Trudno jest nie zauważyć gnolla w karczmie. Może się ukryć pod czarnym
płaszczem, w najdalszym kącie pomieszczenia i poprosić o skromny
posiłek, ale i tak zwróci na siebie uwagę. Havar starał się unikać
kłopotów na wszelkie możliwe sposoby. Jednak czułe ucho rozpozna go
nawet po głosie. Wprawne oko dostrzeże ledwo widoczne uwypuklenia na
głowie wskazujące na to iż jegomość posiada zwierzęce uszka.
Kilka osób go obserwowało. Niski, rudy mężczyzna o bladej skórze
świdrował go spojrzeniem wielkich, niebieskich oczu. Siedzący w
przeciwnym kącie, okuty w żelazo młodzieniec rzucał mu obojętne
spojrzenia znad podniesionego do ust kufla. Natomiast dwóch starszych,
siedzących przy barze, brodatych facetów rozmawiało cicho zerkając na
gnolla co jakieś dwie minuty.
Co czuł Havar? Smak piwa w pysku. Taaak... Reszta zdawała się mu umykać
lub zwyczajnie po nim spływać. ,,Patrzcie i podziwiajcie" pomyślał
odstawiając pusty kufel na blat stołu i usadawiając się wygodniej w
krześle. Rzucił pytające spojrzenie obserwującemu go rudemu. Ten z
niewiadomych powodów uznał to chyba za wyzwanie, bo wstał i stanąwszy
przed gnollem raczył wyrzucić z siebie kilka mało uprzejmych słów.
- Co taki parszywiec jak ty robi w cywilizowanym kraju.
Havar parsknął śmiechem. Być może nie zrobił by tego gdyby nie płynący w jego krwi alkohol.
- Co cię w tym bawi?- wycedził przez zęby mężczyzna.
Gnolla zastanawiało czy ten jegomość zawsze się tak zachowuje czy też
tylko po zażyciu znacznej ilości chmielu. Nie chwiał się i patrzył dość
trzeźwo więc chyba jednak nie.
- O co ci chodzi kolego?- spytał Havar.
Nie za bardzo wiedział jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie miał ochoty ani
się tłuc, ani kłócić. Najchętniej dokończyłby zupę i wyszedł jak
najszybciej.
- Brudne, plugawe, zapchlone...- mamrotał pod nosem rudy.
Pies Diabła podniósł do góry jedną brew, czego jego rozmówca nie mógł
zauważyć z racji naciągniętego na twarz kaptura. Nic z tego nie
rozumiał. Wielokrotnie go oczerniano, a na jego łagodne wypowiedzi
odpowiadano pięścią, a ten tu stał przed nim jakby bał się podnieść na
niego rękę. Havar miał jednak przeczucie, że to nie on jest tego
przyczyną. Ledwo dostrzegalny ruch głowy rudego poinformował go o
przyczynie niepokoju. Stojący przed nim mężczyzna zdawał się obawiać
okutego w żelazo młodzieńca. ,,Strażnik pokoju? Obrońca praw zwierząt?
Miecznik pacyfista?". Chłopak zmarszczył brwi awanturnik cofnął się od
gnolla i usiadł na swoim miejscu.
,, Co kraj to obyczaj" pomyślał Havar. ,,Może to jakaś rzadka odmiana
błędnego rycerza?". Tak czy inaczej coś mu tu nie pasowało i nie chciał
sprawdzać co. Dokończył więc zupę i czym prędzej opuścił gospodę.
Ledwo podszedł do bułanej klaczy drzwi otworzyły się i z tawerny wyszedł
okuty w żelazo jegomość. Począł uważnie przyglądać się Havarowi i
trzymanemu w dłoni kawałkowi papieru, którego wcześniej gnoll nie
zauważył. Młodzieniec zmrużył powieki.
,, No i wszystko jasne" pomyślał Pies Diabła gdy światło księżyca padło
na cienki papier. Po drugiej jego stronie pojawił się ledwo dostrzegalny
portret. ,,List gończy. Ciekawe czy w Hidden też mnie znają". Havar nie
był szczególnie ,,popularny" bo od odłączenia się od kompanów napadał
tylko na drobne gospodarstwa. Początkowo był niemalże ignorowany, ale
gdy liczba napadanych w podobny sposób obiektów niepokojąco wzrosła
zaczęto przykładać nieco większą wagę do pozbycia się szkodnika.
Gnoll spojrzał spode łba na rycerzyka. Chłopak nie bał się go, ale nie
był też na tyle głupi by się na niego rzucić. Mogłoby to być fatalne w
skutkach. Zapewne właśnie dlatego nie utrudniał Havarowi dalszej
podróży. Pies Diabła nie wątpił jednak, że ma ograniczony czas na
ucieczkę do Hidden. Prędzej czy później ludzie Arsmana zagrodzą mu
drogę. A jeśli nawet uda mu się ich uniknąć znajdą się inni, żądni
zysku, biedni desperaci.
Havar z powątpiewaniem spoglądał na odległą ścianę drzew. Jest już
prawie u celu. Słońce jeszcze nie wstało. Udało mu się. Rozejrzał się
dookoła by upewnić się, że żaden wiadrogłowy typ nie zepsuje mu planów.
Jednak nikogo nie dostrzegł. Był sam, wolny, a niebawem, ułaskawiony.
Czyste konto, poniekąd nowe życie.
- I co świecie?!- krzyknął wnosząc ręce ku niebu i popędzając konia do galopu- Możesz mnie cmoknąć w d*pę!
Wpadł między drzewa na udeptaną ścieżkę. Po paru minutach dróżka mocno
odbiła w prawo. Uradowany gnoll jechał niemal na oślep, głównie przez
walące mu po twarzy liście i drobne gałązki. Nagle klacz gwałtownie się
zatrzymała. Havar omal nie przeleciał jej nad głową.
Przed nim stało pięciu zbrojnych. Trzech pikinierów i dwóch mieczników. Havar poczuł się lekko urażony.
- Poważnie? Świecie... Ja nie mówiłem serio...
Kątem oka gnoll dostrzegł jakiś ruch w zaroślach. Zmarszczył brwi.
,,Byle nie kusznik. Byle nie łucznik."pomyślał zsuwając się z konia i
idąc prosto na żołnierzy. Bez tarczy, konkretnej zbroi, czy nawet
płaszcza. Zważył Sifę w ręce.
- Panowie- powiedział rozkładając ramiona- dogadajmy się.
- Zabawny jesteś- mruknął wysoki mężczyzna z mieczem w ręce- Szkoda tylko, że nie będziemy mieli szansy lepiej się poznać.
Palce Psa mocniej zacisnęły się na broni gdy usłyszał cichy szelest po
swojej lewej. Tamci zdawali się niczego nie zauważać. ,,Może ten w
krzakach to jeden z nich?" zastanawiał się Havar ,, Pewnie ma mi wbić
nóż w plecy". Nie miał jednak pewności i wolał a razie to zignorować. W
razie czego czuły słuch go ostrzeże, pytanie tylko czy na czas.
Gnoll ponownie skupił się na przeciwnikach. Nie miał bladego pojęcia jak
się z nimi rozprawić. Zastawiali mu całą drogę i mierzyli w niego
długimi wykałaczkami. Postanowił improwizować.
Ruszył na żołnierzy biegiem. Pikinierzy wyszli do przodu trzymając broń
sztywno przed sobą. Stali w równych odstępach. Będąc tuż przed nimi
Havar pochylił się i wślizgnął pomiędzy dwie piki nim tamci zdążyli w
niego wycelować. W tej sytuacji mogli go co najwyżej tymi badylami
poobijać. Nim jednak ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić Pies Diabła
zdzielił dwóch pikinierów po głowach. Mężczyźni z krzykiem opadli na
ziemię. Gnoll uchylił się przed dźgnięciem piką i odskoczył nim dopadli
go miecznicy. Powoli, zbaczając ze ścieżki, wycofał się za gruby dąb po
swojej prawej. Żołnierze postanowili wziąć go z dwóch stron. Byłoby to
całkiem mądre posunięcie gdyby nie fakt, że mieli do czynienia z Psem
Diabła. Będąc chwilowo poza ich polem widzenia Havar chwycił długi badyl
i wyskoczył przed jednego z nich wbijając mu koniec kija w oko.
Oszołomiony miecznik z krzykiem upuścił miecz i cofnął się o parę
kroków. Nim drugi zdążył się połapać w całej sytuacji gnoll doskoczył do
jego pleców i z całej siły rąbnął Sifą odsłonięty kark. Mężczyzna padł.
Pikinier już pędził z wykałaczką. Havar uskoczył na bok. W tych akurat
zaroślach, ten akurat człowiek musiał umrzeć. Pika uderzyła drugi,
młodszy, stojący blisko dąb uniemożliwiając właścicielowi swobodny
obrót. To był jego koniec.
Pies Diabła zdjął pas ze sztyletem pikinierowi. ,,Gdyby go użył jego
szanse by się zwiększyły" stwierdził w myślach Havar. Wzruszył ramionami
zapinając kawał skóry na biodrach. Powrócił do stojącego sztywno,
poddenerwowanego konia. Przez chwilę nasłuchiwał i węszył. Był tu sam.
Być może ,,tamto" było tylko jakimś leśnym zwierzęciem. Dosiadł klaczy i
ruszył w dalszą drogę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz