Śpiewaczka nie zdążyła nawet nabrać dobrze tchu gdy ktoś już zaczął nową pieśń. Ziio rozpoznała utwór i zanim skończył się pierwszy wers minstrelka dołączyła w śpiewie i grze do melodii.
Na szlaku przeznaczenia trwaj,
A jest nim walka.
Twój miecz nie pozna smaku rdzy,
Zalśni od krwi.
I jeszcze jedno prawo Twe,
To Niespodzianka.
Ktokolwiek się sprzeciwi jej,
Przeznaczony mu miecz.
Tej nocy nie zobaczysz gwiazd,
To łuna nad Sorsiną.
Zapłonie i ukarze świat,
Świat, który zginie.
Jak stado czarnych kruków gdzieś,
Pędzą wrogowie.
Uszedłeś ale losy Twe,
Dokonują się w Tobie.
Ty pytasz co zrobiłeś źle,
Wciąż zadajesz pytania.
Oszukać przeznaczenie chcesz,
I spotyka Cię kara.
Twój los już napisany jest,
Twe daremne starania.
Jak kamień co rzucony chce,
Gwiazdą w niebie się znaleźć.
-Jak przystało na barda.- Squall która to właśnie podsunęła nowy kawałek z uśmiechem przyjrzała się harpii. Ta zadowolona z pochwały skinęła w jej kierunku głową. Wokół ogniska znów zawrzało od rozmów. Praktycznie każdy miał coś do powiedzenia. Rozmówcy co rusz zamieniali się w parach i grupach rozpoczynając nowe tematy. Sam Alt dołączył się do rozmowy miedzy Mild i Lisbeth. Z początku był on nawet lekko zaskoczony rozmownością zamaskowanej dziewczyny. Podejrzewał że to podjęty temat tak ją zaciekawił, czyli temat istot jakie zamieszkują tutejsze rejony.
-Czyli jak? Tu w górach siedzą wszystkie potwory?- Elfka wychyliła się przez ramię drugiej dziewczyny.
-Wszystkie? Nie z pewnością nie, ale spora część.- Sprostował Leonis
-Demon, potwór czy groźne zwierze jak każdy starają się uciekać przed wojskami. No chyba że to padlinożercy jak ghule.- Wytłumaczyła Lis, widać było że zna się na rzeczy i nie umknęło to uwadze chłopaka.
-A pasmo górskie tu na skraju kontynentu jest idealnym miejscem by się ukryć.
-Czy to przypadkiem nie spraw nam problemów?
-Z pewnością trzeba mieć się na baczności, jak jednak obserwuje wszystkich tutaj, to każdy da radę sobie poradzić z ewentualnym niebezpieczeństwem. A jeśli mam być szczery to towarzystwo wilkołaków, strzyg, leszych i całej tej zgraj jest nawet na rękę.
-Na rękę? Banda jakiś potworów i dziwadeł?!- Mild aż zapiała z zdziwienia.
-Jakbyśmy sami nie byli dziwadłami.- Trafnie zauwarzyła starsza dziewczyna. Co Lakoo skomentował jedynie cichym uśmiechem, jakby potwierdzał te słowa.
-A co do potworów to pewnie że są nam pomocne, oczywiście pośrednio. Bo pomyśl tuż za tymi górami trwa wojna Arsmana, a dzięki temu że te tereny są uznawane za siedlisko wszelkiego plugastwa, jak na razie nasz szanowny król nie zbliża się do nas.- Elfka pokiwała głową rozumiejąc już co władca ma na myśli. Atlant rozejrzał się po oświetlanych ogniem postaciach. Jedyną osobą która od początku nie ruszył się z miejsca, praktycznie nie odzywał i tylko siedziała z boku nie wdając się z nikim w dyskusje był oczywiście zamaskowany medyk. Obserwował bacznie otoczenie i towarzystwo. Phester poczuł na sobie wzrok władcy i powoli wskazał palcem na scenę rozgrywającą się zaledwie parę kroków za światłem ognia. Atlant obrócił się w wskazanym kierunku, zaraz za nim zrobili to jego rozmówcy.
-Ładnie to tak skradać się i podsłuchiwać?- Zza krzaków dobiegł głos Squall, a po chwili coś z głośnym hukiem wyleciało z liści i wylądowało pod nogami wszystkich. Był to drobny, czerwonowłosy chłopak.
-Patrzcie tylko kogo znalazłam.- Zaraz za żywym pociskiem wyszła sprawczyni małego zamieszania. -Krążył tak już chyba od kilku godzin i nas obserwował.- Oświadczyła oskarżycielsko.
-Jakbyś sama była święta.- Zaśmiał się Halt. -Zostaw biedaka, już i tak samą swoją obecności niszczysz wszystkim psychikę.
-Och... nie martw się w porównaniu z tobą mój drogi ja uspakajam ludzki umysł.- Wysłała w jego kierunku jeden z najwredniejszych uśmiechów na jaki było ją stać, choć wyrażały to tylko oczy jako, iż reszta jej twarzy była zakryta, to jednak całkowicie wystarczyło.
-A wracając do naszego "podglądacza". Jak cię zwą?- Atlant wstał i wyciągnął do niego rękę by pomóc mu wstać. Nieznajomy jeszcze chwilę siedział na ziemi jakby zastanawiał się czy na pewno ma odpowiadać czy może lepiej dać nogę? Rozglądając się wokół doszedł jednak do wniosku że daleko nie ucieknie, więc może lepiej będzie poznać swoich sąsiadów.
-Hanneon.- Powiedział i wstał bez oferowanej mu pomocy.
-Chyba mamy kolejnego złośnika.- Malik posłał krótkie spojrzenie kilku innym osobą.
-Wiesz kolego, samotnik czy nie, złośnik czy nie zapraszamy do ognia.- Zaproszenie Atlanta tak na prawdę nie dotyczył konkretnie by przyszedł do nich tu i teraz, ale by starał się nie odstawać i przekonać do nich.
<Hanneon? Sorki za ścierę, ale chciałam choć trochę napisać :) >
link do całej piosenki
piątek, 13 maja 2016
wtorek, 10 maja 2016
Od Louise - Historie i obietnica
Lou
kichnęła zdmuchując kępkę siana przed sobą. Doprawdy, co jej przyszło
do głowy, by pakować się na wóz z ususzoną trawą i to jeszcze w środku
wiosny? To tak jakby alergik kupił sobie dziesięć kotów. Podrapała nos
wierzchem ukrytej w rękawicy dłoni, wyklinając pod nosem boga-zielarza,
Egannona, wywołując u prowadzącego wóz dobrodusznego staruszka salwę
śmiechu.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
Idąc po raz kolejny układała zbierane
od jakiegoś czasu fakty. Wszystkie tropy prowadziły ją jednoznacznie do
jednego miejsca: tajemniczego lasu, gdzie według wzrastających w siłę
plotek powstawało dziwne, nieoryginalne państewko stworzone z wyrzutków i
potworów. Teraz miała okazję jeszcze raz przypomnieć sobie wszystko co
słyszała o domniemanych jego obywatelach. Trochę już po kraju łaziła i
niejedno jej się o uszy obiło, a kilka z tych pogłosek wartych było
zapamiętania...
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
poniedziałek, 9 maja 2016
Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki
Imię: Louise (III) Andrasta, przez przyjaciół nazywana Lou, Anda lub Lusia. Z tym ostatnim lepiej uważać, bo wypowiedziane nieodpowiednim tonem może ci zaszkodzić.
Nazwisko: Quartz
Przydomek: Właściwie to nie posiada żadnego stałego przezwiska. Po babce rodzina nazywała ją Recydywą. Obcy najczęściej nazywają ją pierwszym lepszym skojarzeniem, jak Niebieska lub Chochlik. Bywają też bardziej złośliwe określenia dotyczące jej wzrostu, ale na szczęście Lou jest wyjątkowo wyrozumiała.
Rasa: Pierwsze co przychodzi na myśl niemal każdemu to chochlik. Louise nie jest jednak przedstawicielką Yordlów, rasy bardziej ucywilizowanej niż ich krewni (bo choćby nie wiem jak zaprzeczali, są w pewnym stopniu z chochlikami spokrewnieni).
Wiek: 28 lat
Płeć: Kobieta, czy też - jak kto woli - samica
Stanowisko: Wojownik, Rzemieślnik
Aparycja: Pierwsze co zdecydowanie rzuca się w oczy to wzrost Andy. Niejeden raz spotkała się z często złośliwymi propozycjami posadzenia na barana, czy nawet włożenia do kieszeni płaszcza podróżnego. To drugie jest zdecydowanie przesadzone, bo mimo wszystko AŻ tak mała nie jest...w końcu uczciwie sięga nieco powyżej kolana dorosłego człowieka. Tiaaa, wygląd to zdecydowanie jej pięta Achillesowa. Mało kto traktuje ją poważnie przy pierwszym spotkaniu, bo nawet dzierżąc broń dalej przypomina cukierkowe stworzonko z bajki dla dzieci. Ma nieco za dużą głowę, porośniętą gęstą czupryną irytujących blond loków. Lou zawsze spina je w kucyki, mimo to jednak zawsze wypada z nich krzywa grzywka. Spod włosów po bokach głowy Louise wystaje para długich, sterczących uszu. Dziewczyna ma także drobny nosek i jeden wystający spod wargi kieł, co winduje jej urok. Jednak największą rolę w degradowaniu jej powagi odgrywają oczy: duże, różowo fioletowe o kocich źrenicach, z rzadkimi czarnymi rzęsami jak od tuszu (chociaż Anda nigdy się nie maluje). Dodam jeszcze, że jej błękitną skórę porasta mięciutki puszek o tym samym kolorze, jak u jakiegoś kociaka. Lou prawie zawsze ubiera się w pełną zbroję piechotną (widoczna na arcie - nie chce mi się opisywać :P). Gdy nie ma jednak potrzeby dźwigania żelastwa chodzi w samej zielonej tunice, zakładanej właśnie pod pancerz. Na plecy ma przeważnie zarzuconą tarczę.
Zdolności: Louise, chociaż należy do rasy względnie magicznej, nie posiada nadnaturalnych zdolności. Ma za to zaklętą broń - młot. Oręż potrafi rozpłynąć się w powietrzu i pojawić na nieme życzenie jego właścicielki, bo podczas podróży bywa dość nieporęcznym bagażem. Rozmiarami był przeznaczony raczej dla dorosłego ludzkiego mężczyzny, więc gdy Anda trzyma go w łapkach trudno powstrzymać śmiech. Oczywiście o ile nie widziałeś dziewczyny w akcji. Chociaż jest mała, potrafi sprawnie wywijać swoim młotem i solidnie przywalić. I nie, nie potrafi podnosić rzeczy cięższych od siebie - to po prostu kolejna zaleta zaklętej broni: młot w rękach Louise jest idealnie wyważony pod jej rozmiary, jednak komuś obcemu może wydawać się ciężki niczym dziesięć miechów. Andrasta jest świetnie przeszkolona w walce i strategii, dobrze orientuje się w układach wojsk i polityce. Dzięki swojemu wzrostowi na starcie zyskuje pewną przewagę nad przeciwnikiem, między innymi dzięki zaskoczeniu. Jest zwinna i świetnie się wspina. To także dobry kowal i rymarz (Yordlowie z natury zajmowali się wytwórstwem broni, zbroi i siodeł).
Zainteresowania: Jeśli jesteś uzbrojony w jakikolwiek oręż, nie zdziw się gdy Louise zacznie cię o niego wypytywać. Dziewczyna czasem wydaje się być bardziej zainteresowana cudzą bronią niż imieniem jej właściciela. Całe szczęście ludzie częściej uznają to bardziej za zabawne niż obraźliwe. Cóż się dziwić? Anda prawie całe życie przesiedziała w kuźni, nic więc dziwnego, że swój fach rzemieślnika traktuje na równi z hobby. Mała wydaje się mieć jakieś pomniejsze stadium ADHD - jej palce wiecznie szukają jakiegoś zajęcia. A to splata zerwane źdźbła w koszyczki, to znowu wygina jakiś drucik czy bawi się sprężynką znalezioną w kieszeni. Gdy nie ma co robić, zaczyna świrować. Dlatego właśnie z nudów chodzi i jak nakręcona wypytuje każdą napotkaną osobę czy nie potrzeba może naostrzyć jej miecz, zaszyć jakąś dziurę, wymienić popręg w siodle, wszystko, byleby nie siedzieć bezczynnie. W ostateczności chwyta młot lub jakiś krótki miecz i ćwiczy z tarczą i bronią na przemian. Lubi też gadać z innymi na jakieś interesujące ją tematy.
Charakter: Lou mimo małego ciałka kryje w sobie wielkie serce. Jest odważna, i to w ten zdrowy, nie graniczący z głupotą sposób, a czegoś takiego ino ze świecą szukać. To oddany żołnierz i przyjaciel. Jest gotowa rzucić się w ogień dla dobra sprawy. Często chcąc pomóc komuś innemu zapomina o własnym zdrowiu. Możliwe, że jest aż zbyt dobroduszna. Nawet najgorszemu wrogowi odstąpiłaby ostatni łyk wody. Niejeden raz już słyszała, że kiedyś ją jej postępowanie zgubi, bo w takich czasach jak te nie ma miejsca na wielkoduszność. Mimo wszystko Anda pozostaje tą samą pomocną i ofiarną dziewczyną, nieważne ile razy zostanie przez to ugryziona w rękę przez jakiegoś niewdzięcznika. Louise ceni sobie honor. Nie porzuca przyjaciół w potrzebie, ani nie ignoruje rozkazów...no chyba, że ktoś wymaga od niej tego pierwszego. Wtedy nie ma co liczyć na posłuch ze strony małej Yordlki. Razem z honorem, jak to w przypadku prawdziwego rycerza, idzie wiara. W ciężkich próbach Lou pokłada ją w bogach swojego ludu, dziękuje im za każde zwycięstwo...i bluzga ich imionami, jak to na prawdziwego wierzącego przystało. Psy wiesza więc najczęściej na bogini męstwa, Concordii, bogu wojny, Gafaharze, i opiekunce patriotów bez kraju, Naiome. Gdy dziewczyna się uprze dopnie swego, choćby nie wiem ile miało to czasu zająć. Dlatego jeśli cię o coś zapyta, wypada odpowiedzieć od razu, inaczej sam skażesz się na towarzystwo natrętnego wielkookiego chochlika. Im więcej będziesz ją od siebie odpychał, tym szybciej będzie wracać, niczym puchata niebieska bańka-wstańka. Ma w sobie także pełno dumy, której nie da się zburzyć żadnymi wyzwiskami. Rzucane w jej kierunku wszelkie docinki są niczym groch o ścianę. Chociaż Andrasta z godnością je ignoruje, ma dobrą pamięć do twarzy osoby zdolnej ją obrazić. Po takich zachowaniach szybko wyrabia sobie zdanie o innych. Jeśli nie okażesz jej chociaż dozy szacunku, nie masz co liczyć na wzajemność. Lou może i ma sporo cierpliwości do przedstawicieli tępej masy społecznej, jednak w przypadku osobistości, od której oczekuje nieco więcej inteligencji, nie da szargać swojej dumy niczym starą ścierkę. Nie współpracuje z idiotami, tak mówiąc w skrócie. Zniżanie siebie do ich poziomu traktuje gorzej od jakiejkolwiek obrazy. Dziewczyna nie lubi być porównywana do innych. Uważa się za jedyną w swoim rodzaju i nie, to nie objaw narcyzmu. Jednej rzeczy mało kto się spodziewa po tej szczerej i uczciwej wojowniczce: aktorstwa. Nawet Louise, chociaż szczerze nie cierpi swoich słodkich gał, zdarza się nadużywać niewinnego wyglądu we własnych celach. Może i nie jest kuszącą pięknością, ale ma własne metody, które działają nie tylko na mężczyzn. Przeważnie wystarczy, że zrobi szczenięce oczy i zakwili swoim słodkim głosikiem, a każdy przypadkowy mieszczuch da się nabrać. Co poradzisz? Trzeba jakoś żyć, lepsze naciąganie przechodniów na dziecięcy urok niż napadanie ich w lasach. Wystarczy jednak lepiej Lou poznać, by już nie dać się nabrać na tą bajeczkę o ,,bezbronnej małej podróżnej”, którą wciska każdemu durniowi. Wszystkie bajdurzenia o ,,bezbronności” idą w niepamięć gdy przyjdzie ci zobaczyć jak rozkwasza młotem łeb jakiegoś bandyty.
Historia: Yordlowie to doprawdy dziwna rasa. W ich przypadku doskonale potwierdza się przysłowie ,,im mniejsze, tym bardziej uparte”, którymi przeważnie opisuje się kuce lub terriery. Niedouczeni mylnie nazywają Yordlów ,,chochlikami”, nie widząc żadnej różnicy między małymi upierdliwymi złośnikami podgryzającymi meble i szczającymi do wiader z mlekiem, a w pełni ucywilizowaną rasą kowali i rzemieślników. Gdyby nazwać przypadkowego Yordla chochlikiem, niewykluczone, że naraziłbyś do siebie całą brać, bo każdy z nich najwyżej ceni sobie dobro swojego pobratymca. Szargasz imię jednego - szargasz imię wszystkich. (Po prawdzie jednak choćby nie wiadomo jak się zapierali, Yordlowie mimo wszystko są w pewnym stopniu spokrewnieni z chochlikami, chociaż ŻADEN nie powiedziałby ci tego wprost.)
Do rzeczy; Otóż Yordlowie osiedlili się daleko na wschodzie Sorsiny, z dala od ludzkich siedzib. Mieli własne, dobrze skoordynowane państwo i żyli sobie w szczęściu oraz dostatku długie lata. Nagle jednak wybuchła wojna. Wojska Arsmana wkrótce dotarły do granic małej ojczyzny niepozornych karzełków. Nie spodziewali się ataku, więc nie mieli gotowej armii. A nawet jeśliby mieli, któż przeraziłby się sięgających kolana zapuszkowanych w metalu wielkookich skrzatów? Całe szczęście dowódca armii nie widział sensu w niszczeniu kraju. A wszystko dzięki zdolnościom kuźnieckim jego obywateli. Nawiązał porozumienie z wodzem Yordlów: Arsman nie przyśle tu swoich wojsk dopóty, dopóki będzie dostawał najwyższej jakości broń. Porozumienie podpisano i tak rozpoczął się najbardziej pracowity i męczący okres w historii Yordlów.
I w tych też czasach przyszło żyć małej, niepozornej ślicznotce imieniem Louise III (po babciach) Andrasta (po matce) Quartz.
Dziewczyna zawsze miała w sobie pewien kompleks niższości. Nie podobała jej się sytuacja w jakim znajdował się jej kraj. Możliwe, że nasłuchała się zbyt dużo opowieści babki (słynnej w rodzinie jako ,,Recydywa”) o tym, jak to było tu pięknie bez Arsmana. Tak więc babka Recydywa napchała małej Lusi do głowy pełno ,,głupot”, że bycie tchórzem nie popłaca, zwłaszcza, gdy kraj i rodzina w potrzebie. A czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci i dorosła już Louise dorobiła się dziedzicząc przydomek babci. Całe życie hartowała się chwytając typowo męskich zawodów i uczyła się walczyć, aby nie dać się zaskoczyć przyszłości.
Nazwisko: Quartz
Przydomek: Właściwie to nie posiada żadnego stałego przezwiska. Po babce rodzina nazywała ją Recydywą. Obcy najczęściej nazywają ją pierwszym lepszym skojarzeniem, jak Niebieska lub Chochlik. Bywają też bardziej złośliwe określenia dotyczące jej wzrostu, ale na szczęście Lou jest wyjątkowo wyrozumiała.
Rasa: Pierwsze co przychodzi na myśl niemal każdemu to chochlik. Louise nie jest jednak przedstawicielką Yordlów, rasy bardziej ucywilizowanej niż ich krewni (bo choćby nie wiem jak zaprzeczali, są w pewnym stopniu z chochlikami spokrewnieni).
Wiek: 28 lat
Płeć: Kobieta, czy też - jak kto woli - samica
Stanowisko: Wojownik, Rzemieślnik
Aparycja: Pierwsze co zdecydowanie rzuca się w oczy to wzrost Andy. Niejeden raz spotkała się z często złośliwymi propozycjami posadzenia na barana, czy nawet włożenia do kieszeni płaszcza podróżnego. To drugie jest zdecydowanie przesadzone, bo mimo wszystko AŻ tak mała nie jest...w końcu uczciwie sięga nieco powyżej kolana dorosłego człowieka. Tiaaa, wygląd to zdecydowanie jej pięta Achillesowa. Mało kto traktuje ją poważnie przy pierwszym spotkaniu, bo nawet dzierżąc broń dalej przypomina cukierkowe stworzonko z bajki dla dzieci. Ma nieco za dużą głowę, porośniętą gęstą czupryną irytujących blond loków. Lou zawsze spina je w kucyki, mimo to jednak zawsze wypada z nich krzywa grzywka. Spod włosów po bokach głowy Louise wystaje para długich, sterczących uszu. Dziewczyna ma także drobny nosek i jeden wystający spod wargi kieł, co winduje jej urok. Jednak największą rolę w degradowaniu jej powagi odgrywają oczy: duże, różowo fioletowe o kocich źrenicach, z rzadkimi czarnymi rzęsami jak od tuszu (chociaż Anda nigdy się nie maluje). Dodam jeszcze, że jej błękitną skórę porasta mięciutki puszek o tym samym kolorze, jak u jakiegoś kociaka. Lou prawie zawsze ubiera się w pełną zbroję piechotną (widoczna na arcie - nie chce mi się opisywać :P). Gdy nie ma jednak potrzeby dźwigania żelastwa chodzi w samej zielonej tunice, zakładanej właśnie pod pancerz. Na plecy ma przeważnie zarzuconą tarczę.
Zdolności: Louise, chociaż należy do rasy względnie magicznej, nie posiada nadnaturalnych zdolności. Ma za to zaklętą broń - młot. Oręż potrafi rozpłynąć się w powietrzu i pojawić na nieme życzenie jego właścicielki, bo podczas podróży bywa dość nieporęcznym bagażem. Rozmiarami był przeznaczony raczej dla dorosłego ludzkiego mężczyzny, więc gdy Anda trzyma go w łapkach trudno powstrzymać śmiech. Oczywiście o ile nie widziałeś dziewczyny w akcji. Chociaż jest mała, potrafi sprawnie wywijać swoim młotem i solidnie przywalić. I nie, nie potrafi podnosić rzeczy cięższych od siebie - to po prostu kolejna zaleta zaklętej broni: młot w rękach Louise jest idealnie wyważony pod jej rozmiary, jednak komuś obcemu może wydawać się ciężki niczym dziesięć miechów. Andrasta jest świetnie przeszkolona w walce i strategii, dobrze orientuje się w układach wojsk i polityce. Dzięki swojemu wzrostowi na starcie zyskuje pewną przewagę nad przeciwnikiem, między innymi dzięki zaskoczeniu. Jest zwinna i świetnie się wspina. To także dobry kowal i rymarz (Yordlowie z natury zajmowali się wytwórstwem broni, zbroi i siodeł).
Zainteresowania: Jeśli jesteś uzbrojony w jakikolwiek oręż, nie zdziw się gdy Louise zacznie cię o niego wypytywać. Dziewczyna czasem wydaje się być bardziej zainteresowana cudzą bronią niż imieniem jej właściciela. Całe szczęście ludzie częściej uznają to bardziej za zabawne niż obraźliwe. Cóż się dziwić? Anda prawie całe życie przesiedziała w kuźni, nic więc dziwnego, że swój fach rzemieślnika traktuje na równi z hobby. Mała wydaje się mieć jakieś pomniejsze stadium ADHD - jej palce wiecznie szukają jakiegoś zajęcia. A to splata zerwane źdźbła w koszyczki, to znowu wygina jakiś drucik czy bawi się sprężynką znalezioną w kieszeni. Gdy nie ma co robić, zaczyna świrować. Dlatego właśnie z nudów chodzi i jak nakręcona wypytuje każdą napotkaną osobę czy nie potrzeba może naostrzyć jej miecz, zaszyć jakąś dziurę, wymienić popręg w siodle, wszystko, byleby nie siedzieć bezczynnie. W ostateczności chwyta młot lub jakiś krótki miecz i ćwiczy z tarczą i bronią na przemian. Lubi też gadać z innymi na jakieś interesujące ją tematy.
Charakter: Lou mimo małego ciałka kryje w sobie wielkie serce. Jest odważna, i to w ten zdrowy, nie graniczący z głupotą sposób, a czegoś takiego ino ze świecą szukać. To oddany żołnierz i przyjaciel. Jest gotowa rzucić się w ogień dla dobra sprawy. Często chcąc pomóc komuś innemu zapomina o własnym zdrowiu. Możliwe, że jest aż zbyt dobroduszna. Nawet najgorszemu wrogowi odstąpiłaby ostatni łyk wody. Niejeden raz już słyszała, że kiedyś ją jej postępowanie zgubi, bo w takich czasach jak te nie ma miejsca na wielkoduszność. Mimo wszystko Anda pozostaje tą samą pomocną i ofiarną dziewczyną, nieważne ile razy zostanie przez to ugryziona w rękę przez jakiegoś niewdzięcznika. Louise ceni sobie honor. Nie porzuca przyjaciół w potrzebie, ani nie ignoruje rozkazów...no chyba, że ktoś wymaga od niej tego pierwszego. Wtedy nie ma co liczyć na posłuch ze strony małej Yordlki. Razem z honorem, jak to w przypadku prawdziwego rycerza, idzie wiara. W ciężkich próbach Lou pokłada ją w bogach swojego ludu, dziękuje im za każde zwycięstwo...i bluzga ich imionami, jak to na prawdziwego wierzącego przystało. Psy wiesza więc najczęściej na bogini męstwa, Concordii, bogu wojny, Gafaharze, i opiekunce patriotów bez kraju, Naiome. Gdy dziewczyna się uprze dopnie swego, choćby nie wiem ile miało to czasu zająć. Dlatego jeśli cię o coś zapyta, wypada odpowiedzieć od razu, inaczej sam skażesz się na towarzystwo natrętnego wielkookiego chochlika. Im więcej będziesz ją od siebie odpychał, tym szybciej będzie wracać, niczym puchata niebieska bańka-wstańka. Ma w sobie także pełno dumy, której nie da się zburzyć żadnymi wyzwiskami. Rzucane w jej kierunku wszelkie docinki są niczym groch o ścianę. Chociaż Andrasta z godnością je ignoruje, ma dobrą pamięć do twarzy osoby zdolnej ją obrazić. Po takich zachowaniach szybko wyrabia sobie zdanie o innych. Jeśli nie okażesz jej chociaż dozy szacunku, nie masz co liczyć na wzajemność. Lou może i ma sporo cierpliwości do przedstawicieli tępej masy społecznej, jednak w przypadku osobistości, od której oczekuje nieco więcej inteligencji, nie da szargać swojej dumy niczym starą ścierkę. Nie współpracuje z idiotami, tak mówiąc w skrócie. Zniżanie siebie do ich poziomu traktuje gorzej od jakiejkolwiek obrazy. Dziewczyna nie lubi być porównywana do innych. Uważa się za jedyną w swoim rodzaju i nie, to nie objaw narcyzmu. Jednej rzeczy mało kto się spodziewa po tej szczerej i uczciwej wojowniczce: aktorstwa. Nawet Louise, chociaż szczerze nie cierpi swoich słodkich gał, zdarza się nadużywać niewinnego wyglądu we własnych celach. Może i nie jest kuszącą pięknością, ale ma własne metody, które działają nie tylko na mężczyzn. Przeważnie wystarczy, że zrobi szczenięce oczy i zakwili swoim słodkim głosikiem, a każdy przypadkowy mieszczuch da się nabrać. Co poradzisz? Trzeba jakoś żyć, lepsze naciąganie przechodniów na dziecięcy urok niż napadanie ich w lasach. Wystarczy jednak lepiej Lou poznać, by już nie dać się nabrać na tą bajeczkę o ,,bezbronnej małej podróżnej”, którą wciska każdemu durniowi. Wszystkie bajdurzenia o ,,bezbronności” idą w niepamięć gdy przyjdzie ci zobaczyć jak rozkwasza młotem łeb jakiegoś bandyty.
Historia: Yordlowie to doprawdy dziwna rasa. W ich przypadku doskonale potwierdza się przysłowie ,,im mniejsze, tym bardziej uparte”, którymi przeważnie opisuje się kuce lub terriery. Niedouczeni mylnie nazywają Yordlów ,,chochlikami”, nie widząc żadnej różnicy między małymi upierdliwymi złośnikami podgryzającymi meble i szczającymi do wiader z mlekiem, a w pełni ucywilizowaną rasą kowali i rzemieślników. Gdyby nazwać przypadkowego Yordla chochlikiem, niewykluczone, że naraziłbyś do siebie całą brać, bo każdy z nich najwyżej ceni sobie dobro swojego pobratymca. Szargasz imię jednego - szargasz imię wszystkich. (Po prawdzie jednak choćby nie wiadomo jak się zapierali, Yordlowie mimo wszystko są w pewnym stopniu spokrewnieni z chochlikami, chociaż ŻADEN nie powiedziałby ci tego wprost.)
Do rzeczy; Otóż Yordlowie osiedlili się daleko na wschodzie Sorsiny, z dala od ludzkich siedzib. Mieli własne, dobrze skoordynowane państwo i żyli sobie w szczęściu oraz dostatku długie lata. Nagle jednak wybuchła wojna. Wojska Arsmana wkrótce dotarły do granic małej ojczyzny niepozornych karzełków. Nie spodziewali się ataku, więc nie mieli gotowej armii. A nawet jeśliby mieli, któż przeraziłby się sięgających kolana zapuszkowanych w metalu wielkookich skrzatów? Całe szczęście dowódca armii nie widział sensu w niszczeniu kraju. A wszystko dzięki zdolnościom kuźnieckim jego obywateli. Nawiązał porozumienie z wodzem Yordlów: Arsman nie przyśle tu swoich wojsk dopóty, dopóki będzie dostawał najwyższej jakości broń. Porozumienie podpisano i tak rozpoczął się najbardziej pracowity i męczący okres w historii Yordlów.
I w tych też czasach przyszło żyć małej, niepozornej ślicznotce imieniem Louise III (po babciach) Andrasta (po matce) Quartz.
Dziewczyna zawsze miała w sobie pewien kompleks niższości. Nie podobała jej się sytuacja w jakim znajdował się jej kraj. Możliwe, że nasłuchała się zbyt dużo opowieści babki (słynnej w rodzinie jako ,,Recydywa”) o tym, jak to było tu pięknie bez Arsmana. Tak więc babka Recydywa napchała małej Lusi do głowy pełno ,,głupot”, że bycie tchórzem nie popłaca, zwłaszcza, gdy kraj i rodzina w potrzebie. A czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci i dorosła już Louise dorobiła się dziedzicząc przydomek babci. Całe życie hartowała się chwytając typowo męskich zawodów i uczyła się walczyć, aby nie dać się zaskoczyć przyszłości.
Całę szczęście problem rozwiązał się sam zanim Anda wszczęła jakąś rewolucję. Arsman najwyraźniej uznał swój oręż za wystarczający, bo jego armie zajęły kraj Yordlów, zmuszając wszystkich ich do ucieczki. Louise liczyła w głębi ducha, że to popchnie jej rodaków do działania. Ale Yordlowie woleli osiąść w innymi miejscu i zacząć wszystko od nowa. Tego było za wiele. Uparta Recydywa zdecydowała się porzucić plemię i podążyć ścieżką świętej pamięci babki. Razem ze swoim młotem Onoirem i tarczą Creideamh chciała przysłużyć się sprawie oporu przeciwko Arsmanowi. Podróżowała więc od wojska do wojska licząc na przydział. Ale w każdym wypadku spotykała się z wyśmianiem lub pobłażliwym odesłaniem. Nikt nawet nie chciał sprawdzić ile ten maluch miał w sobie siły, bo...bo był maluchem. Ludzie szukali silnych mężczyzn, nie puszystych skrzatów z katarem siennym. Mimo to Lou nie poddawała się i z dumnie uniesioną głową maszerowała do następnych poborów, nie pozwalając się sobie załamać. Aż w końcu doszły ją słuchy o powstającym gdzieś w lasach buntowniczym państewku złożonym z samych wyrzutków. Może więc kolejny władający bronią wyrzutek nie zrobi różnicy, a może nawet się przyda?
Partner: Pfft! Po co komu jakiś plątający się pod nogami dureń?
Rodzina: Ojciec Arbrecht, matka Andrasta, trójka starszych braci i dwoje młodszych, dwie starsze siostry i jedna młodsza, kochana świętej pamięci babka Louise (alias ,,Recydywa”)
Towarzysz: Nie potrzeba jej zwierzaka. Przynajmniej na razie.
Szczegóły:
- Jej zaklęty młot nosi imię Onoir, czyli ,,honor”, a tarcza Creideahm - ,,wiara”. Dlatego też gdy Lou mawia, że zwalcza swych wrogów honorem, a wiara zawsze ją chroni, można brać to nawet dosłownie.
- Andrasta ma alergię na kurz i pyłki. Zdarza się jej często kichnąć przypadkowo podczas rozmowy, psując przy tym całą powagę sytuacji, bo doprawdy trudno się nie uśmiechnąć słysząc dźwięk podobny do fuknięcia kociaka.
- Gdy jest zdenerwowana, zaczyna gadać do siebie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zdarza jej się przy tym wyżywać podczas pracy, jakby to nagrzane żeliwo lub zepsute siodło było prowodyrem wszelkiego zła na świecie. Lepiej się do niej wtedy nie zbliżać, bo młot kowalski może jej się niechcący ,,wymsknąć” z ręki.
- Ma wyrobiony odruch zdmuchiwania z nosa opadające kosmyki włosów.
- Jej uszy drgają jak u kota gdy np. Przelatuje obok nich jakaś mucha, albo ktoś pstryknie obok palcami. Niektórzy żartownisie lubią sobie właśnie w ten sposób nadużywać cierpliwości Louise, co niebywale skłania ją ku myśleniu, czy łamanie komuś palców miechem nie jest karalne.
Autor: RedRidingHood
Partner: Pfft! Po co komu jakiś plątający się pod nogami dureń?
Rodzina: Ojciec Arbrecht, matka Andrasta, trójka starszych braci i dwoje młodszych, dwie starsze siostry i jedna młodsza, kochana świętej pamięci babka Louise (alias ,,Recydywa”)
Towarzysz: Nie potrzeba jej zwierzaka. Przynajmniej na razie.
Szczegóły:
- Jej zaklęty młot nosi imię Onoir, czyli ,,honor”, a tarcza Creideahm - ,,wiara”. Dlatego też gdy Lou mawia, że zwalcza swych wrogów honorem, a wiara zawsze ją chroni, można brać to nawet dosłownie.
- Andrasta ma alergię na kurz i pyłki. Zdarza się jej często kichnąć przypadkowo podczas rozmowy, psując przy tym całą powagę sytuacji, bo doprawdy trudno się nie uśmiechnąć słysząc dźwięk podobny do fuknięcia kociaka.
- Gdy jest zdenerwowana, zaczyna gadać do siebie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zdarza jej się przy tym wyżywać podczas pracy, jakby to nagrzane żeliwo lub zepsute siodło było prowodyrem wszelkiego zła na świecie. Lepiej się do niej wtedy nie zbliżać, bo młot kowalski może jej się niechcący ,,wymsknąć” z ręki.
- Ma wyrobiony odruch zdmuchiwania z nosa opadające kosmyki włosów.
- Jej uszy drgają jak u kota gdy np. Przelatuje obok nich jakaś mucha, albo ktoś pstryknie obok palcami. Niektórzy żartownisie lubią sobie właśnie w ten sposób nadużywać cierpliwości Louise, co niebywale skłania ją ku myśleniu, czy łamanie komuś palców miechem nie jest karalne.
Autor: RedRidingHood
niedziela, 10 kwietnia 2016
Jeśli nie możesz znieść bólu, spróbuj nadać mu sens
Imię: Miwertia, ale wystarczy zwykłe Miw.
Nazwisko: Jukiynae.
Przydomek: Spróbuj wymyśleć dla niej jakieś, a podpadniesz.
Rasa: Rasa to to żadna… Niby człowiek, ale jednak ma w sobie coś. Jej rodzice byli „normalni”, a moce i zdolności odziedziczyła po babce, która przez długi czas studiowała i eksperymentowała z magią aż ta dogłębnie się w niej zakorzeniła.
Wiek: 19 lat.
Płeć: Kobieta.
Stanowisko: Alchemiczka, ale nie pogardziłaby też staniem się wyrocznią.
Aparycja: Nie jest zbyt wysoka. Ma smukłą, przypominającą dzikiego kota, sylwetkę. Jej włosy są i długie i krótkie zarazem, i najczęściej rozczochrane. Nie posiada żadnych charakterystycznych oznaczeń po walce, ale na kostce u nogi ma wypaloną bliznę w kształcie gwiazdy (podobno to właśnie ona potwierdza posiadanie magicznych mocy).
Zdolności: Miw jest szybka i zwinna. Potrafi zręcznie chodzić po drzewach i bezszelestnie się poruszać. Dobrze dogaduje się ze zwierzętami. Nie posiada za dużej siły i w walce wręcz sprawdza się bardzo źle. Nie używa broni, a jej największa moc i siła to słowa. Dzięki magicznym umiejętnością potrafi delikatnie zaginać wolę innych tylko dzięki rozmowie. Nie używa magii żywiołów, a studiuje zaklęcia i runy. Bardzo dobrze radzi sobie w przygotowywaniu trucizn, eliksirów. Czasami ma wizje, ale nie zawsze są one poprawne, choć w każdej jest coś, co zdarzy się na pewno. Może również (choć nie za bardzo nad tym panuje) widzieć, co dzieje się w tym samym czasie w różnych miejscach.
Zainteresowania: Lubi przebywać w samotności, choć są momenty, gdy aż lgnie do innych. Dużo czyta, pogłębia swoją wiedzę i odkrywa. Kocha podróże, nowe miejsca. Ciężko jest się jej zatrzymać gdzieś na dłużej. Czasem rysuje, ale chyba największą przyjemnością jest dla niej śpiewanie. Robi to praktycznie zawsze i przy każdej okazji. Swoistą przyjemność czerpie również z polowań, które zawsze poprawiają jej samopoczucie. Nie chodzi o to, że lubi ból, ale po prostu „kręci ją” tropienie.
Charakter: Dziewczyna ma bardzo trudny charakter. Ciężko jej dogodzić i podpasować. W ciągu dnia może przejść z jednej skrajności w drugą. Nie skrywa uczuć, wręcz przeciwnie jest dobitna i szczera do bólu. Wśród nieznajomych zachowuje się stosunkowo spokojnie, ale przy bliżej poznanych to istny wulkan emocji. Jest dziwna i mocno pokręcona. Nie zgrywa ani nie udaje nikogo kim nie jest. Szybko się denerwuje, lecz tylko jeśli chodzi o bardziej ludzkie formy życia. Kiedy np. podczas polowań lub tropienia jej cierpliwość byłaby już dawno naderwana przez inną osobę, to Miw zachowuje niesamowity spokój. Odwrotna sytuacja jest podczas rozmowy z innymi. Łatwo wyprowadzić ją z równowagi. Jeśli chodzi o jej ufność to ma ona skrajnie niski poziom. Może wydawać się, że ufa, ale to tylko pozory. A pozory mylą. Kontakty z ludźmi sprawiają, że traci trochę na swoim „dzikim” charakterze, a zaczyna być bardziej zimna i wyrachowana. Po za tym bardzo dużo się śmieje. Nie jest to śmiech szczęścia, ale śmiech… żenady? Jedynie śmiech pomaga jej uodparniać się na ludzkie głupoty. Te wszystkie zachowania i cechy charakteru wychodzą jej raczej na minus, ale samotność i przebywanie wśród natury nauczyło ją żyć własnym życiem i wsłuchiwać się w potrzeby swoje, a nie te wyznaczane przez innych. Podobno sprawia wrażenie bardzo dojrzałej, ponieważ wydaje się dobitnie znać samą siebie…
Każdemu odważnemu, by zagadać i się DOGADAĆ życzę powodzenia.
Historia: Zacznijmy od życia jej babci; była to bardzo ciekawa wszystkiego kobieta. Nie wiadomo gdzie i kiedy zaczęła się jej przygoda z magią, ale nigdy już jej nie porzuciła. Stała się potężną czarownicą, która jednak nie afiszowała się zbytnio ze swoimi darami. W czasie rozwijania mocy zakochała się i urodziła matkę Miw… Tylko tyle wiemy, ale przecież tę tajemnicę można odkryć, prawda?
Miwertia dorastała w niedużej wiosce. Jej rodzice byli zielarzami i medykami. Wychowywali ją w strachu przed magią i każdą paranormalną rzeczą jaka tylko była możliwa do wyobrażenia. Trzymali ją blisko i praktycznie na uwięzi, więc wolności nie posiadała w ogóle. Gdy zaczęła dorastać – zaczęła się buntować. Bez zbytniego wchodzenia w szczegóły skończyło się ucieczką i radzeniem sobie zupełnie samemu.
Partner: -
Rodzina: Rodzice na pewno żyją, ale ciężko utrzymywać kontakty na odległość z takimi ludźmi jak oni (nawet, jeśli to twoi rodzie), a rodzeństwa nie ma.
Towarzysz: -
Szczegóły:
*zwierzęta traktuje tak samo jak ludzi
*zawsze ma przy sobie bransoletkę, którą podarowała jej matka
*stara się nikogo nie krzywdzić; zabija tylko dla jedzenia i nigdy tak, by miało się zmarnować
*od zawsze wokół niej pachniało fiołkami
Autor: Anwarunya
Nazwisko: Jukiynae.
Przydomek: Spróbuj wymyśleć dla niej jakieś, a podpadniesz.
Rasa: Rasa to to żadna… Niby człowiek, ale jednak ma w sobie coś. Jej rodzice byli „normalni”, a moce i zdolności odziedziczyła po babce, która przez długi czas studiowała i eksperymentowała z magią aż ta dogłębnie się w niej zakorzeniła.
Wiek: 19 lat.
Płeć: Kobieta.
Stanowisko: Alchemiczka, ale nie pogardziłaby też staniem się wyrocznią.
Aparycja: Nie jest zbyt wysoka. Ma smukłą, przypominającą dzikiego kota, sylwetkę. Jej włosy są i długie i krótkie zarazem, i najczęściej rozczochrane. Nie posiada żadnych charakterystycznych oznaczeń po walce, ale na kostce u nogi ma wypaloną bliznę w kształcie gwiazdy (podobno to właśnie ona potwierdza posiadanie magicznych mocy).
Zdolności: Miw jest szybka i zwinna. Potrafi zręcznie chodzić po drzewach i bezszelestnie się poruszać. Dobrze dogaduje się ze zwierzętami. Nie posiada za dużej siły i w walce wręcz sprawdza się bardzo źle. Nie używa broni, a jej największa moc i siła to słowa. Dzięki magicznym umiejętnością potrafi delikatnie zaginać wolę innych tylko dzięki rozmowie. Nie używa magii żywiołów, a studiuje zaklęcia i runy. Bardzo dobrze radzi sobie w przygotowywaniu trucizn, eliksirów. Czasami ma wizje, ale nie zawsze są one poprawne, choć w każdej jest coś, co zdarzy się na pewno. Może również (choć nie za bardzo nad tym panuje) widzieć, co dzieje się w tym samym czasie w różnych miejscach.
Zainteresowania: Lubi przebywać w samotności, choć są momenty, gdy aż lgnie do innych. Dużo czyta, pogłębia swoją wiedzę i odkrywa. Kocha podróże, nowe miejsca. Ciężko jest się jej zatrzymać gdzieś na dłużej. Czasem rysuje, ale chyba największą przyjemnością jest dla niej śpiewanie. Robi to praktycznie zawsze i przy każdej okazji. Swoistą przyjemność czerpie również z polowań, które zawsze poprawiają jej samopoczucie. Nie chodzi o to, że lubi ból, ale po prostu „kręci ją” tropienie.
Charakter: Dziewczyna ma bardzo trudny charakter. Ciężko jej dogodzić i podpasować. W ciągu dnia może przejść z jednej skrajności w drugą. Nie skrywa uczuć, wręcz przeciwnie jest dobitna i szczera do bólu. Wśród nieznajomych zachowuje się stosunkowo spokojnie, ale przy bliżej poznanych to istny wulkan emocji. Jest dziwna i mocno pokręcona. Nie zgrywa ani nie udaje nikogo kim nie jest. Szybko się denerwuje, lecz tylko jeśli chodzi o bardziej ludzkie formy życia. Kiedy np. podczas polowań lub tropienia jej cierpliwość byłaby już dawno naderwana przez inną osobę, to Miw zachowuje niesamowity spokój. Odwrotna sytuacja jest podczas rozmowy z innymi. Łatwo wyprowadzić ją z równowagi. Jeśli chodzi o jej ufność to ma ona skrajnie niski poziom. Może wydawać się, że ufa, ale to tylko pozory. A pozory mylą. Kontakty z ludźmi sprawiają, że traci trochę na swoim „dzikim” charakterze, a zaczyna być bardziej zimna i wyrachowana. Po za tym bardzo dużo się śmieje. Nie jest to śmiech szczęścia, ale śmiech… żenady? Jedynie śmiech pomaga jej uodparniać się na ludzkie głupoty. Te wszystkie zachowania i cechy charakteru wychodzą jej raczej na minus, ale samotność i przebywanie wśród natury nauczyło ją żyć własnym życiem i wsłuchiwać się w potrzeby swoje, a nie te wyznaczane przez innych. Podobno sprawia wrażenie bardzo dojrzałej, ponieważ wydaje się dobitnie znać samą siebie…
Każdemu odważnemu, by zagadać i się DOGADAĆ życzę powodzenia.
Historia: Zacznijmy od życia jej babci; była to bardzo ciekawa wszystkiego kobieta. Nie wiadomo gdzie i kiedy zaczęła się jej przygoda z magią, ale nigdy już jej nie porzuciła. Stała się potężną czarownicą, która jednak nie afiszowała się zbytnio ze swoimi darami. W czasie rozwijania mocy zakochała się i urodziła matkę Miw… Tylko tyle wiemy, ale przecież tę tajemnicę można odkryć, prawda?
Miwertia dorastała w niedużej wiosce. Jej rodzice byli zielarzami i medykami. Wychowywali ją w strachu przed magią i każdą paranormalną rzeczą jaka tylko była możliwa do wyobrażenia. Trzymali ją blisko i praktycznie na uwięzi, więc wolności nie posiadała w ogóle. Gdy zaczęła dorastać – zaczęła się buntować. Bez zbytniego wchodzenia w szczegóły skończyło się ucieczką i radzeniem sobie zupełnie samemu.
Partner: -
Rodzina: Rodzice na pewno żyją, ale ciężko utrzymywać kontakty na odległość z takimi ludźmi jak oni (nawet, jeśli to twoi rodzie), a rodzeństwa nie ma.
Towarzysz: -
Szczegóły:
*zwierzęta traktuje tak samo jak ludzi
*zawsze ma przy sobie bransoletkę, którą podarowała jej matka
*stara się nikogo nie krzywdzić; zabija tylko dla jedzenia i nigdy tak, by miało się zmarnować
*od zawsze wokół niej pachniało fiołkami
Autor: Anwarunya
Od Hanneona
Zdjąłem kaptur i przywróciłem moim uszom normalny, człowieczy wygląd, po
czym ze znudzeniem rozsiadłem się w fotelu i począłem obracać w rękach
czarne krucze pióro. Nie, żebym jadał kruki. Podobno nie są za dobre. I w
dodatku mają dziwny posmak...
Wszystkie istoty w Hidden są tak różne, że nawet nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył tutaj jakiegoś stwora typu Minotaur. Są tu nawet kotowate. I smoki. No i na moje nieszczęście likantropy...
Miałem okazję poobserwować sobie kilkoro z nich, siedząc w swym rudym futrze w okolicy ogniska.
Ale mniejsza z tym.
Rozejrzałem się po swojej jaskini. Wypadałoby zrobić coś, żeby było w niej przytulnie. Jak na razie w grocie wielkości przeciętnego pokoju miałem tylko ciężkie biuro, rozpadający się fotel, którego nie chciało mi się naprawić przed chwilą, i łóżko, okropnie niewygodne. Już ten kamień, na którym spałem jeszcze dwie noce temu był wygodniejszy. Może by go tu przywlec?
Rozpiąłem płaszcz i wstałem, żeby rzucić go na oparcie fotela i usiąść na łóżku. Jęknąłem, kiedy kilkanaście nierównych wąskich desek wbiło się w moje pośladki. Chyba podziękuję za taki nocleg...
Mógłbym użyć jakiś zaklęć, przecież mam pół księgi w głowie, ale komu by się chciało? Może mnie natchnie do tego, żeby coś zrobić. Mógłbym cieszyć się ciszą, ale jak na złość jakiś ptak począł żałośnie śpiewać swą pieśń od siedmiu boleści. Jak masz okropny głos, to po ch*j śpiewasz?!
Zirytowany znowu przyodziałem się w płaszcz z kapturem, ale ten był znacznie wygodniejszy, bardziej przystosowany do takich wędrówek.
W nie najlepszym humorze wybyłem z groty, nie martwiąc się nawet zabezpieczeniem jej. Wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy mam pod ręką. Jakby ukradli mi łóżko, nawet bym się cieszył. Byłby pretekst, żeby w ogóle coś ze swoim miejscem zamieszkania zrobić. A może w ogóle przeprowadzić się do lasu i zaszyć w chatce jak te zgrzybiałe wiedźmy i obłąkani magowie? Ciszej by nie było, ale wygodniej z pewnością. Może do miasta? O nie, tam na pewno nie... Przecież tam są istoty od świtu do zachodu. A nawet po nim.
Począłem pałętać się po okolicy, aż w końcu zatrzymałem się w sąsiedztwie jakiegoś samotnego krzewu i usiadłem obok niego. Podmuch wiatru omiótł moją twarz.
- Cześć, wietrze, przyjacielu - szepnąłem, a w odpowiedzi dostałem silniejszy powiew powietrza. - Co się dzieje z Kiette? - zapytałem po chwili, jednak zanim uzyskałem jakikolwiek odzew, usłyszałem jakiś szelest i nawet nie myśląc, przybrałem kocią postać. To był ogromny błąd.
Usłyszałem głośne warczenie tuż za mną. No to pięknie, pomyślałem, odwracając się i wpatrując się w czerwone ślepia wilkołaka... Szybko wróciłem do ludzkiej postaci, a kaptur zsunął mi się z głowy. Zdążyłem tylko wyciągnąć ręce i wytworzyć głaz.
Cisza. Okropna cisza.
Podniosłem się z ziemi, przeczesując dłonią rudoczerwone włosy i obszedłem głaz. Wilkołaka nie było. Mam nadzieję, że nie zabiłem go tym głazem. Ale nie sądzę. Są wystarczająco silne. Pewnie po prostu uciekł.
Odetchnąłem z ulgą. Trochę zapomniałem o tym, żeby uważać... Słuchać ziemi przede wszystkim. Żywiołu, z którym byłem związany najmniej, a który był mi niezbędny.
Obróciłem się, żeby udać się do swego obecnego mieszkania, kiedy to wyrosła przede mną nieznana mi postać...
Ktoś dokończy?
Wszystkie istoty w Hidden są tak różne, że nawet nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył tutaj jakiegoś stwora typu Minotaur. Są tu nawet kotowate. I smoki. No i na moje nieszczęście likantropy...
Miałem okazję poobserwować sobie kilkoro z nich, siedząc w swym rudym futrze w okolicy ogniska.
Ale mniejsza z tym.
Rozejrzałem się po swojej jaskini. Wypadałoby zrobić coś, żeby było w niej przytulnie. Jak na razie w grocie wielkości przeciętnego pokoju miałem tylko ciężkie biuro, rozpadający się fotel, którego nie chciało mi się naprawić przed chwilą, i łóżko, okropnie niewygodne. Już ten kamień, na którym spałem jeszcze dwie noce temu był wygodniejszy. Może by go tu przywlec?
Rozpiąłem płaszcz i wstałem, żeby rzucić go na oparcie fotela i usiąść na łóżku. Jęknąłem, kiedy kilkanaście nierównych wąskich desek wbiło się w moje pośladki. Chyba podziękuję za taki nocleg...
Mógłbym użyć jakiś zaklęć, przecież mam pół księgi w głowie, ale komu by się chciało? Może mnie natchnie do tego, żeby coś zrobić. Mógłbym cieszyć się ciszą, ale jak na złość jakiś ptak począł żałośnie śpiewać swą pieśń od siedmiu boleści. Jak masz okropny głos, to po ch*j śpiewasz?!
Zirytowany znowu przyodziałem się w płaszcz z kapturem, ale ten był znacznie wygodniejszy, bardziej przystosowany do takich wędrówek.
W nie najlepszym humorze wybyłem z groty, nie martwiąc się nawet zabezpieczeniem jej. Wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy mam pod ręką. Jakby ukradli mi łóżko, nawet bym się cieszył. Byłby pretekst, żeby w ogóle coś ze swoim miejscem zamieszkania zrobić. A może w ogóle przeprowadzić się do lasu i zaszyć w chatce jak te zgrzybiałe wiedźmy i obłąkani magowie? Ciszej by nie było, ale wygodniej z pewnością. Może do miasta? O nie, tam na pewno nie... Przecież tam są istoty od świtu do zachodu. A nawet po nim.
Począłem pałętać się po okolicy, aż w końcu zatrzymałem się w sąsiedztwie jakiegoś samotnego krzewu i usiadłem obok niego. Podmuch wiatru omiótł moją twarz.
- Cześć, wietrze, przyjacielu - szepnąłem, a w odpowiedzi dostałem silniejszy powiew powietrza. - Co się dzieje z Kiette? - zapytałem po chwili, jednak zanim uzyskałem jakikolwiek odzew, usłyszałem jakiś szelest i nawet nie myśląc, przybrałem kocią postać. To był ogromny błąd.
Usłyszałem głośne warczenie tuż za mną. No to pięknie, pomyślałem, odwracając się i wpatrując się w czerwone ślepia wilkołaka... Szybko wróciłem do ludzkiej postaci, a kaptur zsunął mi się z głowy. Zdążyłem tylko wyciągnąć ręce i wytworzyć głaz.
Cisza. Okropna cisza.
Podniosłem się z ziemi, przeczesując dłonią rudoczerwone włosy i obszedłem głaz. Wilkołaka nie było. Mam nadzieję, że nie zabiłem go tym głazem. Ale nie sądzę. Są wystarczająco silne. Pewnie po prostu uciekł.
Odetchnąłem z ulgą. Trochę zapomniałem o tym, żeby uważać... Słuchać ziemi przede wszystkim. Żywiołu, z którym byłem związany najmniej, a który był mi niezbędny.
Obróciłem się, żeby udać się do swego obecnego mieszkania, kiedy to wyrosła przede mną nieznana mi postać...
Ktoś dokończy?
niedziela, 3 kwietnia 2016
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Imię: Hanneon. Czyta się tak, jak pisze. W języku dzikich kotów zza
oceanu ,,hanne" oznacza zwycięstwo, zatem ,,hanneon" oznacza tego, który
zwycięża. Sam zastanawia się, czemu matka tak go nazwała.
Nazwisko: Chattres, takie nadała matka. Dzikie kotołaki nie używały nazwisk.
Przydomek: Rodzina mówiła mu Han. Śmiej go nazwać Dachowcem, a popamiętasz. Jak mu jakieś wymyślisz, i tak nie będzie go to obchodzić.
Rasa: matka była magiem, ojciec zmieniał się w kota. Kotomag? Powszechnie jednak przedstawia się jako mag, raczej nie mówi o tym drugim.
Wiek: Obecnie 22, ale jego wygląd nie zmienia się od trzech lat przez kotołacze geny, co często go irytuje. Ma wielką nadzieję, że nie jest nieśmiertelny albo nie utknie w dziewiętnastce do końca życia.
Płeć: mężczyzna czy kocur, jak kto woli. Nie mylić z kobietą, bo podrapie!
Stanowisko: Szpieg, chociaż mógłby być w oddziale magicznym.
Aparycja: Wzdłuż kręgosłupa ciągną się dziwne runy, które - jak powiedziała mu matka - są formułą zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, ale nie potrafi ich odczytać. Na prawej piersi ma bliznę po podrapaniu przez jednego ze swoich dawnych znajomych. Jest przeciętnego wzrostu i ma wątłą budowę. Jego kły są dłuższe niż te przeciętnych istot, ale ponieważ przeważnie się nie uśmiecha, nikt tego nie zauważa. Podobnie z noszeniem długich kapturów. Nosi je po to, by podczas nasłuchiwania nie było widać jego kocich uszu.
Zdolności: Ponieważ płynie w nim krew maga, potrafi władać żywiołami, jednak najlepiej dogaduje się z powietrzem. Han szanuje wszystkie cztery żywioły, traktuje je niczym żywe istoty i czasem rozmawia z nimi, głównie z wiatrem, prosząc o pomoc. Przez to wielu sądzi, ze zwariował i gada do siebie. Zna wiele zaklęć, ale używa tylko kilku i stosunkowo rzadko, ponieważ radzi sobie siłami naturalnymi. Korzystałby jedynie z lewitacji, chociaż o to również prosi wiatr. Jest zwinny, szybki i zmieści się niemal wszędzie. Może nie jest zbyt silny, ale nadrabia to umiejętnym ukrywaniem się. Potrafi w przeciągu kilku sekund zamienić się w rudego kota, bądź pół-kota. Postać pół-kota przybiera tak, jak sam chce. Tylko uszy, tylko ogon, tylko pazury, jedno z drugim albo wszytko na raz...
Zainteresowania: Czyżby to było spanie...? Po części tak, ale tym zajmuje się za dnia, w nocy ma ciekawsze zajęcia. Nikt by go o to nie posądzał, ale Hanneon uwielbia pisać. W swojej księdze z pustymi stronami zapisuje praktycznie wszystko, od snów po opisy napotkanych zwierząt i roślin, którym często dorysowuje ilustracje. Albo przemyślenia. Czasami stworzy też coś własnego, jakiś wiersz czy pieśń, bywa, że opowieść. Najbardziej lubi być sam w ciszy i świętym spokoju. Zdarzy mu się coś nucić, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. No i odradzam palenie w jego pobliżu jakichś światełek, które są w stanie drgać, zostawiania w pobliżu włóczek, szeleszczenia jakimiś rzeczami i ciągnięcie sznura. Zazwyczaj udaje mu się zapanować nad tą kocią stroną, ale nie zawsze. Zwłaszcza niedługo po przebudzeniu, kiedy jego umysł jeszcze nie otrzeźwiał.
Charakter: Zawsze chodził jak sam chciał i robił to, czego sam chciał i po dziś dzień wygląda to tak samo. Jest nad wyraz mądry i pomimo tego, że jest dość młody, ma spore życiowe doświadczenie. Nie ufa nikomu, czasami nawet sobie samemu. Jeśli w twojej obecności odezwie się nie pytany i dobrowolnie, czuj się wyróżniony. Ceni ciszę i nie lubi gaduł. Najchętniej udusiłby swoją naturę kotołaka, bo przez instynkt miewa dziwne, typowe dla zwykłych dachowców zachowania. Zazwyczaj jest podejrzliwy i w trzech czwartych życia znudzony. Twoim gadaniem, światem, życiem, padającym deszczem. Generalnie wszystkim. Ma dosyć silną samokontrolę. Jest raczej melancholikiem i najczęściej pesymistą. Bywa, że ma sarkastyczne poczucie humoru i jest po prostu wredny. Jest obserwatorem i słuchaczem. Stoi z boku i nasłuchuje, przez co wie wiele o mieszkańcach Hidden. Sprawia wrażenie chodzącej tajemnicy i to chyba jest prawdą. Nie zapominajmy też o tym, że płynie w nim kocia krew, przez co jego charakter potrafi zmienić się z osoby zupełnie niechętnej do życia w rozbrykanego, dziecinnego chłopaka. Ale o tym nie mówi i stara się te cechy wyeliminować. No i warto też wspomnieć o tym, że jest cierpliwy. Do czasu.
Historia: Urodził się w jednym miocie wraz z dwoma swoimi braćmi i jedną siostrą, w grocie pod wodospadem w kraju dzikich kotołaków. Jego ojciec już wtedy nie żył. Zginął pierwszy, kiedy tylko odkryto, że spoufalał się z magiem. Matka długo opiekowała się nim i jego rodzeństwem. Planowała ucieczkę wraz ze swoimi dziećmi do jakiegoś innego, spokojniejszego miejsca. W noc, w którą miała zamiar to zrobić, kiedy nie świecił księżyc a ona poszła zebrać jakieś jedzenie, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, bo była świetnie zamaskowana. Han oraz jego rodzeństwo, mając niewyobrażalne szczęście, nie zostali zidentyfikowani jako istoty półkrwi, a jeden z kotołaków nawet ich przygarnął. Wychowywali się tam dosyć spokojnie. Kilka lat później Kiette przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności przy innych członkach sfory. Kotołaki postanowiły pozbyć się całej czwórki, wraz z ich opiekunem, ale Han i Kiet zdołali uciec, co niestety nie udało się ich rodzeństwu. Byli świadkami ich śmierci, podobnie ze śmiercią opiekuna. Długo szukali matki, ale nie udało im się jej znaleźć i postanowili ruszyć w świat. Z ostrożności nigdy nie zmieniali kociej postaci, przez co później miauczenie i mruczenie weszło im w nawyk. Wędrowali po różnych krajach, przez długi czas mając kotołaki na ogonie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Mając lat piętnaście rozstali się w porcie, gdzie znaleźli ucywilizowane kotołaki. Kiette postanowiła już tam zostać, ale Han chciał znaleźć innych magów. W końcu znalazł starego, posępnego starca, który nauczył go używania magii. Mieszkał u niego przez jakiś czas, aż ten nie stwierdził, że Hanneon jest w stanie dać sobie radę sam. Tak, po sześciu latach wędrówki, trzech nieszczęśliwych miłościach i zdobyciu kilku wrogów trafił do Hidden przez zupełny przypadek, spadając wraz z osunięciem ziemi podczas wspinaczki po górach.
Partner: Nie myśli o tym, ale może jak ktoś mu wpadnie w oko, to się to zmieni.
Rodzina:
* ojciec: nie zna jego imienia, ale mama mówiła na niego Wspaniały.
* matka: Minah-Tian
* siostra: Kiette, z języka kotów ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję,
* bracia: Jumon i Sarazion, imię pierwszego z kociego oznacza ,,ten, który jest mistrzem", zaś drugiego ,,ten, który jest cudem". Obaj nie żyją.
Towarzysz: Może by posiadał, gdyby nie kocia natura, przez którą ptaka mógłby zjeść, psowatych nie lubi, za owadami mógłby biegać, a z dachowcem musiałby obchodzić się jak z kolegą. Więc pupila raczej posiadać nie będzie...
Szczegóły:
*Kiedy nie używa magii ma ciemnobrązowe oczy, jednak kiedy panuje nad którymś z żywiołów powietrza, wody, ziemi bądź ognia, zmieniają się odpowiednio na szare, niebieskie, zielone lub żółte.
*Rzadko pije alkohol, bo po pijanemu nie jest w stanie używać swych umiejętności w pełni.
*Chciał przejść na wegetarianizm, ale mieszkał w pobliżu myszy no i mu nie wyszło.
*Czasami odzywają się w nim zwierzęce instynkty.
*Jego wzrok bywa hipnotyzujący.
*Ma w sobie coś, co przyciąga do niego inne osoby, ale nie wie, czemu. Irytuje go to, bo nie jest kontaktowy i nie lubi nawiązywać nowych znajomości.
*Chce dowiedzieć się, co stało się z matką i dlaczego nadała mu takie, a nie inne imię.
*Aury jego zaklęć przybierają kolor amarantowy, złoty albo niebieski.
Autor: Lucy321
Nazwisko: Chattres, takie nadała matka. Dzikie kotołaki nie używały nazwisk.
Przydomek: Rodzina mówiła mu Han. Śmiej go nazwać Dachowcem, a popamiętasz. Jak mu jakieś wymyślisz, i tak nie będzie go to obchodzić.
Rasa: matka była magiem, ojciec zmieniał się w kota. Kotomag? Powszechnie jednak przedstawia się jako mag, raczej nie mówi o tym drugim.
Wiek: Obecnie 22, ale jego wygląd nie zmienia się od trzech lat przez kotołacze geny, co często go irytuje. Ma wielką nadzieję, że nie jest nieśmiertelny albo nie utknie w dziewiętnastce do końca życia.
Płeć: mężczyzna czy kocur, jak kto woli. Nie mylić z kobietą, bo podrapie!
Stanowisko: Szpieg, chociaż mógłby być w oddziale magicznym.
Aparycja: Wzdłuż kręgosłupa ciągną się dziwne runy, które - jak powiedziała mu matka - są formułą zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, ale nie potrafi ich odczytać. Na prawej piersi ma bliznę po podrapaniu przez jednego ze swoich dawnych znajomych. Jest przeciętnego wzrostu i ma wątłą budowę. Jego kły są dłuższe niż te przeciętnych istot, ale ponieważ przeważnie się nie uśmiecha, nikt tego nie zauważa. Podobnie z noszeniem długich kapturów. Nosi je po to, by podczas nasłuchiwania nie było widać jego kocich uszu.
Zdolności: Ponieważ płynie w nim krew maga, potrafi władać żywiołami, jednak najlepiej dogaduje się z powietrzem. Han szanuje wszystkie cztery żywioły, traktuje je niczym żywe istoty i czasem rozmawia z nimi, głównie z wiatrem, prosząc o pomoc. Przez to wielu sądzi, ze zwariował i gada do siebie. Zna wiele zaklęć, ale używa tylko kilku i stosunkowo rzadko, ponieważ radzi sobie siłami naturalnymi. Korzystałby jedynie z lewitacji, chociaż o to również prosi wiatr. Jest zwinny, szybki i zmieści się niemal wszędzie. Może nie jest zbyt silny, ale nadrabia to umiejętnym ukrywaniem się. Potrafi w przeciągu kilku sekund zamienić się w rudego kota, bądź pół-kota. Postać pół-kota przybiera tak, jak sam chce. Tylko uszy, tylko ogon, tylko pazury, jedno z drugim albo wszytko na raz...
Zainteresowania: Czyżby to było spanie...? Po części tak, ale tym zajmuje się za dnia, w nocy ma ciekawsze zajęcia. Nikt by go o to nie posądzał, ale Hanneon uwielbia pisać. W swojej księdze z pustymi stronami zapisuje praktycznie wszystko, od snów po opisy napotkanych zwierząt i roślin, którym często dorysowuje ilustracje. Albo przemyślenia. Czasami stworzy też coś własnego, jakiś wiersz czy pieśń, bywa, że opowieść. Najbardziej lubi być sam w ciszy i świętym spokoju. Zdarzy mu się coś nucić, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. No i odradzam palenie w jego pobliżu jakichś światełek, które są w stanie drgać, zostawiania w pobliżu włóczek, szeleszczenia jakimiś rzeczami i ciągnięcie sznura. Zazwyczaj udaje mu się zapanować nad tą kocią stroną, ale nie zawsze. Zwłaszcza niedługo po przebudzeniu, kiedy jego umysł jeszcze nie otrzeźwiał.
Charakter: Zawsze chodził jak sam chciał i robił to, czego sam chciał i po dziś dzień wygląda to tak samo. Jest nad wyraz mądry i pomimo tego, że jest dość młody, ma spore życiowe doświadczenie. Nie ufa nikomu, czasami nawet sobie samemu. Jeśli w twojej obecności odezwie się nie pytany i dobrowolnie, czuj się wyróżniony. Ceni ciszę i nie lubi gaduł. Najchętniej udusiłby swoją naturę kotołaka, bo przez instynkt miewa dziwne, typowe dla zwykłych dachowców zachowania. Zazwyczaj jest podejrzliwy i w trzech czwartych życia znudzony. Twoim gadaniem, światem, życiem, padającym deszczem. Generalnie wszystkim. Ma dosyć silną samokontrolę. Jest raczej melancholikiem i najczęściej pesymistą. Bywa, że ma sarkastyczne poczucie humoru i jest po prostu wredny. Jest obserwatorem i słuchaczem. Stoi z boku i nasłuchuje, przez co wie wiele o mieszkańcach Hidden. Sprawia wrażenie chodzącej tajemnicy i to chyba jest prawdą. Nie zapominajmy też o tym, że płynie w nim kocia krew, przez co jego charakter potrafi zmienić się z osoby zupełnie niechętnej do życia w rozbrykanego, dziecinnego chłopaka. Ale o tym nie mówi i stara się te cechy wyeliminować. No i warto też wspomnieć o tym, że jest cierpliwy. Do czasu.
Historia: Urodził się w jednym miocie wraz z dwoma swoimi braćmi i jedną siostrą, w grocie pod wodospadem w kraju dzikich kotołaków. Jego ojciec już wtedy nie żył. Zginął pierwszy, kiedy tylko odkryto, że spoufalał się z magiem. Matka długo opiekowała się nim i jego rodzeństwem. Planowała ucieczkę wraz ze swoimi dziećmi do jakiegoś innego, spokojniejszego miejsca. W noc, w którą miała zamiar to zrobić, kiedy nie świecił księżyc a ona poszła zebrać jakieś jedzenie, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, bo była świetnie zamaskowana. Han oraz jego rodzeństwo, mając niewyobrażalne szczęście, nie zostali zidentyfikowani jako istoty półkrwi, a jeden z kotołaków nawet ich przygarnął. Wychowywali się tam dosyć spokojnie. Kilka lat później Kiette przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności przy innych członkach sfory. Kotołaki postanowiły pozbyć się całej czwórki, wraz z ich opiekunem, ale Han i Kiet zdołali uciec, co niestety nie udało się ich rodzeństwu. Byli świadkami ich śmierci, podobnie ze śmiercią opiekuna. Długo szukali matki, ale nie udało im się jej znaleźć i postanowili ruszyć w świat. Z ostrożności nigdy nie zmieniali kociej postaci, przez co później miauczenie i mruczenie weszło im w nawyk. Wędrowali po różnych krajach, przez długi czas mając kotołaki na ogonie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Mając lat piętnaście rozstali się w porcie, gdzie znaleźli ucywilizowane kotołaki. Kiette postanowiła już tam zostać, ale Han chciał znaleźć innych magów. W końcu znalazł starego, posępnego starca, który nauczył go używania magii. Mieszkał u niego przez jakiś czas, aż ten nie stwierdził, że Hanneon jest w stanie dać sobie radę sam. Tak, po sześciu latach wędrówki, trzech nieszczęśliwych miłościach i zdobyciu kilku wrogów trafił do Hidden przez zupełny przypadek, spadając wraz z osunięciem ziemi podczas wspinaczki po górach.
Partner: Nie myśli o tym, ale może jak ktoś mu wpadnie w oko, to się to zmieni.
Rodzina:
* ojciec: nie zna jego imienia, ale mama mówiła na niego Wspaniały.
* matka: Minah-Tian
* siostra: Kiette, z języka kotów ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję,
* bracia: Jumon i Sarazion, imię pierwszego z kociego oznacza ,,ten, który jest mistrzem", zaś drugiego ,,ten, który jest cudem". Obaj nie żyją.
Towarzysz: Może by posiadał, gdyby nie kocia natura, przez którą ptaka mógłby zjeść, psowatych nie lubi, za owadami mógłby biegać, a z dachowcem musiałby obchodzić się jak z kolegą. Więc pupila raczej posiadać nie będzie...
Szczegóły:
*Kiedy nie używa magii ma ciemnobrązowe oczy, jednak kiedy panuje nad którymś z żywiołów powietrza, wody, ziemi bądź ognia, zmieniają się odpowiednio na szare, niebieskie, zielone lub żółte.
*Rzadko pije alkohol, bo po pijanemu nie jest w stanie używać swych umiejętności w pełni.
*Chciał przejść na wegetarianizm, ale mieszkał w pobliżu myszy no i mu nie wyszło.
*Czasami odzywają się w nim zwierzęce instynkty.
*Jego wzrok bywa hipnotyzujący.
*Ma w sobie coś, co przyciąga do niego inne osoby, ale nie wie, czemu. Irytuje go to, bo nie jest kontaktowy i nie lubi nawiązywać nowych znajomości.
*Chce dowiedzieć się, co stało się z matką i dlaczego nadała mu takie, a nie inne imię.
*Aury jego zaklęć przybierają kolor amarantowy, złoty albo niebieski.
Autor: Lucy321
wtorek, 29 marca 2016
Od Dheraia - Bajeczki
Smokobójca uderzył pustym kuflem w stół i oblizał wąsy z piwa.
Rozochocony którąś już kolejką dalej zażarcie rozprawiał jak to udało mu
się ujść z życiem, podczas gdy jego kamratów spotkał jakiś okrutny los.
Siedząca z nim trójka towarzyszy nastawiała uszu. Byli głodni plotek -
najbardziej rozpowszechnionej waluty we wsiach. Nie mając dostępu do
informacji z dworów i zza granicy nie wahali się opłacać podróżnym pobyt
w tawernach w zamian za choćby kilka niezbyt pewnych pogłosek. Teraz
chłopi patrzyli z wyczekiwaniem w smokobójcę aż ten się zrewanżuje. Nie W
tawernie o tej porze było wielu gości. Hałas nie wypuszczał rzucanych
przy stole słów zbyt daleko, nie było też nikogo chętnego, kto by te
słowa łapał. Wszyscy mieli coś ciekawszego do omówienia. Wszyscy, poza
jednym, tajemniczym jegomościem siedzącym w kącie. Nie miał przy sobie
żadnych rozpraszających kompanów, przed nim nie stało żadne jadło ani
napitek. Po prostu siedział jak mysz pod miotłą, nie zwracając na siebie
żadnej uwagi, wsłuchując się w każde słowo smokobójcy. Czujny,
anonimowy słuchacz. Gdyby się do nich dosiadł pewnie słyszałby więcej,
jednakże znając ludzkie reakcje na jego obecność, Dherai wolał nie
ryzykować zamieszania. Był właściwie niewidzialny i lepiej, by tak
pozostało.
- No opowiadajcież, mistrzu smokobójco! - nalegał pierwszy z chłopów. - Cóże was napadło?
- Nie napadło nic - poprawił go najemnik.
- To co się stało?
- Wypadek przy pracy, nic interesującego... - uśmiechnął się podle
widząc, jak jego towarzysze nachylają się bliżej, doskonale wiedząc, że
to musi być coś ciekawego. - No dobra! - powiedział smokobójca, jakby
dopiero teraz przekonując się co do podzielenia się historią.
Dherai również się uśmiechnął. Co za amatorskie metody. Gdyby to od
niego zależało, najemnik zacząłby śpiewać o wiele wcześniej, a chłopi
nie trawiliby na niego pieniędzy. Ale po co się spieszyć? Przecież on ma
na wszystko czas. Całą wieczność właściwie. Mów przyjacielu, pomyślał.
Co też się za granicami dzieje?
- No więc zaczęło się od smoka - rozpoczął mężczyzna. Bo jakżeby
inaczej, przeszło Dherowi przez myśl. - W takiej wiosce jak ta, jakieś
dziesięć mil stąd, ktoś obiecywał nagrodę za ubicie gada mieszkającego w
pobliskich lasach. Sprawa śmierdziała, że tak powiem. Ani owiec nie
kradł, ani żadnej baby nie porwał...po prostu siedział w lesie. Ale
wiadomo jak to jest - gad straszy, nawet jeśli nie robi. Myśleliśmy, że
pewnie stary i tylko dogorywa, bo nawet sobie cichszego miejsca na zgon
nie wybrał, jeno walnął byle gdzie koło wioski. No to zgłosiliśmy się z
chłopakami, zapłacili nam z góry i rura w las. Smoka wytropilimy szybko.
I tu dziwy: smok wcale nie stary. Ba! Młody, silny, ino jakiś dziwny.
Jakby nie obeznany ze zwyczajami własnego gatunku. Zranilimy go, a ten
zwiał. Ze skrzydła krew mu się lała niby deszcz, drażniąc konie i
parząc, jeśli który oberwał kroplą. No to posyłamy przodem naszych dwóch
specjalistów, by pułapkę zastawili. I wkrótce ŁUP! - walnął ręką w stół
dla efektu. - Gad w sieci na ziemi! Dojechalimy do niego zadowoleni.
Teraz tylko łeb uciąć i z łusek oprawić...
- Ale ten się uwolnił? - zgadywał jeden z kmiotów. - Napadł was i zeżarł ci kompanów?
- Skądże! - zaprzeczył smokobójca. - Proszę mi nie przerywać. Za słaby
był, zmęczony lotem i krwi utracił sporo. Poza tym zgaduję, że gdyby
się wyplątał, znowu by uciekał. Takie to dziwne, strachliwe bydle było.
No to bierem topory i miecze, już gad miał łeb stracić...I wtedy z lasu
wypadli ONI...
- K-kto?
- MIESZAŃCY! - ryknął najemnik. - Wybiegli z lasu, otoczyli nas! Zanim
zdążyłem zareagować, już trzech naszych zatłukli! Na moich oczach jeden
z nich wyrwał naszemu szefowi głowę razem z kręgosłupem, a drugiego
spalił ognistym oddechem!
Dherai nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Całe szczęście nikt go nie
usłyszał przez harmider. Biorąc pod uwagę zapał z jakim mężczyzna
wszystko opisywał oraz jego oczywistą chęć zaimponowania kmiotom,
oczywiście zmyślał. A takiej bajeczki Dher nie słyszał jeszcze nigdy. O
nim samym niegdyś głosiły legendy, że wyrywa ręce i łamie niczym
zapałki, ale to biło wszystko na głowę. Doprawdy, lepszy bajarz niż
wojownik. Nic dziwnego, że uciekł.
- Uciekłem stamtąd co sił w nogach, ale diabelstwa mnie jeszcze
goniły! - opisywał dalej mężczyzna. - Dopiero przed wieczorem, gdy byłem
jakąś milę stąd zostawiły mnie i wróciły do lasu.
- Mieszańce? U nas w lasach? - mówił z przestrachem, jakby do siebie, drugi z kmiotów. - Jak do tego doszło?
- Powiem ci jak! - rzekł pierwszy. - Wojna! Ot co! Narobiliśmy bigosu
ciągnąc te wszystkie dziwadła do swoich konfliktów i teraz musimy to
zeżreć!
- Mszczą się? - wtrącił się z ironią trzeci. - Jak dla mnie to się
pewnie tylko kryją. A że ludzi nie lubią, to już nie nasza wina.
- Nie nasza, tak sądzisz? - zaśmiał się posępnie smokobójca. - Oj
bardziej nasza, niżbyś się spodziewał. To wszystko sięga daleko wstecz,
jeszcze przed wojną.
- To dlaczego, wedle twoich słów, dopiero teraz mieszańce zaczęły bruździć? - kłócił się dalej trzeci.
- Powiem ci tak - najemnik zaczął bawić się nożem. - Dlaczego wilk samotnie nie napada na owce?
- Bo się boi?
- Bo jest sprytny. Wie, że samemu rady przeciwko pasterzowi i
owczarkom nie da. Dlatego zbiera pobratymców i wraca po kilku tygodniach
na to samo stado ze wsparciem. Dlatego problemy zaczynają się dopiero
teraz - nieuważny pasterz zignorował jednego wilka, a teraz Sorsinie
grozi cała wataha. Czają się w lasach, zbierają siły, pewnie nawet już
myślą nad założeniem własnego państwa.
- A władcę mają?
Dherai wyprostował się nagle.
- No ba, że mają! Mówią, że Arsmanowi zerwała się z łańcucha Bestyjka.
Kto jak kto, ale ten to ma już pewne doświadczenie wojskowe. Sam bym go
wybrał na władcę, gdybym był mieszańcem.
Nagle nóż wyrwał mu się samoistnie z ręki i popędził w stronę jego
twarzy, otoczony zielonkawą aurą. Zatrzymał się centymetr od oka
najemnika, po czym trwał tak w całkowitym bezruchu grożąc, że przesunie
się jeszcze bardziej. Chłopi cofnęli się zaskoczeni. Drgnęli na dźwięk
odsuwanego krzesła i z przestrachem spojrzeli w bok na zakapturzonego
jegomościa, który pojawił się jakby znikąd. Dherai usiadł, jak gdyby
nigdy nic, i splótł palce opierając się łokciami o stół.
- Piękna bajka - powiedział spokojnie. - A teraz powiedz nam, bez kolorowania, gdzie zgubiliście tego smoka?
* * *
Pobojowisko wyglądało dokładnie tak jak się spodziewał - żadnych wyrwanych kręgosłupów.
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.
Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.
Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<
Subskrybuj:
Posty (Atom)


