sięgnąłem do złotego łańcuszka na szyi i zdjąłem przez głowę swój amulet, zawsze noszony pod ubraniem. Przedstawiał perfekcyjnie wykonaną głowę kota-szamana wielkości łapy przeciętnego kota o opalach zamiast oczu. Nie posiadał żadnych magicznych właściwości poza tym, że oczy medalionu zmieniały się tak jak moje w trakcie używania magii. Tak właściwie, w pewnym sensie to były moje oczy, posiadały moje spojrzenie, ale pozostawały niewidzące. Jego wartość jest głównie symboliczna, oznacza dwojaką naturę - kotołaka i maga, no i sentymentalna - mama nam je dała. Kiette dostała srebrny, Jum miał miedziany, a Sarazi platynowy.
  Vis najpierw z zaciekawieniem i pewną dozą podziwu dla twórcy spojrzała na amulet, a potem utkwiła zahipnotyzowany wzrok w kamieniach będących oczami kota. Prychnąłem cicho. Tak częso się zdarza. Viserany potrząsnęła głową i ostrożnie wzięła go do rąk.
  Może i - jakby ktoś chciał w to wątpić przez moją dość lichą posturę - jestem mężczyzną i nie znam się za bardzo na błyskotkach, ale ten amulet był piękny, wykonany z niezwykłą dokładnością i posiadający żywe spojrzenie. Dlatego i ja sam podziwiam moją mamę, gdyż wszystkie cztery od podstaw bez użycia magii zrobiła sama. Użyła jej tylko i wyłącznie do ożywienia opali.
  Viserany zacisnęła dłoń na amulecie, po czym wstrzymała oddech. Na tyle długo, że prawie zacząłem się martwić. Ale wtedy znów zaczęła oddychać i na mnie spojrzała, dość dziwnym wzrokiem.
  - Jakaś... jakaś dziewczyna z nietoperzem zapuka do twoich drzwi - powiedziała, chyba sama z lekka zaskoczona tą wizją.
  - Dziewczyna? - Uniosłem brew. Nikt mnie nie odwiedza, a płci żeńskiej to już zupełnie. - A wiesz, jak wyglądała?
  - Jakaś młodziutka blondynka. Rozwiane włosy, niewysoka.
Czy to możliwe, żeby...
  - Oczy - powiedziałem, zaczynając się z wolna martwić. - Widziałaś oczy?
  - Fiołkowe. Piękny odcień! - odparła, a ja zacisnąłem usta.
  - Kiette - wyszeptałem, ale na pewno usłyszała. - A widziałaś coś jeszcze?
  - Tylko, jak zaskoczony ją przytuliłeś na powitanie.
  - Nie przeszłaby od tak całego kraju, zwłaszcza w obecnych czasach, żeby mnie odwiedzić. Sama - mruknąłem do siebie.
A może Kiet wychodzi za mąż? Ale czy wtedy nie byłaby ze swoim narzeczonym?
Po chwili wlepiania oczu w ziemię zwróciłem się do Viserany:
  - Kiedy spełniają się twoje wizje? Po jakim czasie?
  - Różnie, ale zwykle w niedalekiej przyszłości. - Po jej minie wiedziałem, że usiłuje dociec, czemu te informacje tak na mnie podziałały. - Po twoim zachowaniu wnioskuję, że ją znasz. Kim ona dla ciebie jest?
  Przechyliłem głowę, uświadamiając sobie, że podobieństwo między mną a Kiette jest... Właściwie, to wcale go nie ma. Ona i nasi nieżyjący już bracia odziedziczyli kolor włosów po ojcu, a ja jedyny po mamie. To samo zaś tyczy się oczu, z tą różnicą, że Sarazion też miał brązowe. Jak jeszcze z braćmi cokolwiek mnie łączyło - wspomniane oczy czy w przypadku Jumona kształt i duże podobieństwo twarzy, tak z Kiette w wyglądzie nie mamy ani jednej wspólnej cechy.
  Tak więc, cokolwiek Viserany pomyślała, na pewno nie pomyślała o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
  Już otwierałem usta, żeby jej to wyjaśnić, kiedy ot tak kruk wleciał sobie do mojej chatki, bo zostawiłem otwarte drzwi. Słyszałem jedynie tłuczące się szkło, kiedy usiłował się wydostać.
  Nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłem i jakim sposobem miałem kruka między pazurami. Naprawdę tego nie wiem. Ptak zakrakał i wlepił we mnie swoje okrągłe oczy, przestając się szamotać. Momentalnie z lekkim przerażeniem zdjąłem z niego swoje już ręce, a ptak niezwłocznie uciekł, niemal wlatując w nieco rozbawioną Viserany opierającą się o próg.
  On wyglądał jak Nero.
  Nie.
  Niemożliwe.
  Wzdychając ciężko i odganiając tym samym dziwne myśli, przeczesałem włosy dłońmi siedząc na swoich stopach wśród kilku potłuczonych słoików i buteleczek. Tylko kilku na szczęście i z prawie ogólnodostępnymi zawartościami.
  A jednak zbieranie niektórych ziół w lesie samemu zajmie mi przynajmniej cały dzień, a jak na - niestety - w połowie kota przystało, nie chcę marnować całego dnia. Wtedy też coś mi się przypomniało.
  - Chciałaś mi dzisiaj pomóc, prawda? - zwróciłem się do Vis.

  Zapuszczaliśmy się coraz dalej w las, dość powoli, nie spiesząc się zbytnio. Usta Viserany niemal się nie zamykały, ale - chociaż gaduł nie lubię - nawet wyjątkowo słuchałem. Głównie dlatego, że chciałem być miły, a poza tym, przez to mówienie dowiedziałem się paru ciekawostek o Hidden, co poniekąd interesujące było.
  - Wybacz, że przerywam - powiedziałem, zatrzymując się - ale tutaj jest dość sporo Wrzeszczotków Leśników, które poza obecną listą do zebrania mogą mi się przydać.
  - A tak w ogóle, po co ci to wszystko? Te rośliny i jakieś mikstury - zapytała, dziwnie przy tym gestykulując. - Przecież nie jesteś lekarzem.
  Kucnąłem przy herbacianej roślinie przypominającej jeden malutki kielich konwalii na lichej łodydze i ostrożnie, żeby zadać roślinie jak najmniej bólu odciąłem sam kwiat (i w tym momencie rozległ się dźwięk przypominający stłumiony wrzask) i jeden liść, które magią ziemi natychmiast przywróciłem do poprzedniego stanu.
  - Czasami bawię się w alchemika - prychnąłem, odpowiadając na jej pytanie, a to była zresztą prawda, bo kilka razy usiłowałem coś stworzyć. - Przeważnie opisuję je i ich właściwości w swoich księgach.
  - Czyli można cię nazwać zielarzem? - podsumowała.
  - Nazywaj to jak chcesz. - Wzruszyłem ramionami, chowając wrzeszczotka do malutkiej skrzyneczki, a skrzyneczkę do torby akurat wtedy, gdy po naszej lewej rozległo się wycie wilków.
  Westchnąłem tylko, w duchu licząc, że jakimś sposobem przejdą dookoła, bo zwyczajnie za nimi nie przepadam i dalej szedłem w las, a Viserany, nasłuchując, wędrowała za mną.
  - Są blisko - powiedziała dwa metry za mną, jakby ostrzegawczo.
  - Słyszę.
Kucnąłem, żeby podnieść z ziemi ciekawie wyglądającą szyszkę.
  - I to nie małe stado. - Zapasała ręce, patrząc na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
  Z tego też zdawałem sobie sprawę, w końcu przy większym skupieniu się potrafię wyczuć drgania podłoża.
  Uniosłem nieco ironicznie kącik ust, prawie odsłaniając przydługi kieł. Raz przez świecące w ciemności oczy i kły wzięli mnie za wampira. Ta ucieczka wtedy była całkiem niezłą zabawą.
  - Dopóki mnie nie zaskoczą, jestem w stanie sobie bez problemu poradzić bez robienia im krzywdy, nawet, jeśli jestem kotołakiem. - Spojrzałem na nią z ukosa. I wcale nie żartowałem.


<Viserany? Czuj się zaszczycona, bo Han mówi do Ciebie dobrowolnie ;)>

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Atlanta c.d. Kiette - Goście

Atlant nie ruszył się widząc z jakim trudem kotka łapała powietrze. Mężczyzna postarał się najmocniej jak mógł wytężyć swój dodatkowy zmysł. Nawet przy jego niskich umiejętnościach wyraźnie wyczuł strach u dziewczyny. Poczuł jednak co jeszcze... ona miała coś wspólnego z kotołakiem który tak wczoraj się ukrywał. Podświadomie czół że to w jakimś stopniu mogła być rodzina, ale nie chciał rzucać swoich podejrzeń bezpodstawnie, może gdyby jeszcze trochę popracował byłby pewny. W pobliżu był ktoś jeszcze, a nawet dwóch ktosiów. Czół wyraźny zapach zwierzęcy, ale i aurę czegoś mądrzejszego od zwykłego zwierza. Między drzewami stała biała, na nieco przykurczonych nogach postać, a tuż za nią unosiło się coś co przypominało ducha. Zapach owcy i wilka, oraz niemal duchowa aura, czyżby łącznik? Leonis zadarł głowę znów w stronę kotki skulonej na drzewie.
  -Jeśli powiem "nie bój się" zapewne nie zadziała hę?- Uśmiechnął się pod nosem i usiadł spokojnie, jak gdyby nigdy nic pod drzewem na którym siedziała nieznajoma.
  -C... co robisz?- Usłyszał słaby głos z góry.
  -Czekam, może nie wyglądam, ale nie jestem potworem. Co ciekawsze ty jesteś moim gościem. Niegrzecznie by było gdybym cię zostawił nawet się nie witając.- Z błogim uśmiechem założył ręce za głowę i przymknął oczy nucąc coś cicho. Gdyby naciskał dziewczyna bez wątpienia uciekłaby i tyle, ale teraz gdy sam czekał, dał jej szanse zarówno do namysłu, jak i oswojenia się z sytuacją.
  -Jak to jestem gościem?- Zdawało się, że głos dziewczyny przybrał nieco na pewności, choć nadal był cichy i nieco drżał.
  -Normalnie, jeśli przychodzisz do kogoś, te jesteś gościem. W tym konkretnym wypadku moim.- Wyjaśnił na spokojnie. Wyczuł jak nagle niepokój dziewczyny wzrósł, ale nie ruszyła się. Lakoo otworzył oczy by sprawdzić co zaniepokoiło kotkę, choć nie musiał, domyślał się co to.
  -Więc i my jesteśmy gośćmi?- Usłyszał dość dziwny głos. Tuż nad nim stał biały łącznik, a za nim krążył cienisty wilk. -Nie chcieliśmy jej nastraszyć.- Alt ponownie musiał wysilić się by wyczuć cokolwiek od nieznajomych, a przychodziło mu to mimo wszystko z trudem. Jagnię wydawało się mówić prawdę i nie miało złych intencji, co do wilka jednak nie był pewien, mimo to postanowił im zaufać.
  -Nazywam się Tenzin, a to Suowei.- Przedstawił się z lekkim skinieniem głowy.
  -Miło mi was poznać, ja jestem...- Nie dokończył bo ktoś mu szybko przerwał uzupełniając mimo woli jego wypowiedź.
  -Atlant!!!- Kawałek dalej szło dwoje ludzi i ktoś od nich niższy. Halt lekko skłonił się, jak przystało przy władcy a mała blondyneczka zrobiła to w ślad za nim. Tylko Squall ominęła tę powinność.
  -Koleżanka chciała do nas dołączyć, a z kim jak z kim to z tobą powinna omawiać takie sprawy, co Bestio?- Piratka wysyczała jego stary przydomek. Atlant zignorował dokuczliwość dziewczyny, choć nie miał z nią wiele styczności sprzed czasów Hidden, wiedział że nie było sensu wdawanie się z nią w dyskusje czy sprzeczki, a i z jego upomnienia niewiele by sobie zdobiła.
  -Więc mamy kolejnego straceńca śród nas.- Uśmiechnął się do bląd karzełka.
  -Więc ty tu odpowiadasz za wszystko?
  -Na to wygląda.- Wzruszył ramionami. W tym czasie Squall z niezbyt miłym uśmiechem fascynacji przyglądała się nieznajomym pół duchom obok.
  -Chwila, czyli kim ty jesteś?- Z nad głów wszystkich dobiegł dziewczęcy głosik. Kotka już nie była kotką, teraz na gałęzi siedziała drobna blondynka.
  -Nie pochwalił się?- Sztorm poklepała go po ramieniu.
  -Jakby nie patrzeć on jest tutaj władcą. Choć może lepszym mianem byłby "Szef grupy renegatów".- Odezwał się Halt który jak dotychczas tylko obserwował zbiegowisko.
  -Faktycznie...- Westchnął, poniekąd miał nadzieję że ci nowi jeszcze chwile nie będą świadomi jego roli w ty miejscu, ale mówi się trudno. -Nazywam się Atlant Lakoo, władca Hidden.- Wyszczerzył się w uśmiechu, który choć miły i szczery ukazywał lwie kły, co spowodowało dyskomfort u dziewczyny na drzewie, więc szybko zamknął usta i starał się uśmiechać z zaciśniętymi wargami.

<Kiette? Tenzin? Louise? Halt? Wybaczcie zbiegowisko i trochę bezsęsowne opko, ale muszę was ruszyć żeby mogła wproadzić nowy event  ;)>

Postać poboczna

Imię: Kizanataki, ale utarło się, że Kiza.
Nazwisko: nie ma, ale można przyjąć, że Lupus.
Przydomek: Zaklinaczka
Rasa: w 3/4 człowiek, w 1/4 nimfa leśna.
Wiek: 19
Płeć: kobieta
Krótki opis: Kizę nazywają Zaklinaczką Wilków. Mieszka wśród nich, odkąd jej rodzice porzucili ją w lesie, gdy miała sześć lat. Nie wie, dlaczego jej to zrobili. Nie lubi mówić, choć to potrafi. Zdarza się, że zapomina słów i się w nich plącze. Często jest zamyślona i gubi się w tym, co sama mówiła. Nie zdziw się, gdy po kilku minutach rozmowy zapomni, o czym z tobą rozmawiała. Jest bardzo nieufna i bojaźliwa. Ciężko jest przekonać ją, że nie chce się niczego złego, a jeszcze trudniej zawiązać współpracę. Posiada niezwykle dużo różnych informacji i plotek, które przynoszą jej dzicy przyjaciele zapuszczający się w najdalsze i najciemniejsze zakątki swych obszernych terytoriów. Dzięki nim jest uszami i oczami lasów i ich okolic. Wszystkie wilki z lasów otaczających Hidden traktują ją jak swoją alfę, a ona rozumie ich mowę. Najczęściej widziana jest ze współalfą - nieprzeciętnych rozmiarów srebrzystym basiorem, który jest zarazem jej osobistym obrońcą. Zazwyczaj można ją spotkać siedzącą na głazie przy jeziorku w lesie, brodzącą patykiem w wodzie. Kiedy chcesz się czegoś dowiedzieć, udaj się do Kizy. Ona będzie wiedzieć. A jeśli nie, to się tego prędzej czy później dowie i wyśle po ciebie wilczego posłańca.
Autor: Lucy321

środa, 24 sierpnia 2016

Od Phestera c.d. Mild - Księga z księżycem

 -Tak ot sobie idziesz do tego czegoś?!- Zawołała Mild za mężczyzną kompletnie nie rozumiejąc jego postępowania. Każdy choć trochę wyszkolony wojak wiedział, że nigdy, ale to NIGDY! Nie pcha się w stronę czegoś czego się nie zna. Zawsze najpierw trzeba wiedzieć z czym ma się do czynienia. Chwile stała uparcie, ale gdy czarna postać zniknęła za regałem ruszyła biegiem śladami medyka.
 -Wiesz w ogóle co to może być? Duch? Zjawa? Może jakiś potwór pilnujący tego miejsca!- Mówiła zaaferowanym szeptem. Kruk natomiast przemieszczał się i zakręcał coraz głębiej między regały niemal nie wydając przy tym odgłosów.
 -Słuchaj... możesz mi nie wierzyć, ale czasem czuje że coś jest nie tak i właśnie TERAZ to czuję!- Głos dziewczyny nieświadomie z szeptu przechodził do normalnego. Phester nagle stanął, a elfka odbiła się od jego pleców. Mędrzec stał całkowicie nieruchomo, nawet w miejscach na oczy w masce nie mogła nic dostrzec. Mild częściowo przyzwyczaiła się do towarzystwa dziwnego lekarza, mimo to jednak w tej chili nie umiała wyzbyć się nieprzyjemnego uczucia chłodu oraz strachu.
 -Nie ruszaj się...- Powiedział głosem który zdawał się niemal mrozić powietrze. Odruchowo zacisnęła palce na rękojeści. Ciszę przerwał cichy, ale bliski hałas. Tuż za nią z pułki spadła książka. Elfka gwałtownie dobyła broni i obróciła się w kierunku potencjalnego zagrożenia.
 -Nie podoba mi się to, wiesz co to może być?- Zapytała, a gdy po dłuższym czasie nie dostała odpowiedzi obróciła głowę, ale czarnego towarzysza już nie było.
 -Ch*lera jasna...- Syknęła i ostrożnie zaczęła przesuwać się dalej. Długa cisza sprawiała że przechodziły ją ciarki. Nagle rozległ się głośny krzyk, a raczej skrzek jakiś łopot. Później tylko coś zazgrzytało o posadzkę i znów wszystko ucichło. Mild przekroczyła kolejny zakręt między regałami a tuż przed jej twarzą śmignął ogromny cień. Dziwne coś zatrzymało się gwałtownie robiąc przy tym trochę hałasu, następnie zza półek powoli wynurzyła się dziwna... wężowa... głowa.
 -Prosiłem żebyś się nie ruszała.- Znikąd pojawił się czarny medyk, przez co dziewczyna jeszcze bardziej poczuła się zdezorientowana. Nim jednak zdążyła zarejestrować, że to jej przyjaciel czy cokolwiek pomyśleć. Zamachnęła się mieczem i mogłaby dać głowę że w coś trafiła. Mimo to kościste palce złapały ją niczym imadło i odrzuciły w bok. Dosłownie ułamek sekundy przed tym jak korytarz wypełnił błękitny ogień. Rozejrzała się otumaniona za Krukiem.
 -To strażnik.- Odezwał się ponury głos za nią. Wysoki mężczyzna stał wyprostowany, jak gdyby nigdy nic.
 -Czego pilnuje?
 -Czegoś, czego nie powinniśmy znaleźć.- Rzucił nieruchomo patrząc na przygasające płomienie, które o dziwo nie osmoliły nawet jednej książki. Mild przyglądała się miejscu z którego powinno przyjść to gadzie coś. Ale jej towarzysz nie pozwolił jej czekać. Jedną ręką postawił ją z klęczek za połać koszuli. Elfkę nieco zdziwiła siła w tym wątłym ciele, ale nie teraz będzie się zastanawiać. Pobiegła za Phesterem, nie zwróciła nawet uwagi że jedyne co można było usłyszeć to jej oddech i tylko jej kroki. Mężczyzna cały czas przyśpieszał, ale zdawało się że wcale nie biegnie, jakby tylko sunął do przodu zmuszając elfkę do biegu, często zakręcając i zmieniając kierunki. Nagle zatrzymał się , przygnał do ściany i zakrył usta dziewczyny kościstą dłonią zanim zdążyła je otworzyć. Cień śmignął tuż przed nimi, prawie nie wydając dźwięku. Odczekali jeszcze chwilę po czym medyk niemal wepchał ją za drzwi do osobnej sali.
 -O co tu chodzi?- Zapytała szeptem którego niemal nie było słychać.
 -To jest zaklęcie, strażnik powołany do życia by chronić czegoś w tych murach. Podeszliśmy za blisko tego "czegoś" i się obudził.
 -I co? Zabijemy to?- Mild uniosła lekko miecz który cały ten czas trzymała w dłoni. Phester pokiwał przecząco głową.
 -Trzeba znaleźć zaklęcie.
 -Wiesz czego on broni?
 -Podejrzewam , że tego samego czego szukam.- Mruknął. Miał ogromną ochote wyprowadzić stamtąd elfkę. Doskonale wiedział że ona sama nie uaktywniłaby zaklęcia, które obudziło się wyczuwając zagrożenie czyli jego. Ale dobrowolnie też dziewczyna penie nie chciałaby wyjść. Miał więc dwie opcje, albo zniszczy zaklęcie zanim ich znajdzie, albo wyprowadzi ją podstępem.
 -Co więc chcesz zrobić?- Zapytała nie podnosząc nadal głosu.
 -Znasz stare języki magii?- Mild zatrzepotała rzęsami, Phester czując że dziewczyna mogłaby mieć z tym problem szybko zaczął coś innego. -Zaklęcie musi mieć swoją fizyczną formę. Jest ono ukryte w jednej z książek lub przedmiocie, albo nawet w samym strażniku.
-Jak ono wygląda?- Zapytała, ale nie dostała odpowiedzi, bo pod drzwiami zaczął przeciskać się cień. Mild przygotowała się do walki. Phester jednak ponownie nie pozwolił jej choćby przyjąć szermierczej postawy. Otworzył drzwi i zatrzasnął za sobą, a cień zniknął.
 -Znów zostawia mnie samą...- Mruknęła niezadowolona łapiąc za klamkę pewna że jeszcze go dostrzerzec. Nie było jednak nawet śladu ani medyka, ani cienia. Stąpając jak najciszej starała się znaleźć fontannę w centrum biblioteki z nadzieją że znajdzie tam może owe "zaklęcie". Ponownie zaległa cisza. Zdawało się być wyjątkowo cicho i spokojnie. Schowała miecz, była jednak dalej czujna. Odnalezienie fontanny chwile jej zajęło, w końcu jednak to jej się udało. Kamienna sowa dalej stała jak wcześniej wpatrzona gdzieś w jeden punkt.
 -Gdzie schowałabym zaklęcie mające chronić to miejsce?- Zadała sobie ciche pytanie patrząc w oczy sowy. Daya podeszła jeszcze bliżej posągu następnie podążyła wzrokiem w kierunku w jaki wpatrzony był ptak. Na regale na przeciwko fontanny stał zbiór książek, tak jak z resztą wszędzie. Ale tylko jedna z nich na grzbiecie miała srebrną klamrę. Mild podeszła do niej i wyjęła spomiędzy swoich starych towarzyszek. Otrzepała ją od kurzu i dokładniej na nią spojrzała. Była czarna i gładka z wyjątkiem małego symbolu księżyca. Co bardziej ją zdziwiło srebrna klamra zamykająca jej stronnice nie miała dziurki na klucz. Coś jej jednak mówiło że tam może być ukryty potrzebne im zaklęcie. Ale co miałaby zrobić z tym dalej? Możliwe że Phester wiedział, ale gdzie on mógł być? Elfka przymknęła oczy i starała ię jak najuważniej nasłuchiwać jakichkolwiek odgłosów. Wreszcie trafiła. Coś otarło się o regał, a to mógł być jej towarzysz, ale i strażnik. Ruszyła w stronę zlokalizowanego hałasu ponownie zagłębiając się w labirynt korytarzy. Z kolejnymi zakrętami czuła coraz większe napięcie, wiążące się z większym prawdopodobieństwem spotkania dziwnego cienia.
 -Phester...- Odważyła się cicho zawołać medyka. Na co odpowiedział jej cichy syk. Gwałtownie obróciła się zaciskając palce na książce i dobywając miecza, ale nic za nią nie było. Syk zrobił się głośniejszy podniosła głowę. Wężo-podobne zwierze na futrzanych nogach z zakrzywionymi pazurami zwierzało się z górnego regału nad nią. Daya była gotowa na atak i gotowa zaatakować. Pamiętała też brak zniszczeń po błękitnych płomieniach i była pewna że to iluzja stwora. Więc stała twardo pewna zwycięstwa. Jednej chwili strażnik otworzył gębę z której wydobył się niebieski ogień i w następnej coś czarnego przysłoniło jej cały obraz. Jak zwykle znikąd pojawił się Phester stał przed nią, dziób maski przylegał do torsu, a ramionami rozciągał połacie płaszcza od którego odbijał się płomień. Teraz jego postać rzeczywiście przywodziła na myśl ogromnego, czarnego ptaka. Nie trwało to długo, mężczyzna złapał ją jak kocię i pociągnął gdzieś przed sobą. Mild miała mnóstwo pytań, ale widząc dymiący płaszcz ugryzła się w język i postanowiła poczekać jeszcze chwile. Po lekkich nadpaleniach mogła też wywnioskować że jednak to nie była iluzja i mogła ją poparzyć.
 -Myślę że coś może tu być.- Podała swoje znalezisko mędrcowi. Szare oczy mężczyzny spojrzały na srebrny symbol na okładce. Wymamrotał coś co całkiem było dla niej niezrozumiałe. Zamek szczęknął i książka się otworzyła, a z niej wypadła jedna kartka, jakby wyrwana z zeszytu. Mężczyzna złapał ją i przerwał w pół. Cień sunący w ich stronę nagle zatrzymał się i powoli wyparował z posadzki. Phester wyprostował się i zatrzasnął księgę, a zamek ponownie szczęknął.
 -Co to? Tego szukałeś?- Nie wytrzymała w końcu i znów zaczęła pytać
 -Kodeks i nie do końca... Lepiej to schować...- Mruknął i zaczął iść jak gdyby nic się wcześniej nie działo dalej między pułki biblioteki, a za nim biegł mały, jasny cień z milionem pytań.

<Mild? Mam nadzieje że nie zawiodłam oczekiwań :P A o księdzę radze nie zapominać bo mam już małe plany B) >

JESTEM!!!

Ha! Nie spodziewaliście się mnie małe ... khm.. no... W każdym razie jestem! (choć zaraz znów zniknę, ale tylko na chwilę). Wiem że się ie pożegnałam, ale serio zwiedzenie połowy kraju, przejechanie, przegalopowanie i przejście kilu tysięcy kilometrów trochę czasu zajmuje :P
No ale jestem, więc pora ruszyć się do roboty wasz poganiacz chwyta za bat i jak tylko sama się wyrobie to i was ten bat dosięgnie, więc ruszać do pisania!

Niech wena będzie z wami~!