czwartek, 4 czerwca 2015

Od Viserany C.D Mild

        Siedzę na drzewie i obserwuję moją przyszłą ofiarę. Pogoda... W sam raz na polowanie. Mam duże szczęście, że ten głupi zając wyszedł z nory. Naprawdę, nie wyczuł mnie? Może jakiś stary albo ułomny...? Nieważne, ważne jest to, że płynie w nim krew... póki co.
Zauważam, że zając porusza się powoli i cicho w stronę krzewów. Chce się schować, tak? Nic z tego. Dorwę go. Zaczynam powoli schodzić z drzewa, bezszelestnie. Czuję, że się uśmiecham, ale słuchanie tego miarowego bicia serca zająca... Wzrastające tempo jego tętna, powoli wyczuwa, że coś jest nie tak.
Zeskakuję na ziemię. Rzucam się na szaraka i przygważdżam go do ziemi. Szarpie się, ale ja tylko wzdycham ciężko. Zawsze jest z nimi tak samo. One zawsze bezsensownie się szarpią i w dodatku zamiast gryźć, przestają oddychać. Myślę, że to coś da! Ha, przecież to tym bardziej pomaga... Na prawdę, głupie są te skaczące kupki futra. Już mam skręcić kark futrzakowi, kiedy słyszę krzyk... Młodej osoby, klnie... Garnek?! Co?!
Cholewa jasna, zając mi zwiał. Wykorzystał moją nieuwagę, skubaniutki. No, ale nie spodziewałam się tutaj kogoś. Myślałam, że do tego lasu nikt już nie zagląda. Chodzą plotki, że las jest nawiedzony. Ta jasne... Znając życie, ktoś zobaczył... coś, czego nie powinien albo po prostu jest chory na głowę i już! Wszyscy bójmy się lasu. Ludzie są okropnie naiwni i tacy... Nudni.
Opamiętuję się i ruszam za zającem. Krzaki się jeszcze ruszają, na pewno pobiegł tędy. Moje buty wyglądają jak rozmazana plama, biegnę na prawdę szybko. I właśnie w momencie, gdy chcę przeskoczyć przez krzaki zauważam smugę dymu, tuż obok.
Za późno, już jestem na otwartej przestrzeni. Moje nogi miękko spadają na trawę, a oczy zatrzymują się na garnku, parę metrów po lewej. Podnoszę się z kucek i widzę... Jakiegoś dziwnego mężczyznę, ma znajomy zapach... Momencik, likantrop?! Trochę za nim stoi niewielka dziewczyna, napewno młodsza od niego, ale mam miecz. To jej krzyk słyszałam! Uśmiecham się ironicznie.
- Witam zacnych państwa! - Kłaniam się nisko, oczywiście ironicznie - W menu leśnym jest wiele smakowitości. Miłej uczty... I innych takich. Miecz przyda się do krojenia dzika. Są wyjątkowo twarde. Smacznego! - Odwracam się, żeby odejść, gdy słyszę kroki i nagle czuję zimny i lekko kłujący dotyk na plecach.
I wtedy to się dzieję. Biorę haust powietrza, nie spodziewałam się tego. Widzę twarz elfki, mówi coś ze zmarszczonymi brwiami. Klepie młodą po plecach... "Nie garb się, nie wypada"... Potem zabiera ją na ręce, obok zostaje koń. Kobieta znów ma zmarszczone czoło, karci małą. Potem kolejny kawałek, wielka sala, ta sama kobieta, obok niej mężczyzna, chyba jej mąż, a między nimi właśnie ta dziewczynka. Wszyscy mają korony... Potem walka, dużo krwi... Wiele martwych ciał... Ta kobieta i jej mąż też...
Koniec wizji.
Odwracam się gwałtownie do małej, wykopuję jej miecz z dłoni i odsuwam się kawałek.
- Ty jesteś nią... O w mordę! - szepczę.
Mała elfka patrzy na mnie niezrozumiale, jej większy przyjaciel stoi obok mnie z przygotowanym mieczem młodej. Wywracam oczami na ten widok i odsuwam miecz od swojej twarzy.
- Schowaj to, obrońco. Po prostu miałam wizję, nie chcę ich więcej. Chyba, że ty dasz mi swoją rzecz, może twoja historia będzie bardziej... Mniej... Nieważne. A tak w ogóle, to jesteście mi winni obiad. - Krzyżuję ręce na piersiach i uśmiecham się złośliwie.
Mam nadzieję, że nie będą się czepiać ani o nic pytać. Mam dość wyjaśniania swoich... Zdolności.

<Mild? Dean?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz