Świat spowiła głęboka czerń. Na granatowym, nocnym niebie zaczęły
pojawiać się pierwsze, jasne lecz zimne promienie gwiazd. Jeszcze
zaledwie kilka godzin temu nieboskłon przybrał barwę zachodzącego
słońca. Na górze dominowały wszelkie odcienie ognistej czerwieni,
mieszających się z głębokim fioletem i różem. Teraz świat, który jeszcze
tak niedawno spowijały ciepłe kolory, dające sercu i duszy ukojenie,
pomagające znaleźć umysłowi spokój, zniknęły bez śladu, zdawałoby się
nawet, że nieodwołalnie.
Świat spowiła mgła. Gęsta, mleczna zasłona, nadająca nocnemu
krajobrazowi tajemniczy klimat. Tamtej nocy na niebie świeciły tylko
nieliczne gwiazdy- księżyc przysłoniły szare, burzowe chmury. Zbierało
się na deszcz.
Na ziemi dało się usłyszeć chlupot pierwszych kropli. Z początku spadały
one rzadko, od razu wysychając lub wsiąkając w ziemię. Zaledwie
kilkanaście minut później mała i niegroźna mżawka przekształciła się w
ulewę. Ludzie uciekli z dworu, do swej gospody lub pobliskiego baru, by
móc spokojnie przeczekać burzę w towarzystwie swego najlepszego
przyjaciela- pełnego kufla. W ciągu zaledwie dwudziestu minut obszar
wesołej, tętniącej życiem wioski zmienił się w odludzie… opustoszałą
mieścinę, w której nie było słychać oznak życia nawet pojedynczej osoby.
Hałas, dobiegający z karczmy został zagłuszony przez głośne i
bezlitosne uderzenia setek kropli o ziemię, dachy, płoty… Nawet psy nie
szczekały, kiedy to dostrzegły przechodzącego obok nieznajomego.
Z całej tej mrocznej aury, wśród domów i zagród, dało się dostrzec
drobną postać. Kroczyła pewnym, lecz ostrożnym krokiem, a jej obecność
zdawałaby się nawet niedostrzegalna. Zwłaszcza przez mieszkańców owej
wioski, którzy już dawno temu schowali się w swych chatach.
Obca zdawała się wyłonić z tej mieszaniny mlecznej mgły, zamętu silnego
wiatru i deszczu. Spowijał ją mrok, choć był on trochę inny od czerni, w
jakiej kąpały się zimne gwiazdy na niebie. Było w niej coś
tajemniczego. Nieznajoma postać miała w sobie jakąś dziwną cechę, czy
też mieszankę wielu cech, przez które nikt nigdy nie mógł być jej
pewien. Przedstawić swoje imię, czy może lepiej poczekać, aż ona poda
swoje? Zaufać, czy lepiej nie? Poprosić o pomoc, czy może lepiej udawać,
że nic się nie stało? Ale ona przecież zabija potwory! Może nam pomóc!
Tak, owszem… zabija. Lecz jednocześnie sama jest potworem. Kimś, kogo
ani ruchów, ani zachowań nigdy nie można przewidzieć. Nie da się jej
niczym zaskoczyć, nie da się jej pokonać… tak w każdym bądź razie
uważali wieśniacy.
W rzeczywistości kobieta, która spacerowała przez wioskę, w tę
deszczową, pochmurną noc wcale nie była taka straszna, za jaką ją mieli.
Owszem, zdarzało jej się wyglądać jak ponurak, czy gbur. Tak,
faktycznie czasem niepotrzebnie była aż zbyt sarkastyczna w stosunku do
innych i niepotrzebnie spławiała gapiów, którzy w rzeczywistości mogli
okazać się dobrymi i przydatnymi kompanami, podczas tej niekończącej się
podróży. Każdy ma swoje gorsze dni… no dobra, może grożenie kobiecie z
dziećmi, lub celowanie w tamtego mężczyznę nożem też nie było najlepszym
pomysłem, choć naprawdę ją denerwował, a w jej mniemaniu przestraszenie
kogoś w taki sposób wcale nie było niewłaściwe.
Drobna postać zaklęła cicho i wcale nie tak delikatnie, gdy woda
doszczętnie przemoczyła jej długie, skórzane buty. Nieznajoma odziana
była w czarny, odrobinę przyduży płaszcz. Miała na sobie ciemne spodnie i
koszulę tego samego koloru. Jedyną barwną rzeczą, jaka od razu rzucała
się w oczy była szkarłatna chusta, która zakrywała niemalże połowę jej
bladej twarzy. To właśnie przez nią tak wielu ludzi jej nie ufało… przez
chustę, oraz przez jej burzowe, dzikie oczy. I to dziwne spojrzenie,
które niemalże przewiercało ludzi na wylot.
Ale omijano ją szerokim łukiem również z innego powodu.
Choć kobieta na pierwszy rzut oka wyglądała jak człowiek, to po jakimś
czasie dało się dostrzec, że było w niej coś nieczłowieczego. Zbyt blada
cera, trochę szpiczaste uszy, ostre, białe kły również nie były do
końca normalne, a przynajmniej nie u ludzi. Zamiast krwi, z jej ran
wypływał czarny szlam. No i jeszcze te oczy… Było w nich coś
nieludzkiego, coś dzikiego i jakby pierwotnego. Krążyły pogłoski,
słuszne z resztą, że owa nieznajoma jest potworem. Kiedyś była zwykłą
dziewczyną, lecz po spotkaniu z bestią i jej tragicznym wypadku
przestała już należeć do tej części świata.
Miała swoje grosze dni, jak każdy. Może czasem odbijało jej trochę za
bardzo, fakt. Z natury nie była bardzo niebezpieczna, ale zdarzało jej
się zachowywać zbyt agresywnie w stosunku do innych, prowokować do
bójek. Ciężko jednak być całkowicie spokojnym, gdy ludzie oblewają cię
święconą wodą, próbują nabić na widły, spalić, lub oddać w ręce
kościoła. Bo choć Lisbeth Salander za wcześniejszego życia była
Łowczynią i dalej, nawet po swym wypadku nie przestała zabijać potworów,
które stanowiły zagrożenie dla ludzi… cóż, nikt do tej pory nie myślał
by w jakiś sposób się jej odwdzięczyć. No chyba, że próba wbicia kołka w
serce jest tutejszą formą podzięki. Jeśli tak, powinna szybko stąd
znikać. Najlepiej podczas ulewy, kiedy wieśniacy siedzą w swych domach.
Razem z widłami i jeszcze nie zapalonymi pochodniami…
Szczerze, to czasem nachodziła ją myśl, by rzucić to wszystko w diabli.
Kiedyś za to co robiła traktowano ją z szacunkiem. A teraz? Teraz była
po prostu kolejnym z tych potworów, który „z niewyjaśnionych przyczyn”,
jak to mawiali ludzie, zabijał swych groźnych pobratymców. Ratując tym
samym wiele istnień. Co dostawała w zamian? Przepustki do kościoła i
egzorcystów. Normalnie już dawno rzuciłaby to wszystko w cho*erę. Ale
wśród ludzi byli też tacy, którzy doceniali jej starania, poświęcenie.
Potrafili do niej podejść i powiedzieć dziękuję. Dla nich warto było
się narażać przez te kolejne sto lat.
Do uszu dziewczyny dobiegł jakiś hałas. Obróciła się gwałtownie i
ruszyła pędem przed siebie. Uciekała wręcz z nieludzką prędkością. Za
nią biegli jacyś ludzie, ludzie z widłami. Czy w niektórych okolicach
była aż tak rozpoznawalna?
Gdyby chciała, mogłaby stanąć z nimi do walki. Bo co zrobią jej tacy
wieśniacy? Nic, absolutnie nic. Problem polegał jednak na tym, że to ona
nie chciała im zrobić krzywdy, nie dzisiaj. Wolała uciec, choć ten
jeden raz nie stawać do walki, nie wszczynać bójki.
Uciekła, zostawiając wieśniaków daleko z tyłu. Wtopiła się w mieszankę deszczu, mgły i nocy. Uciekła do lasu…
Resztę nocy spędziła wśród rozłożystych drzew. Zasnęła na ziemi, jak to
samotne, zranione zwierze. Przez swoją dziwną mutację nie potrzebowała
snu. Potrzebowała jednak odpoczynku i odcięcia się od tego
skomplikowanego świata, chociaż na chwilę.
Jasne promienie słońca bezlitośnie raziły i kuły ją w twarz, przypominając, że pora już wstawać.
-A srał się pies.- warknęła, zasłaniając oczy kapeluszem.- Zjeżdżaj mi
stąd, idę spać.- słońce miało jednak inne plany i nie przestało świecić.
Mało tego! Lisbeth zdawało się, że po tych obelgach zaczęło razić ją
jeszcze mocniej.
-Dobra, dobra, już otwieram oczy. Zadowolone?- ale słońce nie
odpowiedziało.- Ech, marny z ciebie towarzysz podróży, nie ma co.- Cóż,
może i marny, ale przynajmniej przez połowę dnia zawsze był przy niej.
Leżała tak jeszcze chwilę, z zamkniętymi oczami. Wśród rozłożystych
drzew, jej ciemne ubranie zdawało się niemalże wtapiać w tło. A ponieważ
do snu ściągnęła czerwoną chustę, nie miała na sobie żadnego elementu,
który rzucałby się w oczy. Nic więc dziwnego, że ktoś się o nią potknął.
-Cho*era!- odezwał się głos.- Kto rozkłada na środku lasu jakieś badziewia pod nogami?!
„I państwu również dzień dobry”- pomyślała i mała brakowało, a wypowiedziała by te słowa na głos.
-Jak się patrzy pod nogi.- mruknęła, przecierając jeszcze zaspane oczy.- To się po tym „badziewiu” nie depcze.
Nie miała pojęcia kim byli nieznajomi, ile ich było i dlaczego nazwali
ją „badziewiem”. Choć z pewnością byli troszkę zaskoczeni, że „to coś”
potrafi gadać.
No więc… w końcu musiałam na kogoś wpaść ;p
Kto dokończy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz