środa, 28 października 2015

Od Havara

Trudno jest nie zauważyć gnolla w karczmie. Może się ukryć pod czarnym płaszczem, w najdalszym kącie pomieszczenia i poprosić o skromny posiłek, ale i tak zwróci na siebie uwagę. Havar starał się unikać kłopotów na wszelkie możliwe sposoby. Jednak czułe ucho rozpozna go nawet po głosie. Wprawne oko dostrzeże ledwo widoczne uwypuklenia na głowie wskazujące na to iż jegomość posiada zwierzęce uszka.
Kilka osób go obserwowało. Niski, rudy mężczyzna o bladej skórze świdrował go spojrzeniem wielkich, niebieskich oczu. Siedzący w przeciwnym kącie, okuty w żelazo młodzieniec rzucał mu obojętne spojrzenia znad podniesionego do ust kufla. Natomiast dwóch starszych, siedzących przy barze, brodatych facetów rozmawiało cicho zerkając na gnolla co jakieś dwie minuty.
Co czuł Havar? Smak piwa w pysku. Taaak... Reszta zdawała się mu umykać lub zwyczajnie po nim spływać. ,,Patrzcie i podziwiajcie" pomyślał odstawiając pusty kufel na blat stołu i usadawiając się wygodniej w krześle. Rzucił pytające spojrzenie obserwującemu go rudemu. Ten z niewiadomych powodów uznał to chyba za wyzwanie, bo wstał i stanąwszy przed gnollem raczył wyrzucić z siebie kilka mało uprzejmych słów.
- Co taki parszywiec jak ty robi w cywilizowanym kraju.
Havar parsknął śmiechem. Być może nie zrobił by tego gdyby nie płynący w jego krwi alkohol.
- Co cię w tym bawi?- wycedził przez zęby mężczyzna.
Gnolla zastanawiało czy ten jegomość zawsze się tak zachowuje czy też tylko po zażyciu znacznej ilości chmielu. Nie chwiał się i patrzył dość trzeźwo więc chyba jednak nie.
- O co ci chodzi kolego?- spytał Havar.
Nie za bardzo wiedział jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie miał ochoty ani się tłuc, ani kłócić. Najchętniej dokończyłby zupę i wyszedł jak najszybciej.
- Brudne, plugawe, zapchlone...- mamrotał pod nosem rudy.
Pies Diabła podniósł do góry jedną brew, czego jego rozmówca nie mógł zauważyć z racji naciągniętego na twarz kaptura. Nic z tego nie rozumiał. Wielokrotnie go oczerniano, a na jego łagodne wypowiedzi odpowiadano pięścią, a ten tu stał przed nim jakby bał się podnieść na niego rękę. Havar miał jednak przeczucie, że to nie on jest tego przyczyną. Ledwo dostrzegalny ruch głowy rudego poinformował go o przyczynie niepokoju. Stojący przed nim mężczyzna zdawał się obawiać okutego w żelazo młodzieńca. ,,Strażnik pokoju? Obrońca praw zwierząt? Miecznik pacyfista?". Chłopak zmarszczył brwi awanturnik cofnął się od gnolla i usiadł na swoim miejscu.
,, Co kraj to obyczaj" pomyślał Havar. ,,Może to jakaś rzadka odmiana błędnego rycerza?". Tak czy inaczej coś mu tu nie pasowało i nie chciał sprawdzać co. Dokończył więc zupę i czym prędzej opuścił gospodę.
Ledwo podszedł do bułanej klaczy drzwi otworzyły się i z tawerny wyszedł okuty w żelazo jegomość. Począł uważnie przyglądać się Havarowi i trzymanemu w dłoni kawałkowi papieru, którego wcześniej gnoll nie zauważył. Młodzieniec zmrużył powieki.
,, No i wszystko jasne" pomyślał Pies Diabła gdy światło księżyca padło na cienki papier. Po drugiej jego stronie pojawił się ledwo dostrzegalny portret. ,,List gończy. Ciekawe czy w Hidden też mnie znają". Havar nie był szczególnie ,,popularny" bo od odłączenia się od kompanów napadał tylko na drobne gospodarstwa. Początkowo był niemalże ignorowany, ale gdy liczba napadanych w podobny sposób obiektów niepokojąco wzrosła zaczęto przykładać nieco większą wagę do pozbycia się szkodnika.
Gnoll spojrzał spode łba na rycerzyka. Chłopak nie bał się go, ale nie był też na tyle głupi by się na niego rzucić. Mogłoby to być fatalne w skutkach. Zapewne właśnie dlatego nie utrudniał Havarowi dalszej podróży. Pies Diabła nie wątpił jednak, że ma ograniczony czas na ucieczkę do Hidden. Prędzej czy później ludzie Arsmana zagrodzą mu drogę. A jeśli nawet uda mu się ich uniknąć znajdą się inni, żądni zysku, biedni desperaci.

Havar z powątpiewaniem spoglądał na odległą ścianę drzew. Jest już prawie u celu. Słońce jeszcze nie wstało. Udało mu się. Rozejrzał się dookoła by upewnić się, że żaden wiadrogłowy typ nie zepsuje mu planów. Jednak nikogo nie dostrzegł. Był sam, wolny, a niebawem, ułaskawiony. Czyste konto, poniekąd nowe życie.
- I co świecie?!- krzyknął wnosząc ręce ku niebu i popędzając konia do galopu- Możesz mnie cmoknąć w d*pę!
Wpadł między drzewa na udeptaną ścieżkę. Po paru minutach dróżka mocno odbiła w prawo. Uradowany gnoll jechał niemal na oślep, głównie przez walące mu po twarzy liście i drobne gałązki. Nagle klacz gwałtownie się zatrzymała. Havar omal nie przeleciał jej nad głową.
Przed nim stało pięciu zbrojnych. Trzech pikinierów i dwóch mieczników. Havar poczuł się lekko urażony.
- Poważnie? Świecie... Ja nie mówiłem serio...
Kątem oka gnoll dostrzegł jakiś ruch w zaroślach. Zmarszczył brwi. ,,Byle nie kusznik. Byle nie łucznik."pomyślał zsuwając się z konia i idąc prosto na żołnierzy. Bez tarczy, konkretnej zbroi, czy nawet płaszcza. Zważył Sifę w ręce.
- Panowie- powiedział rozkładając ramiona- dogadajmy się.
- Zabawny jesteś- mruknął wysoki mężczyzna z mieczem w ręce- Szkoda tylko, że nie będziemy mieli szansy lepiej się poznać.
Palce Psa mocniej zacisnęły się na broni gdy usłyszał cichy szelest po swojej lewej. Tamci zdawali się niczego nie zauważać. ,,Może ten w krzakach to jeden z nich?" zastanawiał się Havar ,, Pewnie ma mi wbić nóż w plecy". Nie miał jednak pewności i wolał a razie to zignorować. W razie czego czuły słuch go ostrzeże, pytanie tylko czy na czas.
Gnoll ponownie skupił się na przeciwnikach. Nie miał bladego pojęcia jak się z nimi rozprawić. Zastawiali mu całą drogę i mierzyli w niego długimi wykałaczkami. Postanowił improwizować.
Ruszył na żołnierzy biegiem. Pikinierzy wyszli do przodu trzymając broń sztywno przed sobą. Stali w równych odstępach. Będąc tuż przed nimi Havar pochylił się i wślizgnął pomiędzy dwie piki nim tamci zdążyli w niego wycelować. W tej sytuacji mogli go co najwyżej tymi badylami poobijać. Nim jednak ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić Pies Diabła zdzielił dwóch pikinierów po głowach. Mężczyźni z krzykiem opadli na ziemię. Gnoll uchylił się przed dźgnięciem piką i odskoczył nim dopadli go miecznicy. Powoli, zbaczając ze ścieżki, wycofał się za gruby dąb po swojej prawej. Żołnierze postanowili wziąć go z dwóch stron. Byłoby to całkiem mądre posunięcie gdyby nie fakt, że mieli do czynienia z Psem Diabła. Będąc chwilowo poza ich polem widzenia Havar chwycił długi badyl i wyskoczył przed jednego z nich wbijając mu koniec kija w oko. Oszołomiony miecznik z krzykiem upuścił miecz i cofnął się o parę kroków. Nim drugi zdążył się połapać w całej sytuacji gnoll doskoczył do jego pleców i z całej siły rąbnął Sifą odsłonięty kark. Mężczyzna padł. Pikinier już pędził z wykałaczką. Havar uskoczył na bok. W tych akurat zaroślach, ten akurat człowiek musiał umrzeć. Pika uderzyła drugi, młodszy, stojący blisko dąb uniemożliwiając właścicielowi swobodny obrót. To był jego koniec.

Pies Diabła zdjął pas ze sztyletem pikinierowi. ,,Gdyby go użył jego szanse by się zwiększyły" stwierdził w myślach Havar. Wzruszył ramionami zapinając kawał skóry na biodrach. Powrócił do stojącego sztywno, poddenerwowanego konia. Przez chwilę nasłuchiwał i węszył. Był tu sam. Być może ,,tamto" było tylko jakimś leśnym zwierzęciem. Dosiadł klaczy i ruszył w dalszą drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz